Do ostatniej chwili zaciekle walczyć, wbijając pazury i kły w ciało przeciwnika, licząc, że jednak to on będzie górą i że Barwinkowy Podmuch raz na zawsze dostanie od niego mocno po pysku. Nie szło mu źle. Umiejętności zdobyte podczas szkolenia z Łabędzim Pluskiem, bardzo mu się przydały. Chociaż Szczawiowy Liść nigdy by się nie przyznał, zawiódł bardziej brak doświadczenia i wiek, bo mimo iż był młody i pełen energii, nie miał tak wyćwiczonej sylwetki jak starszy od niego wojownik. Wynik był więc jasny, chociaż liliowy walczył ze wszystkich sił, które stopniowo zaczęły go opuszczać. Czuł tą adrenalinę, determinację, zachęcające do większego działania. Poczuł krew przeciwnika, mieszającą się z tą jego. Lubił zapach krwi. Uwielbiał czuć ją na łapach, zwłaszcza gdy wygrywał i z satysfakcją spoglądając w błagalne ślepia przeciwnika. Teraz czuł się zawiedziony. Ostatni raz potraktował ostro wojownika, za którym nie przepadał, zanim został przyciśnięty do ziemi.
Syknął z oburzeniem. Zaczął się wyrywać, chcąc uciec od jego ciężaru i jeszcze raz zaatakować, tym razem mocniej i najlepiej bardziej brutalnie. Wyobraził sobie leżącego we krwi Barwinka, to byłoby takie cudowne, gdyby cały obolały się nie podniósł! Jednak teraz to czarny kocur nad nim górował. Silnie go trzymał, nie dając wijącemu, szarpiącemu liliowemu się uwolnić. Więc Szczawiowy Liść przestał walczyć i pozwolił swoim zmęczonym mięśniom na odpoczynek. Śnieg był brudny od krwi dwóch kocurów. Szczawik dalej jeżył sierść. No pięknie, teraz Barwinkowy Podmuch będzie się z niego do końca śmiał! Albo jeszcze gorzej, rozpowie wszystkim w obozie o jego przegranej! Szczawiowy Liść zacisnął ze złości zęby. To nie tak miało być. Był pewny, że to właśnie on wygra! Że będzie mógł wpatrywać się z drwiną w Barwinka, wypominając mu, jakim to okazał się słabeuszem. Oczywiście, że miał przewagę, kiedyś będzie miał własnego ucznia, ale to, że został pokonany w walce, do której przygotowywał się od kociaka, było skazą na jego honorze. Nie wybaczy tego nigdy czarnemu kocurowi.
— Przegrałeś, gnojku!
Zamknął oczy, jeszcze bardziej zaciskając szczękę, gdy usłyszał głos Barwinkowego Podmuchu. Pełen satysfakcji, że wygrał z synem Berberysowej Bryzy. Liliowy kocur miał ochotę go uderzyć, ale dalej leżał przyciśnięty do ziemi. Odważył się jednak spojrzeć w oczy przeciwnika.
— Mówiłem, że z tobą wygram, gnojku. Chcesz coś powiedzieć, kociaku?
Pełen drwiny głos jakby teraz rozbrzmiewał gdzieś daleko, a nie wydobywał się z pyska Barwinka, chociaż Szczawik doskonale widział jak ten rusza pyskiem. Przez chwilę miał ochotę odpowiedzieć, ale za bardzo zapatrzył się w ślepia czarnego kocura. Niebieskie. Przypominały mu trochę niebo po burzy, swoim delikatnym lśnieniem, idealnie łączącym się z pyszczkiem. Zatonął w nich na moment. Były śliczne. Poczuł jak jego serce zaczyna mocniej bić. Niebezpiecznie szybko. Nie mógł go uspokoić, chociaż wewnętrznie krzyczał, żeby w końcu stanęło. Biło jak oszalałe, niosąc ze sobą coś nowego, czego wcześniej nie czuł. Przyjemne ciepło rozlało się po całym jego ciele, mimo panującej zimnej Pory Nagich Drzew. Przyjemne ciarki przeszły mu po plecach. Oddech stał się spokojniejszy, otwartymi ślepiami w kolorze zachodzącego słońca, śledził najmniejszy ruch oczu Barwinkowego Podmuchu. Gdy ten je mrużył, otwierał szerzej, zamykał. Melodia pochodząca gdzieś z jego wnętrza, napawała go szczęściem. Pozwolił sobie na to uczucie, jakby cały świat należał do niego. Widział jedynie pysk czarnego kocura, tak blisko tego jego, a jednak dość daleko, chociaż jakby się wysilił, mógłby dotknąć jego nosa. Coś jednak go ścisnęło, nie pozwalając na to, a wręcz zawstydzając tym pragnieniem.
Barwinkowy Podmuch ponownie poruszył pyskiem. Mówił coś do Szczawika, pogrążonego teraz w tej przyjemnej głębi. Nagle się z niej wyrwał. Szybko pokręcił łbem. Odwrócił prędko wzrok, przyglądając się drzewom, żeby nie musieć znowu patrzeć na Barwinka. Jakoś nie potrafił. Zatęsknił za tym uczuciem, które zaczął z siebie wyrzucać.
— Oślepiło mnie słońce, lisie łajno. — syknął wreszcie.
— Akurat! Po prostu przegrałeś.
Szczawik wbił pazury w ziemię, zanim wyciągnął długie łapy przed siebie, kopiąc w brzuch czarnego kocura, zanim ten zdążył się cofnąć. Korzystając z rozluźnienia, szybko wyszedł spod niego, otrzepując sierść ze śniegu i krwi.
— To jeszcze nie koniec. — obiecał wojownikowi, zanim rzucił się w stronę obozu.
Biegł najszybciej jak mógł, ciesząc się wiatrem targającym jego futro. Zatrzymał się na środku obozu, siadając i kładąc łapę w miejscu, gdzie powinno być jego serce. Znowu szybko biło. Nie rozumiał co się z nim działo i dlaczego chciał tak bardzo znowu się tak cudownie poczuć.
— A tobie co?
Spojrzał na Fiołkową Łapę. Brat miał właśnie wybrać się na trening. Jego sierść była dokładnie ulizana. Liliowy wiedział, że odkąd został wojownikiem, rodzeństwo bardziej się przykładało, by nosić równie szlachetną pozycję. Wzruszył ramionami. No tak, nie zmył z siebie krwi. Gdyby Berberys go zobaczyła, zadawałaby zbyt dużo pytań, na które nie był w stanie odpowiedzieć.
— Broniłem honoru.
— I go obroniłeś?
Nie chciał na to odpowiadać. Nie umiał też kłamać. Dlatego jedynie się odwrócił i skierował prosto do legowiska wojowników, licząc, że już nie spotka dzisiaj Barwinkowego Podmuchu.
<Barwinku? surprise ♥️>
jeSTEM W CHUJ ZASKOCZONA OK
OdpowiedzUsuń