Szylkretowy bok uczennicy w równym i spokojnym tempie podnosił się z wdechem, by następnie opaść, kiedy tylko wcześniej zaciągnięte powietrze opuściło płuca śpiącej. Zwęglona Łapa pogrążona we śnie nie zdawała sobie sprawy, że z każdym uderzeniem serca ucieka jej czas do porannego treningu z Sowim Zmierzchem, a nic nie wskazywało, by młódka w przeciągu najbliższych chwil miała się wybudzić. Paru uczniów już powoli zbierało się do wyjścia z legowiska na śniadanie lub pierwszy trening tego dnia, lecz nikt nie wpadł na pomysł, by obudzić dymną, która zwykle jako pierwsza opuszczała posłanie, by już na zewnątrz poczekać na swojego mentora. Dopiero późniejsze pojawienie się wojownika w legowisku uczniów sprawiło, że Zwęglona Łapa została wybudzona ze snu.
— Zwęglona Łapo. — Głos Sowiego Zmierzchu był niski, a zarazem zrównoważony, niczym on sam. Dźwięk zdawał się rezonować w ciele uczennicy, skutecznie ściągając jej umysł na ziemię.
— Sowi Zmierzchu… Co tu robisz? — spytała, leniwie podnosząc głowę, by nieco sennie spojrzeć na starszego.
— Spóźniłaś się. — Te dwa słowa wystarczyły, by serce w jej klatce gwałtownie przyspieszyło akcje, nieprzyjemnie obijając się o żebra, jakby miało zaraz wyskoczyć. Stres i panika zalały szylkretowe ciało Węgiel, jakby właśnie dochodziło do niej, że popełniła najgorszą zbrodnię, jakiej mogła się dopuścić pod wpływem emocji, niepoczytalna. Niczym poparzona zerwała się z posłania, by czym prędzej opuścić legowisko, przepraszając w kółko zielonookiego.
Dopiero dotyk ogona na jej boku sprawił, że zaprzestała wypowiadania jednego słowa niczym mantry. Wzrok miała utkwiony we własnych różnobarwnych łapach, starając się je zakryć coraz gęstszym ogonem, na którym sierść z każdym księżycem powoli przybierała na długości.
— Zwęglona Łapo, spójrz na mnie. — Po chwili wahania, żółte oczy spoczęły na spokojnym pysku wojownika. — To, że raz się spóźniłaś, nie sprawi, że wszystko nagle zacznie się walić. Rozumiem, że dziś musiałaś dłużej spać, by zregenerować siły po wczorajszym dniu — wyjaśnił cierpliwie kotce, która starała się przez całą wypowiedź nie uciekać wzrokiem, co było nie lada wyzwaniem.
— Rozumiem, postaram się już nie spóźniać… — mruknęła, kierując swoje żółte ślepia na centrum obozu, które powoli coraz bardziej zaczynało tętnić życiem.
— Nie — zaprzeczył twardo wojownik. — Masz sobie pozwolić na takie momenty. Nie wszystko musi być idealne, jesteś jedynie młodą kotką i w dodatku uczennicą Klanu Wilka, więc powinnaś być świadoma swych wad i zalet. A jeśli nie, to inni mniej lub bardziej przyjaźnie ci to uzmysłowią.
Słowa liliowego sprawiły, że szylkretka zastrzygła prawym uchem, ze skupieniem chłonąc jedną z lekcji, których udzielał jej Wilczak. Nie była to jedna z tych, których wymagano od każdego mentora, a bardziej coś życiowego, by dymna z czasem mogła stać się lepszą wersją siebie, nie tylko pod względem wojowniczych umiejętności, ale także całokształtu, jakim sobą będzie kiedyś reprezentować.
— Dziękuje Sowi Zmierzchu, jestem bardzo wdzięczna, że trafiłam na Ciebie jako mentora — odparła z lekkim uśmiechem, posłanym w stronę zielonookiego.
— Skoro to mam załatwione, to chciałbym Cię dziś zabrać do tuneli. Każdy Wilczak musi opanować umiejętność walki, nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa, o samym polowaniu nie wspominając, gdyż to podstawy podstaw, by móc przeżyć — wyjaśnił, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, które zajął na czas rozmowy z szylkretką. Ta po chwili ruszyła za kocurem, by rozpocząć ich wspólną wędrówkę do tuneli.
W ostatnich dniach deszczowych dni było znacznie więcej niż w pierwszej połowie sezonu, więc musieli korzystać z w miarę dobrej pogody, która się utrzymywała. W innym wypadku lekcja w tunelach mogłaby być zagrożeniem dla młódki, jak i samego wojownika. Sama ściółka leśna powoli zmieniała się w coraz większe bagno z kałużami po drodze z powodu zbyt dużej ilości wody, której podłoże nie było w stanie tak szybko przyjąć. W dodatku opadłe liście powoli zaczynały się rozkładać, a te, które dopiero niedawno odłączyły się od życiodajnej gałęzi drzewa, stanowiły idealny grunt do poślizgu.
— Tunele dla sporu kotów są tematem sprawiającym trudności, szczególnie na początku, gdyż wzrok staje się zbędny przez panujący mrok. Za to inne zmysły stają się niemal niezbędne do odnalezienie się w zawiłych korytarzach ciągnących się pod ziemią. Słuch, smak, węch, dotyk stają się receptorami, na których polegasz w warunkach i zaraz doświadczysz. Chociaż orientacja też odgrywa tu kluczową rolę, by choć w mniejszym stopniu mieć pojęcie gdzie się jest. — Tłumaczenia Sowiego Zmierzchu zawsze były obszerne, ale i rzeczowe, zawierając to, co było najważniejsze w danym momencie dla szkolącej się szylkretki. — Wibrysy odgrywają kluczową rolę, poprzez ocenienie szerokości tunelu czy kierunku podmuchu powietrza, za którym będziesz musiała podążać, gdy znajdziesz się w mniej Ci znanej części korytarzy. Na początek ruszysz za mną, starając się utrzymać stałą odległość i nie zgubić się po drodze, później nastąpi zmiana ról i to ty będziesz musiała naszą dwójkę wyprowadzić na powierzchnię.
Dymna skinęła głową, przyjmując do wiadomości pierwsze zadanie z nawigacji, jakie zostanie jej powierzone, kiedy tylko znajdą się w mroku.
— Boisz się ciasnych przestrzeni lub ciemności? — spytał jeszcze, nim skierowali się do wejścia.
— Nic z wymienionych — odrzekła, na co starszy zamruczał z aprobatą, a następnie skierował swe kroki do jednego z licznych wejść. Te początkowo było zalane w jakimś stopniu światłem słonecznym, tworząc lekki półmrok, który później z każdą długością przemieniał się w kompletną ciemność. Wbrew temu, co inni myśleć, to Zwęglona Łapa się nie bała, wręcz przeciwnie — coś ciągnęło ją do tego mroku, jakby cicho szeptało, by zanurzyła się w tym pomroku i pozwoliła, aby otuliło jej ciało niczym cienka warstwa jedwabiu.
Pogrążona we własnych rozmyślaniach, a raczej ich bardziej konkretny brak, sprawił, że szylkretka nawet nie zauważyła, kiedy jej łapy same ruszyły za Sowim Zmierzchem, prowadząc ją do jednego z korytarzy, którego kompletny brak widoczności tak przyciągał do siebie kotkę, niczym Cierniste Drzewo, przed którego obliczem stanęła po raz pierwszy, gdy została zabrana przez jednego z wojowników wprost do lasu i zostawiona na pastwę losu, by zobaczyć czy ta przeżyje samotną noc. Początkowe kroki Węgiel były dość niepewne, gdyż usilnie próbowała polegać na wzroku pomimo wcześniejszych słów mentora, które zdawały się przestać istnieć w jej umyśle, który z jakiegoś powodu zawsze był niczym zahipnotyzowany, kiedy to terminatorka miała styczność z czymś, co dla większości może być starszym lub przerażającym. Dopiero po jakimś czasie żółtooka odzyskała względną trzeźwość umysłu, by przypomnieć się o tym, co wcześniej mówił starszy i starać się bardziej polegać na pozostałych zmysłach.
Korytarz, którym się poruszali, co jakiś czas skręcał lub rozwidlał się na dwie, bądź więcej ścieżek, a dymna zaczęła pojmować, że znalazła się w istnym labiryncie i jeśli uda jej się odnaleźć drogę powrotną, to jedynie cudowi i woli Klanu Gwiazdy, o ile jego opieka sięga pod ziemię. Jedyne, co była w stanie usłyszeć to kroki ich dwójki po mokrym podłożu, szum krwi w uszach oraz rozszalałe serce, które z jakiegoś powodu przyspieszyło swą pracę. Nie było to spowodowane paniką, strachem, a jedynie obawą, czy podoła powierzonemu zadaniu — nie chciała zawieść Sowiego Zmierzchu, a czuła, że robi to zawsze, gdy coś nie szło, tak jak powinno, czyli po jej myśli. Sama sobie narzucała niewidoczną i realną presję, która w końcu zacznie być zbyt dużym obciążeniem dla niej, a wtedy może się to różnie skończyć, jednak jeszcze trochę czasu do tego, więc młódka nie ma się czego obawiać.
— Dobrze, teraz Twoja kolej — poinformował ją w pewnym momencie, na co Węgiel minimalnie się spięła, czując, jak presja narasta.
«★»
Powrót do obozu nastąpił nieco później, niż oboje myśleli, jednak młodsza nie spodziewała się, że tyle jej zajmie odnalezienie odpowiedniej drogi, a liliowy wojownik miał w planach nieco poćwiczyć z nią odnajdywanie się w tunelach. Tym sposobem spędzili na treningu mniej niż połowę dnia, choć na pewno było to męczące jak na zwykłą lekcję o nawigacji w tunelach z ćwiczeniami utrwalającymi, dlatego też, kiedy tylko wkroczyli do ostoi Wilczaków, żadne z nich nie zastanawiało się dwa razy, by ruszyć do stosu ze zwierzyną i wybrać coś dla siebie. Sowi Zmierzch oddalił się do swojej partnerki, Barczatkowego Świtu, a Zwęglona Łapa w tym czasie znalazła sobie miejsce dla siebie, które nie było aż tak bardzo przesiąknięte wilgocią ostatnich deszczy. Choć nim zajęła upatrzony kawałek trawy w odosobnieniu, to wpadła na czarnego kocura, który zdawał się bujać w obłokach i nawet nie patrzeć, gdzie stawia łapy. Piszczka w czasie zderzenie wypadła szylkretce z pyska, przez co upadła na ziemię i niemal od razu pokryła się niewielką ilością i luźnych źdźbeł trawy, na co terminatorka cicho westchnęła. Miała ochotę zgromić wzorkiem Wilczaka, jednak kiedy uświadomiła sobie, że jest on starszy, od razu odpuściła swe zamiary.
<Nocna Łapo?>
[1372 słowa + nawigacja w tunelach]
[27% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz