— Czy... czy są tutaj jeszcze inne koty?
Szyszka zwróciła pyszczek w stronę koteczki. Odezwała się pierwszy raz, odkąd wyruszyły w stronę ogrodzenia. Czarna kotka było jej współczuła. Tęskniła za swoją rodziną, która pozostała pewnie daleko. Liderka nawet nie miała pewności, czy uda im się ich odnaleźć. Ciekawiło ją, jak Madzia się od nich oddaliła. Może specjalnie zostawili koteczkę samą? Pokręciła szybko głową. Wtedy byliby z nią jeszcze jej bracia. Cokolwiek się wydarzyło, najważniejsze było dobro Madzi. Nie chciała, żeby koteczce stała się krzywda, las był niebezpiecznym miejscem, a zbliżające się zimne dni, mogły nieść ze sobą zagrożenia.
— Tak. W obozie mieszkają moi pobratymcy. Jest nas niewiele przez... — urwała. To nie był odpowiedni moment, by opowiadać o rybojadach. Uśmiechnęła się lekko. —...zimno. Czasami odpoczywamy na drzewach, są wysokie, więc trzeba mocno wbijać w nie pazury, by nie spaść. Żłobek mieści się na dole, jest ciepły i dobrze zakryty. Oprócz wojowników, mamy jeszcze uczniów i medyczkę. Ja jestem liderką, troszczę się o dobro całej grupy.
Cały czas uważnie obserwowała Madzię, wyczulona na jej najmniejszy ruch. Widziała jak napina mięśnie, dalej czując się niepewnie. Była jeszcze taka mała. Szyszka spojrzała na swoje łapy. Może nawet była w tym samym wieku co czarnulka, gdy znalazł ją patrol Klanu Lisa. Znajdka.
— Jeszcze ci się nie przedstawiłam. Nazywam się Szyszka. — miauknęła łagodnym głosem.
Dotarły do ogrodzenia. Wielka druciana siatka, pod którą będą musiały przejść, by dostać się dalej. Szyszka zaszurała łapami o ziemię, sprawdzając jak bardzo była twarda, zanim zaczęła kopać. Niewielki dołek powinien wystarczyć, by obie się przecisnęły. Spojrzała na Madzię.
— Musimy przejść pod ogrodzeniem. Po drogiej stronie jest mój dom. — miauknęła spokojnie, schylając się, by być na równi z koteczką. — Zaufaj mi, dobrze?
Madzia spojrzała na nią wielkimi ślepiami, zanim niepewnie skinęła głową. W jej oczach wciąż widziała łzy. Tęsknota za rodziną. Szyszka cicho westchnęła. Płacz koteczki łamał jej serce.
Czarna kotka powoli przedostała się pod ogrodzeniem. Po drugiej stronie czekała, aż Madzia pójdzie w ślad za nią. Chociaż zrobiła to trochę wolniej, bezpiecznie znalazła się w Owocowym Lesie, nie gubiąc ani trochę sierści. Otrzepała się z piachu. Szyszka zakopała dołek, zanim dała znać ogonem, by koteczka ruszyła za nią głębiej w sad.
Owocowy Las był pięknym miejscem. Owoce zdobiące drzewa, ale również te leżące na ziemi, przyciągały uwagę gryzoni, przez co lisiaki nie skarżyły się na brak pożywienia. Madzia rozglądała się po nieznanym miejscu. Pewnie pierwszy raz widziała tyle drzew oraz wyczuwała intensywne zapachy.
— To jest twój dom?
— Owocowy Las. Dał mi i moim pobratymcą schronienie. — miauknęła czarnulka, gdy minęły większą część trasy. Weszły w krzaki, liście otarły się o ich futra. Kępy paproci, krzewów i leżące na ziemi przykryte lekkim puchem liście, upewniły przywódczynię, jak daleko znajdują się od obozu.
Zapachy jej pobratymców stały się silniejsze. Obóz, który założyli blisko ogromnej, rozłożystej jabłoni, pojawił się przed nimi. Zerknęła szybko na wielkie drzewo, zanim przebiegła wzrokiem po pobratymcach. Niektóre koty wróciły z patrolu łowieckiego, dalej trzymali w pyskach złapaną zwierzynę. Myszołów siedział przed żłobkiem, wraz z partnerką. Przez polanę przebiegł Wschód, niosący w pysku jakąś roślinę, zanim odłożył ją pod łapki Żurawia. Tętnił życiem. Zdawało się, jakby mieszkali tu od zawsze i że nigdy nie doszło do żadnego ataku.
Madzia cały czas trzymała się blisko niej. Szyszka ruszyła w stronę sterty ze zwierzyną, pilnując, by znajdka cały czas była obok. Trzęsła się. Z zimna, czy ze strachu? Nie musiały minąć nawet trzy uderzenia serca, żeby ich obecność została zauważona. Szakłak spojrzał w ich kierunku, jeżąc ze wściekłości sierść. Szyszka rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, żeby trzymał język za zębami.
Usiadła przed stertą, wraz z Madzią. Myszołów pożegnał się szeptem z Leszczyną, zanim powoli podszedł w ich kierunku. Jego krok był pełen dumy i pewności siebie. Szyszka otoczyła Madzię ogonem. To był opiekuńczy gest i liczyła, że nie odbierze go niewłaściwie. Poczekała aż zastępca zatrzyma się obok nich. Rzucił szybkie spojrzenie na koteczkę. Pobratymcy przyglądali się z zainteresowaniem małej, nie kryjąc również czujności.
— Kto to, Szyszko? — głos Myszołowa zdradzał napięcie. Po ataku rybojadów na nich, wszyscy byli bardziej nieufni. Czarna kotka wiedziała jednak, że pomogą kocięciu. Westchnęła cicho na myśl o czekających poszukiwaniach. Nie mogła wypuścić patrolu poszukiwawczego. Jeśli Klan Nocy ich zobaczy, będzie bardzo źle. Jak więc mieli się zabrać za poszukiwania rodziców Madzi? Do tego miasto brzmiało tak obco.
— To Madzia. — przedstawiła. — Gonił ją lis, więc przyprowadziłam ją do obozu. Zgubiła się, nie może znaleźć rodziców.
Myszołów zmrużył oczy. Myślami był gdzieś daleko. Nie chciała mu przeszkadzać. Zamiast tego przybliżyła bliżej jakąś martwą, szarą mysz.
— Zjedz. Poczujesz się lepiej. — miauknęła zachęcająco. — To świeże mięso. Spróbuj.
Uśmiechnęła się delikatnie, chcąc zapewnić małą, że nie ma złych zamiarów. Myszołów dotknął koniuszkiem ogona czarnego futra, zwracając na siebie uwagę Szyszki.
— Porozmawiamy na osobności?
— Później. — mruknęła czarnulka. — Nie chce jej zostawić samej. Myszołowie, pójdziesz po Pszczółkę?
Myszołów powoli pokiwał głową. Pszczółka powinna sprawdzić stan zdrowia kociaka. Westchnął, zanim się uśmiechnął. Zwrócił się do rudej.
— Cóż, witaj w Owocowym Lesie, Madziu.
<Madziu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz