BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 stycznia 2026

Od Smugi CD. Wiciokrzewu

Ostatnio Żagnica wymyślił sobie patrol z innym uczniem, który także się szkolił na wojownika. Tym razem było nieco inaczej, gdyż zamiast patrolu miał mieć wspólny trening ze swoim liliowym bratem, który podobnie jak on też raczej nie miał fizycznych predyspozycji do zostania wojownikiem. A jednak jakoś oboje zostali przydzieleni do swoich mentorów, którzy raczej mieli nie lada wyzwanie, by wyszkolić tak ich dwójkę, aby nie odstawali od reszty — choć i tak już się wyróżniali z racji innej budowy ciała, która bardziej się nadawała na zwiadowcę.
— Które z was to wymyśliło? — spytał niespodziewanie vana, z którym czekał na przybycie pozostałej dwójki kotów.
— Co? — rzucił starszy, jakby wyrwany z zamyślenia, nie rozumiejąc tego, o co pyta jego smukły uczeń.
— Ty czy Orchidea wpadliście na pomysł wspólnego treningu? — sprecyzował, przenosząc wzrok na kocura. Wcześniej jego oczy były skupione na tętniącą życiem polanę, próbując dostrzec dwójkę liliowych kotów.
“Ciekawy zbieg okoliczności” — przeszło mu przez myśl, kiedy uświadomił sobie, że zarówno jego brat, jak i partnerka Pieczarki mają ten sam kolor sierści. Choć w sumie jego i Żagnicę łączył kolor oczu, gdyż oboje posiadali żółte ślepia.
— Orchidea — odpowiedział wojownik, choć w jego głosie było coś, co zdecydowanie było przeciwieństwem entuzjazmu. Na ten szczegół, czekoladowy zmrużył oczy, jakby to miał mu pomóc coś dostrzec, jakiegoś drugiego dna w tej wypowiedzi. Żagnica za mało kim przepadał, a większość jako tako tolerował, ale w tym przypadku miał wrażenie, że coś jest na rzeczy. Jakoby cokolwiek, co między nimi było, teraz nieprzyjemnie zwisało w powietrzu, czekając na ujawnienie się niewtajemniczonym.
Woląc nie drążyć tematu, wrócił wzrokiem na polanę akurat w momencie, gdy pośród kotów wyłoniły się dwie sylwetki. Jedną z nich doskonale znał, gdyż z Purpurą obcował dobre parę księżyców w żłobku, a teraz na drzewie, gdzie mieściło się legowisko uczniów. Nie miał z bratem jakiś bliższych relacji, choć może to było normalne po opuszczeniu kociarni? W końcu oboje byli zajęci treningami, lecz Smuga miał wrażenie, że z Kroplą jest mu znacznie łatwiej utrzymać częstszy kontakt niż właśnie z kocurem.
Kiedy Ci byli wystarczająco blisko, czekoladowy skinął głową w ich stronę na powitanie, oboje odwzajemnili ten gest, choć starsza zrobiła to z widocznym uśmiechem na pysku. Kątem oka dostrzegł pojawiający się grymas na pysku swoje mentora na przywitanie. Z każdą chwilą jego ciekawość rosła, choć wolał nie drażnić vana swoimi pytaniami o to, było widać, że już wystarczająco źle działa na niego obecność Orchidei. Młodszy domyślił się, że to ona była źródłem tego wszystkiego, w końcu Żagnica raczej nie miał okazji obcować jakoś bardziej z Purpurą i to w takim stopniu, by ten naraził się wojownikowi.
Żagnica bez słowa podniósł się z dotychczasowego miejsca, dając znak do wymarszu, ruszył w stronę wyjścia. Smuga od razu uczynił podobnie, doganiając go w paru krokach, by iść z nim ramię w ramię, nie przejmując się faktem, czy pozostała dwójka ruszyła za nimi. Dopiero kiedy ciszy szmer toczącej się rozmowy dobiegł do jego uszu, utwierdzając w tym, że Orchidea z Purpurą podążają za nimi. Czekoladowy po dłuższej chwili spojrzał na mentora w niemym pytaniu, dokąd zmierzają.
— Nie patrz tak — mruknął jedynie kocur.
— To powiedz, dokąd idziemy — odparł, kątem oka spoglądając na dwójkę liliowych kotów za nimi. Starsza nadal z przyjaznym uśmiechem kierowała słowa do swojego ucznia, który z uwagą jej słuchał, chłonąc każdą możliwą wiedzę. Na ten widok czekoladowy jedynie przewrócił oczami, jakby ta ckliwa scena przyprawiała go o widoczną niechęć w postaci chwilowego grymasu na jego pysku. Fakt ten nie uszedł uwadze vanowi, który uśmiechnął się w swój charakterystyczny sposób mówiący, że może coś jeszcze ze Smugi będzie.
— Przez Konający Buk na Rozlewisko lub Cmentarz Potworów — odpowiedział, co wywołało niespodziewaną reakcję ze strony młodszej wojowniczki.
— Co? Przecież Konający Buk jest śliski i kruszy się w niektórych miejscach pod łapami! Już nawet nie mówię o Rozlewisku! Ty chcesz te kociaki skazać na śmierć? — spytała z przestrachem o życie uczniów, zagradzając drogę Żagnicy.
“No i wybuchło” — pomyślał, czując, jak atmosfera między nimi staje się gęsta i napięta niczym mięśnie łowcy gotowego do ataku.
W międzyczasie van musiał się zatrzymać, głównie z powodu kotki, która stanęła tuż przed nim, nie pozwalając iść dalej. Smuga zatrzymał się nieco wcześniej, a Purpura, dopiero gdy stanął tuż obok brata, by z boku obserwować to całe widowisko.
— Ty siebie słyszysz? Nazywasz ich kociakami, chociaż już wcale nimi nie są. Ptasi móżdżek z Ciebie — syknął, jeżąc swoją krótką sierść. — Oni przestali być kociakami wraz z dniem mianowania na uczniów — zauważył, podnosząc głowę z widoczną pogardą.
— My też tu jesteśmy — zauważył liliowy uczeń, któremu zostało posłane wrogie spojrzenie Żagnicy.
— Pilnuj swojego ogona — dodał wojownik.
— No co? To akurat prawda — wtrącił się czekoladowy, trzymając w tym momencie stronę brata. — Także może weźmiecie nasze zdanie pod uwagę?
— A jeże latają — prychnął starszy, wracając wzrokiem na kotkę, a następnie ją wyminąć. — Robisz z żuka borsuka — dodał w jej stronę, by następnie dać znać ogonem, że ruszają dalej.
Smuga pokornie podążył za mentorem, wyczuwając aż z daleka jego rozdrażnienie zachowaniem Orchidei, która w tym czasie podeszła do Purpury.

***

Finalnie nie przekroczyli nawet Konającego Buku, zmieniając nieco kierunek na Śliwowy Gaj. Widać było, że wojownik nie chciał odbywać kolejnej ostrej wymiany zdań z liliową, więc postanowił skierować ich grupę do fragmentu lasu, gdzie głównie rosły drzewa śliwowe, od których się wzięła nazwa. Smuga nie wiedział, co planują ich mentorzy, lecz Orchidea była widocznie zadowolona z tego, że van ustąpił ze swoim pomysłem. Żaden z uczniów wolał się już nie wtrącać i nie poruszać tematu tamtej rozmowy, jakoby wyczuwając, że może się to źle skończyć.
W końcu starszy z wojowników się zatrzymał, a po chwili tuż obok niego stanęła kotka. Van od razu zrobił dwa kroki w bok, by nie być tak blisko liliowej. Zdecydowanie było widać jego wręcz wrogość wobec Orchidei. Ta po chwili zaczęła tłumaczyć przebieg wspólnego treningu, wspominając fakt, że oboje nie mogą polegać na sile, jak inni wojownicy lub szkolący się uczniowie, dlatego wymyślili tymczasową zamianę mentorami w walce. W końcu i Purpura i Smuga mniej więcej znali styl walki swoich nauczycieli dlatego potrzebowali takiej odmiany. Na pysku czekoladowego pojawił się grymas niezadowolenia, gdy pomyślał, że przyjdzie mu pojedynkować się z liliową. Nic do niej zbytnio nie miał, lecz poczuł się zdecydowanie urażony, kiedy ta wcześniej określiła jego i brata mianem kociąt.

***

Do przewidzenia było to, że bicolor z nieskrywaną satysfakcją dogryzał mentorce brata, która nie wiedziała zbytnio jak zareagować, gdyż każde jej słowa były komentowane w kąśliwy sposób. Zdecydowanie było widać, że charakter ma po Fidze, a Żagnica dodatkowo podszlifował jego cięty język.
Powrót do obozu odbył się w nieco mniej napiętej atmosferze, przynajmniej dwójki na czele pochodu, gdyż van o dziwo okazywał dumę i chwalił swojego ucznia, mówiąc, że aż zbyt dobrze słyszał jego komentarze oraz co jakiś czas zauważał znaczną poprawę w walce prowadzonej przez Smugę. Czekoladowy sam był z siebie dumny, że doszło do chwili, gdzie Żagnica pokazuje więcej niż swoje niezadowolenie nim. W obozie każdy ruszył w swoim kierunku, choć dzień dla pary kocurów się jeszcze nie skończył, gdyż mieli wziąć udział jeszcze w patrolu granicznym.
Smuga, chcąc wykorzystać czas wolny do tego, ruszył do stosu, przecinając drogę Wiciokrzewowi, omal nie wpadając na niego
— H-Hej! — Niespodziewanie usłyszał za sobą młodszy, zatrzymując się w miejscu, by spojrzeć na uzdrowiciela, który nieśmiało pokonał dzielącą ich odległość — N-nie było żadnych na-nawrotów bólu? — zapytał.
— Skoro od tamtego czasu nie odwiedziłem waszego legowiska to raczej łatwo się domyślić — zauważył, jakby to było oczywiste. Na te słowa wątłej budowy uzdrowiciel nieco się speszył, na co młodszy przewrócił oczami. — Inaczej. Od tamtej pory jestem zdrów, także nie masz co się martwić. Rzadko to mówię, ale jestem wdzięczny, że mimo wszystko przekonałem do zjedzenia tych no…
— J-jagody jałowca? — podsunął niepewnie nazwę.
— Jeśli to było to, to tak. Akurat miałem iść coś wziąć dla siebie ze stosu, korzystając z czasu przed patrolem. Może zechcesz zjeść razem? — oznajmił, robiąc niewielkie kroki w stronę topoli, w której mieli legowisko uzdrowiciele, a wyżej w gałęziach lider. Właśnie tam między żłobkiem a drzewem mieściło się miejsce, gdzie Owocniacy odkładali upolowane piszczki dla kociej społeczności.

<Wiciokrzewie?>

[1323 słowa]

[przyznano 26%]

Od Zawilcowej Korony

  Ogon Zawilcowej Korony drgał nieregularnie, gdy wpatrywał się w zioła składziku, aż jego wzrok padł na nasiona maku, które leżały przed jego łapami. Była to najprostsza droga, aby zapomnieć, odpocząć przez chwilę od tego zgiełku. Chociaż na chwilę. Nachylił się, biorąc nasiona i po chwili przełykając je. Przymknął swą powiekę, zatapiając się w swych myślach. Do czego dążył? Jaki miał cel? Bo wszystko zdawało się zmierzać ku jego końcowi. Może to właśnie był jego cel? Ale czy naprawdę chciał do niego dążyć? Życie było warte swej ceny, mimo że wszystko pragnęło mu udowodnić, że tak nie jest. Wziął głęboki wdech. Cokolwiek na niego czekało następnego dnia, to musiał podążać tą ścieżką i gryźć się w język. Tego oczekiwała od niego Wyrocznia, tego oczekiwali od niego wszyscy. Nawet gdy chciał się załamać, krzyczeć, to musiał podążać dalej w ciszy. Bez powodu na jego drodze nie pojawiłyby się dane koty, prawda? Wszystko wcześniej zostało spisane przez Wyrocznie, a swego losu nie mógł zmienić, nawet jeśli wystarczyło tylko jedno słowo. Dalej zadawał się z Przeplatkowym Wiankiem, unikał Świerszczowy Skok, który zdawał zawsze znać do niego drogę. Niezależnie gdzie poszedł, niebieski wojownik go zawsze znalazł, chyba że był z kimś. To właśnie stało się jego taktyką. Znajdował kogoś, kto mógłby mu towarzyszyć i wybierał się z nim, aby uniknąć spotkania ze Świerszczem. Taktyka ta nie zawsze się udawała, bo nie każdy chciał spędzać z nim czas, bądź miał czas, aby to zrobić. Jego ucho drgnęło, słysząc kogoś przy wejściu do legowiska, a kiedy wyszedł ze składzika, to dostrzegł Wdzięczną Firletkę wraz z Wełnistą Łapą, które swe pyski miały wypełnione ziołami. Zszedł im z drogi, kiwając głową powitanie i odprowadzając ich wzrokiem do składziku, który po chwili powędrował na wyjście, w którym ukazał się, jak na zawołanie, Kminkowy Szum. Czyżby ponownie próbował go zabrać na jego mały trening z samotnikami? Nie odmówiłby, gdyż kiedy oni próbowali się nie zabić, ten miał okazję porozmawiać z bratem Brzozy. Czaszka okazał się dobrym słuchaczem, jak i rozmówcą. Jego monologi o rodzinie były ciekawe. Nigdy nie rozważał życie w większej grupie poza klanem. W jego głowie tylko klany były grupami, które przeżywały, jednak najwyraźniej nie miał racji. Mimo wszystkiego samotnik kilka razy zirytował go, co mógł odczuć jego brat w drodze powrotnej. Chociaż teraz Zawilec nie musiał krzyczeć na Kminka, gdy ten przypadkowo tworzył na swoim futrze następne rany, bo robił to za niego czarny samotnik. Głos samotnika był i tak bardziej skuteczny, niż krzyk medyka, więc nie wybrzydzał.
 – Zawilcowa Korono, witaj! – Głośny głos rudego kocura obił się o jego uszy, nawet wzbudzając zainteresowanie medyczki, która obróciła swój pysk w ich kierunku. – Za głośno? Przepraszam. Po prostu dawno nie spędziliśmy czasu razem i dziś jest dzień, w którym to zmienimy. Mówię Ci! – Kremowy skierował swój wzrok na szylkretkę, która kiwnęła głową na zgodę, a kiedy powrócił wzrokiem na kocura, na jego pysku malował się wielki uśmiech.
 – Też mi miło Cię widzieć. Zgaduje, że chcesz mnie porwać na spacer, prawda? Niech więc będzie.
 – Obiecuje oddać Cię tu przed zachodem słońca w całości. Nie musisz o nic się martwić, wszystkim się zajmę.
 – I przy okazji poszukamy maku, bo widziałem, że powoli się kończy. – Po tych słowach dwójka kocurów zmierzyła w kierunku wyjścia, aby po chwili znaleźć się za granicami obozu. Wzrok kremowego spoczął na rudym, nim kontynuował swoją wypowiedź. – Znowu idziemy do nich? 
 – Oczywiście. Dawno się z nią nie widziałem, a ty wydajesz się nie wybrzydzać jej towarzystwa. 
 – Jest do zniesienia tym bardziej że to ty spędzasz z nią więcej czasu. Ja tylko obserwuje, abyście się przypadkiem nie zabili.
 – Bez przesady, ten jeden raz, to był przypadek! Przypadki zdarzają się nieczęsto.
 Reszta drogi przebiegła im bez większych przeszkód, aż nie dotarli oni do drogi grzmotu, od której odbili w prawo. Ostry zapach drogi grzmotu otoczył go, na co ten cicho parsknął. Nienawidził tego ostrego zapachu, który docierał do niego z każdym mrugnięciem powieki, jednak dla brata mógł znieść to cierpienie.
 – Czekaj – rzucił nagle Kminkowy Szum, zatrzymując się, a jego uszy drgnęły niespokojnie. – Słyszysz to? – Nim Zawilec zdążył cokolwiek odpowiedzieć, to kocur pognał przed siebie, na co ten przewrócił oczami i poszedł za nim, lecz z każdym następnym krokiem do jego uszu zaczynały dolatywać bardziej zrozumiałe słowa, z których udało mu się rozpoznać dwa znajome głosy. Dopiero kiedy dotarł do jego źródła, wszystko stało się jasne. Szylkretowa samotniczka stała niedaleko z krwawiącym barkiem, a kilka skoków królika od niej stał Kminkowy Szum ze Świerszczowym Skokiem pod jego łapami. Tego niebieskiego kocura się tu nie spodziewał, tym bardziej przy Brzozie.
 – Zdrajca! Zawsze to wiedziałem, lecz teraz również inni to dostrzegą! – Syk Świerszcza obił się o jego uszy, co nie było dobrym znakiem. Nie chciał doprowadzić do następnej walki pomiędzy dwoma kotami, bo nie przyniesie to dobrych skutków tym bardziej że już rany stroiły futro jednego z nich.
 – Zamilcz! – syknął Kminek, przyciskając niebieskiego do ziemi.
 – Co tu się dzieje?! – Odezwał się wreszcie medyk, na co rudy kocur skierował swój pysk na niego, tym samym dając szansę Świerszczowi na zepchnięcie go z siebie i wstanie na własne łapy, jeżąc się.
 – To ścierwo mnie zaatakowało bez powodu! – syknęła kotka w odpowiedzi. – Chciałam tylko porozmawiać, a to coś mnie zaatakowało. Nie miało go tu być. Miałam przyjść, zbić Cię Kminku, powiedzieć, że jestem w ciąży oraz chcę dołączyć do waszego klanu, bo nie pozwolę się zostawić z tym sama!
 – Co? – Zaskoczony wzrok Kminkowego Szumu padł na kocicę. – Jesteś w ciąży?!
 – I ty jesteś ojcem, ty rudy głupcu! 
 – Klan Burzy jest zamknięty na brudnych samotników. – Syk Świerszcza uderzył o uszy Zawilca, za głośny, za ostry. – A jak Zawodzące Echo dowie się o twojej zdradzie, to wygna Cię i będziesz mógł żyć sobie z tą samotniczką.
 – Jak mnie nazwałeś?! Zaraz to ty zabrudzisz się swoją-...! – zaczęła kocia, jednak przerwał jej medyk.
 – Są wyjątki, a Brzoza jest jednym z nich. Zawodzące Echo powinien decydować o tym, czy ktoś zostanie członkiem klanu, czy nie, a nie ty. Zaprowadzimy ją do niego i on zadecyduje.
 – Nie mów mi, że ty również jesteś w to zamieszany. Sądziłem, że masz coś w tej głowie, jednak się myliłem. To przywódca powinien decydować, jednak Królicza Gwiazda nie jest w stanie, ani oddać swej pozycji, ani na niej zasiadać.
 – To nie oznacza, że możesz decydować za niego. Poza tym teraz muszę opatrzyć jej rany, co daje wam wystarczająco czasu, aby wrócić do obozu, wytłumaczyć się ze swoich grzechów przed Echem i powrócić tu z nim. Tylko nie zabijcie się po drodze, bo ja nie zamierzam się wami również zajmować. – Po tych słowach kremowy kocur usiadł obok kocicy, zdejmując pajęczynę ze swego pyska i nakładając ją na jej ranę. Wojownik tylko parsknął cicho, po chwili znikając z Kminkowy Szumem z jego pola widzenia. Zawilec odczekał jeszcze kilka uderzeń serca, nim przemówił ponownie, podnosząc swój wzrok znad rany. – Nie przejmuj się nim, nie każdy jest taki jak on. Poprawka, nikt nie jest taki jak on, więc nie musisz się  martwić.
 – Oni się nie pozabijają po drodze?
 – Mam nadzieję, że nie. Wystarczy, aby powrócili tu z Echem, a z tego, co zrobią po drodze tam, będą musieli się tłumaczyć właśnie przed nim.

 *****

 Minęło kilka wschodów słońca od momentu odnalezienia Brzozy i przyjęcia jej do klanu. Teraz spoczywała w żłobku, mimo sprzeciwów kilku kotów w Klanie Burzy, w tym Świerszczowego Skoku i Przeplatkowego Wianka. Najwyraźniej zdanie Zawodzącego Echa było ważniejsze od zdania ich wszystkich, co cieszyło Zawilca. Nie mógłby wygonić kocicy, a znając dobrze brata, to on jako pierwszy pobiegłby za nią, opuszczając tereny klanu, jednak na szczęście do tego nie doszło. Jego wzrok padł Kminkowym Szumie, który zasiadał na jednym z legowisk. Zawilec złapał go w żłobku i zagonił go do legowiska medyków po tym, jak zauważył na jego grzbiecie infekcje, którą kocur co jakiś czas drapał. Teraz wystarczyło się nim zająć i po raz któryś wytłumaczyć, że powinien zawitać do niego wcześniej.

Wyleczeni: Kminkowy Szum

Nowa samotniczka!

Od Osetka do Czajki

Jak na ucznia przystało, Osetek musiał w końcu udać się na wspólne zbieranie ziół z kimś innym niż Wiciokrzew. Padło więc na Purchawkę – kotka była szamanką, a jeszcze wcześniej szkoliła się na zielarkę. Jej wiedza musiała być więc całkiem rozległa, choć sama wydawała się dosyć młoda. Na pewno młodsza od Wiciokrzewu i Poranka, lecz jednocześnie o wiele starsza od niego samego.
Ponadto była całkiem… intrygująca. Czarno-biały zdążył już zauważyć, że jej oczy lekko rozjeżdżają się na boki, a ona sama miewa problemy z równowagą. Zastanawiał się, czy zawsze podążała ścieżką związaną z ziołami, czy może przeniesiono ją tam, gdy przez swoje nieskoordynowanie nie była w stanie upolować nawet ryjówki.
Uczeń podszedł do niej spokojnie, starając się wyglądać neutralnie. Nie chciał sprawiać wrażenia zbyt przyjaznego, ale też nie zamierzał prezentować się jako ktoś uprzedzony. Zależało mu na tym, by lepiej poznać Purchawkę, może nawet się z nią zakolegować. Wydawała się całkiem fajna – zwłaszcza po tym, jak zagadała Ziemniaka, zapewniając Wiciokrzewowi i jemu chwilę spokoju.
— Cześć! Miałem iść z tobą zbierać zioła, pamiętasz? — zapytał, delikatnie przechylając głowę. — Zaczyna się już Pora Opadających Liści. Musimy się spieszyć z uzupełnianiem zapasów, zanim deszcze wymyją nam wszystkie rośliny!
Purchawka właśnie próbowała związać dwa badyle pajęczyną, lecz jeden uparcie jej się wymykał. Pod nosem mamrotała coś o duchach i przeznaczeniu. Wspomniała też coś o ogonie Wiciokrzewu, ale gdy tylko dostrzegła Osetka, natychmiast podniosła łepek. Zrobiła to tak gwałtownie, że rośliny w jej futrze zatrzepotały, a ona sama lekko się zachwiała.
— O! Jesteś, słoneczko! — mruknęła, jakby była zaskoczona jego obecnością. Odchrząknęła, próbując nadać sobie poważniejszy ton, choć średnio jej to wyszło. — Pamiętam, pamiętam, oczywiście, że pamiętam. Powiem ci nawet, że Wszechmatka dziś rano mi szepnęła, że będę zbierać zioła z kimś… no, z kimś takim jak ty — dodała, szczerząc zęby.
“Takim jak ja?” – zastanowił się Osetek, ale nie zdążył dopytać, bo Purchawka już podreptała w jego stronę, ledwo utrzymując się na łapach. Każde jej oko patrzyło w inną stronę, lecz w obu błyszczały nieskończone pokłady entuzjazmu.
— Masz rację, słoneczko. Pora Opadających Liści to podstępna pora! Jednego dnia piękne promienie ogrzewają twój grzbiet, a kolejnego… wszystko stoi w wodzie. Jeszcze innego przychodzi mróz i wszystkie kwiatki zamarzają! — oburzyła się, kręcąc głową tak mocno, że ozdoby w jej futrze niemal z niego nie wypadły. — Ale nie ma się o co martwić! Dziś pogoda jeszcze nam sprzyja. Zioła na pewno docenią, że chcemy uchronić je przed nadciągającymi burzami, i same powiedzą nam, gdzie je znaleźć.
Jej nagła powaga nieco wytrąciła Osetka z równowagi. Nie miał jednak czasu dopytać, co miała na myśli, mówiąc o roślinach jak o pobratymcach, bo szamanka już się odwróciła i machnęła ogonem, dając mu znak, by poszedł za nią.
— Chodźmyyy! Tylko nie za szybko, bo jeszcze świat zacznie mi wirować przed oczami! A jeśli tobie się zakręci, to… będziesz musiał mnie znaleźć po zapachu! — oznajmiła rozbawiona.
Osetek zachichotał cicho. Co za zakręcona kotka – jeszcze nigdy takiej nie spotkał. Zresztą nic dziwnego. Zazwyczaj przebywał jedynie z jąkającym się mentorem i tym kotem o lisim sercu – Ziemniakiem. Przy czym tego drugiego z całego serca nie cierpiał.
Czarnofutry maszerował tuż przy boku Purchawki, lecz przez dłuższą chwilę szli w ciszy. Wydało mu się to nieco dziwne, bo kotka sprawiała wrażenie, jakby jej pysk nigdy się nie zamykał. W końcu postanowił zapytać:
— Szukamy czegoś konkretnego? Szczerze… nie skupiałem się ostatnio na składziku, nie mam pojęcia, czego nam brakuje… — przyznał, wzdychając ciężko.
Purchawka poruszała się powoli, z ogonem uniesionym wysoko, jakby próbowała porozumieć się nim z samą Wszechmatką. Za każdym razem, gdy wiatr zawiał mocniej, pałki wodne w jej futrze zaczynały szeleścić. Wyglądały, jakby miały zaraz odlecieć, a jednak uparcie trzymały się przy niej, jak przyklejone.
W końcu żółtooka przystanęła, jakby dopiero teraz dotarły do niej słowa Osetka. Zamrugała kilka razy, spoglądając na młodszego. Najpierw wyglądała na zamyśloną, jakby próbowała przypomnieć sobie zawartość składziku, lecz po chwili jej pysk się rozjaśnił.
— Oj, nie martw się. Składzik zawsze czegoś nie ma. Jak nie liści, to porządku. A porządku dziś nie zbierzemy, więc skupimy się na ziołach.
Niezrażona ruszyła dalej, pochylając głowę ku ziemi. Wąchała glebę, mech, opadłe liście, a nawet kamienie. W tym czasie Osetek niezręcznie kroczył obok niej, nie mając dość odwagi, by schylić się i spróbować ją naśladować. Kotka poradzi sobie sama, prawda? W końcu znała się na zapachach roślin. On wciąż nie do końca się w tym odnajdywał – zapominał właściwości niektórych ziół, mylił ich zastosowanie.
Trwali w ciszy, aż w końcu szamanka zatrzymała się przy jakimś krzewie i dotknęła go łapą, delikatnie rozsuwając gałązki.
— Lubisz ciszę, słoneczko? — zapytała, spoglądając na Osetka. — W ciszy łatwiej usłyszeć zioła, wiesz? Dobry z ciebie będzie uzdrowiciel, a jeszcze lepszy zbieracz ziół! — dodała, po czym odsunęła się od krzewu. Ciekawe, czego tam szukała.
Zanim Osetek zdążył odpowiedzieć, wyrzuciła z siebie:
— Na pewno brakuje ogórecznika. Zawsze go brakuje! A ja uważam, że jest bardzo potrzebny. Obniża gorączkę, łagodzi ból brzucha, a to tylko kilka jego zalet. — Jej wąsy zadrżały. — Przyda się też żywokost, jeśli go znajdziemy. Na poparzenia, na zwichnięcia, na złamania… na duszę, na załamania. Na wszystko!
Czarnofutry starał się nadążyć za potokiem jej słów, choć nie zawsze było to proste. Chciał brać czynny udział w rozmowie, ale wciąż nie był w pełni rozluźniony w jej towarzystwie. Czasem potrzebował więcej czasu, by się do kogoś przekonać. Mimo to podobało mu się, że jego milczenie wcale jej nie zniechęcało.
— Wszystko dobrze, słoneczko? — odezwała się nagle, najwyraźniej dostrzegając jego zamyślenie. — Tylko nie mów, że nie lubisz zbierać ziół! — miauknęła oburzona, choć półżartem. — Powiedz, sam chciałeś ze mną iść, czy mentor ci kazał?
Serce Osetka na moment stanęło. Nie spodziewał się takiego pytania… od kogokolwiek. Nawet sam sobie go nigdy nie zadał. Gdy został mianowany uczniem uzdrowiciela, przyjął to bez sprzeciwu. Bał się, że jeśli zacznie wątpić, odkryje, że wolałby być… kimś innym. Pokręcił głową.
— Lubię zbierać zioła. Naprawdę — miauknął, próbując przekonać nie tylko ją, ale i siebie. — Chyba lepsze to niż budzenie się co rano tylko po to, by mentor przeciorał cię po błocie — dodał żartobliwie, wzdrygając się na myśl o zimnie i brudzie. — Takie życie mi odpowiada. Jest spokojne. — Zawahał się. — No… ale dość już o mnie. Teraz moja kolej na pytanie. — Uśmiechnął się delikatnie. — Czy uważasz, że spełniasz się w roli szamanki?
Purchawka rozdziawiła pysk, lecz nie wydobyło się z niego żadne słowo. Zamknęła go, zamlaskała kilka razy i westchnęła cicho, zamyślona.
— Spokojnie, powiadasz? — mruknęła łagodnie, nie patrząc na niego. — Czasem spokój nie znaczy dobrze. Gdy na zewnątrz jest zbyt cicho, w środku robi się głośno, słoneczko.
Dopiero wtedy spojrzała na Osetka, który miał na pysku wyraźnie wypisane pytanie: “Co masz na myśli?”.
— Czy się spełniam? — powtórzyła powoli. — Nie jestem taka jak Świergot. Nie mówię tak mądrze, a czasem jutro myli mi się z wczoraj. — Machnęła ogonem i zerknęła w niebo. — Jak widzisz, nie jestem idealna. Ale to nic nie znaczy. Koty i tak mnie szanują. Wierzą we mnie i w moje połączenie z Wszechmatką. Więc… chyba tak. Spełniam się, bo koty mi ufają. Nawet jeśli nie wszystko idzie po mojej myśli.
Osetek nie wiedział, na ile jej wierzyć. Czy mówiła szczerze, czy może po prostu wyczuła jego wątpliwości i powiedziała to, co chciał usłyszeć? A może sama odpowiedziała na pytanie, którego on jeszcze nie potrafił sobie zadać?
Nagle Purchawka schyliła się i zaczęła delikatnie rozkopywać ziemię pod łapami.
— O! No proszę, słoneczko. Mamy żywokost! — oznajmiła z dumą. — Wszechmatka w ten sposób mówi nam, że nas słucha!
Osetek skinął głową i podszedł bliżej, zaglądając jej przez ramię. Faktycznie – spod ziemi wyłaniał się korzeń.

* * *

Lubił Wiciokrzewa, lubił Purchawkę – ale wciąż nie polubił żadnego kota w swoim wieku. To sprawiało, że mimo sympatii do mentora i szamanki, momentami czuł się potwornie samotny. Nie miał z kim rozmawiać o typowo “uczniowskich” sprawach, nie miał z kim dzielić się rozmowami o pierwszych miłościach – choć nie, żeby sam jakąś posiadał. Nie miał też z kim śmiać się z nieśmiesznych rzeczy ani wychodzić na długie spacery.
Z początku myślał, że nigdy nie będzie mu potrzebny ktoś bliższy w jego wieku. Zresztą odkąd tu zamieszkał, wierzył, że jeszcze uda mu się wrócić do rodziny i nie będzie musiał zadręczać się myślą, że nie nawiązuje relacji z pobratymcami. A jednak Wszechmatka zgotowała mu inny los – teraz wydawało się, że Osetek zadomowił się tu już na stałe.
Gdy wyszedł z lecznicy, niespodziewanie natknął się na Czajkę. Zwiadowca miał lekko zmierzwione futro i zmęczone oczy. Wyglądał, jakby nie zmrużył oka od dwóch księżyców. Osetek zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się w niemal puste ślepia kocura.
— Och, hej. Wszystko dobrze…? — zapytał niepewnie.

<Czajko?>

[1405 słów + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]

[Przyznano 28% + 5%]

05 stycznia 2026

Od Zawilcowej Korony CD. Księżyca (Księżycowej Łapy)

 Czy był okropnym wujkiem? Z pewnością. Każdy, kto nie był Rozkwitającą Szantą, by to potwierdził, patrząc na jego zachowanie. Jednak co mógł poradzić? Dał im czas, aby przepłakać to wszystko, poukładać wszystko w swojej głowie. Powinni stanąć ponownie na swe łapy, jak zrobił to każdy. Powinni pójść dalej, jednak tego nie zrobili. Dlaczego? Na to pytanie nie znał odpowiedzi. Najbardziej zauważył to zachowanie u Księżycowej Łapy, którego widział coraz rzadziej w obozie. Przez to postanowił zainterweniować, a przynajmniej spróbować. Jeśli sam nie mógł pójść dalej, to może jego słowa to zmienią. Kiedy tylko upewnił się, że nie pozostawia legowiska pustego, udał się w stronę Groty Pamięci, którą Wędrujące Niebo wskazał jako miejsce przebywania jego ucznia. Tylko co powinien mu powiedzieć? Musiał dobrać odpowiednie słowa, aby nie zabrzmieć na bezdusznego. Jego wzrok padł na chwilę na niebo nad nim, nim powrócił nim na drogę przed nim. Gdyby tylko Wyrocznia mogłaby wyszeptać mu odpowiednie słowa, jednak tak nigdy się nie wydarzyło, ani nie wydarzy. Wyrocznia milczała, obserwowała ich drogę, stawiając na ich drodze ciernie, bądź płatki kwiatów, zależnie od ich czynów. Ostatnio jednak Zawilec mógł przyrzec, że cały czas stąpał po cierniach, chociaż nie widział w swoim zachowaniu złych rzeczy. Milczał, przyjmując na siebie wszystkie kary, a najwyraźniej był karany również za to. Więc jakie było wyjście z tej sytuacji? Iść dalej i przyjmować na siebie coraz więcej kar, czy przerwać to koło i jednocześnie sprzeciwić się Wyroczni? A co jeśli tym czynem wypadnie z jej łask i przyniesie na siebie śmierć? Tego nie chciał. Zatrzymał się przed wejściem, patrząc w jego wnętrze. Co, jeśli popełniał błąd? Co, jeśli nie powinien tego robić, a jego decyzja była błędem? Kocur wziął głęboki oddech, stawiając łapę za wejście. Podjął już decyzję i nie mógł ją zmienić pod wpływem chwili. Wreszcie wkroczył do Groty Pamięci, rozglądając się w poszukiwaniu swego bratanka.
– Księżycowa Łapo – zaczął spokojnie, nie chcąc wystraszyć ucznia swoją obecnością. – Wiem, że tu jesteś, Wędrujące Niebo mi to zdradził. Chciałbym z tobą porozmawiać.
– Co chcesz. – Do uszu medyka dotarł cichy i chrapliwy głos Księżycowej Łapy, który nie był zachwyconym z jego towarzystwa. Zwracając pysk w stronę źródła, dostrzegł srebrnego kocura, skulonego na jednym z posłań. Nie zajęło mu długo, aby znaleźć się przed nim.
– Abyś przestał gnić w swym legowisku. Szkodzisz tylko sobie, a zmarłych do życia nie przywrócisz. Uwierz mi, próbowałem – powiedział medyk, siadając przed uczniem. – Rozumiem rozpacz, tęsknotę lub cokolwiek co siedzi w twej głowie, ale kiedyś musi przejść do pamięci, a ty to ciągniesz za długo.
– A może wy wyszliście z tego zbyt szybko – parsknął. – Zachowujecie się, jakby nigdy nie istniała.
– Zapomnienie o kimś a pogodzenie się z czyimś losem, to dwie różne rzeczy, a to drugie właśnie musisz zrobić. Rozkwitająca Szanta istniała, dalej będzie w naszych wspomnieniach, jednak spoczywa już pod ziemią i tego nie da się zmienić. Wszystko ruszy dalej, nie czekając na Ciebie, więc czemu postanawiasz gnić? Jedyne co możemy zrobić, to trzymać ją w naszych myślach i iść dalej, aż do momentu, w którym do niej nie dołączymy. Chyba że bardzo chcesz do niej dołączyć teraz.
Po tej wypowiedzi nastąpiła dłuższa cisza, która nie została przerwana przez żadnego z nich. Księżyc milczał, jak zmarli i Wyrocznia, co było najgorszą możliwą odpowiedzią. Widząc, że uczeń nie ma zamiaru kontynuować tej rozmowy, medyk wzdychnął cicho.
– Przemyśl to. Przemyśl to wszystko raz i dobrze, a gdybyś potrzebował pomocy, to wiesz gdzie mnie znaleźć. – Wraz z tymi słowami obrócił się i zmierzył w stronę wyjścia. Tyle było z jego rozmowy i pomocy.

*****

 Wzrok Zawilcowej Korony przeskanował obóz, kiedy wspinał się po schodach do legowiska przywódcy, niosąc miód w swym pysku. Zawodzące Echo doniósł mu o chrypie Króliczej Gwiazdy, co asystent medyka wziął za idealną okazję na rozmowę z przywódcą, chociaż domyślał się, że będzie to tylko monolog z jego strony. Stanął on nagle, gdy zauważył on niebieskiego kocura przy kronikarzu. Ich drogi rozeszły się i nie wyglądało, jakby miały przeciąć się w najbliższym czasie. Czy powinno go to smucić? Może, jednak jeśli Księżyc nie potrzebował jego pomocy, to nie miał zamiaru się narzucać, tylko pogorszyłoby to sytuację. Zwrócił swój pysk ponownie przed siebie, ponawiając swoją wspinaczkę. W głowie słyszał głos Szanty, która z pewnością nie byłaby zadowolona z tego wyboru, jednak już jej nie było, nigdy nie wróci i z tym się zdołał pogodzić, a przynajmniej tak myślał. Teraz musiał zająć się rzeczywistością chorymi, którzy go otaczali, a nie rozpaczą. Nie chciał pójść podobną ścieżką co lider Klanu Burzy.

Wyleczeni: Królicza Gwiazda

Od Gąski

*przeszłość, pewnego dnia porą zielonych liści, prawdopodobnie bliżej pory opadających liści*

Gąska razem z Jeżogłówką udała się na tereny rozlewiska, z zamiarem zebrania roślin leczniczych występujących na podmokłych terenach. Obie szylkretki były pochłonięte wykonaniem zadania, aż tak bardzo, że ledwie ze sobą rozmawiały. Właściwie, nie musiały ze sobą rozmawiać. W ciągu tych kilkunastu księżyców udało się wywiązać między kotkami więź, dzięki której potrafiły rozumieć się bez słów. Zasługę można przypisać podobnemu charakterowi kocic, jak i epidemii w Owocowym Lesie, która pomogła zacisnąć więzy między stróżką a uzdrowicielką. Podobny cel, jakim była chęć niesienia pomocy chorym, sprawiła, że dwie ciche duszyczki zbliżyły się do siebie. Dla Gąski starsza kotka była cenną koleżanką, której nie chciała stracić. A może łącząca je relacja była czymś więcej niż tylko koleżeństwem? A może Gąska coś źle zrozumiała?
– G-gąsko... Tam ktoś jest... – miauknęła nerwowo Jeżogłówka, na co stróżka szybko poderwała głowę do góry, wypuszczając z pyska zebrane zioło. Pośpiesznie zmniejszyła dystans między nimi, odgradzając uzdrowicielkę od potencjalnego obcego kota i spojrzała w kierunku, w którym wskazała pyskiem siostra Jaskra. – Tam. Za rzeką. W-wygląda jak Czajka... – Zmrużyła oczy. – Tylko co on tam robi? Nie miał patrolować terenów przy Drodze Grzmotu?
– Miał. – Gąska wygięła grzbiet w łuk, chcąc wyglądać na większą niż w rzeczywistości była. Razem z Jeżogłówką musiały wyglądać na młode uczennice przez swój niewielki rozmiar, a może i nawet przerośnięte starsze kociaki.– Sądząc po jego zachowaniu to raczej obcy, a nie mój brat... – mruknęła Gąska, przyglądając się niebieskiej postaci w oddali, która zamiast wśród koron drzew, przemierzała trawiaste tereny za rzeką. – Ale faktycznie, wygląda jak Czajka... – Zmrużyła oczy. Postać naprawdę była łudząco podobna do brązowookiego zwiadowcy.
Nie wiedzieć czemu Gąska poczuła złość na obcego znajdującego się po drugiej stronie rzeki. Może dlatego, że wystraszył Jeżogłówkę, jak i przez łudzące podobieństwo do jej rodzeństwa? Niebieski kot otrzepał się z wody, po czym spoglądając przez ramię na kryjące się wśród zarośli Gąskę i Jeżogłówkę po drugiej stronie, powoli oddalił się w znanym tylko sobie kierunku.
– Gąsko! Spójrz!
Gąska po raz pierwszy miała okazję usłyszeć głośny ton głosu Jeżogłówki. Zaskoczona przeniosła spojrzenie na towarzyszkę na dosłownie uderzenie serduszka, by ponownie przenieść spojrzenie na niebieskiego kota, który... w zaledwie uderzenie serduszka zniknął z ich pola widzenia. Gąska poruszyła nosem, a jej wibrysy zadrżały, gdy wyczuła zapach należący do obcego kota. Trop był świeży, tak jakby dosłownie przed chwilą kot znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co dwie kocice.
– Nie gadaj, że przepłynął rzekę... – mruknęła buraska, skupiając spojrzenie na odcisku całkiem sporej łapy w błocie. Niebieskie oczy spoczęły na rzece, której nurt nie należał do rwących, ale również nie był spokojny. Nawet doświadczony pływak miałby trudności z przeprawą na drugą stronę. Dlatego koty z Owocowego Lasu korzystały z powalonego pnia, który służył za most łączący główne tereny z Rozlewiskiem, Śmietniskiem i Dębową Ostoją, nawet jeśli wśród nich były osobniki potrafiące pływać.
– Na to wygląda... I dość sprawnie mu to poszło. L-lepiej wróćmy do obozu... – podjęła uzdrowicielka, po czym podniosła z ziemi kępkę ziół. Wlepiła spojrzenie złotych oczu w Gąskę, niemo prosząc, aby ta nie zrobiła żadnych głupot.
– Musimy powiadomić Pieczarkę o tym, że na naszych terenach zalągł się Nocniak... – Mimo że siliła się na żart, aby uspokoić towarzyszkę, sama odczuwała niepokój w związku z obcym kotem znajdującym się na terenach Owocowego Lasu. Gąska nim ruszyła za Jeżogłówką, zniżyła pysk do odcisku łapy w błocie, starając się zapamiętać jej kształt, jak i zapach pozostawiony przez kocura. Woń, jaką obcy po sobie pozostawił, była słodka, tak jakby kocur przed decyzją o kąpieli zdecydował się wytarzać w dojrzałych owocach, które spadły na trawę w Owocowym Lasku.
Gąska ostrożnie podniosła ząbkami pozostawione wcześniej zioła, po czym powoli ruszyła za uzdrowicielką. Po tym, jak dotarły do obozu i przekazały medykom świeżą dostawę ziół, stanęły przed posłaniem liderki, która była jedną z chorych. Gąska poinformowała białą kotkę o kocie łudząco podobnym do Czajki i obiecała patrolować teren z pomocą wojowników i zwiadowców. W głębi serca miała nadzieję, że samotnik lub uciekinier z klanu miał zamiar tylko przejść przez tereny Owocowego Lasu i ruszyć dalej, a nie zatrzymywać się w okolicy na dłużej. Epidemia kaszlu była sama w sobie już wystarczającym problemem, który spędzał sen z powiek nie jednemu kotu. Nie potrzebowali kolejnych zmartwień.

CDN

Od Kołysnakowej Łapy

Byłem właśnie na polowaniu z Cyklonowym Okiem i Makową Łapą. Minęło już nieco czasu, odkąd wytropiłem oraz podążałem za tropem królika. Jednak ja nadal szedłem śladem zwierzyny, wiedziałem, że on gdzieś tu jest. Powoli szedłem wśród dużych traw, uważając by być cichym jak tylko mogę. Mięło parę uderzeń serca i wreszcie zobaczyłem go. Małe, szarobrązowe stworzenie stało w trawach odwrócone do mnie plecami. Ucieszony znalezieniem owego stworzonka nie zauważyłem małej, suchej gałązki z pobliskiego drzewka. Niechcący nadepnąłem na nią, a ta złamała się wydając z siebie nieprzyjemny trzask. Pogoń za zwierzyną się zaczęła. Wiatr szumiał mi w uszach, rozwiewał futro, sprawiał, że moje oczy były lekko przymknięte. Mimo to nie spowolniło to mojego biegu. Byłem zdeterminowany, by złapać tego królika. Nawet jeśli ten pędził przed siebie w zastraszającym tempie. Choć z tyłu głowy było mi go nieco szkoda, wiedziałem, że to konieczne, żeby mój klan przetrwał. Pędziłem więc za nim, z całych sił, jakie znalazłem w moich łapach. Byłem coraz bliżej, dystans między mną a brązowo-szarą istotką zmieszał się z każdym biciem serca. Aż w końcu była na tyle blisko, że mogłem wziąć go za kark. W mgnieniu oka kark królika został skręcony. Był już martwy. Nie oddychał, nie próbował się uwolnić, nie żył już. Teraz tylko wrócić do wyznaczonego miejsca, gdzie czekali na mnie już pewnie Cyklonowe Oko i Makowa Łapa.

[223 słowa, polowanie na króliki]

[Przyznano 4% + 5%]

Nowi członkowie Owocowego Lasu!

Owocowy Las znalazł dwa biedne, osierocone kociaki... No, prawie.


Lis


Od Osetka do Wiciokrzewu

Odkąd tamtego razu przeciwstawił się Ziemniakowi, nie zrobił już tego więcej. Wciąż nie potrafił wytłumaczyć, co tamtego dnia w niego wstąpiło. Choć czuł, że gdyby był nieco pewniejszy siebie, mógłby coś wskórać, to jednak coś powstrzymywało go przed złoszczeniem się. Może po prostu nie chciał przesadzić, a może bał się, że gdyby puściły mu nerwy, mógłby zrobić czekoladowemu wojownikowi krzywdę – nie wiadomo.
Siedział jednak cicho, wciąż w ciszy zbierając baty od starszego kocura. Czuł się trochę żałośnie i nie rozumiał, dlaczego pręgowany tak bardzo uwziął się na niego i Wiciokrzew, ale nie zamierzał nawet pytać. Zresztą i tak nic by to nie dało. Ziemniak wydawał się zbyt tępy na to, by móc przeprowadzić z nim normalną rozmowę. Pewnie skończyłoby się tak jak zawsze. Zostałby zwyzywany, wyśmiany, obrzucony potwornymi wyzwiskami.
Osetkowi obiło się o uszy, że nienawiść wojownika wobec dwójki uzdrowicieli mogła wynikać z tego, że Rokitnik – kimkolwiek on był – wmawiał mu jakieś oszczerstwa na ich temat. Czarno-biały bał się jednak o to pytać. Chyba wolał żyć w niewiedzy, zamiast nienawidzić kolejnego kota, bo nienawiść to rzecz… ciężka. To coś, co zatruwa cię od środka, co pcha do czynów, których normalnie nie chciałbyś wykonać.
Osetek westchnął. W tym momencie przebywał na obozowej polanie, cały spięty, z futrem sterczącym na karku. Był zgarbiony, miał położone po sobie uszy – czułby się bezpieczniej w lecznicy, lecz teraz był jak kamienna rzeźba. Nie potrafił się poruszyć, myśląc jedynie o Ziemniaku i o tym, czy ten zaraz się tu nie zjawi, by po raz kolejny obrzydzić uczniowi dzień. Zdarzało się to na tyle często, że powinien już do tego przywyknąć, a jednak każda kolejna obelga bolała za każdym razem tak samo. Była jak cierń powoli rozdzierający warstwy jego serca.
Czasem myślał, że może lepiej byłoby mu z rodziną, że może powinien wrócić, odnaleźć ich… lecz wtedy przypominał sobie, jak ciężkie brzemię na nim spoczywa. Miał zostać uzdrowicielem, miał być blisko tej całej… Wszechmatki. Poza tym, po spędzeniu z Wiciokrzewem dobrych kilku księżyców, mógł śmiało stwierdzić, że starszy kocur nie przeżyłby zniknięcia Osetka. Był zbyt… niestabilny, zbyt zmęczony tym wszystkim. Zmęczony przede wszystkim Ziemniakiem, z którym Osetek nie mógłby go zostawić sam na sam.
Przemyślenia ucznia zostały przerwane, gdy niewielki, ostry kamyk z hukiem uderzył w jego skroń. Syknął instynktownie, czując ból rozchodzący się we wnętrzu jego głowy. Podniósł pysk i zaczął rozglądać się wokół, choć już w głębi serca wiedział, kto rzucił tym kamykiem. Nie musiał nawet długo szukać – Ziemniak stał nieopodal, z tym samym parszywym uśmieszkiem pełnym drwiny.
Osetek uderzył gniewnie ogonem o ziemię, lecz zaraz odwrócił wzrok od wojownika, mając nadzieję, że ten po prostu mu odpuści. Tak się jednak nie stało; już za moment czarno-biały usłyszał zbliżające się do niego kroki.
— Ej, ty! Gdzie twój zdepresowany tatuś? — rzucił kpiąco, stając przed młodszym.
Osetek nie chciał nawet patrzeć na ten jego plugawy pysk; chyba dostałby odruchu wymiotnego, gdyby tylko to zrobił. Prychnął jedynie cicho, nie poruszając się nawet o milimetr.
— Co jest, udajesz, że mnie nie słyszysz? — zapytał twardo Ziemniak.
— Nie udaję. Moje uszy najwyraźniej filtrują twoje słowa, by do mojego mózgu nie docierały żadne głupoty — stwierdził, w końcu spoglądając prosto w żółte oczy kocura. — Daruj sobie wreszcie. Nic nie wskórasz, zaczepiając mnie co drugi dzień. Czy nie wolałbyś żyć ze mną i Wiciokrzewem w spokoju?
Czekoladowy parsknął śmiechem.
— Ja nie żartuję. Stąpasz po cienkim lodzie, Ziemniaku. Jeśli kiedyś zabraknie Purchawki i Poranka, kto ci pomoże? Kto opatrzy ci rany? Kto poda ci ziółka na ból głowy tak silny, że zapomnisz własnego imienia? — kontynuował, zachowując spokój i powagę. Nie sądził jednak, by cokolwiek z tego, co mówił, dotarło do głowy wojownika. — Wiesz, gdybyś mnie chociaż raz posłu-
— Zamknij się! — wypalił nagle żółtooki, robiąc krok w tył. — Nie myśl sobie, że jako przyszły uzdrowiciel jesteś ważniejszy od innych! Twoim obowiązkiem jest leczenie pobratymców, a twoje groźby nie wywołują na mnie wrażenia — burknął, zaciskając szczękę.
“Cóż, jeśli umrzesz, nie będziesz miał jak przekazać przywódcy, że nie zrobiliśmy nic w sprawie twojego zdrowia. Ja natomiast będę w stanie przekierować narrację tak, by wyszło na to, że starałem się cię ocalić” – chciał miauknąć, choć ostatecznie ugryzł się w język. Gdyby tak powiedział, Ziemniak pewnie nazwałby go chorym psychicznie albo zdrajcą.
Coś w jego oczach musiało jednak zdradzić jego zamiary.
— Gdyby tylko Pieczarka dowiedziała się o tym, że wykorzystujesz swoją posadę do manipulacji, już dawno wyrzuciłaby cię z Owocowego Lasu… podrzutku — oznajmił pewnie czekoladowy, po czym odwrócił się i odszedł od Osetka.
Może przesadził? Może nie powinien tyle mówić? W końcu wcale nie był zły. W razie czego… nie zamierzał zostawiać Ziemniaka na pastwę losu. Był już zmęczony tym ciągłym prześladowaniem; zdawało się, że był w stanie powiedzieć cokolwiek, byle tylko ten głupek się odczepił. Chociaż na moment, krótką chwilę. By uczeń mógł odetchnąć, by nie czuł się oceniany na każdym kroku.

* * *

Osetek wszedł do lecznicy ze zwieszoną głową i ogonem ciągnącym się za nim po ziemi. Po konfrontacji z Ziemniakiem nie miał już ochoty na choćby najmniejszą interakcję z żadnym innym kotem, co dodatkowo go dobijało. To głupie lisie serce! Jak można było być tak okrutnym? Jak można było tak aktywnie niszczyć życie biednego, młodego kota? I to bez… bez wahania, bez poczucia winy? Ziemniak zachowywał się tak, jakby uczniowi należała się kara; jakby wszystko, co mu robił, było w jakiś sposób usprawiedliwione.
Ale to nie była prawda. Osetek w życiu nie zrobił nikomu nic złego. Pilnował się, starał się słuchać, nie wychylać. Dlaczego czekoladowy wybrał sobie akurat jego – oraz jego mentora – na obiekt do wyśmiewania? Nic tu się nie kleiło. Osetek nic a nic nie rozumiał. Był zagubiony.
— H-hej, młody — przywitał się z nim Wiciokrzew, stając mu na drodze. Zielonooki zatrzymał się, ale milczał. — Znowu Ziemniak ci do-dokucza…? — dopytał, zmartwiony tym, że jego syn się nie odzywa.
Osetek musiał zmrużyć oczy, by nie rozpłakać się przed liliowym. Nie znosił, gdy Wiciokrzew był smutny, gdy coś go dręczyło. Dlaczego nie mógł po prostu być normalny? Może gdyby był inny, Ziemniak nie miałby do niego problemu.
— Ja… ja nic nie rozumiem. Czy jest coś ze mną nie tak? Czym sobie zasłużyłem na takie traktowanie? — zapytał czarno-biały, podnosząc głowę. Jego oczy były zaszklone, lecz uczeń usilnie próbował nie dopuścić łez do spłynięcia po policzkach. — Czy Ziemniak w ogóle wcześniej cię znał? Czy… czy znaliście się? Łączy was jakaś relacja? Proszę, powiedz mi. Nie będę zły. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego on to robi… Czy to moja wina?
Wiciokrzew zamyślił się na moment, wlepiając wzrok w wyjście z lecznicy. Jego oczy były puste, zmęczone.
— Nie o-obwiniaj się, to nie t-twoja wina — wydukał wreszcie, po czym westchnął ciężko. — Myślę, że mu-musisz szukać o-odpowiedzi… u kogoś i-innego — wyjaśnił, co tylko dodatkowo zdezorientowało ucznia.
— U kogo?
Liliowy znów umilkł, jakby właśnie myślał o czymś, o czym usilnie starał się zapomnieć. Jakby widział jakieś… wspomnienia, które raniły go od środka. Wyglądał tak słabo, tak mizernie, że końcówka ogona Osetka zaczęła nerwowo podrygiwać.
— R-Rokitnik… — wymówił pojedyncze imię, po czym głośno przełknął ślinę. — Mój były me-mentor… To nie k-kot, to po-potwór… — kontynuował, jednocześnie rozglądając się gorączkowo, jakby starszy mógł ich usłyszeć. — On… byłby w sta-stanie nasłać na na-nas młodego, głu-głupiego wojownika… Ła-łatwego do zmanipulowania…
Gdy ostatnie słowo opuściło pysk Wiciokrzewu, do lecznicy weszli Purchawka i Poranek, trzymając w zębach pęki ziół. Osetek odwrócił wzrok w ich stronę i przez moment wszyscy w czwórkę w niezręcznej ciszy patrzyli na siebie nawzajem, dopóki nie rozeszli się po legowiskach, nie zadając żadnych pytań.

* * *

Rokitnik… Rokitnik… Paskudny starzec, z którym musiał się rozliczyć. Tylko kiedy? I czy w ogóle powinien to robić? Z tego, co słyszał, bury był już bardzo stary. Czy wypadało tak go nachodzić? Czy nie należał mu się spokój, odpoczynek? Z drugiej jednak strony – jeśli umrze ze starości, Osetek już nigdy nie pozna odpowiedzi na swoje pytania. Nie dowie się, dlaczego bury tak bardzo go nienawidził. Nie dowie się, czemu wybrał akurat Ziemniaka i dlaczego nie okazywał wobec prześladowanych najmniejszej skruchy…
Gdy tak rozmyślał, do lecznicy wszedł srebrny kocur. Był już nieco podstarzały, choć krok miał nienaganny. Biła od niego duma, a w oczach lśniły czarujące iskry.
— Zraniłem się w ogon — wyjaśnił spokojnie, podchodząc do Osetka.
Uczeń przez moment wpatrywał się w żółte oczy pobratymca. Miał wrażenie, że wydają się dziwnie… znajome, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Szybko odepchnął od siebie tę myśl – był w końcu uczniem uzdrowiciela i musiał zająć się srebrnym jak najszybciej.
Podszedł do składziku i wyciągnął z niego szczaw. Już mielił go w zębach, idąc w stronę Bukszpanu. Ostrożnie obejrzał jego ogon, a gdy tylko znalazł ranę, delikatnie obłożył ją papką. Następnie owinął wszystko pajęczyną, którą zawsze starał się mieć przy sobie, właśnie na takie okazje.
— Gotowe, możesz już iść — mruknął łagodnie.
Srebrny podziękował mu skinieniem głowy, zawieszając na nim spojrzenie o jedno uderzenie serca za długo, po czym zniknął w świetle dnia. Osetek musiał przyznać, że gdy Bukszpan na niego patrzył, jego żołądek nieprzyjemnie się ścisnął. Miał wrażenie, że żółtooki wykonał ten gest niczym niemą groźbę… a może tylko mu się wydawało.
Nie potrafiąc jednak pozbyć się tego dziwnego wrażenia, podszedł w końcu do Wiciokrzewu.
— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.

<Wiciokrzewie?>

[1533 słów + wyleczenie postaci NPC]

[Przyznano 31% + 5%]

Wyleczeni: Bukszpan

04 stycznia 2026

Od Strzępka Do Płomiennego Serca

Dni powoli mijały, a kocurek czuł się nieco przytłoczony tym wszystkim. Miał wrażenie, że gdzie się nie obróci, to słyszy szepty za swoimi plecami lub czuje na swoim jasnym ciele wzrok. Czyżby każde przybycie na świat kociaków wzbudzało takie sensacje? Może powinien korzystać i się cieszyć z takiej atencji ze strony starszych pobratymców? Nikogo o to nie pytał, chcąc samemu dojść do rozwiązania tej zagwozdki — a przynajmniej tak tłumaczył swoją niepewność, by zapytać o to inne karmicielki lub koty odwiedzające żłobek. Oprócz Króliczej Prawdy było jeszcze parę innych rudawych lub kremowych kotów, które czasem zawędrowały do kociarni, by zabawić się z przebywającymi tam kociętami lub porozmawiać z kotkami sprawującymi opiekę nad najmłodszymi.
Strzępek czasem był skory do zabawy, a w innych momentach miał gdzieś cały otaczający go świat. Jego zmienność można było porównać do wzburzonych fal na morzu, przy którym mieszkali. Akurat dzisiaj miał dzień na "mam wszystko gdzieś", dlatego też nie zareagował, kiedy do legowiska wkroczyła radosna ruda wojowniczka. Ta po przywitaniu się z resztą, skierowała swoją uwagę na jasnego kocurka, który siedział pod ścianą i bawił się gałązkami wystającymi z ptasiego gniazda, które służyło jako jedno z legowisk znajdujących się w żłobku.
— Cześć szkrabie — przywitała się z uśmiechem na białym pyszczku. Strzępek jedynie przelotnie na nią spojrzał i wrócił do jednej z gałązek, którą zaczepiał łapą bez większego zainteresowania, jakby z nudy, nie mając nic lepszego do zajęcia czasu. Ruda jednak tak łatwo się nie poddała i kontynuowała jednostronną rozmowę, lecz point jej nie słuchał, rozmyślając nad własną egzystencją, a dokładniej to kiedy opuści kociarnię.

<Płomienne Serce? Trudne dziecko Ci się trafiło>