„Doprawdy żałosne” — pomyślał Lśniąca Gwiazda z chłodną irytacją, podczas gdy nieruchomo spoczywał w swoim legowisku.
Królicza Prawda odszedł, pozostawiając po sobie nie tyle pustkę, co nieprzyjemne wrażenie zachwianej równowagi, którego Lśniąca Gwiazda nie potrafił zignorować, nawet jeśli usilnie próbował skupić myśli na czymś innym. Sam fakt ucieczki nie stanowił jeszcze tragedii — wojownicy odchodzili od klanów od pokoleń, czasem z powodu strachu, czasem gniewu, a czasem zwyczajnego zagubienia — lecz obecna sytuacja wydawała się znacznie bardziej skomplikowana, ponieważ wszystko wydarzyło się zaledwie kilka księżyców po objęciu przez niego przywództwa.
Klan potrzebował stabilności, której ostatnio rozpaczliwie brakowało, a wojownicy, choć starali się tego nie okazywać, obserwowali swojego nowego przywódcę znacznie uważniej, niż chcieliby przyznać. Lśniąca Gwiazda wyczuwał to niemal bez przerwy; dostrzegał spojrzenia zatrzymujące się na nim odrobinę zbyt długo podczas zgromadzeń, słyszał przyciszone rozmowy cichnące, gdy przechodził obok, i zauważał owo charakterystyczne napięcie pojawiające się wśród wojowników zawsze wtedy, gdy klan przechodził przez okres zmian.
I właśnie dlatego Królicza Prawda stawał się problemem.
Nie dlatego, że wiedział coś konkretnego, ponieważ Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwoliłby komukolwiek zbliżyć się do siebie na tyle, by rzeczywiście odkryć coś istotnego, lecz dlatego, że tamten zaczął patrzeć na pewne rzeczy zbyt uważnie, jakby próbował dostrzec ukryte pod powierzchnią znaczenie wydarzeń, które dla reszty wojowników pozostawały zupełnie naturalne. Lider zakładał, że stratę matki wiązać może z nim samym. Nawet, jeśli większość uważała Gąsieniczka za jej oprawcę.
Podejrzenia — nawet, jeśli posiadał je tylko jeden kot — były niebezpieczne, zwłaszcza w klanie zmęczonym zmianami i niepewnością.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł wzrok ku wyjściu z legowiska, przez które wpadało blade, przytłumione światło pochmurnego dnia, rozlewające się po kamiennym podłożu długimi smugami szarości. Sylwetki wojowników przesuwały się w oddali pomiędzy legowiskami niczym ciemniejsze plamy na tle mokrych skał, podczas gdy echo ich głosów odbijało się od ścian groty cichym, jednostajnym szmerem przypominającym odległy pomruk burzy.
Przez krótką chwilę wsłuchiwał się w owe dźwięki z nieruchomym spokojem, choć pod powierzchnią owego opanowania jego myśli poruszały się szybko i chłodno, analizując kolejne możliwości oraz potencjalne konsekwencje odejścia Króliczej Prawdy. Nie chodziło nawet o samego uciekiniera, lecz raczej o pytania, które mogły pojawić się po jego zniknięciu, ponieważ koty zawsze potrzebowały wyjaśnień, a brak odpowiedzi niemal automatycznie rodził plotki. Wojownicy zaczną zastanawiać się, dlaczego odszedł, czy był nieszczęśliwy, czy może coś go niepokoiło, a im dłużej podobne rozmowy będą trwały, tym większa szansa, że niektórzy zaczną dostrzegać napięcia, które dotąd ignorowali.
Ta myśl była wystarczająco irytująca, by mięśnie pyska Lśniącej Gwiazdy napięły się lekko pod rudym futrem. Nie znosił sytuacji wymykających się spod kontroli, ponieważ kontrola stanowiła jedyną rzecz naprawdę utrzymującą klan w ryzach, nawet jeśli większość wojowników nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Koty potrzebowały poczucia bezpieczeństwa równie mocno jak pożywienia czy schronienia, a on zamierzał im to zapewnić — nawet jeśli oznaczało to konieczność odpowiedniego kierowania ich emocjami oraz przekonaniami.
Zmarszczył nagle pysk, gdy przeszywający ból rozlał się po jego prawym oku, a nieprzyjemne pieczenie zmusiło go do gwałtowniejszego mrugnięcia. Od kilku dni ignorował problem, uznając go za drobną niedogodność, lecz teraz pulsowanie stało się niemal nieznośne i przypominało mu o sobie przy każdym ruchu powieki.
Westchnął ciężko, po czym podniósł się z legowiska płynnym ruchem, przeciągając grzbiet tak, by nawet w samotności zachować charakterystyczną dla siebie elegancję. Nawet gdy nikt go nie obserwował, poruszał się z opanowaną pewnością przywódcy, który nigdy nie okazuje słabości, ponieważ maska stanowiła część niego tak trwałą, iż momentami wydawała się niemal prawdziwa.
Kiedy wyszedł do głównej części obozowiska, chłodne powietrze jaskini otuliło go wilgotnym chłodem, a blade światło wpadające przez wejście przecinało półmrok długimi smugami szarości, rzucając drżące cienie na nierówne ściany groty. Kilku wojowników niemal natychmiast skierowało ku niemu spojrzenia, wobec czego na pysku Lśniącej Gwiazdy pojawił się znajomy, łagodny uśmiech, który potrafił wzbudzać w innych kotach poczucie bezpieczeństwa niemal instynktownie.
Zatrzymał się przy jednym z wojowników wracających od stosu świeżej zwierzyny i zamienił z nim kilka spokojnych słów o porannym patrolu, po czym pochwalił młodego ucznia za złapaną mysz. Każdy gest pozostawał odpowiednio wyważony, każde spojrzenie wystarczająco ciepłe, a każde słowo dobrane tak ostrożnie, jakby od początku wiedział dokładnie, czego inni potrzebują od niego usłyszeć.
Dopiero gdy odwracali wzrok, bursztynowe ślepia przywódcy stawały się chłodne i ciężkie niczym kamień zalegający na dnie jeziora.
Legowisko Jagnięcego Ukłonu przywitało go ostrym zapachem ziół, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza gorzką wonią nagietka, mokrych korzeni oraz suszonych liści. Medyczka siedziała pośród swoich zapasów z charakterystycznym spokojem, oddzielając zwiędłe łodygi od świeższych roślin, a kiedy usłyszała jego kroki, uniosła łeb, zatrzymując na nim intensywnie niebieskie spojrzenie.
— Dobrze cię widzieć, Jagnięcy Ukłonie — odezwał się miękkim, opanowanym tonem, który niemal automatycznie przybierał podczas rozmów z innymi kotami. — Obawiam się, że moje zdrowie postanowiło ostatnio wystawić mnie na próbę, ponieważ od kilku dni coś wyraźnie drażni moje oko, a pieczenie zaczyna stawać się coraz bardziej uciążliwe.
Uśmiechnął się lekko, choć sam ruch pyska sprawił, iż ból znów zapulsował pod powieką ostrym ukłuciem.
— Uznałem więc, że rozsądnie będzie oddać się w łapy najlepszej medyczki, jaką zesłał nam Klan Gwiazdy, zanim podobna drobnostka przerodzi się w coś poważniejszego.
Jak zwykle zabrzmiał szczerze, spokojnie i niemal ciepło, dzięki czemu niewielu kotom przyszłoby do głowy, iż pod ową idealnie kontrolowaną powierzchnią jego myśli pozostawały chłodne oraz nieustannie skupione na jednym problemie.
— Lśniąca Gwiazdo — miauknęła ruda, podczas gdy starannie nakładała na jego oko ziołową maść. — Co chcesz zrobić z Ćmim Księżycem? Obiecałeś, że sprowadzimy ją do domu.
Zastrzygł lekko uszami.
— Nie martw się. Dowiesz się o wszystkim na dzisiejszym zebraniu klanu — miauknął łagodnie, a następnie posłał jej ciepły uśmiech. — Nigdy nie porzucam obietnic, możesz być tego pewna, Jagnięcy Ukłonie.
Wieczór…
— Moi drodzy — zaczął w końcu spokojnie, a jego głos odbił się od kamiennych ścian głębokim, miękkim echem. — Ostatnie dni wystawiły nasz klan na próbę, jakiej wielu z nas się nie spodziewało.
Kilka kotów poruszyło się lekko, a echo szmerów niemal natychmiast ucichło.
— Nie zamierzam ukrywać przed wami prawdy — ciągnął łagodnie, splatając ogon wokół łap. — Królicza Prawda opuścił obozowisko.
Po jaskini przebiegł cichy pomruk. Niektórzy wojownicy wymienili pomiędzy sobą szybkie spojrzenia, uczniowie unieśli łby gwałtowniej, a starszyzna poruszyła się niespokojnie.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich reakcje z nieruchomym spokojem.
— Nie znamy jeszcze wszystkich powodów jego decyzji — mówił dalej tonem tak łagodnym, iż niemal niemożliwe było doszukanie się w nim choćby śladu irytacji. — Być może kierował nim strach. Być może zagubienie. Klan Gwiazdy jeden wie, co dzieje się w sercu kota, który decyduje się odejść od własnego klanu.
Przerwał na moment, opuszczając lekko spojrzenie, jakby sama myśl sprawiała mu autentyczny smutek.
I znów wyglądał przekonująco.
— Nie będę jednak osądzał go pochopnie — dodał po chwili ciszej. — Każdy wojownik czasem się gubi, a naszym obowiązkiem nie jest odpowiadać gniewem, lecz zachować jedność oraz rozsądek.
Lśniąca Gwiazda uniósł lekko łeb, a jego bursztynowe spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych wojownikach z niemal ojcowską łagodnością.
— Nie pozwólcie jednak, aby strach lub plotki osłabiły nasz klan — powiedział już nieco pewniejszym tonem. — W chwilach niepewności łatwo jest zapomnieć o tym, kim jesteśmy. Łatwo pozwolić, by podejrzenia podzieliły wojowników, którzy powinni stać ramię w ramię pod spojrzeniem naszych przodków.
Przy ostatnich słowach uniósł wzrok ku górze, ku ciemnemu sklepieniu jaskini, jakby naprawdę wierzył, iż gdzieś ponad skałami Klan Gwiazdy obserwuje każdy jego ruch.
Wziął głęboki wdech, jak gdyby jeszcze raz przemyśleć musiał to, co przed chwilą powiedział.
— Mam pozytywne nadzieje, i naprawdę chciałbym powiedzieć, że decyzja Króliczej Prawdy jest po prostu nie do końca świadomym wyskokiem. Lecz nie jestem w stanie okłamywać samego siebie. A tym bardziej was. Obawiam się, że jego zaginięcie nie jest do końca tak przypadkowe, jak można by pomyśleć. I dlatego też chciałbym porozmawiać z kilkoma kotami o jego zachowaniu sprzed ucieczki — na moment przerwał. — O tym wszystkim dowiecie się jednak niedługo. Choć mam pewne przypuszczenia, to wciąż potrzebuje opinii innych, by móc cokolwiek zrobić.
Zatrzymał spojrzenie na klanie dłużej, niż było to konieczne, pozwalając, by każde wypowiedziane zdanie osiadło w ich umysłach jak ciężki, lecz stabilny kamień, który miał utrzymać konstrukcję ich zaufania w ryzach, nawet jeśli pod spodem wciąż poruszały się niewypowiedziane obawy.
— Jeśli chodzi o Ćmi Księżyc, to już niedługo ja wraz z Truskawkowym Polem dobierzemy koty, które wraz ze mną wyruszą do Klanu Nocy z prośbą o wyjaśnienia — kontynuował spokojnie, a jego głos nie zdradzał ani pośpiechu, ani wahania, choć w rzeczywistości każda decyzja w obecnych czasach wymagała większej ostrożności niż kiedykolwiek wcześniej.
W klanie przebiegł cichy szmer, ponieważ sama wzmianka o wyprawie do Klanu Nocy budziła w niektórych kotach niepokój, a w innych ostrożną nadzieję, że sytuacja Ćmiego Księżyca wreszcie znajdzie swoje rozwiązanie, nawet jeśli droga do tego miała prowadzić przez nieznane i potencjalnie nieprzyjazne tereny.
— A jeśli chodzi o Gąsienicowego Ogryzka — dodał po chwili, a jego ton stał się odrobinę chłodniejszy, choć wciąż zachowywał tę samą, starannie wyważoną łagodność, która sprawiała, że słowa nie brzmiały jak oskarżenie, lecz jak konieczna ostrożność — to na ten moment będzie on musiał pozostać w obozie, ponieważ jego obecność poza nim mogłaby jedynie wprowadzić dodatkowy chaos w już napiętą sytuację. — ...Niestety, obawiam się, że zniknięcie Króliczej Prawdy może mieć z nim coś wspólnego.
Wśród zgromadzonych kotów ponownie przeszedł cichy szmer, tym razem bardziej stłumiony i cięższy, jakby sama wzmianka o potencjalnym związku między Gąsienicowym Ogryzkiem a zniknięciem Króliczej Prawdy natychmiast obudziła w nich mieszankę niepokoju i niepewności, której Lśniąca Gwiazda świadomie nie próbował ani wzmocnić, ani całkowicie rozwiać.
Bo zbyt wiele jasności mogło być równie niebezpieczne jak jej brak.
Wyleczeni: Lśniąca Gwiazda
mój chłopak taki silny i bezwzględny... nie jak ten frajer Len Cytryna
OdpowiedzUsuń