*wczesną jesienią*
- Nie mogłaś mnie tego nauczyć wcześniej? - bąkał kremowy kocur, kiedy chłodne wody rzeki obmywały mu łapy. Dzień był pochmurny i wietrzny, nie mógł nawet liczyć na to, że słońce trochę przygrzeje i ociepli wodę.
- Nie marudź - odparła Karasiowa Łuska. - Wcześniej może i było ciepło, ale ty byłeś zdecydowanie za słaby. Nurt porwałby cię szybciej, niż ci się wydaje.
Z tym argumentem trudno mu było dyskutować. Wciąż pamiętał pojedynek z Iskrzącą Łapą, w którym to przegrał z kretesem... Ale jeszcze kiedyś mu pokaże! Z drugiej strony, dobicie do brzegu chyba nie mogło być aż takie trudne. Mentorka wyprowadziła kocurka z wyspy i przywiodła na brzeg, niedaleko od kamieni, po których przeskakiwało się przez rzekę. Zielonooka kocica kazała mu pozostać na lądzie, a sama zanurzyła się w wodzie tak, że całe jej nogi i brzuch zniknęły pod powierzchnią.
- Zaczniemy od czegoś łatwego - zdecydowała. - Podejdź do mnie i nie daj się porwać po drodze - rzuciła z przekornym uśmieszkiem.
Uczeń po raz kolejny niechętnie zanurzył łapy w wodzie. Ku jego zaskoczeniu, tym razem nie było to już tak bardzo nieprzyjemne. Zebrał się w sobie i nie zważając na chłód, podszedł w kierunku kremowo-białej kotki, choć łatwo było zauważyć, że ten dystans zdecydowanie wolałby na przykład przelecieć. Położył po sobie uszy, dając wyraz irytacji, jaką powodowała u niego stawiająca opór woda. Czy chociaż ona nie mogłaby współpracować?
Zatrzymał się na kilkanaście kocięcych kroków przed miejscem, w którym znajdowała się Karasiowa Łuska.
- Umm... Karasiowa Łusko, nie czuję dna - rzekł, spodziewając się, że zbliża się nieuniknione.
- W tym rzecz, słońce. Podpłyń do mnie!
- Ale przecież jest strasznie zimno...
- Ty przynajmniej masz długie futro! Zimno to może być mi, kiedy słucham twojego marudzenia. Wskakuj i nie każ mi marznąć!
Pręgowany w odruchu zrobił krok do przodu i nietrudno się domyślić, że dobrze się to nie skończyło. Łapami rozpaczliwie próbował uratować się przed zanurzeniem głowy, ale woda pociągnęła jego puchatą postać w dół. Ciecz była wszędzie - a przynajmniej tak mu się wydawało, bo zdecydował się zamknąć oczy. Gdyby tylko mógł, uszy i nozdrza też chętnie by zamknął. Słyszał tylko własną, żałosną szamotaninę z siłami przyrody. No, być może również płynącą za nim Karasiową Łuskę, ale nie czuł się na siłach, aby teraz o niej myśleć. Rzeka zakręciła nim tyle razy, że nie był pewny, gdzie jest dół, a gdzie góra. Z tej nieprawdopodobnie dzielnej walki o życie, wyrwała go natomiast skała. Tak, dokładnie ta sama, po której skacze się, chcąc wydostać się z wyspy. I dokładnie ta sama, z której kiedyś ześlizgnął się do wody. Nie był więc przekonany, czy i tym razem kamień go nie zdradzi. Ostatecznie wczepił się jednak w niego pazurami, bo nie spodziewał się prędko innej deski ratunki. Kiedy już przekonał się, że skała nie zamierza go zrzucić, jedną łapą odgarnął mokre kępki sierści, które przysłaniały mu oczy. Zdecydowanie wolałby nie wiedzieć, kto nad nim stał. Równie dobrze mógłby się schować z powrotem pod powierzchnię.
- No cześć, Łososiu - miauknęła rozbawiona Pluskająca Łapa, która najwyraźniej czekała na mentorkę. - Nie sądziłam, że aspirujesz do zostania rybą.
Łososiowa Łapa miał ochotę pacnąć ją w ucho, ale szybko się opamiętał, kiedy na chwilę znowu stracił przyczepność.
- Nieważne! Jest z tobą Pstrągowa Gwiazda?
- Nie, jeszcze nie, ale zaraz powinna tu przyjść.
- Pomóż mi się wspiąć!
- Za późno, idzie tu! - wypowiedziała zduszonym szeptem i wcisnęła łososiową głowę pod powierzchnię wody. Ledwo zdążył nabrać powietrza. Tym razem spróbował otworzyć oczy, żeby wiedzieć, kiedy będzie mógł się wynurzyć. Trochę szczypało, ale to niewielka cena za możliwość zachowania reputacji w oczach liderki. Zauważył, że nad wodą pojawił się ogromny cień Pstrągowej Gwiazdy, która po chwili zniknęła po drugiej stronie kamieni. Na początku chciał gwałtownie się wynurzyć i szybko nabrał powietrza, ale zorientował się, że bura kocica na pewno by go wtedy usłyszała. Powoli wystawił więc łebek ponad powierzchnię i z trudem powstrzymywał się, aby łapczywie nie wciągnąć powietrza. Po chwili, ni stąd, ni zowąd, nad jego głową pojawiła się tylko trochę przemoczona, szczupła sylwetka Karasiowej Łuski, której udało się wyciągnąć ucznia na twardy grunt. Łososiowa Łapa cały dygotał, ale nie przeszkodziło mu to w zmierzeniu gniewnym wzrokiem swojej mentorki.
- No dobrze, powinnam być bliżej brzegu, kiedy wchodziłeś do wody - miauknęła niechętnie, ignorując wlepione w nią rozeźlone ślepia. - To trochę moja wina.
Kocur tylko burknął coś w odpowiedzi i wytrząsnął wodę z przylegającego mu do ciała futra.
- Słabo zaczęliśmy, na razie dam ci już spokój. Idź odpocząć, ale najpierw zajrzyj do legowiska medyka, niech ktoś da ci coś na te dreszcze. Jeśli wieczorem poczujesz się lepiej, zabiorę cię jeszcze na polowanie.
Łososiowa Łapa posłusznie kiwnął łbem. W sumie wizja wolnej reszty dnia nie prezentowała się teraz tak źle.
~*~
*tajm skip, nadal trwa jesień*
- Jesteś pewna, że tym razem to dobry pomysł? - Łososiowa Łapa sztywnym krokiem zaczął iść w stronę rzeki i po chwili zanurzył się już w wodzie. Zimna ciecz okrążała jego postać, jak gdyby nie stanowił dla niej żadnej przeszkody.
- Nie umrzesz od wejścia do wody, więc nie powinno być tak źle - skwitowała jego mentorka.
- I na pewno Pstrągowej Gwiazdy akurat nie ma w obozie?
- Tak, sprawdzałam dwa razy. Przestań biadolić, gdyby coś się działo, tym razem cię złapię.
Owszem, zanim Karasiowa Łuska ponownie dopuściła swojego ucznia do kontaktu z rzeką, na sucho sprawdziła jego umiejętności i szczegółowo poinstruowała, co powinien zrobić. Można więc powiedzieć, że Łososiowa Łapa nie był już tak całkiem zielony w kwestii pływania, jak poprzednio, ale wciąż targały nim pewne obawy o własne bezpieczeństwo. Tym razem jednak, kiedy stracił grunt pod nogami, zaczął przebierać łapami tak, jak na lądzie uczyła go mentorka. Ku jego zdziwieniu, nie poszedł na dno, ale nadal ciężko mu było poruszać się w pożądanym kierunku. Wydawało mu się, że próbował już wszystkiego - szybsze przebieranie łapami, dalsze wyciąganie tylnych nóg... W pewnym momencie nawet zdecydował się poddać prądowi, aby się przemieścić, jednak żadne z tych rozwiązań nie było dla niego w pełni zadowalające, mimo iż trenował przez dobre godziny.
- Zróbmy sobie krótką przerwę, bo jeszcze mi tu zemdlejesz - zarządziła kremowo-biała kocica.
Długowłosy kocurek wydostał się z rzeki i przysiadł na piaszczystym brzegu. Skierował spojrzenie na kotłującą się, ciemną wodę. Zobaczył w niej swoje odbicie, które skręcało i wiło się wraz z falistą powierzchnią wody.
- Aha! - Pomimo zmęczenia zerwał się na równe nogi, wprawiając Karasiową Łuskę w osłupienie. - Już wiem, co powinienem zrobić! Cały czas chciałem walczyć z rzeką, a chodzi o to, żeby dostosować się do tego, jakie możliwości akurat daje!
- Wiedziałam, że w końcu na to wpadniesz - zielonooka wojowniczka spojrzała na niego z dumą. - To jak, spróbujesz jeszcze raz?
- Pewno! - Łososiowa Łapa niemal natychmiast znów znalazł się w wodzie.
Ileż by dał, żeby tak przyjemnie pływało mu się od samego początku! Zaczął postrzegać wodę nie jako coś, co go ogranicza, teraz nie musiał aż tak mocno starać się, aby utrzymać się na powierzchni. Zrozumiał, że w walce z nią nie wygra, więc o wiele lepiej jest po prostu z nią współpracować. Teraz dopłynięcie z miejsca na miejsce nie było aż tak wielkim problemem. Kiedy szykowali się do powrotu do obozu, z pyska Łososiowej Łapy - oprócz sporadycznych kichnięć - wydobywało się jedynie pytanie, kiedy znowu pójdą popływać.
~*~
- Truskawkowa Łapo? - miauknął, zaglądając do legowiska medyków. Kiedy ujrzał sparaliżowanego kocura, kichnął, a następnie wyszczerzył zęby w lekko głupkowatym uśmiechu i zapytał: - Zostało ci jeszcze trochę wrotyczu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz