Koty spojrzały po sobie z niepokojem. Były święcie przekonane, że nikt ich nie śledził. Bocian zmrużył z niezadowoleniem ślepia. Pazury same mu się wysunęły. Był gotowy stawić czoła każdemu niebezpieczeństwo. Tchórzostwo było słabością, a biały kocur nigdy by sobie na taką nie pozwolił. Rozejrzał się wokół. Smród lisa był mocno wyczuwalny. Wiedział, że rude stworzenie niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Przypomniał mu się pamiętny trening z jego pierwszą mentorką, Nostalgią. Lisiątko było już pewnie spore. Ponieważ Klan Lisa został zniszczony, żaden patrol nie mógł więc kontrolować ilości drapieżników na terytorium. Na białą mordkę wstąpił szyderczy uśmieszek. Głupie rybojady. Oboje z szylkretką musieli działać szybko. Opcje były dwie: albo wracają do burzaków, rezygnując z poszukiwań swoich albo idą sprawdzić, kto potrzebuje pomocy.
— Ktoś wołał o pomoc. — miauknęła Konopia.
Zerknął kontem oka na kotkę. Na jej pyszczku malowało się przerażenie, które każdy czułby w takiej sytuacji, jednak w ślepiach dojrzał determinację. Podczas Zgromadzenia również to zobaczył. Westchnął ciężko, wbijając pazury w ziemię. Wiedział już jaka będzie jej decyzja.
— Nie możemy walczyć z lisem, mysi móżdżku! Skorzystajmy z jego nieuwagi i polećmy od razu głębiej w teren. — mruknął Bocian.
A co jeśli nie odnajdziemy Klanu Lisa?
— Bocian. — ostry wzrok szylkretki stanął na nim. Niechętnie zamknął pysk, akurat w chwili, gdy miał ponownie rozpocząć dyskusję, próbując wpłynąć na swoją przyjaciółkę emocjonalnie. Tak jak podczas ich ucieczki ze Zgromadzenia. Tym razem jednak Konopia była szybsza. — A jeśli to ktoś z naszych?
Zacisnął zęby. Racja. Wyobraził sobie wijące się na wszystkie strony ciało słabego Wschodu i jakoś nie mógł się powstrzymać, żeby podążyć w stronę dźwięku. Konopia ruszyła przodem, przejmując prowadzenie, on natomiast za nią, rozglądając się czujnie, w każdej chwili gotowy do ataku.
— Ratunku!
Dźwięk rozległ się gdzieś bliżej sprawiając, że sierść stanęła mu prawie dęba. Kocur zerknął szybko na towarzyszącą mu kotkę. Napięte mięśnie jasno pokazywały, że Konopia również była gotowa w razie potrzeby do nagłej walki albo szybkiej ucieczki. Obie opcje wchodziły w grę, zależnie od zagrożenia, które tylko doczekało.
Im dalej szli, tym zapach lisa stawał się mocniejszy. Wkrótce mogło być po wszystkim. Syn Chmurki przystanął szybko, podobnie jak jego towarzyszka. Ślepiami, otwartymi szeroko ze zdziwienia, przyglądał się scenie dziejącej się niewiele skoków lisa przed nimi. Rude stworzenie trzymało mocno w swoich szczękach cynamonową szylkretkę. Wijąc się, próbowała uciec przed nieuniknionym, pazurami starając się zaorać pysk stworzenia. Lisica nie odpuszczała. Biały bez trudu dojrzał krople krwi, spadające powoli, we własnym rytmie na ziemię. Brązowe ślepia zatrzymały się na nich, chociaż w ciemności ciężko było dojrzeć dwójkę uczniów, jeśli nie wyczuło się zapachu. A wiatr wiał od właściwej strony, przez co długo mogli pozostać niezauważeni. Na tyle by wymyślić co robić.
— Pomo...
Kolejne krople krwi. Biały kocur skrzywił się, chociaż szkarłatna ciecz nigdy mu nie przeszkadzała. Jakoś tak... dziwnie się poczuł, obserwując dziejącą się przed nim scenę. Jak w jednej chwili życie potrafi uciec z jeszcze nie tak dawno energicznego kota. Chociaż nie znał na tyle dobrze Bluszczowej Poświaty.
— Musimy jej pomóc.
Szept Konopi rozległ się zaraz przy jego uchu.
— Wiejemy. — miauknął, zwracając na nią zielone jak las ślepia. Nie zamierzał ładować się w kolejne kłopoty. Mieli jeden cel i nic nie powinno ich teraz zatrzymać.
<Konopio?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz