Wynurzył się z legowiska wojowników. Trochę się zasiedział. Brzoskwiniowa Bryza lubiła nieco dłużej pospać, a odkąd nie miał ucznia, mógł leżeć przy niej, aż ta nie wstanie. Mimo to, jednak nie mógł już dłużej usiedzieć, czekając aż ukochana się obudzi, dlatego wyszedł, aby wyprostować kości. Od razu uderzyło go zimno. Brrr... Pora nagich drzew była okropna.
Dostrzegł, że ktoś się do niego zbliżał.
- Króliczek? - zapytał zaskoczony.
Czy taki kociak może już sam chodzić po obozie? Szybko rozejrzał się, ale nie dostrzegł żadnego z rodziców malca. Niebieski stanął na chwilę, zanim puścił się biegiem i wtulił w sierść kocura. Jesionowy Wicher słyszał jego pociąganie noskiem. Ojej... Co się stało? Czyżby coś było nie tak z jego rodzicami?
- W-wujku, b-bo l-l-listki z-zniknęły. - Wskazał ogonkiem na drzewo mały. - M-musisz p-przywołać m-m-magiczny w-wiatr. M-musisz.
A więc o to chodziło. Usiadł i objął malca ogonem. Musiał w jakiś sposób wytłumaczyć kociakowi, dlaczego zniknęły i że kiedyś powrócą. Ale od czego tu zacząć?
- Listki... nie całkiem zniknęły - w końcu zaczął.
- J-j-jak to? - Jego wielkie oczka spojrzały na niego.
- Spadły z gałęzi na ziemię, a śnieg je po prostu zakrył. Jest ich nieco mniej niż w porze opadających liści, ale nadal tam są. Na dodatek nie martw się. Kiedy nadejdzie pora nowych liści, drzewo wypuści nowe. To taki cykl. Listki pojawiają się, a później znikają, aby ponownie wyrosnąć.
- A-a-ale... Ja chcę by były te-eraz.
Westchnął. Raczej nie był w stanie spełnić pragnienia kociaka.
- Nie mam takiej siły, by sprawić by powróciły. Nawet magiczny wiatr tu nie pomoże. Musimy czekać, aż zrobi się ciepło i zniknie śnieg. To jedyne wyjście.
Malec nie wyglądał na uszczęśliwionego. Przez chwilę nawet miał wyrzuty sumienia, że nie był w stanie jakoś przekłamać rzeczywistość i dać mu wiarę, której tak bardzo pragnął. Jednak życie bywa okrutne.
- Pora nagich drzew też nie jest zła. - Teraz to kompletnie łgał. To zimno było okropne, mimo to robił dobrą minę do złej gry. - Można się pobawić w śniegu. Poskakać w zaspy i porzucać się nim. Też jest fajnie. - powiedział po czym pokazał Króliczkowi zabawy, w które jako młodszy, bawił się z rodzeństwem i przyjaciółmi.
***
Miał ucznia. Trochę do niego to jeszcze nie dotarło. Miał kolejnego ucznia. Czemu wybrano go na kształcenie syna Żółwiego Brzasku. Jeszcze się nie ogarnął z żałoby po Malinowej Łapie. Nie miał chęci i ochoty wracać do rutyny. Nie był na nią gotowy. Najwyraźniej jednak rozumiał, dlaczego taka zapadła decyzja. Chcieli by trening Króliczka go pochłonął i zapomniał. Ale on nie chciał zapominać o burasku. O swoim małym braciszku. Nie mógł jednak, zniszczyć swoim zachowaniem przyszłości niebieskiego. To byłoby zbyt okrutne jak na niego, dlatego z wielkim trudem udał się do legowiska uczniów, aby zacząć wprowadzenie do ich zajęć. Musiał zapomnieć. Przynajmniej na chwilę. Malinowa Łapa chyba nie powinien być zły. Pewnie zrozumie. Wszedł do środka i rozejrzał się za znajomym futerkiem. Królicza Łapa jeszcze spał. Żal było go budzić, ale wczesne wstawanie było bardzo ważne. Im szybciej się przyzwyczai tym lepiej. Trącił go łapą i czekał. Kocurek otworzył zaspane oczy i spojrzał na swojego mentora.
- Budzimy się. Czas na twój pierwszy dzień. Cieszysz się? - Uśmiechnął się do niego przyjaźnie.
Kocurek wstał, ziewając.
- Jest... wcześnie.
No tak. Był spostrzegawczy.
- Im wcześniej tym lepiej. Dziś pokaże ci nasze tereny. Mamy dużo do przejścia, więc musimy już ruszać. No i się nie martw. To nic strasznego. Może nawet ci się spodoba? Nadeszła pora nowych liści, więc las zrobi na tobie wrażenie.
<Królicza Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz