Otrząsnęła się, daremnie starając się pozbyć napięcia. Wciąż wydawało jej się, że drży każdy najmniejszy mięsień w jej ciele. Myśli również nie płynęły jasno i małej z trudem przychodziło zrozumienie nawet siedzącej tuż obok kotki.
– ...Możesz mi coś o sobie opowiedzieć?
To chyba było pytanie.
– Je-jestem Madzia – zająknęła się, wzrok złotych ślipek wlepiając w końcówkę ogona czarnej. Jej ostatnie słowo, “klan”... To przypominało coś koteczce, ale nie umiała określić, co, i czuła się zbyt niepewnie, by teraz o to zapytać. – Mam… Mam mamę Wiłkę i tatę Bruna, i dwóch braci, Rafika i Kubusia. Cioć nie mam. I mieszkamy w Zaułku. W mieście – objaśniła, wyłapując zmieszanie na pyszczku kotki. Teraz pozostawało już tylko zapytać cicho: – Pokażesz mi drogę…?
Nie usłyszała upragnionego “tak, to tędy!”. Zamiast tego czarna przysunęła się nieco bliżej, a jej głos zmiękł, gdy odpowiadała:
– Niestety, chyba nie wiem, gdzie to jest. – Źrenice koteczki zwęziły się w pustym przerażeniu. Jak to? Przecież była dorosła! – Ale są tutaj też inne koty, wiesz? Może ktoś z nich będzie… Hej, csiii....
Jej tłumaczenia ledwie docierały do Madzi, po której policzkach toczyły się już dwie duże łzy. Niezgrabnie przetarła pyszczek łapką, ale popłynęło ich tylko więcej, i więcej. Obcy świat dookoła rozmazał się nagle; przez wodnistą zasłonę wpatrywała się ze złością w zimną, brunatną ziemię. Jej drobne ramiona opadły bezsilnie. Wszystko przy akompaniamencie przeciągłego "yhyyyy"...
“Wszystko na nic! Wszystko, wszystko! Każdy dorosły musi znać drogi, ale tutaj nie znają! Przecież wtedy się umiera…. Jakie głupie miejsce! Głupie, wszystko głupie… Nienawidzę tego, nienawidzę! Do domu! Do domu… Nie chcę...” – powtarzała w myślach. Ostatnie słowa wymknęły się łapczywym, płaczliwym oddechom w postaci chrapliwego szeptu. Czując na grzbiecie współczujący dotyk, z początku go odtrąciła; nie miała jednak siły robić tego długo i już wkrótce została zamknięta w delikatnym uścisku.
– No już, już… Zaraz kogoś zapytamy, dobrze? Znajdziemy twój dom. Tylko musisz przestać płakać. Pójdziemy do takiego miejsca, gdzie jest ciepło i miło, i zjesz sobie coś. Jesteś głodna, prawda?
– Nie… nie jestem! – Było to oczywiste kłamstwo, ale kotki nie obchodziły teraz myszy. Jeszcze raz spróbowała się wyrwać. – Nikt nie będzie wiedział! Nie znajdziemy! Nie znajdziemy-y…
– Csii... – Starsza zerknęła niespokojnie w bok, gdzie trawy kołysały się z wiatrem. Lis, o którym mała zdążyła już zapomnieć, przygnębiona nową rozpaczą, wciąż mógł kręcić się gdzieś niedaleko. – Wszystko będzie dobrze… Madziu. Nie możesz chyba zostać tutaj, prawda? Chodź, prześpisz się troszkę, będziesz się lepiej czuła… No już, wstajemy?
– Nie chcę spać – burknęła ruda, pociągając cieknącym nosem. Puszczona przez kotkę zachwiała się nieco, ale nie podniosła. – Chcę… do domu… Do domu!
– Pójdziesz do domu. Tylko najpierw do mojego. Musisz odpocząć, żeby dalej szukać, tak? – szepnęła jej kotka, korzystając z tego, że mała zaczyna się uspokajać – nie wiadomo tylko, czy z rzeczywistej poprawy nastroju, czy ze zwykłego wyczerpania. – Idziemy, Madziu? Będzie dobrze. Chodź.
Wypłakując ostatnie łzy, koteczka zaszemrała coś niewyraźnie pod nosem i wyprostowała łapki, nierównym krokiem udając się w ślad za wybawczynią w kolejną kępę traw.
<Szyszko?>
*tula Madzię*
OdpowiedzUsuń