Na niebie kładł się już ciemny jęzor wieczoru. Ziemia, ledwie nagrzana za dnia, zaczynała oddawać już swe resztki ciepła powietrzu; ostatni dzwonek dla tych, którym nie marzyło się wyjście w nocnym chłodzie. Piątka kotów — znużona rutyną Sikorkowy Śpiew zdecydowała się im towarzyszyć — wyruszyła na otwarte pola, brnąc powoli przez morze trawy.
— Niedługo będziemy się rozdzielać — miauknął Tańcząca Zorza, nie odwracając głowy, kiedy byli już od obozu dostatecznie daleko. Przez trajkotanie jego siostry Słonik ledwie go usłyszał.
Ach, tak. Trening polowania. Wspólny, razem z Melodyjką. Zwykle rzecz niezmiernie trudna do osiągnięcia; łączenia zajęć kłopotliwej dwójki uczniów unikałby każdy odpowiedzialny mentor, zwłaszcza, kiedy miały one obejmować puszczenie ich w teren samopas. Wpływ jednego z nich na drugie, zwłaszcza wybuchowej szylkretki na jej kolegę, był w końcu znany całemu obozowi, a do ewentualnego chaosu, jaki potrafili czasem spowodować, nikt o zdrowych zmysłach i poczuciu moralności nie chciał przykładać łapy.
A jednak tym razem — udało się. Bez wielkich scen i dramatycznych obietnic. Można by wręcz powiedzieć, że… bez żadnego problemu.
Dzieciakom w żałobie potrzeba litości, prawda?
— Myślę, że to już. — Rzeczny Nurt machnęła ogonem, sygnalizując postój, po czym zawęszyła, rozglądając się wokoło. — Czuć zwierzynę, chociaż słabo. Coś się stało, Słonikowa Łapo?
— Nic.
Czuł na sobie spojrzenia mentorów, ale udawał, że ich nie dostrzega. Zamiast tego wzrok wbił w najbliższą kępę przyschniętej trawy. Melodyjka szturchnęła go dyskretnie, na co odpowiedział machnięciem ucha. Za chwilę. Jak już odejdą od tego cholernego patrolu.
— W takim razie… Słonik na południe, Melodyjka — południowy wschód. Postarajcie się, jak umiecie, ostatnio nie opływamy w zwierzynę, okej? Gdyby coś się działo, my będziemy gdzieś tam, przy tamtych krzakach. — Tańcząca Zorza wskazał ruchem łba krzewiastą wysepkę, którą niedługo mógł przejąć mrok. — Tam się spotkamy, kiedy błyśnie już Srebrna Skóra, dobra?
— Niedobrze. Będą patrzeć.
— Na co?
— ...Musicie być szybcy.
— Hej, idziesz? — Mało brakowało, a przyjaciółka pociągnęłaby go za ogon. — Ślimaku jeden. Co jest nie tak?
Potruchtał za nią, z trudem starając się powrócić do rzeczywistości. No tak, szybciej. Gdzieś zza swoich pleców usłyszał jeszcze rozbawione “mieliście dwa różne kierunki!”, Sikorkowy Śpiew już zaczynała pogaduszki z bratem, potem Rzeka zawołała coś o zakazanych terenach, co ledwie zarejestrował — nie miał jednak takiej potrzeby, bo nakaz omijania w polowaniu okolic traktora powtarzany był ostatnio jak mantra.
— Nie wiem. Pewnie zły dzień. — Zwolnił, orientując się, że nie wie, dokąd idzie.
Melodyjka parsknęła, ale kiedy go wymijała, jeszcze raz zlustrowała go wzrokiem.
— Jak będziesz wiedział, to powiedz.
— Mhm.
Najwyraźniej usatysfakcjonowana, zawróciła i przeszła kilka kroków w przeciwną stronę, by spojrzeć ostrożnie ponad źdźbłami traw.
— Nie ma ich. Dokądś idziemy?
Dokąd, dokąd? Kolejny problem na jego głowie. Wciąż trawiony złością i dodatkowo tylko rozstrojony rozmową z bezcielesnym głosem nie czuł się na siłach, by podejmować jakiekolwiek decyzje. Prawdę mówiąc, miał ochotę odpalić Melodyjce cokolwiek głupiego, byleby na tę chwilę przestała się odzywać.
— Ech, to może… — Głęboki wdech pomógł niewiele. Dokąd, no dokąd? Podświadomość podsunęła mu jedno. — Może traktor?
Widział, jak ściąga wargi — a tym samym dostrzegł i swój błąd; dlatego też, zanim zdążyła się odezwać, zaczął pośpiesznie tłumaczyć:
— Znaczy… Wiem, że stamtąd jest ta zwierzyna, ale… Wcześniej tak nie było, prawda? Ostatnio coś musi być nie tak. Nie będziemy tam nic łapać, tylko sprawdzimy teren. Reszta poradzi sobie z polowaniem. Te mysie dudki boją się tam zapuszczać, więc nie robią żadnych postępów, ale… no...
Pokiwała głową, i z ulgą stwierdził, że w jej oczach zamigotały lekko łobuzerskie iskierki.
— ...To jest świetny plan. Wybaczam ci ześlimaczenie. — Jej ogon, uniesiony teraz w górę, zatrzepotał na wietrze niczym dumna chorągiew — i zanim zdążył się zorientować, zniknął wśród traw.
Ślimakowi nie pozostało nic innego, jak za nim podążyć.
Pędzili razem przez płomiennie oświetlone łąki, czasem tylko zwalniając dla określenia kierunku – a i to szybko okazało się zbyteczne, bo wielki, rdzawy traktor widać było jeszcze z daleka.
— Tu chyba zaczyna się ta strefa, nie? — mruknął Słonik, zwalniając do truchtu. Ziemia pod jego łapami nagle stała się jakby twardsza. Tupnął dwa razy, by pozbyć się dziwnego wrażenia. — Bądźmy ostrożni, nigdy nie wiadomo, czy Mokry nie patrzy.
— Myślisz, że chciałoby mu się tutaj siedzieć? — Spojrzała na niego z ukosa, ale po chwili parsknęła, jakby w samej tej myśli tkwiło coś skrycie śmiesznego. — Jak taka sowa.
— Mokra Sowa.
— Tak, piękne. Idziesz sobie, idziesz, już myślisz, że nic ci się nie stanie... A tu nagle z krzaków “uhuhuhuhu”! — Nastroszyła sierść, żeby dodać swojej narracji nieco grozy. — To nie są żarty, Słonikowa Łapo, to nie są- AAA! TUTAJ JEST!
Przerażony Słonik odskoczył, o mało co się nie przewracając. Przez głowę przemknęły mu naraz tysiące myśli — co? jak to? co teraz? — a pazury same wysunęły, gotowe, w razie potrzeby, przebić skórę agresora… i kilka sekund minęło jeszcze, zanim zorientował się, że Melodyjka dusi się ze śmiechu.
— Ta. Świetnie. — To tylko rozśmieszyło ją bardziej, więc, obrażony, trzepnął ją w łeb i od razu popędził przed siebie, by pod kołami traktora szukać schronienia przed krwawą zemstą.
To wtedy też wyraźnie poczuł, że coś jest nie tak.
— Słuchaj, Melo... — Na dźwięk jej kroków odsunął się instynktownie, ale ponieważ myślami był już przy nowym odkryciu, niewystarczająco daleko. — Ała! Czekaj no, mówię coś…
— Masz za swoje — stwierdziła słodko, jego śladem wślizgując się pod zardzewiałe podwozie potwora — i równie prędko cofając się ze zmarszczonym nosem. — Fuj, czym tu tak wali?
— Nie wiem jeszcze. Może poszłoby szybciej, gdyby ktoś nie rzucał się jak świrnięty lis — odgryzł się, stawiając krok dalej. Melodyjka w odpowiedzi rzuciła jakimś sprośnym żartem wiążącym smród z jego osobą, który dla dobra ich obu postanowił zignorować. — To musi być jakiś trop. Weź mi pomóż.
Niemal w ciemności, ledwie oddychając w odrzucających oparach, dwójka uczniów przyglądała się podwoziu opuszczonej maszyny.
— Hm — mruknęła wreszcie Melodyjka, wsuwając się nieco głębiej w cień. — A to?
Przysiadł u jej boku, spojrzeniem wiodąc za końcem jej łapy — tam, gdzie czarniejsza od czerni plama sugerowała otwór w blasze.
— Czekaj — powstrzymała go, zanim zdążył się choćby odezwać. Wzrok wciąż miała skupiony na niewielkiej dziurce.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, wspólnie obserwując blachę.
— ...No dobrze, ale o co… — Jakby na przekór Słonikowi, już mającemu podnieść się z ziemi, akurat w tym momencie w otworze coś się zaszkliło — i z podwozia spadła mała, czarna kropelka, bezdźwięcznie stapiając się z gruntem poniżej. Rzeczywiście; zapach — choć już wcześniej zdawało mu się, że osiągnął jakieś granice — teraz buchnął na nich zupełnie z nową siłą i bogactwem barwy.
— Okej. — Obejrzał się na Melodyjkę, na której pyszczku nawet teraz, pomimo ciemności, rysował się wyraźnie triumfalny uśmieszek. Mimowolnie uśmiechnął się także. — Mamy to.
Wycofali się ostrożnie, nie chcąc w pobliżu cuchnących kropelek przebywać dłużej, niż było to konieczne.
— Jak myślisz, skąd to się bierze? Taka czarna woda… — Słonik raz jeszcze ogarnął traktor spojrzeniem
— A bo ja wiem? Pewnie coś od Dwunogów. A może lis przyszedł, nasikał i coś się zmutowało. — Podeszła bliżej, by również spojrzeć w górę. — Chcesz się dowiedzieć? Skoro jest jak woda, to pewnie gdzieś stamtąd. Ale to chyba nie jest nam potrzebne?
— Raaaczej nie — przyznał, jednocześnie już stawiając łapę na zdezelowanym stopniu — ale kto wie, czy nie da się dowiedzieć czegoś więcej. A naszym władzom pewnie spodobają się szczegóły.
Wyczuwając brak sprzeciwu ze strony przyjaciółki, wybił się mocno, potem znowu — i już po chwili balansował na oparciu rozpadającego się siedzenia.
Chłodna bryza, igrająca w zbitych szybach okien, przyjemnie zmierzwiła jego sierść. Powiódł wzrokiem tam, skąd przychodziła — na wieczorne niebo, oświetlone jeszcze od spodu pomarańczową poświatą, gdzie wyraźnie błyszczały już pierwsze gwiazdy. Gdyby wyruszyli za chwilę, mieliby jeszcze dość czasu, by spotkać się z grupą o umówionej porze; Słonik jednak nie miał takiego zamiaru. Wdychając czyste, zimne powietrze, pierwszy raz od dawna czuł spokój.
Coś poniżej załomotało i już po chwili czuł na sobie długą sierść Melodyjki, która, nie bacząc zupełnie na ilość miejsca, zdecydowała się wtarabanić na oparcie tuż obok niego. Obluzowana pianka przesunęła się niebezpiecznie pod naporem kurczowo wbitych pazurów.
— I jak? Znalazłeś coś? — Rozejrzała się z niecierpliwością po przybrudzonym suficie, a Słonikowi ledwie udało się utrzymać równowagę.
— Źródła tego czegoś nie, ale mam coś innego. — Przez chwilę patrzył gdzieś w dół, aż nie nachyliła się i nie zrobiła tego samego.
— Co?
— Uhuhuhuhu! — Zanim zdążyła zorientować się, co się dzieje, Melodyjka zleciała na siedzenie z głośnym jękiem sprężyn, który po chwili zagłuszył niemal Słonikowy śmiech.
— Lisie łajno! — Podniosła się niezgrabnie, a choć w jej głosie zabrzeć miała chyba śmiertelna groźba, wkrótce też nie mogła powstrzymać się od śmiechu. — No chodź tu, chodź!
— Czekaj! Czekaj, nie! — Ledwie spostrzegł, co robi, ale było już za późno; Melodyjka, wycofawszy się nieco, rzuciła się na środek oparcia. W jednej chwili poczuł, jak traci grunt pod łapami, w drugiej z wrzaskiem spadał już na łeb, na szyję na resztki fotela.
— Uhuhuhu! Uhuhuhu! — Usłyszał tuż nad swoją głową, a jego brzuch zaatakowały nagle czyjeś łapy, szukając miejsca do łaskotek. Tego było już za wiele. Nie odzyskawszy jeszcze nawet pełni zmysłów po uderzeniu, zwinął się i rzucił na Melodyjkę z bojowym okrzykiem. Dwójka kotów zwarła się w pełnej śmiechu walce, cudem tylko utrzymując równowagę na siedzeniu kierowcy.
Cudy natomiast nie trwają wiecznie.
Słonik zauważył, że przeciwniczka często staje tuż przy krawędzi pianki, nieomal na niej balansując — i przy pierwszej nadarzającej się okazji postanowił to wykorzystać. Uśmiechnął się, czując już swoje zwycięstwo Zamiast znów trzepnąć ją po nosie, spiął się, po czym gwałtownie wyskoczył przed siebie, by zrzucić Melodyjkę tam, gdzie było jej miejsce… ale jej udało się odsunąć.
— Nie!
Okrzyk Melodyjki utonął całkowicie w ogłuszająco głośnym, nienaturalnym wyciu, jakie wydobyło się nagle z głębi Potwora.
Przerażona kotka podbiegła do krawędzi siedzenia, spojrzenie wbijając w ciemność poniżej — pustkę, która właśnie pożarła jej przyjaciela. Nie zdołała jednak wypatrzeć nic poza kilkoma srebrnymi zarysami, których kształty zupełnie nic jej nie mówiły. Końcówka jej ogona zaczęła niebezpiecznie drżeć.
— Słonik…?
— Żyję! — Cień nagle rozstąpił się i rozciągnięta w uśmiechu mordka Słonika pojawiła się tuż przed jej nosem. Melodyjka aż się nieco wzdrygnęła, na co zareagował chichotem.
— Masz szczęście, że ci nie przyłożyłam w ten twój łeb, niemoto — prychnęła. Kiedy spróbował wgramolić się z powrotem na fotel, gładko zepchnęła go z powrotem.
— Ej!
— Jesteś cały brudny w jakiejś brei i kurzu, nie będziesz siedział w cywilizowanym miejscu!
— Ja ci dam breję… — Usłyszała jego kroki, chroboczące na zaśmieconym pokładzie, ale tym razem nie zdążyła się przygotować; rzeczywiście utytłany Słonik stanął pewnie na siedzeniu, strasząc drapieżnym uśmiechem.
— Sio z tym ode mnie! Sio!
— Nie ma sio! — zaśmiał się złowieszczo, nacierając na kotkę z sierścią całą w śmierdzącym smarze. — I kto jest teraz brudny, co? Może jeszcze? Breja czeka!
— Na ciebie! Zaraz znów spadniesz, śmierdzielu! — Nie pozostała mu dłużna. Nurkując pod jego łapami, znów dobrała się do jego brzucha. Słonik zawył i rzucił się na nią, w wyniku czego oboje potoczyli się trochę za daleko — i razem zlecieli z fotela, wpadając w morze resztek i nieposprzątanych nigdy śmieci.
Było coś komicznego w tym położeniu i gdy tylko przestali krztusić się kurzem, o mało co nie udławili się śmiechem, nieporadnie starając się wstać.
— Co wy do cholery robicie?
Głos Tańczącej Zorzy podziałał na Słonika jak uderzenie szpadlem. Czując nagłą falę chłodu, spojrzał na łąkę — jego mentor właśnie przedzierał się przez trawę kipiącym gniewem krokiem, a długość drzewa za nim podążała nastroszona Sikorkowy Śpiew. Bezwiednie pokręcił głową. Wyglądało to jak sen.
— No słucham! Co sobie myślicie, bezczelnie łamiąc zakazy, które ratują nasz klan przed zatruciem, obijając się, zamiast łapać zwierzynę, a na dodatek strasząc ją jeszcze jakimś Dwunożnym świństwem? — Nie widział dobrze pyska Tańczącej Zorzy, który zagubił się gdzieś w ciemności, ale sam jego ton mu wystarczył. Dawno, może nawet nigdy, nie spotkał mentora tak zdenerwowanego.
Siedział jak sparaliżowany, czując jednocześnie, jak złość, o której zdążył zapomnieć, na nowo rozlewa się po jego ciele. To znów oni. Znowu patrol. Ta obrzydła, idiotyczna lekcja.
— Nic nie rozumiesz! — Melodyjka, szybciej odzyskawszy mowę, podniosła się gwałtownie. — Wcale się nie obijaliśmy! Przyszliśmy tu, żeby znaleźć…
— A co to kogo obchodzi, po co tu przyszliście? — Sikorkowy Śpiew nie mogła powstrzymać się już dłużej i skoczyła do przodu, wściekle machając ogonem.
— Zachowujecie się normalnie gorzej od kociaków. Zawiodłem się na was. Złazić.
— Słuchaj, ty wyliniały strzępie, mówię ci przecież, że—
— Zaraz to ja powiem Mokrej Gwieździe, żeby cię wcale nie mianował!
To było jak błysk pioruna. Melodyjka stała, zjeżona, tuż obok niego, oddychając ciężko; kiedy mrugnął, jej pazury zatapiały się już w burej sierści Tańczącej Zorzy.
Na uderzenie serca zapomniał wręcz o gniewie, wpatrując się w walczące z wrzaskiem koty szeroko otwartymi oczami. Nie tak miało być. Cokolwiek się teraz działo…
Wtedy jednak jego uwagę przykuł ruch w trawie tuż za atakującą zaciekle przyjaciółką. W słabym świetle księżyca rozpoznał szylkretową sierść. To Sikorkowy Śpiew, brutalna zabijaka, skradająca się, żeby znienacka przyszpilić do ziemi Melodyjkę. Wyciszyć. Obezwładnić. Pozbyć się problemu.
Wiedział przecież, że tym dla nich byli.
Kocur wybił się bezszelestnie i runął z góry prosto na wojowniczkę.
* * *
Pomimo późnej pory obozu Klanu Burzy nie zmorzył całkowicie sen. Większość członków odpoczywała co prawda, ułożona w ciepłych skalnych legowiskach — jednak nie wszyscy, i ta właśnie część, która pozostała jeszcze na nogach, patrzyła wtedy z niedowierzaniem, jak grupka wojowników wprowadza do środka czwórkę rannych kotów.
— Była bitwa na granicy? Z kim? — padło gdzieś z tyłu. Słonik zarył pazurami w ziemię, ale nie odezwał się. Nie da im już satysfakcji słuchania jego głosu.
Zeszli w dół, pod ziemny nasyp. Każdy krok na nowo rozpalał rozcięcia na jego łapach, ale w czasie powrotu zdążył przywyknąć do bólu na tyle, że już wcale na niego nie reagował. Także wtedy, gdy zbudzony nagle Jeżowa Ścieżka opatrywał jego rany, nie udało mu się wydobyć ze Słonika więcej, niż ciche syknięcie.
Medyk szybko zorientował się, że tym razem może wskórać coś jedynie na urazy fizyczne, i poza pojedynczym westchnieniem również nie odzywał się wiele.
Większość zebranych zgodziłaby się, że ta noc była smutna. Ale nie dla niego. Słonik był po prostu wściekły, zmęczony i wściekły, tak bardzo, że na zewnątrz zupełnie spokojny. Opatrywanych długość lisa od niego Tańca i Sikorki nie zaszczycił nawet spojrzeniem, podobnie zresztą jak siedzącej obok Melodyjki. Przez cały czas wpatrywał się tylko pusto w grunt pod własnymi łapami, czasem tylko łapiąc co najmniej nieprzyjemny kontakt wzrokowy z krzątającymi się medykami.
Wreszcie na chwilę pozostawiono ich samym sobie; Konwaliowe Serce, wciąż dosyć wstrząśnięta, musiała uprzątnąć odnogę dla chorych, w której kazano im przenocować. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Słonik usłyszał wyraźnie własny oddech i nie spodobało mu się to. Nagle zapragnął stamtąd wyjść; nie miał na to jednak większych szans, więc pozostał na miejscu, strzygąc tylko uszami na dźwięk czyjejś rozmowy.
— ...będzie z nimi? — Ściany odbiły głos wojowniczki, stojącej gdzieś w nocy na zewnątrz jaskini. Bardziej poczuł, niż zobaczył, jak Melodyjka również nadstawia uszu.
— Nie wiem jeszcze, Rzeczny Nurcie. — Teraz rozpoznali głos bez problemu. Mokra Gwiazda. “Zmokła Sowa”, powtórzył sobie w myślach Słonik, ale ani trochę go to nie rozbawiło. Zamiast tego coś ścisnęło mu się w żołądku na myśl o tym, co stracił.
— Zdecydujemy jutro rano. Ale nie wróżę im dobrej przyszłości.
— No dobrze, posłania już gotowe. — Zajęcza Stopa wyłoniła się z korytarza obok, ogonem zachęcając ich, by poszli za nią. Nie potrafił wyczytać z jej spojrzenia, czy bardziej jest na nich zła, czy im współczuje; ostatecznie i tak go to nie interesowało. Nie mogło. Wyminął ją bez słowa, wchodząc prosto w mrok.
Jama była spora, tak, że oboje mogliby się w niej rozłożyć bez większego trudu, a jeszcze pozostałoby wolne miejsce; żadne z nich nie miało jednak na to ochoty i gdy tylko Słonik z pewnym wahaniem ułożył się pod ścianą, Melodyjka zwinęła się w kłębek tuż obok.
— Uważajcie na swoje rany — usłyszeli jeszcze, a potem kroki Zajęczej Stopy zaczęły oddalać się korytarzem. — Śpijcie dobrze.
Zostali sami.
— Gnojki — podsumowała krótko Melodyjka po trwającej wieczność ciszy. Słonik jedynie prychnął. Upłynęło kilka kolejnych chwil, zanim zdecydował się odezwać.
— Melo… Popraw mnie, jeśli się mylę — powiedział cicho i wolno, bezwiednie wpatrując się w ziarenka żwiru — ale nie widzę innego wyjścia, niż uciec.
Znów cisza.
— Nie poprawię. — Cichy szelest oznajmił mu, że podniosła się do siadu. — Chyba, że opcją jest zamordowanie Mokrej Gwiazdy.
Parsknął, ale bez przekonania.
Ucieczka. Mieliby zerwać się stąd i oddalić przed nadejściem świtu. W ten sposób wyrok od Mokrej Gwiazdy nigdy by nie nadszedł. Co potem? Nie miał pojęcia. Musieliby sobie jakoś poradzić, ale że obydwoje byli sprawni i dobrze wyszkoleni, nie martwił się. Zamiast tego jego myśli same z siebie wróciły do sióstr, do brata, do… Cóż.
Nie był pewien, jak Bluszczowa Poświata zareaguje na wieść o tym, że jej brat zniknął bez wieści, za to wiedział jedno — nie zniesie kolejnej kary w klanie, który nie mógł zapewnić mu przyszłości. To byłoby dla niego za wiele. Dla niego — i dla Melodyjki.
Poczuł ostrą igłę żalu — ale żyła krótko.
— Tylko jak to zrobimy?
— Szybko. — Za cytat z “drugiej strony” zarobił sobie kuksańca. Wypuścił głośno powietrze. Świetlisty Potok — jeżeli w ogóle była ona — jak zwykle nie okazała się bardzo pomocna.
Powiódł spojrzeniem po ścianach jaskini, myśląc intensywnie.
Mokra Sowa XD
OdpowiedzUsuńM o k r a S o w a XDDD ALE RYK
OdpowiedzUsuń