BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 września 2022

Od Niczego CD. Nikogo

 — Jak... Jak ci minął trening? — zapytał ją — Mentor ci nie dokucza? 
Spojrzała na niego, na chwilę zahaczając o jego mokrą sierść na pyszczku. 
— Niemiły. — mruknęła bardzo cicho. Ale braciszek nie usłyszał i musiałaby powtórzyć, na co już się nie odważyła. Z oczami uciekającymi w bok, oparła głowę o jego szyję, powoli przesuwając policzkiem o sierść.
***
Z głębi legowiska uczniów wodziła mętnym spojrzeniem po kotach na zewnątrz. Braciszek tak szybko skończył trening! Musiał być zdolny! Widziała go teraz w obozie. 
Nie był taki jak ona, której nie wychodziło kompletnie nic. Nic dziwnego, że przestali ze sobą rozmawiać. Kto by chciał się z nią zadawać. Nawet on nie chciał. Pod koniec swoich dni tutaj ciągle siedział z inną kotką. Ta była na jego mianowaniu i głośno krzyczała. Czekoladowa też tam była; chciała podejść i mu pogratulować, ale brat zniknął w tłumie i schował się przy swoim mentorze. 
Zrezygnowała z tego spotkania. I kolejnych, zbyt nieśmiała, by wchodzić w kontakt, gdy on tego nie chciał.
Odwróciła się plecami do wyjścia, nie czując spiętych mięśni, gdy tylko coś się poruszyło, nie odróżniając trybu paniki od spokoju, bo zawsze w nim żyła. Schowała pysk w łapach, czując uciekające łzy.
***
Stała po brzuch w błocie, gdy jej mentor siedział na gałęzi drzewa. Z góry znów paplał o tym, jak krew jest najważniejsza i nigdy ona i braciszek nie będą pasować do społeczności. W międzyczasie ona próbowała wspiąć się w górę, do niego, ciężko dysząc ze zmęczenia i stresu. Było jej niedobrze i gdy tylko s wchodziła wyżej, zaraz spanikowana puszczała się kory, czując, jak pusty żołądek podchodzi jej do gardła. Cicho modliła się o cokolwiek, co przerwałoby ten trening. 
<Nikt?>

[przyznano 5%]


Nowi Członkowie Klanu Nocy!

Klan Nocy znalazł dwa 4 księżycowe kocięta!


 

Od Miodunki CD Nikogo

Niedawno wróciła z treningu. Teraz siedziała w rogu obozu, bo Nikt jeszcze nie skończył treningu z Krwawnikiem. Czarny arlekin nic się nie odzywał od czasu wojny, praktycznie nic nie jadł. Po skończeniu dziennej porcji nauki siedział na mchu wpatrując się tępo w ścianę. Ale ona nie zamierzała się poddać. Musiała go doprowadzić z powrotem do porządku. Żółtooki nie mógł spędzić reszty swoich cennych księżyców życia w taki sposób. Siedząc bez słowa i się gapiąc w ścianę, kiedy nie odbębniał obowiązków. Nie mogła pozwolić czarno-białemu odejść z tego świata. Nie mówiła tutaj o śmierci (choć na to też by mu nie pozwoliła), a o tym, że jego osoba miałaby zniknąć. Nie fizycznie, a mentalnie. Bo co to za kot, który mechanicznie wykonuje swoje obowiązki? To tylko cielesna skorupa, powłoka. Ale dla niej sama powłoka była nic nie warta. Ważne było to, co miała w środku.
I wtedy właśnie dostrzegła Nikogo wracającego z treningu, kierującego się w stronę legowiska uczniów. Od razu poderwała się na łapy, po czym potruchtała do wejścia siedziby terminatorów. Zatrzymała się, aby spojrzeć do środka i zobaczyć, jak Nikt układa się na mchu. Nie miała zamiaru mu pozwolić na bezczynne gnicie bez myśli i marzeń, bez niczego, tylko jako puste ciało bez tej iskry, którą powinien mieć każdy żywy kot.
Weszła do legowiska, po czym usadowiła się tuż obok syna poległej Doli, tak, że ich futra się stykały.
- Cześć, Niktusiu! Jesteś może głodny? - spytała. - załatwię ci mysz! - miauknęła, nie czekając na odpowiedź, po czym wybiegła z legowiska.
Załatwi specjalnie dla czarnego arlekina piszczkę! Dostrzegając, że na stosie jest akurat jedna, drobna mysz, podbiegła do niego, po czym chwyciła ją w zęby. Wtedy usłyszała głos.
- Hej, pierwsi jedzą wojownicy. - miauknął Szpak, podchodząc do niej.
- Nie ma praktycznie jedzenia - miauknęła, odkładając piszczkę. - Wbrew pozorom, uczniowie też coś muszą jeść, wiesz? - warknęła z urazą w głosie, po czym chwyciła z powrotem piszczkę w zęby - żyfę ci niefobrego dnia - dodała jeszcze na odchodne, po czym wróciła do Nikogo z piszczką w pyszczku. Położyła ją przed nim, po czym z uśmiechem wymruczała - proszę, to dla ciebie. Musisz jeść, by byś silnym. - miauknęła, podsuwając mu chudą piszczkę pod nos. Lepsze ryc niż nic, prawda?
Czarny spojrzał na mysz, a szylkretka już zaczęła mieć nadzieję, iż zgłodniał. Ale już po chwili kocur odwrócił łeb w drugą stronę, nie biorąc jedzenia w pysk.
Nie! Nie mógł się głodzić, bo umrze! Musiała coś zrobić! Nie mogła mu na to pozwolić! Na taką…wegetacje i jeszcze do tego zgon!
- Nikt...spójrz na mnie... - delikatnie przystawiła mu łapę do policzka, po czym obróciła lekkim ruchem jego głowę w swoją stronę, tak, by patrzył w jej ciemno zielone oczy. - musisz jeść...żeby przetrwać. - miauknęła. - zjedz - dodała, podsuwając arlekinowi piszczkę jeszcze bliżej jego białych łap. Ten spojrzał jej w oczy, a ona poczuła dreszcz niepewności. Czy zje posiłek? Czy jej posłucha? Następnie kocur przeniósł spojrzenie na piszczkę, a ona z uwagą na to wszystko patrzyła. Poczuła ukłucie w sercu, gdy odsunął pożywienie łapą, wprost pod jej łapy, dając jej znać, że on sobie poradzi bez tego, a jej przyda się to w jego mniemaniu bardziej.
Nie, nie, nie, nie! Uparcie podsunęła mu mysz z powrotem pod pysk, z zaciętym wyrazem pyszczka.
- Pi pi pi - zaczęła naśladować głos wydawany przez piszczkę, opierając ją o jego polik. Chciała go trochę pobudzić. Jego instynkty. Żeby może obudził się z tego transu, który trwał od całego już tygodnia. Czarny otworzył pysk, ale znów go zamknął. Jego oczy nabrały żywszej barwy, a z gardła uciekło westchnięcie. Skubnął kawałek myszy, co wprawiło Miodunkę w zachwyt. On…jadł! Jadł! Udało jej się! Udało jej się jakąś cząstkę osoby, jaką był Nikt, przywrócić do świata! Resztę niezjedzonej myszy kocurek próbował oddać córce Plusku, ale ona nie miała zamiaru na to pozwolić. Przyniosła te piszczkę dla niego, nie dla siebie. Ona sobie poradzi, on od dawna nie jadł. Dlatego delikatnie skubnęła taki sam kawałek, jak Niktuś, aby go udobruchać, po czym podsunęła mu mysz z powrotem, dając znać, że będą jeść na zmianę, po jednym gryzie. Może takie coś wypali? Żółtooki znów skubnął mysz, patrząc na Miodunkę zmęczonym wzrokiem, oddając jej resztę. Powtórzyła to, co zrobiła wcześniej. Znów skubnęła, po czym znowu przysunęła do niego mysz. Już myślała że będzie taki układ ciągnąć w nieskończoność, ale na szczęście ku jej zdziwieniu i zadowoleniu nie! Brat Niczego odgryzł pół piszczki, po czym większą część dał kotce, przytulając swoją część, by się z nim nie zamieniła. Widząc to odgryzła taką samą część, jaką miał Nikt, a resztę zostawiła między nimi. Zjadła, to, co miała między łapami, po czym zaczęła czekać, aż Nikt zje, to co sobie tam trzymał, by mogli dokończyć ten mały kawałeczek, który został, wspólnie.
Kocur mimo iż dosyć niechętnie, ostatecznie zjadł swoją część, patrząc na oderwane mięso, które leżało przed nimi. Łapką ponownie przesunął je do Miodunki, uporczywie domagając się, by ta je zjadła. Pręgowana terminatorka zjadła połowę tego, co jej podsunął pod łapy, po czym resztę przysunęła pod pyszczek Nikogo. Czarny pokręcił noskiem, grymasząc i oddając jej resztkę. Ponownie podsunęła mu jedzenie pod nos, uporczywie się w niego wpatrując. On teraz się uparł, ale ona też i nie zamierzała tego zjeść. On musiał. Arlekin odwrócił głowę, ponownie raniąc serduszko Miodunki i zasłaniając pyszczek łapkami. Nie. Nie pozwoli mu na to. Chwyciła kawałeczek w zęby, po czym podeszła do jego pyszczka od frontu, i położyła mu resztkę myszy na łapach.
- Niee – jęknął, a czas się jakby zatrzymał, gdy pół nocniak wykręciał głowę w bok.
- Ty...ty mówisz! – miauknęła zszokowana i uradowana. Zostawiła mięso samo sobie, po czym wtuliła się w niego. - Nikt! Ty mówisz! - miauczała uradowana, liżąc energicznie kocurka po łebku. Udało jej się…Udało jej się go przywrócić! Kocur Skrzywił się na ten gest, czego nie zauważyła rozanielona córka Plusk, jednak odetchnął, kiedy ta zaprzestała mu wciskać jedzenie. Wydał z siebie niezrozumiałe burknięcie w jej sierść. Ta przytuliła go, mrucząc. Tak się cieszyła, że powoli dochodził do siebie! Polizała go czule za uszami, mając zamknięte oczy i szeroki uśmiech na pyszczku. Nikt leżał tak wtulony i wymuskany przez jej język jeszcze chwilę, po czym uniósł na nią wzrok.
- Tak. Mówię.
- Tak bardzo się cieszę! - miauknęła uradowana, wtulając się w jego miękkie futerko - nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłam, ale widzę, że wstajesz powoli na łapy! - miauknęła, liżąc go znowu.
- Tak... - przyznał jej rację słabotliwie. - T-to twoja wina... Nie dałaś mi przepaść...
Tak…nie dała mu przepaść. Uratowała jego osobę, jego świadomość. Wrócił. Wrócił na ziemię. Do niej. Dzięki niej i…dla niej.
- Cieszę się, iż mogłam pomóc ci dojść do siebie - miauknęła, liżąc go za uchem. - tęskniłam. - wymruczała, tuląc się do terminatora Krwawnika.
- Przecież...byłem cały czas tutaj... - szepnął, nie rozumiejąc jak mogła za nim tęsknić, gdy wręcz ciągle przy nim siedziała, liżąc i tuląc.
- Było twoje ciało. Ale nie ty. Byłeś jakby...w innym świecie. Co mi z ciała, kiedy nie siedzi w nim Niktuś? - spytała, rumieniąc się, bo pierwszy raz uświadomiła sobie, iż użyła tego określenia na głos. Polizała go po policzku, cała spalając buraka, po czym wtuliła głowę w jego futerko.
- Byłem... wszystko pamiętam... tylko... - na chwilę przerwał, kiedy go polizała, po czym kontynuował. - Byłem zmęczony...
- Cieszę się...że wróciłeś...do mówienia - powiedziała - do kontaktowania się z otoczeniem... – dodała tygrysio pręgowana, tuląc arlekina do siebie.
- Nie chcę wrócić... Będzie tylko gorzej... - szepnął, znów zatapiając pysk w jej sierści, przez jej tulasa. - Czemu się mną opiekujesz? Jestem przecież nikim...
Na te słowa serce jej prawie stanęło.
- Nie! Nie jesteś nikim...zostań ze mną...proszę...nie będzie gorzej, jeśli stawimy czoła światu...ja...kocham cię...Nikt... - miauknęła, wtulając się w niego jeszcze bardziej, przez co stali się jednym wielkim kocim kłębkiem futra. Wewnątrz poczuła stres, jak i motyle w brzuchu i ciepło, rozchodzące się od jej serca po całym jej ciele. Ten pPrzymknął oczy, milcząc przez jakiś dłuższy czas. Leżeli tak wsłuchując się w swoje oddechy i bicie serca. Te Miodunki szalało, jego pozostawało spokojnie.
- Jak wolisz... - mruknął w końcu Nikt.
W odpowiedzi zapiszczała ze szczęścia i podekscytowania, wtulając się w niego.
- Kocham cię, kocham cię... - wyszeptała, czując jego ciepło przy sobie, szczęśliwa w euforii, że jej nie odrzucił...a wręcz…się na to godził! Czarny ziewnął chowając nos w jej futrze, a jej zrobiło się gorąco.
- I co teraz? Nie wiem co to znaczy.
- To...to znaczy, że od teraz jesteśmy...parą...- wymruczała, choć jej głos przypominał bardziej radosny pisk, kiedy polizała Nikogo po głowie, a jej serce zaszalało jeszcze bardziej w jej klatce piersiowej. Arlekin uniósł bardzo powoli na nią wzrok, jak ktoś kto późno łączy fakty.
- Och... Dlatego te całuski i tulaski... - miauknął. Czyli…czyli byli teraz…razem? Jej serce zabiło szybciej. Przytuliła się do niego, mrucząc.
- A co... z Lukrecją? - zapytał - Może cię skrzywdzić jak mu powiesz...
- Niech tylko spróbuje...doprowadzimy go do pionu, zobaczysz... – wymruczała, starając się olać brata. Nie pozwoli mu popsuć ich szczęścia, postanowiła, znów liżąc ukochanego za uchem.
- Wiesz, że... to on mi poszarpał uszy? Nie samotnik. I on... znęcał się nade mną. Kazał jeść dżdżownice, topił w kałuży i rzece... Chciał okaleczyć moją siostrę. Bił mnie i śmiał się ze mnie. Zrzucił mnie dwa razy z drzewa i zmuszał do całowania się z kocurem i sobą. On... jest zły... Uratuj nas przed nim. Wanilia... on... on go nazywa Piszczką... jak jedzenie... Wszyscy się go boją... to potwór.
Słysząc to uniosła wyżej głowę, poważniejąc.
- Wiedziałam, że coś było nie tak z tą historią, że samotnik cię zaatakował! - miauknęła głośno. - jak ja go tylko dorwę...czemu on to robi?! - spytała jakby wszechświat. Czemu. Czemu jej brat stał się…taki? A zawsze jej się w żłobku wydawało, że jest najbardziej spoko z całego rodzeństwa…czyżby się myliła? Możliwe- cieszę się, że mi to powiedziałeś. Skonfrontujmy się z nim jutro. Weźmiemy Wanilię. Nagadamy mu we trzech, on jest jeden sam. - miauknęła bojowo tuż po wymyśleniu tego krótkiego planu, po czym polizała Nikogo za uchem ponownie. Nie miała się zamiaru z nikim cackać, a już szczególnie, jak robił takie rzeczy - nic się nie martw Niktusiu. Załatwimy to - miauknęła, okrywając młodszego ucznia własnym ciałkiem i mrucząc.
- Robi to dla zabawy... Lubi, gdy ktoś się go boi... Wanilia się też go boi. Nazywa go kotką. Jest bardzo wredny... On... on chciał wybić zęby, wydrapać oko mojej siostrze... Robiłem wszystko co chciał, aby ją chronić. Boję się, że ją zabiję, jak mu powiesz... Moje oko też chciał wydłubać. To sadysta... Uważa nas wszystkich za swoją własność... Ale nie zostanie ukarany... Brzoskwinka nie da mu kary, bo jest jej wnukiem...
Czemu…czemu to tak musiało wyglądać? Mleczyk była zazdrośnicą, Cyprys była strachliwa, Brzoskwinka tylko leżała i praktycznie nic nie robiła, chociaż ona starała się ją przekonać do działań, szczególnie teraz, jak Janowiec zginął…normalnie jakiegoś miała pecha do rodziny. A jak nie byli…tacy z charakteru, to mieli ogromne problemy i pecha - matka została niesłusznie osądzona za morderstwo i była szantażowana przez idiotę, jakim był Wiatr, ojciec urodził się głuchy i nigdy nawet nie mógł z córką porozmawiać…i do tego Lukrecja okazał się…taki. Tylko Poranek był chyba spoko z całego jej rodzeństwa…
Po chwili odparła Nikomu:
- W takim razie...możemy go ukarać...sami - miauknęła - poczuje ten strach, który czuliście wy i już nie odważy się nic zrobić ani tobie, ani Wanilii, ani Nic. – miauknęła rozwiązanie, które przyszło jej do głowy – bez ogródek. Taki, jakie najbardziej lubiła. Prosto do celu i nie unikając konfrontacji, bo ta i tak nadejdzie prędzej czy później – a lepiej było już ją mieć z głowy i powiedzieć, co się naprawdę myśli, niż to odciągać.
- Nie umiem... – żółtooki położył po sobie uszy. - Nie potrafię nikogo skrzywdzić, nawet kogoś tak okrutnego jak on. Będę czuć się winny... Ja nie chcę go bić...
- To...to po prostu mu wygarnijmy - miauknęła.
- To nic nie da... wyśmieje nas. Chyba że... że pogadasz z liderką. M-może za twoją namową coś uda się zdziałać... B-bo Wanilia może i jest dawnym samotnikiem, lecz nie zasługuje na takie traktowanie jak my... Może to sprawi, że Brzoskwinka coś z nim zrobi...
- Mogę...spróbować - odpowiedziała - i...na temat tego, co ci wcześniej obiecałam...o prawach...to...to nie była źle nastawiona. I może teraz już się uda ją dostatecznie przekonać...bo...bo walczyłeś przeciwko nocniakom, po naszej stronie - miauknęła - tak samo Nic. Sądzę, iż może się udać. A jak uda się to, to może Brzoskwinka da przy okazji Lukrecji też karę... - miauknęła, tuląc się do Nikogo.
- Gdyby się udało... Byłbym przeszczęśliwy... - wyszeptał jej do ucha. - I może... d-dałbym ci buziaka... - Odwrócił speszony wzrok.
Skoro…skoro on będzie wtedy szczęśliwy, to Miodunka zrobi wszystko co w jej mocy, żeby mu to zapewnić.
- Dla ciebie...wszystko...Niktusiu - miauknęła, liżąc go czule po głowie.
- T-to zjesz ten kawałek? - przypomniał jej o resztce myszy.
- Dla ciebie? No...dobra, niech ci będzie - miauknęła, zjadając go. Była niezadowolona, że nie chciał go zjeść, ale…ale i tak zjadł dużo i nawiązali miłą rozmowę, wyznali swoje uczucia i smutki. To dobrze, nie? Arlekin wtulił się bardziej w jej sierść.
- Znałaś tego Janowca, za którego kazano nam umierać? - wyszeptał, przymykając ponownie oczy.
- Ja nie...ale...ale babcia tak... i... i on był okropny...wiesz...że...zabił wcześniej wiele kotów? Jeszcze zanim się urodziliśmy? - miauknęła - szantażował ją...dlatego nie mogła ci dać wtedy praw, bo bała się, iż mu się nie spodoba samowola...ale teraz, jak on nie żyje...i owocniaki zemściły się na nocniakach...to...to może ci dać prawa. I...i ona nie chciała tej wojny...ale widziałeś ten tłum...
- Szantażował? Liderkę? Przecież mogła go wygnać... Czemu się na to zgodziła?
- Bo...podobno miał jakichś popleczników...w tym Komara...dlatego też jego śmierć jest trochę...podejrzana...i...i Wiatra, jego też. - miauknęła. - i prawdopodobnie kogoś jeszcze. Też nie rozumiem w sumie, czemu się poddała, pół klanu na pewno sobie nie zjednał, bo zrobił by zamach stanu już wcześniej. Ona chyba po prostu...jest strachliwa. - miauknęła.
- Komar i Wiatr to wspólnicy Janowca? A-ale... Komar to zastępca. Czemu... czemu to robią? Po co mieliby mordować swoich?
- Komar to zastępca, bo Janowiec kazał Brzoskwince go nim mianować - miauknęła - Nie mam bladego pojęcia. Chcą władzy. Chociaż to się nie zgadza, bo mogli by już dawno zabić w takim wypadku Brzoskwinkę...ogólnie, to bardzo, a to bardzo pogmatwana sprawa jest. I...lepiej nie rozmawiaj o tym z nikim poza mną, bo jeszcze coś się złego stanie... - mruknęła - ale że nie ma Janowca, to pewnie siatka się rozpadła, więc połowa problemu za nami. - miauknęła.
- Rozumiem... Opowiesz mi coś jeszcze? - poprosił.
Chciał, aby coś mu poopowiadała? Pewnie pragnął wrócić do świata żywych…zająć czymś umysł…
- Hm...a o czym byś chciał posłuchać? - spytała.
- O czymkolwiek. Twoim mentorem jest Agrest, prawda? On dał mi ślimaka...
- O. Bardzo się cieszę! On też jest tak w ogóle za tym, by nadać wam prawa. I...jest bardzo miły! I ma jakąś znajomą, co nocniaki jej kociaki porwały... - mruknęła - i o, klei się do niego pewnie wojownik, tak zwany Kuklik. I hmm....jego mentorką była Krecik...i...o! O! wiesz co ostatnio zrobiłam? - spytała, podekscytowana - znasz Świt? Jest strasznie wredna. Użarłam ją w łapę. Dwa razy - miauknęła z dumą. - Ma za swoje.
- Nie wiedziałem tego o nim... - przyznał. - Podziwiam, że masz taką odwagę, by kogoś ugryźć. Ale na pewno zasłużyła. Bywa wredna.
- Tak. Wyobraź sobie, dwa razy rozwaliła mi z premedytacją liść, którym się bawiłam i nazwała mnie bachorem! – rzekła oburzona zachowaniem białej kotki - A ja...ja podziwiam, że ty dalej stoisz i się nie poddajesz, mimo wszystkiego, co cię w życiu spotyka... – powiedziała zgodnie z prawdą.
To, że jeszcze się nie poddał, nie uciekł…było…wręcz niesamowite.
- Przeceniasz mnie... Ja już się dawno poddałem... - szepnął.
- Nie. Nie poddałeś się. A ja ci pomogę, abyś na pewno tego nie zrobił. - miauknęła, po czym polizała go między uszami.
- Ja chciałem... odejść... Moje życie jest nic nie warte...
- Nie! Jest warte! Jest warte bardzo wiele! - miauknęła, tuląc go do siebie - dla mnie jest...
- Może tylko dla ciebie... Dusisz mnie takim tuleniem, wiesz? - miauknął czując jej sierść w pysku.
- Oj, przepraszam - odparła, odsuwając się nieco. - I nie tylko dla mnie. Dla Nic na pewno też. I dla Agresta.
- Nic nawet się do mnie nie odzywa, a do twojego brata to już tak - burknął zazdrośnie arlekin.
- Może po prostu się od siebie oddaliliście? – miauknęła. Ona oddaliła się od Plusk…od Cyprys i od Bza… - zawsze możesz do niej zagadać, spróbować wznowić relację... – mówiła, starając się mu poradzić, pomóc, znaleźć rozwiązanie jego problemu.
- Nie wiem... Tyle czasu ją chroniłem, a ona nadal milczy... Nie odezwie się do mnie nigdy. Tak samo jak Skorupek na mój widok, nie będzie się ukrywał. To niemożliwe.
- Skorupek? Ale ty wiesz, że ślimaki boją się każdego dotyku i jak cień na nie pada? - spytała - one tak ze wszystkimi, nie przejmuj się, Skorupek po prostu robi to, bo tak robił zawsze. To nie oznacza, że cię nie lubi - miauknęła.
- Nie wiedziałem... - mruknął.
O. Może go pocieszyła? W końcu Skorupek nie chciał dla niego źle, po prostu był ślimakiem i taka już była jego natura.
Chwilę jeszcze porozmawiali, po czym Nikt zasnął wtulony w jej futerko, podczas gdy ona mruczała. Sama również po chwili odpłynęła do krainy kociego morfeusza, wtulona w miękką sierść czarnego arlekina.
<Niktusiu?>

[przyznano 5%]

Od Zdradzieckiej Rybki

Nie ogarniał za bardzo rzeczywistości. Śmierć jego matki i syna, pojawienie się Zajęczej Gwiazdy w jego córce, uznanie go za wariata przez Niezapominajkową Gwiazdę, a potem to niemiłe spotkanie z Zanikającym Echo, podczas którego ukrywał się przed wściekłą kotką w pustej kłodzie, sprawiło że miał powoli dość życia. Olbrzymi ciężar spadł na jego barki. Tak potworny, że z trudem go dźwigał, kiedy wychodził na polowanie. Wzburzony Potok po tej akcji z siostrą Rudzika, nie zostawiała na nim suchej nitki. Wciąż wyzywała, dawała głupie zadania, które miały na celu upokorzyć go w jej oczach, grożąc przy tym, że nieposłuszeństwo będzie karane donosem do Kruczej Gwiazdy. 
Zdechłe ryby nad jeziorem dalej pływały, powodując okropny smród, który było czuć nawet w obozie. Był osłabiony, tak jak większość chorujących. Mimo nadejścia Pory Nowych Liści, po zwierzynie nadal nie było śladu. Już tak bardzo mu się nie chciało tego ciągnąć... Ale musiał. Dla Piaskowej Gwiazdy miał po co żyć. Dlatego też udał się do żłobka, by przez chwilę popilnować córek. Pech chciał, że biała ponownie mówiła do niego krzywdzące słowa. Ta cała frustracja i ból, który nosił w sercu, zaczęły się kumulować. To, że w końcu pękł było kwestią czasu. 
- Daj mi w końcu spokój! Sama zdechnij, wronia strawo! - zasyczał na nią, dając jej łapą po pysku. 
Nie spodziewał się, że Bławatkowy Potok to zauważy. Tak szybko wróciła? Zwykle zajmowało jej to więcej czasu. Wściekła królowa stanęła między nim a dzieckiem, jeżąc sierść. 
- Jak możesz?! Co w ciebie wstąpiło! - uniosła głos.
Zaczął jej się tłumaczyć. Musiał wywlec wszystkie brudy córki na wierzch. Powiedział Bławatek o wszystkim co usłyszał od Zajączek, o jej kontaktach z Mroczną Puszczą, chęci zamordowania jego osoby i wiele innych. Gdy tak mówił, zauważył na jej pysku niedowierzanie i coraz większą złość. 
- Jesteś idiotą! Nie wierzę, że ty i Brokułowa Łodyga byliście ze sobą spokrewnieni! - wykrzyczała mu w pysk. - Co ja w tobie widziałam? Nigdy nie sądziłam, że ci tak odbiję, że zechcesz skrzywdzić własne dziecko! 
- To jej wina! - rzucił na swoją obronę. 
- Oczywiście! Bo małe kocię na pewno chcę cię zabić! To już przestaje być śmieszne! To koniec. Póki się nie wyleczysz i nie ogarniesz, nie chcę cię widzieć na oczy! - Wypchnęła go ze żłobka. 
Położył po sobie uszy, czując przeraźliwy ból w piersi. Ona... Ona wybrała tego małego demona zamiast niego?! To było chore. Pokręcił głową, czując łzy wzbierające mu w oczach. Zachował się jak tchórz. Powinien tam zostać, dalej się tłumaczyć, zawalczyć o jej miłość, a co zrobił? Uciekł. Zając rozwaliła im związek. To jej wina. Jej! Tej małej cholery. 
Wleciał jak burza do legowiska wojowników, wylewając kolejną rzeszę łez. Co mu już pozostało? Nic. Ukochana osoba go zdradziła. Rodzina go nienawidziła. Był wariatem, który powoli tracił resztki zdrowego rozsądku. Już teraz ten ból w piersi, był stokroć gorszy od tego co przeżył w Klanie Burzy.
Pogrążał się dalej i dalej, aż jego łzy całkiem nie wyschły. Zimna i ciężka pustka przywitała go, zostając z nim na wiele kolejnych tygodni.

Nowy członek Pustki!

 Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Starość

Odszedł do Pustki! 

Od Krzemienia

Starość go dopadła, odbierając radość z życia. Nigdy nie spodziewał się jej dożyć. Pamiętał swoją młodość, która zaczęła się na ulicach Siedliska Wyprostowanych. Było ciężko żyć z taką patologiczną rodziną. Jego siostry dość szybko zmarły w tym niebezpiecznym świecie, więc i on nie wierzył, że będzie mu dane jej doczekać. Stracił wszystko co miał, uciekł i rozpoczął swoje życie na nowo. Właśnie tu, w Owocowym Lesie. Przyzwyczajenie się do życia w tak ogromnej społeczności nie było łatwe. Został jednak zaakceptowany, a jego życie rozkwitło. Tu był ten raj, gdzie był w stanie odpocząć. Ta sielska cisza, przyjaciele i ukochane osoby. Nawet został ojcem. Nie był w tym najlepszy, bo sam nie miał dobrych wzorców, ale starał się tak jak mógł, by dać wsparcie swoim dzieciom. 
No i teraz mógł czekać tylko na wnuki. 
Przeszłość na nowo jednak go dopadła przez Krwawnika, który wywlekł na wierzch jego brudy. Nie miał już sił na intrygi Komara. Bóle stawów i dodatkowe denerwowanie się, nie były przyjemne. Wspomnienie młodości, tej siły jaką dzierżył, obaw, że stanie się taki jak ojciec... Teraz to zniknęło. Wygrał. Pokazał swojej matce, że udało mu się pozostać krzemieniem; zwykłym kamieniem, który nie zapalił iskry, powodującej okropny pożar lasu. Żył tak jak chciał, bez pobudzenia swojej mrocznej natury. Zakochał się w pięknej kotce, która nie doceniała swojej bieli futra, tak jak on nie doceniał swojej czerni. Byli podobni do siebie. Każdy z nich pragnął być kimś innym. To właśnie ich połączyło.
A Bez... Jego futro mignęło mu gdzieś w obozie. Uparciuch ciągle do niego przychodził, rysując coś na ziemi. Nadal nie potrafił wybić mu z głowy tego, że uznał go za swojego ojca. Bardzo go to irytowało. Brzoskwinia nie była chętna, aby powiadomić syna o prawdzie, dlatego ten zaczął go na starość męczyć. Nie mógł przed nim uciec, udawać, że się go nie widzi. Jednak teraz, gdy siwizna przyozdobiła mu pysk, docenił tego skrzywdzonego przez los kocurka. Mimo, że był dla niego okropny, nie kryjąc się z niechęcią do białego, czuł że ten po jego śmierci, będzie cierpiał równie mocno, co jego rodzina. Dlatego też, gdy przyszedł do niego, ten ostatni raz, przytulił go. Chciał odejść bez wyrzutów sumienia. A co do tego, że jego czas się kończył, był pewien. Każdy dzień był coraz bardziej męczący. Spędzał go na drzemaniu, rozmawiając od czasu do czasu z Ziębą. To już nie było życie, tylko wegetacja. Bóle łap, złe samopoczucie i żarcie zielska... Na dodatek ogólny głód w klanie. To wszystko przełożyło się na jego stan zdrowia. 
- Nie poddawaj się, nigdy - miauknął do białego, który rzucił mu pytające spojrzenie. 
Poklepał go łapą po grzbiecie, uśmiechając się. Może kiedyś, gdy do niego dołączy w zaświatach, uda mu się wytłumaczyć, że wcale nie byli spokrewnieni. Teraz jednak chciał dać mu radość, by zapamiętał go właśnie takiego. Zwykłego staruszka, który pragnął przebaczenia. 
Gdy Bez odszedł, przyszła jego prawdziwa rodzina. Zięba wiedziała, że było z nim źle, przez co zagoniła jego dzieci, by spędziły z nim chwilę czas. To dużo dla niego znaczyło. Dowiedział się dzięki temu, że radzili sobie w życiu, ale wnucząt to raczej nie doczeka. 
- Cieszę się, że wyrośliście na silnych wojowników. - miauknął. - Opiekujcie się mamą i sobą nawzajem. Rodzina jest najważniejsza. 
- Nie mów tak, jakbyś miał nas już opuścić! - fuknął Szpak. 
- Nie zostało mi już wiele czasu. Nie smućcie się. Jestem z was dumny. Gdziekolwiek trafie po śmierci, czy też zniknę, bo nic na mnie nie będzie czekać, wiedzcie że was kocham. 
Te słowa powtarzał wciąż, gdy przychodzili do niego jeszcze przez kilka dni. Jednak w pewnym momencie, nie miał sił otworzyć oczu. Odszedł. A jego historia dobiegła końca. 

Od Jelonka (Jeleniej Łapy)

Dzisiaj nadchodził dla niego wielki dzień. Mama wylizała go porządnie, by prezentował się przed klanem jako dobre dziecko, a nie diabełek, który ostatnio był na pyskach klanowiczów, tak samo jak jego siostra. Źle mu z tym było, że coś go więcej łączyło z Diament, jednak obiecał poprawę i nawet przeprosił wszystkich, których zwyzywał. Kończył swój szósty księżyc, co oznaczało, że dzisiaj miało odbyć się jego mianowanie. Trochę się tym denerwował, bo bał się kogo dostanie na mentora. Ale... ale była też dobra strona tego wszystkiego! Trafi do legowiska uczniów, gdzie będzie mógł bawić się ze swoimi przyjaciółmi! Płonąca Łapa i Leśna Łapa przecież dalej się szkolili. Będą mogli spać obok siebie, rozmawiać o nierudych i mama nie będzie miała do niego o to pretensji. 
Uśmiechnął się do rudej, wychodząc na środek obozu, gdzie Kamienna Gwiazda zwołała klan. Dojrzał swoich przyjaciół, którzy pewnie z niecierpliwością oczekiwali na to, kogo dostanie na mentora. Lekki stres go złapał, lecz stał tam dumnie, tak jak jego matka, która posyłała mu uśmiech. Te księżyce w żłobku teraz odejdą w niepamięć. Zacznie się nowa era w jego życiu. Stanie się... dorosły. 
- Jelonku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Jelenia Łapa. Twoim mentorem będę ja. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę. 
Szok to mało powiedziane. Czuł jak wszystkie gwiazdki zamarły, a leszcze niedowierzały w słowa, które padły. Zetknął się z Kamienną Gwiazdą nosem, pełen nieznanych mu odczuć i myśli. Starał się jednak to ukryć, bo przecież szkolenie przez lidera było zaszczytem. Nawet jeśli pluł na kamienie, wyobrażając sobie, że to ciocia, nawet jak jego przyjaciel wręcz chciał zobaczyć jak ją wyzywa... Tak teraz dziwnie się czuł. Czy przypadkiem nie lubiła tylko czarnych kotów? On był rudy, a słyszał, że nie przepadała za takimi kociakami. A może to jego wina?! Usłyszała co robił i zechciała go mieć na oku? Czarne scenariusze pojawiały mu się przed oczami. Jak nic coś było na rzeczy. 
Kiedy zakończyło się mianowanie jego siostry, podbiegł do mamy, starając się nie krzywić, a udawać szczęśliwego. Teraz kotka wracała do roli zastępczyni co oznaczało, że będzie mieć z jego mentorką stały kontakt. Musiał się pilnować... I to porządnie. Powinien pogadać o tym z przyjaciółmi. Nie chciał by przestali go lubić, bo czarna go szkoliła! 
- Widziałaś mamusiu? Kamienna Gwiazda mnie wybłała! - powiadomił dorosłą, mimo tego że ta przecież przy tym była. - Będę silnym wojownikiem, zobaczysz! - zapewnił ją.
- Mam taką nadzieję skarbie. 
- To ja już idę, bo pewnie chcę ze mną gadać - zerknął na czarną, która czekała na niego. Jak taki kat, który chcę wyrwać z niego informację o jego złym słownictwie i skazać za to na katusze. 
Pożegnał się, po czym skierował kroki do mentorki. 
Czas było przekonać się, o co naprawdę w tym wszystkim chodziło. 

[przyznano 5%]

Od Jelonka cd Tygrysiej Smugi

Skinął wolno główką. Nabroił i musiał teraz ponieść tego konsekwencję. Niestety... Nie spodziewał się, że w klanie są tacy skarżypyci! Zrobi to jednak, tak jak chciała kotka. Nie chciał robić sobie wrogów. Trochę przedobrzył. Postara się już bawić z Leśną Łapą tylko na osobności, nie wyzywając ich prosto w pysk. 
— Przeplosze. Naplawdę mamusiu. Kocham cię najmocniej na świecie. Nie chcę byś przez to mnie nie lubiła...
— Ja też nie chciałabym cię nie lubić. I nie chciałabym, aby klan cię nie lubił, a właśnie do tego zmierzałeś — westchnęła.
Położył po sobie uszka, wtulając się w jej sierść bardziej. Nie chciał, by mama przestała go kochać! Nie zniósłby tego! Już teraz czuł straszny ból na samą myśl o tym. Była dla niego całym światem. To ona go myła, opiekowała się, dawała jeść. Życie bez niej, straciłoby swoje barwy. 
Kotka pogładziła go łapą po grzbiecie, patrząc nieufnie w stronę wyjścia ze żłobka. Pewnie szukała tej rudej pani, która odpowiadała za jego złe słownictwo. Nie zdradził mamie jednak tego, że to były kłamstwa. Tak trzeba było, by jego przyjaźń z Leśną Łapą się nie skończyła. 
Czując ten dotyk, zrelaksował się, mrucząc. Otarł już zaschnięte łzy z pyszczka i uśmiechnął się szczęśliwy, że mama mu wybaczyła.
— A jak tam... Pszczółka? Twój nowy kolega? — Ledwo co te słowa przeszły jej przez pysk. — Dobrze się razem bawicie?
— Mhm! — Kiwnął łebkiem. — Jest supel! Nasza ulubiona zabawa, to rzucanie kulką mchu! Ostatnio jednak był... smutny. Przez ciebie mamusiu. Bo na niego krzyczałaś... Powinnaś go przeplosić.
Nadal pamiętał ten jego wyraz pyszczka. Wtedy bardzo zdziwił się, że królowa mogła aż tak kogoś skrzywdzić. To było bardzo niepodobne do rudej, która w jego oczach, była najwspanialszym kotem, niezdolnym do szerzenia takiego zła. 
— Co proszę? — wykrztusiła z lekkim obruszeniem. — Nie krzyczałam na niego — wyjaśniła delikatniej.
— Ale on płakał... Tak o, by nie był smutny mamusiu. Ja mu tłumaczyłem, że może przypadkiem to zlobiłaś, ale nie chciał mi wierzyć. Musicie też się pogodzić. Ploszę.
— Skarbie, ten gn... — urwała, z lekka przestraszona własnymi słowami. — On kłamie. Taki wiek ma, że buntuje się na wszystko i dużo zmyśla. Nie słuchaj go.
— Zmyśla? — zdziwił się. Wydawało mu się, że Leśna Łapa był z nim szczery. Kumplowali się w końcu. Mama musiała się najwidoczniej pomylić. Każdemu to się w końcu zdarzało. Pokiwał jednak łebkiem, by jej nie martwić, bo widział jej wyraz pyska. — Dobrze...
— Najlepiej, gdybyś ograniczył z nim kontakt. Jeśli byłby rozsądny, poczułby cię za brzydką mowę, albo jakkolwiek zwrócił uwagę, że to złe — rzeka, zwalając sprawę na rudego.
Co takiego?! Jak to ograniczył?! To był jego przyjaciel! Nic złego nie zrobił! Spojrzał na mamę jakby urwała się z choinki. 
— Ale... ale to mój przyjaciel. Będzie smutny jak zelwe z nim kontakt. Lubi mnie — miauknął ze smutkiem w głosie.

<Mamo?>

Od Zwęglonego Kamienia cd Tygrysiej Smugi

Tygrysia Smuga nie wiedziała jak bardzo było ciężko. Nie widział, aby wychodziła ze żłobka. Podziwiał jednak jej entuzjazm, który sam już dawno stracił. Starał patrzeć się na życie w realistycznych barwach. Głód był potworny, cierpiał przez to i nie miał zamiaru znów się rozryczeć, bo świadomość, że niedługo umrze, była tak bardzo okropna. Nie powinien mówić młodej matce, że nie ma już nadziei, lecz jako zastępczyni, powinna wiedzieć jak się sprawy miały. 
— Powiem ci szczerze, że nie ma co szukać... Chodzę z Czarnowronem codziennie i jeszcze nigdy nic nie udało nam się złapać. A zaglądaliśmy nawet do zasypanych nor. Tu nic już nie ma. Powinniśmy szukać poza naszymi terenami... — powiedział, zwieszając smętnie uszy.
— Poza? — Uniosła zaciekawiona wzrok. — To ryzykowne. Wszędzie są inne klany, a ich patrole nie byłyby zadowolone. A na terenach wolnych... Są samotnicy. Pewnie oczyścili tamte miejsca całkowicie ze zwierzyny, chociaż nie chcę brzmieć jak pesymistka — mruknęła.
Spodziewał się takiej odpowiedzi. Już rozmawiał na ten temat z Kamienną Gwiazdą i kotka miała podobne podejście co jej zastępczyni. Jednakże uważał, że nawet jeśli i tam nic nie było, przez ingerencje samotników, to większą i tak mieli szansę gdzieś indziej, niż trzymać się kurczowo tego co znali. 
— Nie wiadomo czy ogołocili, jak nawet tego nie sprawdziliśmy. Klan głoduje... Jak tak dalej pójdzie to... — nie chciał kończyć zdania.
— Wiem, o czym myślisz, ale spokojnie — rzuciła z lekkim uśmiechem. — Śnieg wkrótce stopnieje i zgłodniała zwierzyna wyjdzie z nor. Będzie ich tyle, że nadrobimy ten cały okres głodu — dodała pocieszająco.
— Mam taką nadzieję... — Pociągnął nosem. — Przepraszam, że się rozklejam, ale jest mi ciężko... Boję się, że nie doczekam roztopów.
No i znów czarne myśli go zalały. Był taki żałosny! Powinien przestać rozmawiać z kotami. Na pewno kotka nie chciała słuchać jego biadolenia. Ale... ale był już tak bardzo tym wszystkim przerażony! Zawsze zasypiał z myślą, że to był jego już ostatni dzień na ziemi. Że odejdzie i nie obudzi się już nigdy. Ssanie w żołądku, które kłuło go boleśnie, potwierdzało to, że nie zostało mu już zbyt wiele czasu. 
— Oh, Węgiel — zamruczała. — Dasz radę. Wszyscy damy. Teraz jest trudniej, ale nie zawsze może być pięknie. Zaufaj mi, od jutra będzie już tylko lepiej. Mogę nawet pójść z tobą na polowanie. Może razem akurat więcej znajdziemy? — mruknęła weselej.
— Pójdziemy i wrócimy z niczym. Wielu wojowników wychodzi na polowania. Nic nie przynoszą. Nie złapiemy nic. Klan Gwiazdy nas opuścił. Taka jest prawda... — brnął dalej, próbując jej przemówić do rozsądku. Nic już tu nie złapią. Smak mięsa był już tylko odległym wspomnieniem. 
— Nie opuścił, na pewno są, tylko... Może mają jakieś problemy? Wiesz, nieśli ostatnio Piaskową Gwiazdę z zaświatów, to też mogło osłabić naszą więź — zasugerowała niechętnie.
— Może racja... — westchnął. — Oby jednak szybko się pozbierali. Teraz już jej nie ma. Mogliby dać przynajmniej Wiśniowej Iskrze jakiś znak. Pamiętam opowieści o tym, jak kiedyś to robili, a liderzy dostawali dziewięć żyć... To było prawdziwe? — zapytał, zmieniając temat. 
— Oczywiście. Kiedyś liderzy naprawdę długo żyli, a teraz... Wydaję mi się, że za każdym zgromadzeniem widzę innego przywódcę na skale — westchnęła.
— Walka o władzę jest okrutna... Właśnie dzięki tym żywotom, pewnie Klan Gwiazdy chciał powstrzymać takie... coś. — podzielił się swoimi przemyśleniami.
Skinęła głową. 
— A jak tam układa się tobie z Czarnowronem? — zapytała.
Słysząc pytanie o partnera, który ostatnio wręcz go zastraszył i zmusił do okropnego upokorzenia, uśmiechnął się sztucznie.
— Dobrze. Wspiera mnie w tych ciężkich czasach. Miło jest się do kogoś przytulić, gdy na zewnątrz jest tak zimno. Kocham go i martwię się o niego. Mocno schudł... Nie chciałbym by umarł... — skłamał, bo wręcz pragnął uwolnić się spod jego wpływu. Nie chciał znów przeżywać tego bólu. Pragnął zacząć żyć na nowo, a nie z wypranym mózgiem, który coraz bardziej uzależniał się od jego osoby. Tak bardzo się go bał, ale i jednocześnie nie potrafił się od niego uwolnić. Godził się na wszystko, by tylko ten demon, który w nim tkwił, nie wyszedł z jego boskiej powłoki. Bo co jak co, ale kocur był bardzo przystojny... Jednak wnętrze... Było zepsute niczym spleśniałe jabłko.

<Tygrys?> 

Od Bielik (Bieliczej Łapy)

Nadszedł ten dzień. Była na niego gotowa. Ukończyła szósty księżyc, co oznaczało, że miała udać się do lasu, by spędzić w nim samotnie noc. To miało sprawdzić czy nadawała się, by szkolić się na wojownika. Czy się bała? Niezbyt. Mroczna Puszcza była z nią, a ona wierzyła, że takie potężne istoty, będą nad nią czuwać, aż do samego rana. 
Spojrzała na Mroczną Gwiazdę, który wygłaszał przemówienie. Słuchała go z trudem, bo jej wzrok od razu pędził po zaniepokojonych pyskach wojowników, którzy niezbyt byli przekonani co do tego pomysłu. 
Wieczór powoli nadchodził, gdy została wyniesiona przez Trójoką Wronę poza obóz. Dziwnie się czuła, obserwując powoli ciemniejący las. Za dnia drzewa były takie fascynujące... Teraz? Trochę złapał ją niepokój. Kocur wypuścił ją z pyska przy jakimś krzaku. Nawet jak bardzo by się postarała, to z trudem znalazłaby drogę powrotną. Za bardzo rozglądała się po otoczeniu, mało co zapamiętując, co samo w sobie ją zaskoczyło. Ta dekoncentracja znów stała się jej wrogiem. Nie miała jednak zamiaru wracać. Co by powiedział wtedy lider? Ciekawiło ją, gdzie została zaniesiona Chryzantema. Czy mogły się spotkać? Wojownik miauknął jeszcze tylko informację, że ktoś rano ją odbierze, po czym odszedł. Została sama. Ta cisza... Była dziwna. Wszystko tu zdawało się takie obce. Rozejrzała się po terenie. Kilka krzaków, mnóstwo drzew. Lekki wiatr musnął zarośla powodując, że wydały charakterystyczny odgłos. Siedziała tam tak do czasu, aż nie ściemniło się na tyle, że poczuła niepokój. Przecież coś mogło ją tu zjeść! Szybko podeszła do drzewa, którego gałęzie znajdowały się dość nisko ziemi. Akurat było to jedyne takie, na które mogła pokusić się, by spróbować swoich sił we wspinaczce. Nie potrafiła tego, nie miała pojęcia co zrobić, by tam się dostać, lecz po to miała swój genialny umysł. Zawsze potrafiła znaleźć rozwiązanie dla danej sytuacji. Wysunęła pazury, wbijając je mocno w korę. Podskoczyła, od razu zsuwając się tyłkiem na ziemię. Było ciężko. Łapki ją paliły, lecz spróbowała jeszcze raz i jeszcze raz, aż sapiąc i krzywiąc się z bólu, nie udało jej się dostać na gałąź. Nie była zbyt stabilna, bo gdy tylko wszystkie cztery łapy na niej spoczęły, poczuła jak się buja. Trzeba było zmienić plan. Odwróciła się do pnia brzuchem, po czym go przytuliła. Ta pozycja była niewygodna i pewnie wyglądała jak wiewiórka, lecz tak miała większe szansę na przeżycie. Skoro po ziemi chodziły dziki i samotnicy, a nocą mało jaki drapieżny ptak, wleciałby w gęste listowie drzewa, mogła poczuć się tu jak zwycięzca. 
Ale co ze snem? Jak uśnie to spadnie. Ta noc naprawdę zdawała się bardzo ciężka. 

***

Szelest liści muskających przez wiatr, który nieco się wzmógł, wyrwał ją z transu. Gałęzie trzeszczały, a las był wręcz skąpany w mroku. Pohukiwanie sowy rozległo się niedaleko, a pisk czegoś nieznanego, uniósł się w odpowiedzi. Koszmar... 
- Mroczna Puszczo, daj mi siłę - szeptała modlitwy, tkwiąc tam nieruchomo. 
Czuła ból ciała, przez tą niewygodną pozycję w jakiej się znajdowała. Łapy już jej zesztywniały, a pysk miał dość szorstkiej kory, która drażniła skórę. Na dodatek sen zaczął dawać o sobie znać, przez co zmuszała się raz po raz, by nie usnąć. Nie mogła. Oczy jednak samoistnie zaczęły uciekać jej w głąb czaszki. Znużenie spowodowane nudą, zimny powiew na futrze... To nie były wymarzone warunki, by odpocząć. 
Udało jej się jednak dotrwać do świtu. Nic ją nie zjadło, co uznała za swojego rodzaju sukces. Nie myślała nad tym, jak poszło jej siostrze i czy w ogóle ją już kiedyś ujrzy. Marzyła o słodkim śnie. 
Gdy słońce oświetliło teren, odganiając złowrogie cienie, uznała że to dobry moment, aby zejść ze swojego schronienia. Był tylko pewien problem... Jak miała to zrobić, nie skręcając karku? Poruszyła się na gałęzi, czując ciężar zmęczonych i zesztywniałych mięśni. Czy było to wykonalne? Nie była zbyt wysoko, ale zeskoczenie zdawało się bardzo ryzykowne. W sumie ktoś miał po nią tu przyjść, lecz nie zamierzała zgrywać damy w opałach. Przyniosłaby tym sobie jak i rodzinie wstyd. 
No dobrze... Wzięła głębszy oddech. Czas spróbować. Wbiła pazury mocno w korę, po czym opuściła tylne kończyny. Ból w łapach dał o sobie znać. Grawitacja ciągnęła ją w dół, a ona zmuszona była się jej oprzeć, by nie zlecieć zbyt szybko. Powoli zaczęła się zsuwać, opierając ciężar ciała na nierównościach w korze. Szło jej całkiem, całkiem, chociaż już czuła pot pomiędzy palcami, a jej mięśnie wręcz wołały o pomstę do nieba. 
- Co ty robisz... - rozległ się za nią zdumiony głos.
To wystarczyło, by ją zdekoncentrować. Upadła z piskiem na ziemię, krzywiąc się. Jak nic będzie po tym mieć siniaki! Ale żyła, to było najważniejsze! Spojrzała na kremowego kocura jakim był Krzaczasty Szczyt. Uniosła pyszczek wyżej, wcale nie bacząc na to, że łapy całe jej drżały z wysiłku.
- Schodziłam. Zaliczyłam test? - zmieniła temat, nie chcąc wracać do tego, co przed chwilą się stało.
Wojownik kiwnął głową, zerkając to na nią to na drzewo, dając ostatecznie spokój tej sprawie. 
- Wracajmy. Mroczna Gwiazda już na was czeka - powiadomił ją. 
Ruszyła za wojownikiem chwiejnie. Ciekawe czy lider da jej odpocząć... Takie wyzwania nie były na jej siły. Chociaż musiała przyznać, że te nowe doświadczenie sprawiło, że mogła poznać swoje słabości, o których nawet nie wiedziała. 

***

- Gratulacje. Udało ci się przeżyć noc i nie uciec z podkulonym ogonem jak tchórz. - zaczął Mroczna Gwiazda, wpatrując się w nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Klan już się zebrał, dzięki czemu zauważyła mieszaninę ulgi na pyskach współklanowiczów, którzy wcześniej bardzo przejęli się tym, czy kocię sobie poradzi. - Bielik, ukończyłaś sześć księżyców i zdałaś test, więc nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Bielicza Łapa. Twoim mentorem będzie Irgowy Nektar. Mam nadzieję, że Irgowy Nektar przekaże ci całą swoją wiedzę.
Nie mogła w to uwierzyć! Wpatrywała się w zastępczynie z szeroko otwartym pyskiem. Dość szybko jej siły wróciły. Zetknęła się z nią nosem, uśmiechając się z zadowoleniem. Ciocia będzie ją szkoliła! To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu! Uważała ją za swój wzór, przez co wiedziała, że nie będzie między nimi żadnych spięć. Była też bardzo inteligentna i traktowała ją dojrzale, co pozwalało im spędzać wspólne treningi na jakimś poziomie. No i się znały! Złota wiedziała na co ją stać. Dawała jej różne zadania odkąd pamiętała, a które miały pomóc jej ze swoją przypadłością. Mroczna Gwiazda podjął pierwszy raz mądrą decyzję! Była mu za to wdzięczna, chociaż nie przepadała za kocurem, który jej zdaniem zbytnio się odnosił ze swoim ego. 
Szybko pobiegła podzielić się dobrymi nowinami mamie, która wyglądała ze żłobka wraz z jej młodszym rodzeństwem. 
- Widziałaś mamo? Udało mi się! - podskakiwała radośnie, czując buzujące w niej pobudzenie. 
- Gratulacje skarbie. Ucz się teraz pilnie i nie sprawiaj cioci problemów - miauknęła. 
- Oczywiście! - zapewniła, kierując wzrok na złotą kotkę, która oczekiwała, aż do niej podejdzie. 
Pożegnała się z królową, po czym pobiegła do mentorki.
- To od czego zaczynamy?! - sapnęła z ekscytacją. 
- Na razie od odpoczynku. Widzę, że nie spałaś całą noc. Chodź, opowiesz mi jak było - Machnęła ogonem, zaprowadzając ją do legowiska uczniów, gdzie młoda uczennica wybrała sobie mech, na którym padła. Rzeczywiście. Teraz czuła jak jej organizm wręcz potrzebował takiego miękkiego posłania i chwili spokoju. 
- A więc... - zaczęła opowiadać, nie patrząc na to, że w pewnym momencie jej język zaczął się plątać, po czym usnęła. 

[przyznano 5%]