Wracał do obozu po udanym polowaniu. Złapał dwie myszy, które wychyliły się, jako pierwsze ze swoich nor, w poszukiwaniu pokarmu. Trochę się rozczarowały. Przynajmniej pozwolą nasycić głód jego rodzinie. Kiedy przekroczył zwalony pień, zauważył że coś było nie tak. Żółwiowy Brzask pilnujący wejścia, jakby wystraszył się, kiedy go ujrzał. Szakłakowy Cień podszedł, kierując go w stronę rzeki, opowiadając jak bardzo się cieszy z poprawy pogody. Musiał jednak zanieść zdobycze na stos ze zwierzyną. Wskazał łapą na swój pysk z myszami. Wojownik szybko mu je odebrał, a jego miejsce zajęła Brzoskwiniowa Bryza. Ta również zaczęła od pogody, owijając swój ogon o jego ramiona i kierując bliżej wody. Czy to jakiś miał być żart? Wątpił, że ukochana chciała go tam wrzucić, ale jej dziwne zachowanie było... no dziwne.
- Co się dzieje? - w końcu zapytał.
- Nic się nie dzieje. Zobacz! Już nie ma prawie lodu na rzece!
No fakt. Nie było. Jednak Brzoskwinka nie miała w zwyczaju, przejmować się czymś takim. Jeszcze raz powtórzył pytanie, ale ta się w niego wtuliła. Na chwilę zapomniał o całym świecie, również oddając pieszczotę. Wiedziała jak do niego dotrzeć.
- Zabierzcie go szybko! - rozległ się pisk Gruszkowej Łapy.
Uniósł głowę, próbując dojrzeć, co się dzieję w obozie. Wstał na łapy, przepraszając ukochaną i kierując się do brata. Brzoskwiniowa Bryza jednak znów stanęła mu na drodze, proponując wspólne polowanie.
- Dziękuję kochanie, ale już byłem - powiedział.
Nie rozumiał co się tutaj działo. W końcu dojrzał zbiegowisko przy legowisku medyków.
- Co się tam dzieje?
- Nic. Oni są chorzy - odpowiedział Szakłakowy Cień, pojawiając się obok.
Aż tylu chorych? Miał nadzieję , że Malinowa Łapa sobie radzi. Bardzo się cieszył, że kocurek robił to co lubi. Ostatnio nawet go odwiedził i był pod wrażeniem jak jego humor uległ poprawie. Może to przez to, że nie był już uczniem Aroniowego Podmuchu?
- Może... Pójdę sprawdzić jak się ma Malinowa Łapa? Przyniosę mu coś do jedzenia. Pewnie jest głodny - zaproponował.
- Nie! - oboje zakrzyknęli, co nieco go zdziwiło.
- Ma dużo pracy - powiedział wojownik. - Będziesz tylko przeszkadzać.
- Bez przesady.
Jakoś wątpił, że jego wizyta, aż tak utrudni mu pracę. Dostrzegł Lodowy Szpon, która zerknęła na niego z chłodem. A tej to co? Siostra powoli podeszła do nich, obrzucając jego partnerkę i jej byłego mentora wzrokiem.
- Przestańcie mu mydlić oczy! Ma prawo wiedzieć - syknęła.
Co miał niby wiedzieć? Co przed nim ukrywali? Ścisnął go jakiś niepokój. Czy stało się coś złego?
- O co chodzi? - zapytał siostrę.
- Malinowa Łapa nie żyje. - powiedziała szybko, nie dając się uciszyć wojownikom.
Co? To był jakiś żart? Jego ukochany braciszek... Nie żył? Ale... jak do tego doszło? No i ... Niemożliwe! Jak miał niby zginąć? Co to za żarty? Nie, nie, nie. Niemożliwe! Kłamała! Musiała! Spojrzał na Brzoskwinkę i Szakłaka i ich współczujące miny. Nie! To niemożliwe! Był przecież uczniem medyka, jak miał umrzeć? Nikt go nie zaatakował! Chyba?
- Jak to się stało?! - krzyknął, czując jak panika, niedowierzanie, ból i świadomość sytuacji, powoli do niego docierała.
- Coś zjadł i się otruł - wyjaśniła Lodowy Szpon.
Nie... Nie! Jego braciszek! Ukochany, którego obiecał chronić! Z którym zawsze spędzał swój czas wolny! Którego chciał nauczyć, że pewność siebie nie jest taka zła! Gdzie on był?! Szybko rozejrzał się po obozie, ale go nie dostrzegł. Gdzie zabrali jego brata? Może się mylili! Może żył! Szakłakowy Cień zatarasował mu wejście, kiedy kierował kroki do leża medyków.
- Nie wchodź tam. Dla swojego dobra - powiedział cicho wojownik.
Dobra? Dobra? Jego dobra? Widział już śmierć mamy. Trupa taty jednak nie... A brata? Czy miał zamiar widzieć, jego martwe spojrzenie w snach? Czy to w porządku? Ale musiał się przekonać! Szybko przepchał się w miejsce, gdzie leżało ciało, zakryte mchem. Dostrzegł łapę burasa. Nie... Niemożliwe! Zaczął szybciej oddychać. Nie! Niemożliwe! Braciszku! Malinowa Łapo! Nie! Szakłakowy Cień szybko go odciągnął, widząc w jaki stan powoli wpada. Chyba powinien mu za to podziękować, ponieważ jeszcze chwila, a strąciłby mech z pyska brata, by przekonać się o jego śmierci. Ale wiedział, że to był on. Po samym zapachu i tej... łapie. Łzy zaczęły cieknąc mu kaskadami po policzkach. Jego braciszek. Nie żył. Nadal nie mógł w to uwierzyć. Wrzasnął z bezsilności, zwracając uwagę wszystkich w klanie. Pierwszy raz puściły mu nerwy. Zawsze był spokojny, uśmiechnięty i pełny energii. Teraz jednak chciał klnąć i niszczyć wszystko na swojej drodze. Widział jak Brzoskwinka powoli do niego podchodzi. Nie! Ona nie mogła mu pomóc! Szybko odwrócił się i wybiegł z obozu, nie patrząc pod łapy. Biegł i biegł, roniąc łza za łzą, szlochając za tym, który był mu najbliższy z całego rodzeństwa. Malinek. Malinku. Dlaczego? Czemu musiałeś się otruć? Wbiegł między drzewa, dysząc po szybkim biegu. Każde miejsce... kojarzyło mu się z nim. To również. Z wrzaskiem zaatakował drzewo, na którym powstały rysy po jego pazurach. Chciał je ogołocić z kory, by tylko ukoić nerwy, smutek i ból. Pomimo znęcania się nad rośliną, nie czuł się wcale lepiej. Oddychał ciężko, a wspomnienia brata raz po raz, pojawiały się w jego umyśle, co go coraz bardziej i bardziej zabijało. Czuł jak to rwanie powoli rozrywa mu duszę, siekąc na drobne kawałki. Mama, tata, Malinek. Osunął się na ziemie, czując niewyobrażalną pustkę i samotność. Jak miał teraz żyć? Po porwaniu jego rodzeństwa przez Klan Klifu, razem się wspierali. Teraz to wsparcie wyparowało. Ale miał przecież Brzoskwinkę? Właśnie. Malinowa Łapa mimo wszystko nie chciałby, by zrobił sobie coś głupiego. Chciałby by żył. Dla niego i swojej ukochanej. Spojrzał w niebo, ale trwał dzień, więc ujrzenie gwiazdki, tak bliskiej i kochanej było niemożliwe. Wiedział jednak, że trafił do mamy i taty. Był w końcu dobrym kotem. Znów załkał, zwijając się w kulkę. Jesteś głupi. Powinieneś wrócić do obozu, a nie przebywać w lesie, kiedy w każdej chwili może pojawić się jakiś drapieżnik. Był jednak tak bardzo pogrążony w rozpaczy, że na ten moment było mu wszystko jedno, co się z nim stanie lub kogo spotka. Nie miał pojęcia ile czasu spędził w tym miejscu. Nawet nie zarejestrował pojawienia się Brzoskwiniowej Bryzy z Szakłakowym Cieniem, którzy poszli go szukać. Coś kojarzył, że próbowali go zachęcić do wstania i powrotu do obozu. Jednak to wszystko poszło na nic. Chciał by go zostawili. W końcu kiedyś i ich straci. Dlaczego tracił co chwilę kogoś bliskiego? Dlaczego? Czy naprawdę był złym przyjacielem? Kotem? Wojownikiem? Wtulił się w futro ukochanej, ponownie wylewając łzy. Dopiero o zmierzchu udało im się go odprowadzić do obozu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz