Kilka księżyców temu
— Jeśli przyszedłeś tu tylko po to, żeby stać i kapać, to równie dobrze możesz wrócić do obozu — odezwała się w końcu, oblizując łapę i powoli przeciągając nią po pysku, choć jej ruchy nie miały w sobie tej zwykłej staranności, raczej coś mechanicznego, jakby robiła to bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Uczeń poruszył się niespokojnie, wbijając pazury w miękką, nasiąkniętą ziemię przy brzegu.
— Różana Woń kazała mi cię znaleźć — powiedział, starając się, żeby jego głos nie zadrżał, choć i tak zdradzał napięcie. — Mówiła, że zniknęłaś na za długo.
Na dźwięk tych słów ogrodniczka prychnęła cicho, odwracając głowę w stronę wody, jakby to ona była teraz ważniejsza niż jakakolwiek rozmowa.
— Zniknęłam? — powtórzyła z lekkim niedowierzaniem, przeciągając to słowo, jakby smakowała je na języku. — Ciekawe. A czy ktoś zauważył, że wszystko inne też zniknęło?
“Cały obóz zamienił się w bagno, to jak myślisz” — pomyślała, mrużąc przenikliwie oczy. Szepcząca Łapa nie odpowiedział. Może nie wiedział jak, a może po prostu nie chciał. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie cichym pluskiem i odległym śpiewem ptaków, które zdawały się zupełnie nie przejmować tym, co stało się z wyspą, z klanem, z nimi wszystkimi.
— Idę do jaskiń — powiedziała nagle Pierzasta Kołysanka, podnosząc się bez ostrzeżenia, jakby decyzja zapadła w niej już dawno, tylko teraz w końcu znalazła ujście. Szepcząca Łapa drgnął.
— Teraz? A- Ale Pani Pierzasta Kołysanko, przecież nie wolno samemu tam chodzić! — wycedził kocurek, a na jego czole pojawiła się nierówna zmarszczka.
— Teraz — powtórzyła, nawet na niego nie patrząc, już kierując się w stronę wody. Nie zapytał drugi raz, tylko ruszył za nią, choć było widać, że każdy krok w zimnej wodzie kosztuje go więcej, niż chciałby przyznać. Ona natomiast szła pewnie, jakby nurt i chłód były czymś znajomym, czymś, co nie robiło już na niej żadnego wrażenia. Las po drugiej stronie przyjął ich ciężki zapach wilgoci i gnicia, który osiadał na języku i nie chciał zniknąć, nawet kiedy oddychało się głęboko, jakby próbując się go pozbyć. Pierzasta Kołysanka nie zwalniała. Jej łapy same znajdowały drogę między połamanymi gałęziami i miękkim, zapadającym się podłożem, jakby ciało pamiętało ścieżki lepiej niż jej własne myśli. Szepcząca Łapa kilka razy potknął się, zahaczając o korzenie albo ślizgając się na błocie, ale nie odezwał się ani słowem, tylko szedł dalej. Kiedy w końcu dotarli do skał, powietrze zrobiło się chłodniejsze, a cisza gęstsza, jakby coś w tym miejscu tłumiło wszystkie dźwięki, zanim zdążyły się rozwinąć. Wejście do jaskini wyglądało dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Ciemne, nierówne, nieprzyjazne, jak rana, która nigdy się nie zagoiła. Zatrzymała się na moment, ale nie dlatego, że się bała. Raczej dlatego, że coś w niej kazało jej spojrzeć jeszcze raz za siebie.
— Wchodzę — mruknęła. W środku było chłodno i mokro, a każdy krok odbijał się echem, które wracało do nich z opóźnieniem, jakby jaskinia odpowiadała własnym rytmem, niezależnym od ich obecności. Im głębiej szła, tym bardziej ściany zaczynały się zmieniać. Najpierw delikatnie, ledwo zauważalnie, potem coraz wyraźniej, aż w końcu drobne kryształy zaczęły łapać światło i rozpraszać je na wszystkie strony, tworząc miękkie, niestabilne refleksy. Pierzasta Kołysanka zwolniła, próbowała nie potknąć się o własne łapy, tak jak wcześniej zrobił to jej brat – Szałwiowe Serce. Niebieski point przystał na progu, jakby czekał na wyjątkowe zaproszenie. Skrępowany ruszał koniuszkiem ogona, próbując poczekać na jakikolwiek znak od mentorki. Kiedy przekroczyli próg jaskini, chłód natychmiast osiadł na ich futrze, jakby powietrze w tym miejscu miało własną wagę, cięższą i bardziej wilgotną niż gdziekolwiek indziej, a każdy oddech zdawał się nieść ze sobą zapach starego kamienia i stojącej wody, której nie poruszał nawet najlżejszy podmuch. Szepcząca Łapa podążał tuż za nią, tak blisko, że niemal zahaczał bokiem o jej ogon, próbując ukryć własne napięcie, które zdradzały drżące wąsy i zbyt szybki oddech, a kiedy gdzieś dalej skapnęła kropla wody, odbijając się echem od ścian, podskoczył lekko, jakby spodziewał się czegoś więcej niż tylko dźwięku. Ściany zaczęły powoli połyskiwać, najpierw ledwie widocznie, potem coraz wyraźniej, aż drobne kryształy, ukryte dotąd w cieniu, zaczęły łapać nikłe światło wpadające z wejścia i rozrzucać je po wnętrzu w postaci drżących refleksów, które poruszały się razem z nimi, jakby były żywe i próbowały dotknąć ich łap. Pierzasta Kołysanka zatrzymała się na ułamek chwili, marszcząc lekko pysk, nie z zachwytu, a raczej z irytacji, bo nawet to miejsce, choć piękne, nie należało do niej i nie mogło zastąpić tego, co utraciła, po czym ruszyła dalej, głębiej, nie oglądając się, czy uczeń nadąża.
— Auć! A-ale ciasno, o kamyk, jak się błyszczy… Ała! Bardzo Panią przepraszam, niechcący! — mruczał co chwilę uczniak, grając na nerwach srebrnej. — O a co to? Jakiś owado… pająk? To wygląda jak Pani Różana Woń! — pisnął niebieski, wskazując opuszką łapy kleks z kurzu. Pręgowana westchnęła, fuknęła w stronę uczniaka, a ten z przerażenia, spojrzał się w inną stronę, jakby nagle zaciekawiła go ściana.
— Prababko daj mi siły… — powiedziała ciszej, jakby głośniejszy głos mógł coś zakłócić. W zagłębieniu skalnym znajdowała się woda, spokojna do tego stopnia, że wyglądała jak szkło, a w niej poruszały się ryby, inne niż wszystkie, jakie znała. Zbyt smukłe czy ciche jakby były częścią tego miejsca, a nie zwykłymi stworzeniami. Zbliżyła się powoli, niemal ostrożnie, jakby obawiała się, że jeden gwałtowny ruch rozbije całą tę scenę. Wyprzedził ją jednak uczeń, który zakradł się za mentorką, próbując zagarnąć jedną rybę dla siebie. Kocica zmarszczyła pysk, syknęła coś do niego przez zęby i pacnęła łapą jego głowę.
— Samolubny głupcze! — syknęła. — Myślisz tylko o napchaniu swego żołądka! Nawet się im dokładnie nie przyjrzałeś. Kiedyś pewien kot powiedział mi, że tak niezwykłe stworzenia nie chodzą piechotą! — fuknęła, po czym prędko opuściła jaskinię, zostawiając tam Szept, który stał w osłupieniu.
— Ja się chciałem tylko im przyjrzeć! — krzyknął za nią uczeń, ale ta już go nie słuchała.
“Dziękuje Ci Kolcolistne Kwiecie, może wcześniej tego nie zauważyłam, ale prawiłeś mądre słowa” — pomyślała kocica. Rozejrzała się po okolicy, ale przed nią mienił się tylko wodospad w promieniach słońca, oraz karpie, które swoimi ciekawymi łuskami zaciekawiły nawet kruki, które przysiadły na niedalekim buku. Wąsy księżniczki nieco drgnęły, kiedy ta poczuła na karku oddech Szeptu.
<Szepcząca Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz