Śnił o niej. Po raz kolejny czarna piękność zawitała w jego świecie snów.
Tańczyli razem, pośród kwiatów. Poruszali ogonami i łapami w rytm ptasich śpiewów. Oboje byli szczęśliwi. Słońce oświetlało jasnymi promieniami ich futra. W oczach zakochańców błyszczały iskierki euforii. Piękna chwila trwała i nie zamierzała się kończyć. Tańczyli w kółku, przyspieszając. Świtająca Maska nadepnął na swój ogon i upadł, uderzając pyskiem o ziemię. Zaśmiał się z własnego upadku. Wstał, otrząsając się z kurzu.
- Nic mi się nie stało, kochanie. To ty... Konwalio? - Chciał powiedzieć coś więcej, ale jego oczom ukazał się dziwny widok. Zupełnie inny od wspaniałego tańca z ukochaną.
Przed nim stała czarna kotka, z krwistoczerwonymi plamami krwi, zamiast białych. Żółte oczy wydawały się matowe. Na pysku medyczki wyrysowane były pogarda, złość i strach. Przed nią leżały trzy kocięta, małe i martwe. Słońce przybrało czerwonawy odcień, przez co medyczka wydawała się postacią z koszmaru, a nie tą samą ukochaną drugą połówką. Morskookiego przeszedł dreszcz lęku. Co się działo?
- Konwalio? To ty? To musisz być ty! Nie udawaj! - powiedział Świtająca Maska, starając się nie ukazać strachu, lecz sierść na karku zjeżyła mu się.
Konwaliowe Serce zaśmiała się szyderczo jak psychopata. Pociemniało. Atmosfera stawała się napięta, a powietrze stało się cięższe.
- Głupi, głupi, głupi... - Czarna podniosła kącik ust w szaleńczym uśmiechu. Zbliżyła się do płowego i ugryzła go w ucho. Lynx miauknął wściekle i odskoczył. Z rany popłynęła krew, zabarwiając jasną sierść wojownika na ciemniejszy odcień. - Zobacz, to nasze dzieci. Piękne, co nie? Wyszły ze mnie. Przywitaj się z nimi. Tęsknią za swoim tatusiem. - Medyczka stanęła za Świtem i pchnęła go tak mocno zadem, że lynx upadł tuż przed trupami kociąt. Wstrzymał oddech. Nie mógł uwierzyć. To nie były jego dzieci. Wszystkie białe jak śnieg, zakrwawione. Nieżywe. Żadne niepodobne do matki czy ojca.
Ona kłamała.
- Oddawaj mi ją! - Wstał. Odwrócił się w kierunku Konwaliowego Serca. - Zabiłaś ją! To nie są moje dzieci! Nigdy nie będziemy ich mieć. Słyszysz?! Nigdy! - krzyczał. Był wściekły, zły. Pragnął, aby cały świat pogrążył się w jego krzyku. Napiął całe ciało, gotów do obrony przed tą, którą kochał. Nie potrafił uwierzyć, że do tego doprowadziło ich uczucie, ich relacja. Skoro klan gwiazdy istnieje, to oznacza, że jest cholernie niesprawiedliwy i patrzy tylko na archaiczne zasady.
- Świt. Zostaniemy rodzicami. Będziesz ojcem - miauknęła tylko, chwilę później zmieniając się w cień i wnikając w ciało ukochanego. Zatrzymała pracę jego serca, zgniotła płuca pozbawione powietrza.
Wojownik padł martwy, ciągle słysząc słowo ojciec w głowie.
***
Obudził się nagle w środku nocy, oddychając ciężko. Rozejrzał się po legowisku, a jego oczom ukazali się śpiący wojownicy i wojowniczki klanu wilka. Nigdzie nie zauważył martwych kociąt ani okrwawionej Konwaliowego Serca. Odetchnął z ulgą. Nie umarł. Przyszło mu dalej żyć.
Położył się ponownie, lecz obawiał się dalszego snu. Serce biło mu szybko, jak nigdy dotąd. Gdy zamknął oczy, od razu widział szaleństwo na pysku czarnej i słyszał jej śmiech, mrożący krew w żyłach. Drżał raz po raz, co zauważyła Trzcinowy Brzeg. Zaszczciła swojego syna oschłym spojrzeniem. Lynx, wyprany z innych emocji, zmienił pozycję, aby nie patrzeć na własną matkę. I tak nie zrozumiałaby niczego.
***
- Ja... M-my... chy-ba z-zostaniemy rodzicami... - powiedziała Konwaliowe Serce, gdy spotkali się jak zwykle na granicy ich klanów. Z oczu kotki spłynęła łza.
Świtająca Maska nie mógł w to uwierzyć. Nie potrafił. Spojrzał na swoje przednie łapy, próbując normalnie oddychać. Jego wibrysy zadrżały z niepokoju. Po raz kolejny przed jego oczami pojawiła się postać pogrążonej w dziwnym szale Konwalii, której się tak bał. Nie mogła stać się nią z tamtego koszmaru.
- Powiedz mi, że będzie dobrze, proszę - szepnęła czarna, opierając głowę o ciało lynxa.
Po raz pierwszy nie śmiał nic powiedzieć. Nie chciał zmartwić już i tak smutnej kotki. A ona szukała w nim oparcia. Wieść o śnie tylko dodałaby jej cierpienia i niepokoju, a podobno ciężarną obowiązuje spokój.
- Ja... Ja... Musi być. Przecież jesteś medyczką, a nasze maleństwa... Będą cudowne. Naprawdę, nie płacz - mówił, sam czując łzy napływające mu do oczu. Kilka z nich skapnęło na kark przyszłej matki.
Po raz pierwszy poczuł przy niej samotność i żal. Mimo obecności czarnej i niewiadomo jakiej ilości kociąt w jej wnętrzu.
- Musisz mi oddać dziecko, najbardziej podobne do ciebie. Inaczej klan burzy coś Ci zrobi. Wychowam go... Znaczy oddam komuś na wychowanie. Będę miał na niego albo na nią oko, obiecuję. Będzie dobrze - miauczał, nie wiedząc, czy kłamie.
Tańczyli razem, pośród kwiatów. Poruszali ogonami i łapami w rytm ptasich śpiewów. Oboje byli szczęśliwi. Słońce oświetlało jasnymi promieniami ich futra. W oczach zakochańców błyszczały iskierki euforii. Piękna chwila trwała i nie zamierzała się kończyć. Tańczyli w kółku, przyspieszając. Świtająca Maska nadepnął na swój ogon i upadł, uderzając pyskiem o ziemię. Zaśmiał się z własnego upadku. Wstał, otrząsając się z kurzu.
- Nic mi się nie stało, kochanie. To ty... Konwalio? - Chciał powiedzieć coś więcej, ale jego oczom ukazał się dziwny widok. Zupełnie inny od wspaniałego tańca z ukochaną.
Przed nim stała czarna kotka, z krwistoczerwonymi plamami krwi, zamiast białych. Żółte oczy wydawały się matowe. Na pysku medyczki wyrysowane były pogarda, złość i strach. Przed nią leżały trzy kocięta, małe i martwe. Słońce przybrało czerwonawy odcień, przez co medyczka wydawała się postacią z koszmaru, a nie tą samą ukochaną drugą połówką. Morskookiego przeszedł dreszcz lęku. Co się działo?
- Konwalio? To ty? To musisz być ty! Nie udawaj! - powiedział Świtająca Maska, starając się nie ukazać strachu, lecz sierść na karku zjeżyła mu się.
Konwaliowe Serce zaśmiała się szyderczo jak psychopata. Pociemniało. Atmosfera stawała się napięta, a powietrze stało się cięższe.
- Głupi, głupi, głupi... - Czarna podniosła kącik ust w szaleńczym uśmiechu. Zbliżyła się do płowego i ugryzła go w ucho. Lynx miauknął wściekle i odskoczył. Z rany popłynęła krew, zabarwiając jasną sierść wojownika na ciemniejszy odcień. - Zobacz, to nasze dzieci. Piękne, co nie? Wyszły ze mnie. Przywitaj się z nimi. Tęsknią za swoim tatusiem. - Medyczka stanęła za Świtem i pchnęła go tak mocno zadem, że lynx upadł tuż przed trupami kociąt. Wstrzymał oddech. Nie mógł uwierzyć. To nie były jego dzieci. Wszystkie białe jak śnieg, zakrwawione. Nieżywe. Żadne niepodobne do matki czy ojca.
Ona kłamała.
- Oddawaj mi ją! - Wstał. Odwrócił się w kierunku Konwaliowego Serca. - Zabiłaś ją! To nie są moje dzieci! Nigdy nie będziemy ich mieć. Słyszysz?! Nigdy! - krzyczał. Był wściekły, zły. Pragnął, aby cały świat pogrążył się w jego krzyku. Napiął całe ciało, gotów do obrony przed tą, którą kochał. Nie potrafił uwierzyć, że do tego doprowadziło ich uczucie, ich relacja. Skoro klan gwiazdy istnieje, to oznacza, że jest cholernie niesprawiedliwy i patrzy tylko na archaiczne zasady.
- Świt. Zostaniemy rodzicami. Będziesz ojcem - miauknęła tylko, chwilę później zmieniając się w cień i wnikając w ciało ukochanego. Zatrzymała pracę jego serca, zgniotła płuca pozbawione powietrza.
Wojownik padł martwy, ciągle słysząc słowo ojciec w głowie.
***
Obudził się nagle w środku nocy, oddychając ciężko. Rozejrzał się po legowisku, a jego oczom ukazali się śpiący wojownicy i wojowniczki klanu wilka. Nigdzie nie zauważył martwych kociąt ani okrwawionej Konwaliowego Serca. Odetchnął z ulgą. Nie umarł. Przyszło mu dalej żyć.
Położył się ponownie, lecz obawiał się dalszego snu. Serce biło mu szybko, jak nigdy dotąd. Gdy zamknął oczy, od razu widział szaleństwo na pysku czarnej i słyszał jej śmiech, mrożący krew w żyłach. Drżał raz po raz, co zauważyła Trzcinowy Brzeg. Zaszczciła swojego syna oschłym spojrzeniem. Lynx, wyprany z innych emocji, zmienił pozycję, aby nie patrzeć na własną matkę. I tak nie zrozumiałaby niczego.
***
- Ja... M-my... chy-ba z-zostaniemy rodzicami... - powiedziała Konwaliowe Serce, gdy spotkali się jak zwykle na granicy ich klanów. Z oczu kotki spłynęła łza.
Świtająca Maska nie mógł w to uwierzyć. Nie potrafił. Spojrzał na swoje przednie łapy, próbując normalnie oddychać. Jego wibrysy zadrżały z niepokoju. Po raz kolejny przed jego oczami pojawiła się postać pogrążonej w dziwnym szale Konwalii, której się tak bał. Nie mogła stać się nią z tamtego koszmaru.
- Powiedz mi, że będzie dobrze, proszę - szepnęła czarna, opierając głowę o ciało lynxa.
Po raz pierwszy nie śmiał nic powiedzieć. Nie chciał zmartwić już i tak smutnej kotki. A ona szukała w nim oparcia. Wieść o śnie tylko dodałaby jej cierpienia i niepokoju, a podobno ciężarną obowiązuje spokój.
- Ja... Ja... Musi być. Przecież jesteś medyczką, a nasze maleństwa... Będą cudowne. Naprawdę, nie płacz - mówił, sam czując łzy napływające mu do oczu. Kilka z nich skapnęło na kark przyszłej matki.
Po raz pierwszy poczuł przy niej samotność i żal. Mimo obecności czarnej i niewiadomo jakiej ilości kociąt w jej wnętrzu.
- Musisz mi oddać dziecko, najbardziej podobne do ciebie. Inaczej klan burzy coś Ci zrobi. Wychowam go... Znaczy oddam komuś na wychowanie. Będę miał na niego albo na nią oko, obiecuję. Będzie dobrze - miauczał, nie wiedząc, czy kłamie.
<Konwaliowe Serce?>
*szykuje pioruniki*
OdpowiedzUsuń*namierza cel*
Usuń