— Śmierdzi tu — mruknął pod nosem.
Podniósł głowę i rozejrzał się po obozie. Wszędzie kręciły się obce koty. Jedne rozmawiały, inne tylko patrzyły. Kilka z nich zerkało właśnie na niego. Świergotek zmrużył oczy.
— No co? — rzucił zaczepnie. — Nigdy nie widzieliście ucznia?
Jeden z wojowników prychnął, ale nic nie odpowiedział.
Kocur uniósł wyżej głowę, zadowolony z siebie. Nie zamierzał dać po sobie poznać, że czuje się tu obco. Nagle jego uszy drgnęły. Gdzieś w tle rozległ się głośny dźwięk – trzask gałęzi. Świergotek podskoczył odruchowo.
— Co to było?! — syknął.
Kilka kotów spojrzało na niego z rozbawieniem. Zorientował się, co zrobił. Szybko się wyprostował i prychnął.
— Myślałem, że to coś groźnego.
Zszedł z drzewa i zaczął iść przed siebie, jakby nic się nie stało. Jego ogon był jednak lekko nastroszony. Po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał na wyjście z obozu.
— No i co? Serio, mam tu siedzieć jak jakiś kociak pilnowany przez wszystkich? — Prychnął pod nosem — Nuda.
Bez większego zastanowienia wyszedł poza obóz i zaczął się przeciskać przez krzewy i inne krzaki. Od razu poczuł różnicę; powietrze było chłodniejsze, świeższe i nie śmierdziało tyloma kotami naraz. Świergotek odetchnął głęboko, jakby dopiero teraz mógł normalnie oddychać.
— No, w końcu — rzucił sam do siebie.
Ruszył przed siebie, ogon uniesiony wysoko, jakby to był jego teren. Wszystko go ciekawiło: każdy zapach, każdy dźwięk. Zatrzymał się nagle i zmrużył oczy, wciągając powietrze.
— Hmm coś tu jest, niebezpieczeństwo?
Ale Świergotek zamiast się wycofać tylko się uśmiechnął pod nosem.
— Idealnie.
Skręcił w stronę zapachu, ostrożniej stawiając łapy. Jego uszy poruszały się czujnie, a jego oczy błyszczały z ekscytacji.
Trzask.
Gałąź pękła gdzieś obok.
Świergotek podskoczył, aż futro stanęło mu dęba.
— Okej, tego nie słyszałem. — Serce waliło mu jak szalone, nie lubił takich nagłych dźwięków. Ale nie zamierzał się przyznać – nawet przed samym sobą. Wyprostował się i prychnął. — Pewnie jakiś ptak.
Ruszył dalej, choć teraz jego ogon był lekko nastroszony. Zapach robił się coraz wyraźniejszy. Świergotek zmrużył oczy i zwolnił kroku, chociaż ciekawość aż go nosiła.
— No, pokaż się… — mruknął pod nosem.
Zatrzymał się.
Cisza… za cicho.
Jego uszy poruszyły się nerwowo. I wtedy – coś wypadło z krzaków prosto na niego.
— Co?! — Świergotek odskoczył gwałtownie, potykając się o własne łapy i prawie lądując na ziemi. Futro stanęło mu dęba. — Co ty robisz?! — syknął, wbijając spojrzenie w… kota.
Obcego kota.
Kocur był trochę starszy, wyglądał na pewnego siebie… I kompletnie nie zaskoczony tym, co właśnie zrobił. Wręcz przeciwnie.
— Oooo, nowy! — wypalił od razu, jakby właśnie znalazł coś mega ciekawego. — Wiedziałem, że coś czuję! Znaczy, nie że zapach był dziwny, bo był, ale nie taki zły, dziwny, tylko taki nowy, dziwny, rozumiesz?
Świergotek zamrugał.
Raz.
Drugi.
— Co? — przerwał mu.
Ale Kolendra nawet się nie zatrzymał.
— I w ogóle, widziałam cię wcześniej w obozie! Leżałeś i się tak patrzyłeś na wszystkich, serio, wyglądałeś, jakbyś zaraz miał komuś coś powiedzieć albo kogoś ugryźć, ale bardziej to pierwsze, chociaż kto wie.
— Ej — Świergotek zmrużył oczy. — Ty kiedyś zamykasz ten dziób?
Kolendra na chwilę się zatrzymał.
— Hmm… Raczej nie.
— Super — prychnął Świergotek. — Idealnie trafiłem.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. A potem Kolendra podszedł bliżej. Za blisko. Świergotek od razu się spiął.
— Jak masz na imię? Bo ja jestem Kolendra! W sumie może już od kogoś słyszałeś ale wolę powiedzieć, bo niektórzy zapominają, a ja nie lubię jak ktoś zapomina, bo to trochę niegrzeczne.
— Świergotek — uciął szybko.
— Świergotek? — powtórzył Kolendra, jakby testował to imię. — Okej, pasuje. Trochę dziwne, ale w sumie spoko, bo dziwnie imiona są fajne, wiesz? Mniej się mylą.
Świergotek przewrócił oczami.
— Skończyłeś?
— Jeszcze nie, bo chciałem zapytać co tu robisz, bo w sumie nowi raczej nie powinni sami wychodzić poza obóz, chyba że są głupi albo odważni, albo jedno i drugie.
Świergotek uniósł brodę.
— A jak myślisz?
Kolendra zmrużył oczy, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
— Hmm… jedno i drugie.
Zapadła chwila ciszy do momentu, aż Świergotek nie prychnął.
— Ty też tu jesteś.
— No tak, ale ja zazwyczaj wiem, co robię — odparł Kolendra bez wahania. — Zazwyczaj.
— Zazwyczaj? — podłapał Świergotek.
— No dobra, nie zawsze.
Świergotek parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać.
I szybko spoważniał
— Nie ważne. I tak nie zamierzam wracać.
Kolendra od razu podniósł uszy.
— Ooo, czyli idziesz dalej? Gdzie?
— Przed siebie.
— Mogę iść z tobą.
— Nie.
— Już.
I zanim Świergotek zdążył coś powiedzieć, Kolendra ruszył obok niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Świergotek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Serio?
— Serio.
— Nawet mnie nie znasz.
— No właśnie dlatego idę. Będzie ciekawie.
Świergotek westchnął ciężko. Ale nie zawrócił.
— Jak będziesz gadał cały czas, to cię zostawię — mruknął.
— Postaram się — powiedział Kolendra. Sekunda ciszy. — Ale nic nie obiecuję.
Uczeń tylko przewrócił oczami i ruszył dalej. W sumie… Może nie będzie aż tak nudno. Szli chwilę w ciszy, no… prawie.
— W sumie to rzadko tu ktoś chodzi — zaczął Kolendra, rozglądając się na bok.
Świergotek westchnął.
— Miałeś nie gadać.
— Staram się — odparł Kolendra szybko. — To jest ograniczona wersja gadania.
— Przerażające.
Świergotek szedł przodem, węsząc uważnie. Zapachy robiły się coraz bardziej pomieszane. Coś tu było nie tak. Zwolnił.
— Cicho — mruknął nagle
Kolendra aż się zatrzymał.
— Co? Co jest? Coś widzisz? Bo ja nic nie widzę, ale mogę patrzeć bardziej, jak chcesz.
— Zamknij się — syknął Świergotek, skupiając się.
Powietrze było cięższe. I był tam zapach. Silny. Nieznajomy. Świergotek poczuł, jak jego futro znowu lekko się jeży.
— Czujesz to? — zapytał ciszej.
Kolendra wciągnął powietrze.
— ...No. I nie podoba mi się.
To już było coś, skoro nawet on przestał gadać. Świergotek zrobił krok do przodu. Potem drugi. I wtedy coś przemknęło między drzewami. Szybkie.
— Widziałeś to? — szepnął Kolendra.
— Tak.
Serce Świergotka zaczęło bić szybciej. Nie z ekscytacji tym razem. Z czegoś innego. Z napięcia. Zrobił jeszcze jeden krok. I nagle… Głośny trzask. Tuż obok nich. Świergotek aż podskoczył, a Kolendra cofnął się o krok. Z krzaków wybiegła duża sylwetka. Lis. Świergotek zamarł. Na sekundę. Może dwie. Jego mózg jakby się wyłączył.
— ...O nie — wyrwało się Kolendrze.
Lis zatrzymał się i spojrzał prosto na nich. Jego oczy błysnęły.
Świergotek cofnął się gwałtownie.
— Spadamy — syknął.
Lis ruszył szybko za nimi za szybko… Świergotek odwrócił się i pobiegł, ale już po kilku minutach poczuł, jak jego oddech zaczyna się rwać. Łapy robiły się ciężkie. Za szybko się męczył.
— Nie teraz… — warknął do siebie.
Kolendra biegł obok niego
— W lewo! — krzyknął nagle.
Świergotek nawet się nie zastanawiał. Gałęzie uderzały go po bokach, ziemia ślizgała się pod łapami. Lis był coraz bliżej. Świergotek potknął się lekko i prawie upadł.
— Serio?! — syknął do siebie, zmuszając łapy do dalszego biegu. Oddech palił go w gardle.
Nie dawał rady już biec. I wtedy zobaczył zwalone drzewo. — Tam! — rzucili się w tamtą stronę.
Świergotek przecisnął się pod pniem. Kolendra zaraz za nim, ledwo mieszcząc się w wąskiej szczelinie. Lis zatrzymał się po drugiej stronie. Nie mógł się przecisnąć. Warknął uderzając łapą w drewno. Świergotek cofnął się jeszcze kawałek, dysząc ciężko. Serce waliło mu jak szalone.
— …Okej — wydyszał kocur. — To było… trochę blisko.
Kolendra też ciężko oddychał, ale… uśmiechnął się.
— Trochę?!
Świergotek spojrzał na niego jak na wariata.
— Ty jesteś normalny?
— Nie do końca — przyznał Kolendra bez wahania.
Zapadła chwila ciszy.
Lis jeszcze chwilę krążył po drugiej stronie, ale w końcu odszedł. Dopiero wtedy Świergotek opadł na ziemię. Zmęczenie uderzyło w niego od razu.
— Dobra… — mruknął. — Następnym razem… wybieram nudę.
Kolendra parsknął śmiechem.
— Nie wierzę.
Świergotek zamknął na chwilę oczy. A potem prychnął.
— Ja też nie.
Jeszcze przez chwilę siedzieli pod powalonym drzewem, nasłuchując.
Cisza. Żadnych kroków.
Lis naprawdę sobie poszedł.
Świergotek otworzył oczy i powoli się podniósł, choć łapy dalej miał jak z waty.
— Dobra… — mruknął. — Idziemy.
Kolendra przechylił głowę.
— Gdzie?
Świergotek spojrzał na niego jak na idiotę.
— Do obozu?
— Aaa, no tak — odparł szybko Kolendra. — W sumie dobry pomysł, też bym na to wpadł.
— Jasne.
Świergotek wyszedł spod drzewa i rozejrzał się. Zapachy, skupił się. Las, mech… i gdzieś tam, ledwo wyczuwalny zapach kotów. Znajomy.
— Tędy — rzucił pewnie i ruszył.
Kolendra bez słowa poszedł za nim. Tym razem szli szybciej, ale ostrożniej. Świergotek co chwilę się zatrzymywał, sprawdzając zapachy. Nie chciał znowu wpaść na coś, czego nie ogarnie. Po paru chwilach Kolendra nie wytrzymał.
— Wiesz co, serio dobrze sobie poradziłeś — zaczął. — Znaczy, jak na kogoś, kto prawie się przewrócił przy starcie-
Świergotek zmrużył oczy.
— A ty za to nawet długo wytrzymałeś bez kłapania dziobem.
— Naprawdę tak uważasz! W sumie nie planowałem się tyle nie odzywać jakoś samo tak wyszło naprawdę myślisz że długo wytrzymałem — powiedział Kocur z taką ilością energii, że aż dziwne po takiej ucieczce.
— Możesz być już cicho — poprosił jeszcze spokojnie Świergotek.
Sekunda ciszy.
— Ale serio, gdyby nie to drzewo, to byśmy mieli problem.
— Kolendra.
— No?
— Zamknij się już.
— Okej.
Tym razem naprawdę zamilkł. Na chwilę.
Świergotek parsknął cicho pod nosem, ale nic nie powiedział.
Po jakimś czasie zapach obozu był coraz silniejszy. Świergotek zwolnił.
— Jesteśmy blisko — mruknął. Przecisnął się przez krzewy i stanął na terenie obozu. Lecz zanim jakie kolwiek koty ich zobaczyły Świergotek zbliżył się do Kolendry.
— Jeżeli komukolwiek powiesz co się wydarzyło skończysz gorzej niż po spotkaniu z lisem rozumiesz?
Kolendra kiwnął, zgadzając się, podeszli bliżej, w tym momencie oboje, i zobaczyli gromadkę kotów, która od razu podniosła głowy.
Zapadła chwilowa cisza.
— Gdzie wy byliście?!
Świergotek się skrzywił. No pięknie.
— Nigdzie — rzucił szybko, jakby to miało coś zmienić.
Kilka kotów spojrzało po sobie.
Kolendra otworzył pysk.
— Byliśmy za obozem i spotkaliśmy lisa i potem…
Świergotek nadepnął mu na łapę.
— Au! Co ty robisz — syknął cicho.
Ale było już za późno.
— Lisa?! — powtórzył jeden z wojowników, podchodząc bliżej.
Świergotek uniósł brodę, choć był zmęczony jak nigdy.
— I co z tego? — prychnął. — Nic się nie stało.
— Nic się nie stało?! — kot wyraźnie był zdenerwowany. — Mogliście zginąć!
Świergotek przewrócił oczami.
— No ale nie zginęliśmy.
Zapadła cisza.
Świergotek czuł na sobie spojrzenia innych kotów. Niektóre były złe. Inne… zaskoczone. Albo pod wrażeniem.
Machnął ogonem.
— Następnym razem po prostu pójdę sam — dodał.
— Nie będzie żadnego drugiego razu — warknął wojownik.
Świergotek tylko prychnął chociaż wiedział że źle postąpił. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego posłania, jakby całą ta sytuacja w ogóle go nie obchodziła. Dopiero kiedy się położył, poczuł jak bardzo jest zmęczony. Łapy bolały. Oddech cały czas miał nierówny. Ale na jego pysku i tak pojawił się lekki uśmiech.
— Nieźle — mruknął cicho do siebie.
Może i prawie wpadł w kłopoty. Może i prawie go dopadł. Ale… nie było nudno.
Drugi.
— Co? — przerwał mu.
Ale Kolendra nawet się nie zatrzymał.
— I w ogóle, widziałam cię wcześniej w obozie! Leżałeś i się tak patrzyłeś na wszystkich, serio, wyglądałeś, jakbyś zaraz miał komuś coś powiedzieć albo kogoś ugryźć, ale bardziej to pierwsze, chociaż kto wie.
— Ej — Świergotek zmrużył oczy. — Ty kiedyś zamykasz ten dziób?
Kolendra na chwilę się zatrzymał.
— Hmm… Raczej nie.
— Super — prychnął Świergotek. — Idealnie trafiłem.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. A potem Kolendra podszedł bliżej. Za blisko. Świergotek od razu się spiął.
— Jak masz na imię? Bo ja jestem Kolendra! W sumie może już od kogoś słyszałeś ale wolę powiedzieć, bo niektórzy zapominają, a ja nie lubię jak ktoś zapomina, bo to trochę niegrzeczne.
— Świergotek — uciął szybko.
— Świergotek? — powtórzył Kolendra, jakby testował to imię. — Okej, pasuje. Trochę dziwne, ale w sumie spoko, bo dziwnie imiona są fajne, wiesz? Mniej się mylą.
Świergotek przewrócił oczami.
— Skończyłeś?
— Jeszcze nie, bo chciałem zapytać co tu robisz, bo w sumie nowi raczej nie powinni sami wychodzić poza obóz, chyba że są głupi albo odważni, albo jedno i drugie.
Świergotek uniósł brodę.
— A jak myślisz?
Kolendra zmrużył oczy, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
— Hmm… jedno i drugie.
Zapadła chwila ciszy do momentu, aż Świergotek nie prychnął.
— Ty też tu jesteś.
— No tak, ale ja zazwyczaj wiem, co robię — odparł Kolendra bez wahania. — Zazwyczaj.
— Zazwyczaj? — podłapał Świergotek.
— No dobra, nie zawsze.
Świergotek parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać.
I szybko spoważniał
— Nie ważne. I tak nie zamierzam wracać.
Kolendra od razu podniósł uszy.
— Ooo, czyli idziesz dalej? Gdzie?
— Przed siebie.
— Mogę iść z tobą.
— Nie.
— Już.
I zanim Świergotek zdążył coś powiedzieć, Kolendra ruszył obok niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Świergotek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Serio?
— Serio.
— Nawet mnie nie znasz.
— No właśnie dlatego idę. Będzie ciekawie.
Świergotek westchnął ciężko. Ale nie zawrócił.
— Jak będziesz gadał cały czas, to cię zostawię — mruknął.
— Postaram się — powiedział Kolendra. Sekunda ciszy. — Ale nic nie obiecuję.
Uczeń tylko przewrócił oczami i ruszył dalej. W sumie… Może nie będzie aż tak nudno. Szli chwilę w ciszy, no… prawie.
— W sumie to rzadko tu ktoś chodzi — zaczął Kolendra, rozglądając się na bok.
Świergotek westchnął.
— Miałeś nie gadać.
— Staram się — odparł Kolendra szybko. — To jest ograniczona wersja gadania.
— Przerażające.
Świergotek szedł przodem, węsząc uważnie. Zapachy robiły się coraz bardziej pomieszane. Coś tu było nie tak. Zwolnił.
— Cicho — mruknął nagle
Kolendra aż się zatrzymał.
— Co? Co jest? Coś widzisz? Bo ja nic nie widzę, ale mogę patrzeć bardziej, jak chcesz.
— Zamknij się — syknął Świergotek, skupiając się.
Powietrze było cięższe. I był tam zapach. Silny. Nieznajomy. Świergotek poczuł, jak jego futro znowu lekko się jeży.
— Czujesz to? — zapytał ciszej.
Kolendra wciągnął powietrze.
— ...No. I nie podoba mi się.
To już było coś, skoro nawet on przestał gadać. Świergotek zrobił krok do przodu. Potem drugi. I wtedy coś przemknęło między drzewami. Szybkie.
— Widziałeś to? — szepnął Kolendra.
— Tak.
Serce Świergotka zaczęło bić szybciej. Nie z ekscytacji tym razem. Z czegoś innego. Z napięcia. Zrobił jeszcze jeden krok. I nagle… Głośny trzask. Tuż obok nich. Świergotek aż podskoczył, a Kolendra cofnął się o krok. Z krzaków wybiegła duża sylwetka. Lis. Świergotek zamarł. Na sekundę. Może dwie. Jego mózg jakby się wyłączył.
— ...O nie — wyrwało się Kolendrze.
Lis zatrzymał się i spojrzał prosto na nich. Jego oczy błysnęły.
Świergotek cofnął się gwałtownie.
— Spadamy — syknął.
Lis ruszył szybko za nimi za szybko… Świergotek odwrócił się i pobiegł, ale już po kilku minutach poczuł, jak jego oddech zaczyna się rwać. Łapy robiły się ciężkie. Za szybko się męczył.
— Nie teraz… — warknął do siebie.
Kolendra biegł obok niego
— W lewo! — krzyknął nagle.
Świergotek nawet się nie zastanawiał. Gałęzie uderzały go po bokach, ziemia ślizgała się pod łapami. Lis był coraz bliżej. Świergotek potknął się lekko i prawie upadł.
— Serio?! — syknął do siebie, zmuszając łapy do dalszego biegu. Oddech palił go w gardle.
Nie dawał rady już biec. I wtedy zobaczył zwalone drzewo. — Tam! — rzucili się w tamtą stronę.
Świergotek przecisnął się pod pniem. Kolendra zaraz za nim, ledwo mieszcząc się w wąskiej szczelinie. Lis zatrzymał się po drugiej stronie. Nie mógł się przecisnąć. Warknął uderzając łapą w drewno. Świergotek cofnął się jeszcze kawałek, dysząc ciężko. Serce waliło mu jak szalone.
— …Okej — wydyszał kocur. — To było… trochę blisko.
Kolendra też ciężko oddychał, ale… uśmiechnął się.
— Trochę?!
Świergotek spojrzał na niego jak na wariata.
— Ty jesteś normalny?
— Nie do końca — przyznał Kolendra bez wahania.
Zapadła chwila ciszy.
Lis jeszcze chwilę krążył po drugiej stronie, ale w końcu odszedł. Dopiero wtedy Świergotek opadł na ziemię. Zmęczenie uderzyło w niego od razu.
— Dobra… — mruknął. — Następnym razem… wybieram nudę.
Kolendra parsknął śmiechem.
— Nie wierzę.
Świergotek zamknął na chwilę oczy. A potem prychnął.
— Ja też nie.
Jeszcze przez chwilę siedzieli pod powalonym drzewem, nasłuchując.
Cisza. Żadnych kroków.
Lis naprawdę sobie poszedł.
Świergotek otworzył oczy i powoli się podniósł, choć łapy dalej miał jak z waty.
— Dobra… — mruknął. — Idziemy.
Kolendra przechylił głowę.
— Gdzie?
Świergotek spojrzał na niego jak na idiotę.
— Do obozu?
— Aaa, no tak — odparł szybko Kolendra. — W sumie dobry pomysł, też bym na to wpadł.
— Jasne.
Świergotek wyszedł spod drzewa i rozejrzał się. Zapachy, skupił się. Las, mech… i gdzieś tam, ledwo wyczuwalny zapach kotów. Znajomy.
— Tędy — rzucił pewnie i ruszył.
Kolendra bez słowa poszedł za nim. Tym razem szli szybciej, ale ostrożniej. Świergotek co chwilę się zatrzymywał, sprawdzając zapachy. Nie chciał znowu wpaść na coś, czego nie ogarnie. Po paru chwilach Kolendra nie wytrzymał.
— Wiesz co, serio dobrze sobie poradziłeś — zaczął. — Znaczy, jak na kogoś, kto prawie się przewrócił przy starcie-
Świergotek zmrużył oczy.
— A ty za to nawet długo wytrzymałeś bez kłapania dziobem.
— Naprawdę tak uważasz! W sumie nie planowałem się tyle nie odzywać jakoś samo tak wyszło naprawdę myślisz że długo wytrzymałem — powiedział Kocur z taką ilością energii, że aż dziwne po takiej ucieczce.
— Możesz być już cicho — poprosił jeszcze spokojnie Świergotek.
Sekunda ciszy.
— Ale serio, gdyby nie to drzewo, to byśmy mieli problem.
— Kolendra.
— No?
— Zamknij się już.
— Okej.
Tym razem naprawdę zamilkł. Na chwilę.
Świergotek parsknął cicho pod nosem, ale nic nie powiedział.
Po jakimś czasie zapach obozu był coraz silniejszy. Świergotek zwolnił.
— Jesteśmy blisko — mruknął. Przecisnął się przez krzewy i stanął na terenie obozu. Lecz zanim jakie kolwiek koty ich zobaczyły Świergotek zbliżył się do Kolendry.
— Jeżeli komukolwiek powiesz co się wydarzyło skończysz gorzej niż po spotkaniu z lisem rozumiesz?
Kolendra kiwnął, zgadzając się, podeszli bliżej, w tym momencie oboje, i zobaczyli gromadkę kotów, która od razu podniosła głowy.
Zapadła chwilowa cisza.
— Gdzie wy byliście?!
Świergotek się skrzywił. No pięknie.
— Nigdzie — rzucił szybko, jakby to miało coś zmienić.
Kilka kotów spojrzało po sobie.
Kolendra otworzył pysk.
— Byliśmy za obozem i spotkaliśmy lisa i potem…
Świergotek nadepnął mu na łapę.
— Au! Co ty robisz — syknął cicho.
Ale było już za późno.
— Lisa?! — powtórzył jeden z wojowników, podchodząc bliżej.
Świergotek uniósł brodę, choć był zmęczony jak nigdy.
— I co z tego? — prychnął. — Nic się nie stało.
— Nic się nie stało?! — kot wyraźnie był zdenerwowany. — Mogliście zginąć!
Świergotek przewrócił oczami.
— No ale nie zginęliśmy.
Zapadła cisza.
Świergotek czuł na sobie spojrzenia innych kotów. Niektóre były złe. Inne… zaskoczone. Albo pod wrażeniem.
Machnął ogonem.
— Następnym razem po prostu pójdę sam — dodał.
— Nie będzie żadnego drugiego razu — warknął wojownik.
Świergotek tylko prychnął chociaż wiedział że źle postąpił. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego posłania, jakby całą ta sytuacja w ogóle go nie obchodziła. Dopiero kiedy się położył, poczuł jak bardzo jest zmęczony. Łapy bolały. Oddech cały czas miał nierówny. Ale na jego pysku i tak pojawił się lekki uśmiech.
— Nieźle — mruknął cicho do siebie.
Może i prawie wpadł w kłopoty. Może i prawie go dopadł. Ale… nie było nudno.
[1716 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz