BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 listopada 2024

Przepiórczy Puch urodziła!

 Przepiórczy Puch urodziła wcale-nie jedynaka!

Jesienne choroby!

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią kolejne dolegliwości!

POGODA

Ziemia i roślinność nadal jest sucha, jednak rzadkie, lecz obfite deszcze powoli pozwalają naturze odżyć. Częste mgły każdego poranka układają się wygodnie na otwartych przestrzeniach takich jak polany i łąki, by następnie schować się wraz z uderzeniem pierwszych promieni słonecznych i powrócić na swoje miejsce dopiero wieczorem. Zdawać się nawet może, iż są tak gęste, że gdyby ktoś spróbował, udałoby mu się przekroić ją pazurem. Biel bardzo utrudnia widoczność, mąci zmysły, przez co nie trudno o zagubienie się. Grozy temu zjawisku nadają dodatkowo plotki rozpowszechniane wśród uczniów i młodych wojowników, o znikających w tajemniczych okolicznościach kotach i dziwnych, mrożących krew w żyłach hałasach, niesionych przez obszerne pola. Liderzy proszą swych członków o zachowanie szczególnej ostrożności podczas porannych jak i wieczornych patroli, szczególnie tych odbywających się przy wodzie, gdyż tam staje się ona najgęstsza.
 
Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Bobrzy Siekacz - wymioty
Kwiecista Knieja - katar
Barszczowa Łodyga - ból zęba
Pszeniczna Łapa - swędząca infekcja
Ostowy Pęd - kłopoty z oddychaniem

Klanu Klifu:
 
Czereśniowa Gałązka - bezsenność
Kornikowa Kora - gorączka
Śliwowa Ścieżka - zielony kaszel
Gasnący Promyk - biały kaszel
Jerzykowa Werwa - wybicie barku
Zagubiony Obuwik - infekcja oka
Mysia Łapa - zielony kaszel
(za dobrze wam poszło w zeszłym miesiącu, macie dodatkowych chorych)

Klanu Nocy:

Zimorodkowa Łapa - chrypa
Kruczy Szpon - infekcja ucha
Algowa Struga - bezsenność
Rysia Łapa - szkło w łapie
Plusk - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Jabłoniowy Sad - kolec w przedniej łapie
Borsucza Puszcza - zatrucie pokarmowe
Zalotna Krasopani - chrypa
Lament - wymioty
Gwiezdnicowe Niebo - użądlenie

Owocowego Lasu:
 
Lśniąca Tęcza - kłopoty z oddychaniem
Ślimak - wybicie barku
Czereśnia - katar
Cierń - zranienie tylnej łapy
Kajzerka - niestrawność

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Murmur - ból stawu
Cykoriowy Pyłek - zwichnięcie ogona
Poranek - ugryzienie przez szczura

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w II lub III stadium. Dotyczy to kotów z :

Klanu Burzy:
 
Piaszczysta Zamieć - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Czuwająca Salamandra - bezsenność > halucynacje > poważne problemy psychiczne
Ziębi Trel - kleszcz > infekcja > ból przy każdym ruchu
Dzwonkowy Świst - niestrawność > ból brzucha
Skowronkowa Łapa - użądlenie > infekcja
Pajęcza Lilia - odwodnienie > omdlenia

Klanu Klifu:

Wszyscy wyleczeni!!!

Klanu Nocy:

Kolcolistne Kwiecie - wybicie barku > sztywność kończyny > trudności z poruszaniem się
Pylista Burza - szkło w łapie > infekcja
Nenufarowy Kielich - podrażniona skóra > miejscowe łysienie
 
Klanu Wilka:

Wilcza Tajga - infekcja oka > tymczasowa ślepota
Miód - katar > kłopoty z oddychaniem

Owocowego Lasu:

Maślak - zwichnięcie ogona > zwyrodnienie
Dereńka - infekcja gardła > tymczasowa utrata głosu

Samotnicy i Pieszczochy:

Kalafior - przewianie > katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Glonik - szkło w łapie > infekcja > niemożność stawania na łapę
Klamerka - popękane poduszki łap > krwawienie > niemożność chodu

 
Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka latem.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

03 listopada 2024

Od Judaszowcowego Pocałunku CD. Promyczka (Promiennej Łapy)

Obserwował malca jeszcze zanim ten zdał sobie sprawę z jego obecności. Judaszowiec widział, że ten coś knuł – w szczególności, gdy na pyszczku kociaka wymalował się niezręczny uśmiech, gdy tylko zauważył, że nie był tu sam.
— Cześć, wujku?... — miauknął Promyczek, rozglądając się i szybko dodając: Powiesz mi, jak zdobyłeś te łyse miejsca na swoim ciele? Podczas jakichś walk, prawda? Opowiesz mi o nich?
Judasz zamrugał parę razy. Hę? Spojrzał w dół, by zerknąć na parę swoich bezwłosych placków. Ach, tak. Oczywiście.
— Pochodzą z ciężkich bitew — mruknął. Nie zamierzał się nikomu z tego tłumaczyć, a co dopiero bachorowi. Zresztą, jaką czelność miał by w ogóle zadać mu takie pytanie?! Puścił to jednak płazem. Był to w końcu jego siostrzeniec. Choć głupi, to nadal jego siostrzeniec... Ugh.
— Naprawdę? A dlaczego wyglądają inaczej? O, dlaczego ta jest inna? — dopytywało kocię, wskazując łapką na ślady po pazurach pod prawym okiem wojownika.
— Bo to zostało mi dane przez śmiertelnika. — Obnażył pazury i jedną z łap dotknął tego miejsca, delikatnie przejeżdżając wzdłuż swojego policzka. Oczywiście tak, by się nie zranić. — Natomiast to... — Przystawił łapę do lewej strony twarzy, wskazując na łysą skórę — rana zadana przez ciemne duchy. Te z Mrocznej Puszczy — dodał śmiertelnie poważnym tonem.
Zauważył momentalnie, jak pyszczek Promyczka otwiera się zdziwiony, a jego oczy powiększają się ze strachem.
— Co?! Naprawdę? — miauknął, niedowierzając.
— Tak. I jeśli tylko spróbujesz uciec z obozu, to będzie czyhać i na ciebie... — pogroził, co wystarczyło, by maluch wziął nogi za pas, uciekając prędko w kierunku dobrze znanego i bezpiecznego żłobka. Judaszowiec uśmiechnął się pod wąsem. On to miał jednak smykałkę do zajmowania się kociętami...

***

Te przebrzydłe potwory terroryzujące ich tereny były tylko kolejnym dowodem do całej listy znaków i gróźb Klanu Gwiazdy. Kolejnym, którego jakimś cudem nie wszyscy potrafili zrozumieć. Judaszowcowy Pocałunek mógł tylko bezsilnie prychać pod nosem, zastanawiając się, ile jeszcze jego klan będzie musiał wycierpieć, nim wszyscy zrozumieją. Mieli wśród swoich chwast. Chwast, który musiał zostać wypleniony – za długo zatruwał już ich ziemie.
Kocur zdążył już prześwietlić swojego rywala. Srokoszowa Gwiazda bał się go. Robił wszystko, byle tylko jego wróg, Judaszowiec, nie dobrał się do władzy. Choć uciszał jego zawołania, tak samo też unikał jego wzroku. Tchórz, myślał sobie z każdym kolejnym spojrzeniem w stronę ich lidera Judaszowcowy Pocałunek. Mysie serce bez krzty honoru. Nie potrafił wstawić się z nim do otwartej równej walki, bo wiedział, że ją przegra. Judasz musiał więc tylko czekać, aż gwiezdni wezmą łapy w swoje ręce...
— Miejmy tylko nadzieję, że prędzej niż później — wymamrotał pod nosem, kręcąc głową, w akcie głośnego myślenia. Siedzący nieopodal i bardzo zajęty próbami otwarcia kraba Promienna Łapa na chwilę spojrzał na swojego wujka, skonfundowany.
— Mówiłeś coś do mnie? — zapytał, spoglądając na niego jednym okiem. Judaszowcowy Pocałunek otworzył leniwie oczy, jakby z pretensjami, że ktoś miał czelność przerwać mu kontemplację. Wpadł jednak na pewien pomysł. Gdy niepewny uczeń wrócił do poprzedniego zadania, łapiąc zębami twardą skorupę stworzenia, do którego środka próbował się dostać, Judaszowiec nagle zapytał:
— A ty? Co uważasz na temat Srokoszowej Gwiazdy? — wymruczał, wbijając w niego przyszpilające spojrzenie.

<Promyk?>

EVENT NPC: Srokoszowa Gwiazda

Od Jeżyny

Przeciągnęła się leniwie na posłaniu, mruganiem próbując odgonić resztki snu. Obóz był skąpany w ciepłym świetle, który wdzierał się między jej powieki. Westchnęła I powoli podniosła się na łapy, próbując się rozbudzić zanim zejdzie na ziemię. Po krótkiej chwili znalazła się już pod drzewem, a nie na nim. Z tego co wiedziała, to nie była przydzielona do żadnego z patroli – poranek miała wolny.
Rozejrzała się po obozie. Przy wejściu stała grupka kotów czekająca na wyjście; co poniektórzy czyścili jeszcze swoją sierść, czy dopiero co odganiali sen z oczu. Rozpoznała tam między innymi Pieczarkę, do której od razu podeszła.
— Cześć — miauknęła — Zostałaś wybrana?
Biała kotka uśmiechnęła się przyjaźnie, a z jej grzbietu spadło parę płatków lawendy.
— Tak, będę prowadzić — odparła, strzepując ogonem — A ty? Idziesz z nami?
— Nie, miałam okazję się wyspać… Ale no cóż. Może pójdę się przejść.
Gdzieś z tyłu rozległy się pomruki zniecierpliwienia, na co zwiadowczyni westchnęła i podniosła się z ziemi.
— Dobrze, na nas chyba pora — oznajmiła, dając reszcie sygnał do wyjścia — Do zobaczenia, Jeżynko!
Odmiauknęła pożegnanie, zadowolona odwracając się w drugą stronę. Przypadkiem prawie wpadła na Czereśnię, który stał tuż za nią. Wąsy kocura zadrżały.
— Oh- Czereśnio, witaj — zaczęła niezręcznie.
— Jeżyno — zwiadowca zamrugał przyjaźnie, kładąc jednak uszy na krzyki jego uczennicy, dobiegające gdzieś z tyłu — Dołączysz może do mnie i Figi? Z tego, co usłyszałem, nie masz żadnych zadań… Więc możesz się nam przydać.
Skinęła głową, uśmiechając się lekko. Już po chwili dobiegła do nich srebrna uczennica, mlaskając pyszczkiem z niezadowoleniem.
— Znowu ty? — prychnęła, a jej mentor mimowolnie zgromił ją wzrokiem. Westchnął i zasygnalizował, aby ruszyli do przodu. Po otrzymaniu paru wskazówek i polecenia, jego podopieczna wyrwała się do przodu. Oboje ruszyli tuż za nią, w kierunku upadłej gwiazdy.
Szli w spokojnej ciszy, łapa w łapę, co jakiś czas wyglądając za uczennicą. Jeżyna trochę bała się odezwać – jeszcze palnęłaby coś głupiego, i co wtedy?
— Zostałaś mianowana dość szybko — skomentował nagle.
Buraska pokiwała głową, zastanawiając się, o co mu chodzi. Miał do niej ból zadka, źe jaj tak szybko to poszło? Napewno nie.
— No… Tak — przyznała — Tak jakoś wyszło.
— Jak wyglądał twój trening? — zapytał, zwracając na nią spojrzenie żółtych oczu.
— Chyba… Normalnie? — nie miała pojęcia, co odpowiedzieć — Dużo ćwiczeń na równowagę, orientację w terenie… I na wyczulenie zmysłów. “Zabawy” w chowanego, i to chyba na tyle? Trochę uczyłam się walki, trochę polowania…
— Ciekawe — mruknął — Może coś z tego zastosuję u Figi… Ją ciągnie raczej do walki, niz innych obowiązków; nie jestem pewien, dlaczego została zwiadowcą.
Wzruszyła barkami, wznosząc wzrok na jasne futro uczennicy w oddali.
— Też nie wiem — mruknęła — Jak była kociakiem, to wyzwala mnie na pojedynek.
Kocur uniósł brwi, a na jego pysku pojawiła się nutka rozbawienia.
— Naprawdę?
— Tak, to o to wtedy poszło, pamiętasz? — wskazała na szramę na barku — Cały czas o tym pamiętała, cwaniara.
Z jego pyszczka wyrwał się szczery chichot. Bura w tym momencie poczuła się tak oczarowana jego zachowaniem, że aż prawie padła na ziemię. Też się nieśmiało zaśmiała, spoglądając na jego zgrabny pysk kątem oka.
— No, ale co poradzisz — westchnął w końcu, sprowadzając ją spowrotem do realnego świata z krainy marzeń. Uśmiechnęła się ostatni raz, po czym spoważniała, wymijając drzewo zagradzające jej drogę.

npc: Pieczarka, Czereśnia

Od Bursztynowego Brzasku CD. Mandarynkowego Pióra

Drzemał spokojnie, mimo tej dziwnej sytuacji z poranka, która wydarzyła się między nim a Mandarynkowym Piórem, gdy przyniósł jej kwiaty, a kotka postanowiła zareagować na to dziwnym okrzykiem “tak, Bursztynowy Brzasku, tak!”, zwracając na siebie uwagę całego klanu. Podejrzewał, że nikt z obecnych nie miał pojęcia o co jej chodziło; on sam uznał, że ma coś nie tak z móżdżkiem, więc wycofał się cichcem, uciekając przed zdecydowanie zbyt dużą ilością ciekawskich spojrzeń. Teraz jednak, gdy w końcu chciał trochę odpocząć, ciszę przerwał mu głośny pisk Zmierzchającej Zatoki, wybudzając go z półsnu. Otworzył ślepia, niepewny czego się spodziewać, jednak jego siostra wyglądała na szczęśliwą, nie złą, więc chyba nie powinien się martwić.
– Na Klan Gwiazd, aż ciężko mi w to uwierzyć! To znaczy, cieszę się, oczywiście, że się cieszę, ale że ty i Mandarynka…? To tak strasznie niespodziewane, to znaczy, słyszałam jakieś plotki, że dzielnie starasz się o jej serce, ale nie myślałam, że to tak poważnie i że naprawdę skończycie razem! Jestem z ciebie taka dumna, Mandarynka to taki świetny wybór, choć zresztą, komu ja to mówię, przecież sam musisz być tego świadomy będąc w niej zakochany. Nie wierzę, że udało ci się to przede mną tak długo ukrywać! No ale nic, pamiętaj, że to moja przyjaciółka, a spróbuj mi tylko ją skrzywdzić, to inaczej pogadamy… Jej też to powiem, oczywiście, jesteś w końcu moim bratem, ale tak się cieszę, ojejku!
Bursztynowy Brzask wpatrywał się w siostrę w głębokim szoku, słuchając jej monologu. Powinien ją wyprowadzić z błędu…? Powinien, prawda…?
– Życzę wam wszystkiego dobrego, ale mam nadzieję, że wymyśliłeś już gdzie ją zabrać na randkę? – Zmierzchająca Zatoka kontynuowała, nie zauważając wyrazu konsternacji na pyszczku brata. – Niech zgadnę, na wyspę świetlikową? Niee, to by było zbyt oklepane, zresztą kojarzy się ze ślubami, a wy jesteście bardzo świeżą parą, więc mogłoby to źle wyglądać… A może… Wiem! Spacer brzegiem morza, ale koniecznie o zachodzie, żeby była odpowiednio romantyczna aura! Oh, zaproś ją koniecznie, na pewno się ucieszy, mówię ci, obiecaj mi, że zabierzesz ją na romantyczny spacer, a nie żadne pokazy mrowisk – kotka zmierzyła go takim spojrzeniem, że Bursztyn poczuł się jakby się w sobie zapadał.
– O‐obiecuję…? – wyjąkał pod wpływem presji.
– No ja myślę! – kotka się cała rozpromieniła. – Mówię ci, Mandarynka będzie zachwycona, tylko nie czekaj z zaproszeniem jej zbyt długo! Oh, mam nadzieję, że na mnie też czeka gdzieś wielka miłość!
Ucichła wreszcie, pogrążona we własnych myślach i marzeniach, a Bursztynowy Brzask pozostał znieruchomiały w przerażeniu. Jak to, on i Mandarynka…? Tak, to że przegapia pewne relacje i subtelne zmiany w klanie, było normą, ale żeby zaczął chodzić z Mandarynką bez świadomości, że… To się wydarzyło? Przecież chciał się tylko zakolegować, nie być partnerami! Zaraz jednak ogarnęło go jeszcze większe przerażenie. Czy Mandarynkowe Pióro od samego początku źle rozumiała jego zamiary? Co jeśli, tak jak mówi Zmierzch, poczuła do niego coś więcej przez jego upór w próbach zaprzyjaźnienia się? Ale przecież, co w nim było atrakcyjnego? Nie miał do tej pory żadnej świadomości, że może się podobać kotkom! Ale z drugiej strony, przecież poza Zmierzch, Syrenką i Bratkowym Futrem nie rozmawiał z prawie żadną… A i przy rodzinie ciężko kontakt z nim było nazwać rozmową, raczej monologiem podobnym do tego, który odbył się właśnie między nim a Zmierzch.
Przełknął ślinę, nie mając pojęcia co robić. Przecież nie był zakochany w Mandarynce, ledwo co zdążył ją polubić! Ale jeśli pójdzie do niej i powie, że to wszystko pomyłka i nie o to mu chodziło… Co jeśli zrani uczucia tej dumnej kotki? Był pewien, że Mandarynka nie zasługiwała na odrzucenie, w końcu była księżniczką! Nie zasługiwała na niego… Z drugiej strony, miałby udawać, że to od początku była miłość…? Może mógłby się zakochać, gdyby poznali się lepiej, Mandarynka była w końcu ładna, pochodziła z najważniejszej rodziny w klanie i przez to roztaczała wokół siebie tą całą aurę bycia ważną i szanowaną, która pewnie mogła się podobać kocurom… Ale przecież on sam nie miał zielonego pojęcia na czym polegają związki, a do tego wcale nie był pewien, czy miłość i kotka z wysokiego rodu to to, o czym marzy. Gdyby… Gdyby chociaż polubiła ślimaki… Może… Może daliby radę wypracować jakiś kompromis…? On zabrałby Mandarynkę na ten wymarzony romantyczny spacer, a ona zgodziła się czasem pooglądać razem ważki, albo poszukać ciekawych żuków…? Przecież, gdyby faktycznie była w nim zakochana, nie chciałaby, żeby udawał kogoś innego, tak…? A skoro “zdobył jej serce” przynosząc jej różne owady i płazy – to znaczy, że jego zainteresowania nie mogą być dla niej takie odpychające jak twierdziła!
Z tymi myślami uspokoił się i zrelaksował dużo bardziej, rozluźniając wreszcie spięte mięśnie. Dobrze, że Zmierzch nie zauważyła jego reakcji. Nie chciał ranić ani uczuć Mandarynki, ani tym bardziej pośrednio własnej siostry, która tak się ucieszyła na możliwość ich związku.

***

Minęło kilka dni, w ciągu których Zmierzch non stop łaziła przy nim jak w skowronkach, mówiąc jak to się cieszy, jaka jest zazdrosna i narzekając, że nadal nie zaprosił Mandarynki na pierwszą randkę. Stąd też zebrał się w sobie i postanowił to zrobić tego dnia, bez względu na jakiekolwiek przeszkody. Przeszkody te pojawiły się w postaci sporej ilości kotów, które otaczały akurat Mandarynkę w obozie. W pierwszej chwili Bursztynowy Brzask chciał zmienić zdanie i odejść, bo nie chciał jej pytać o wyjście publicznie, ale z tyłu głowy pojawiła się irytująca myśl, że jeśli to odłoży miną kolejne dni i nie to obiecywał siostrze. Może poprawi Mandarynce humor i chociaż zrobi coś dobrego…? Dlatego też podszedł końcowo do kotów, patrząc tylko na czarno-białą księżniczkę, mając nadzieję, że w ten sposób zapomni o reszcie.
– Mandarynko, um… Czy nie chciałabyś może wyjść ze mną dzisiaj wieczorem na spacer brzegiem morza? – zapytał i uśmiechnął się ciut niezręcznie, mając nadzieję, że nie wygląda na tak zestresowanego, jak jest w rzeczywistości.

<Mandarynkowe Pióro? Co powiesz na randkę?>

Od Mżącego Przelotu

Wracała z porannego patrolu, połowicznie słuchając narzekania Ikrowej Łapy. Kocurek gadał coś o prawie złapanej rybie, która w ostatnim momencie zdążyła wyskoczyć mu z łap. Idącą obok niego Syreni Lament mruczała coś pod nosem, niezgrabnym ruchem poklepując młodszego ogonem po grzbiecie. Widziała, że jej syn dobrze dogadywał się z mentorką – oboje byli raczej zamknięci w sobie, ale czas spędzony razem wychodził im na dobre.
— A co będziemy jutro robić?
— Jeszcze nie wiem — odpowiedziała zmęczonym głosem pointka — Możemy poćwiczyć wspinaczkę na drzewa.
— Znowu? — uczeń westchnął, nadal zgrabnie przebierając łapami.
— Tak, sam przyznałeś, że nie najlepiej ci to idzie!
Poczuła, jak niebieski przydreptał do niej, pałętając się między jej nogami.
— Mamoo?
— Tak?
— A ty umiesz się wspinać na drzewa?
— Tak, umiem — parsknęła, spoglądając z boku na syna — Nie perfekcyjnie, ale umiem.
Ikra przekręcił główkę, odwracając się do mentorki z pretensją wymalowaną na pyszczku.
— Ale skoro mama nie umie na tip top, to czemu ja muszę?
Wojowniczka westchnęła, zwracając wzrok na podopiecznego.
— Ikro, nie każdy jest dobry we wszystkim — wytłumaczyła mu — Mżawka jest dobra w pływaniu, nie wspinaczce na drzewa. A ty wcale nie umiesz nawet utrzymać się na gałęzi.
Kocurek prychnął, zyskując poirytowane spojrzenie mentorki.
— Nie obrażaj się — wtrąciła się dymna, trącając syna ogonem — Mi też dobrze nie szło.

***

Ostatnie wydarzenia zakłóciły spokój nocniakom. Mżawka nie była zbyt świadoma, o co tak naprawdę chodziło – wiedziała tylko o ogółach, woląc nie przyglądać się zakrwawionym wojownikom po ich powrocie. Nie wiadomo dlaczego, widok poobijanej zastępczyni i Piórolotka przywoływał jej na myśl własnego ojca, który też kiedyś wrócił do ówczesnego domu cały pokryty lepką cieczą. Oczywiście w mniejszej skali, ale jej kocięce oczy wszystko przekształciły w krwawa scenę walki. Nadal nie wiedziała, co się wtedy stało – Gazik nie pofatygował się otworzyć pyszczka tamtego wieczoru, a Kazimiera tylko wzruszyła ramionami na jej pytania. Przez te nieuzasadnione nerwy prawie całą noc spędziła wciśnięta w bok Nenufarowego Kielichu, bojąc się zmrużyć oczy. Nie widziała sensu w tłumaczeniu przyjaciółce, że gdy pójdzie spać, to oczerniony krwią ojczulek wyskoczy zza rogu i zacznie mówić okropne rzeczy. Ale korzystała z każdej drobinki otuchy, którą dostawała od burej – w postaci ciepłego ciała otulającego jej głowę, czy cichych pomruków starszej wojowniczki. Nie były ze sobą nie wiadomo jak blisko, ale Mżawka bardzo lubiła kotkę, nie zdając sobie sprawy z tego, że w głębi bardzo chciałaby się jej przypodobać. Nenufara i Nimfie Zwierciadło za to były bardzo dobrymi przyjaciółkami, dlatego nawet za ucznia miała dużo okazji, aby z burą pogadać.
Końcowo tuż nad ranem udało jej się zasnąć, a towarzystwo innej kotki odgoniło złe sny, co najmniej na jedną noc. Gdy rano otworzyła zmęczone oczy, ogon wojowniczki nadal leżał na jej boku. Starsza ziewnęła i zamrugała żółtymi ślepiami. Niebieska odwróciła spojrzenie, trochę zażenowana kładąc głowę z powrotem na posłaniu.
— Mżawko? — zapytała wojowniczka zaspanym jeszcze głosem — Już wszystko dobrze?
Pokiwała lekko łbem, wyglądając na obrażoną jak mały kociak. Poczuła, jak buraska podnosi się trochę i pochyla nad nią.
— Na pewno? — nie brzmiała na przekonaną, ale po kolejnym pomruku zgody odpuściła — Chcesz mi powiedzieć, o co poszło?
Zacisnęła bardziej powieki, czując, jak zbierają się pod nimi łezki. Musiała przyznać – ostatnio robiła się bardziej płaczliwa, nie wiedząc dlaczego.
— Nie, nie za bardzo — westchnęła w końcu — To drobnostka.
— Nie wygląda na drobnostkę — wojowniczka pokręciła głową — Ale nie będę Cię zmuszać. Pamiętaj, zawsze możesz mi powiedzieć.
Pisnęła coś na zgodę, nie za bardzo kontrolując własny głos. Przyjaciółka położyła swój własny pyszczek na jej czole, po krótkim momencie wstając z cichym westchnieniem.
— Chciałabyś coś zjeść, może? Albo wyjść na spacer? Z tego co wiem, to żadna z nas nie jest przydzielona do patrolu.
— S- Spacer — wydusiła z siebie po chwili, chwiejnie podnosząc się na łapy. Nie wiedziała, co się ostatnio z nią dzieje; nieuzasadniona panika towarzyszyła jej bez przerwy, nie dając chwili na złapanie oddechu. Rozważała zagadanie do Zimorodkowej Łapy o zioła na uspokojenie, ale ostatecznie porzuciła ten pomysł. Liczyła, że wszystko samo się ułoży.
— W taki razie chodź, smutasie — oznajmiła Nenufara, machając końcówką ogona. Mżawka wysiliła się na drobny uśmiech i wzięła głęboki oddech. Tak, wszystko się ułoży. W końcu nie ma żadnych poważnych problemów! Co może jej zrobić irytujący głos taty czy mamy? Dołączyła do wojowniczki, i już po chwili obie wyszły poza obóz, zgrabnie przeprawiając się z wyspy na wyspę. Chłodna woda kontrastowała z piekącym z góry słońcem.
— Gdzie chcemy pójść? — zapytała bura — W kierunku brzozowego zagajnika?
— Możemy — mruknęła — Ale nie obiecuję Ci, że zajdziemy za daleko.

npc: Ikrowa Łapa, Syreni Lament, Nenufarowy Kielich

Od Brukselki

Jakiś czas po porodzie
Brukselka leżała na plecach na posłaniu należącym do Kalafior. Biała kotka bawiła się teraz z Brokułem, więc ona miała okazję wypocząć na jej miejscu. Nie zdarzało się to zbyt często, jako iż liliowa kotka nie przepadała za spaniem przez długi czas. Uważała, że tym samym marnuje ona czas na zabawę i inne ciekawe aktywności. Nikt jednak nie mógł przetrwać bez zmrużenia oka ani razu w swoim życiu, dlatego czasami kotka niechętnie kładła się spać. Niekiedy też zasypiała po jakiejś długiej i męczącej zabawie, ale raczej nigdy nie zażywała drzemek z własnej woli. Właściwie teraz Brukselka nie była kompletnie w fazie snu, a raczej pilnie czuwała, czekając na jakieś wydarzenie lub zamieszanie, w które mogłaby się wkręcić. Liczyła też na to, że może dziś przyjdzie do nich Pokrzywowy Wąs i opowie jakąś ciekawą historyjkę albo sprzeda jej jakiś fajny żarcik do przekazania dalej. Liliowa koteczka lubiła poznawać nowe rzeczy i się uczyć, a szczególnie podobały jej się opowiadania na temat przeszłości jej rodziców, czy o innych rzeczach związanych z ich życiem. Kotka uwielbiała być wszechwiedząca, uwielbiała wiedzieć więcej od swojego rodzeństwa i zachowywać się jakby posiadała jakąś wiedzę tajemną.
Właśnie w tej chwili w żłobku pojawił się inny kot. Brukselka usłyszała jego kroki, a zaraz potem zaciągnęła się powietrzem i wyczuła bardzo znajomą woń. Odwróciła się na bok i szybko wstała na cztery łapy, po czym wyciągnęła do góry szyję i spojrzała prosto na wyjście ze żłobka. Stał w nim nikt inny jak sam Pokrzywowy Wąs.
— Tata! — zawołała i wygramoliła się niezgrabnie z posłania, które należało do jej matki. W tym samym momencie, w którym jej łapy dotknęły ziemi, kotka zaczęła gnać w stronę ojca, a gdy znajdowała się już kilka susów od niego napięła mięśnie i skoczyła do przodu. Wylądowała na czterech łapach, a w całym żłobku rozległ się huk. Niebieski kocur stał w miejscu i obserwował ze zdziwieniem poczynania Brukselki.
— Tato! Masz dziś jakąś historię do opowiedzenia? — spytała zaciekawionym głosem, a w jej oczach pojawił się błysk. Pokrzywowy Wąs zamyślił się na chwilę, za pewne wspominając minione dni.
— Hmmm… przez ten czas nie wydarzyło się u mnie zbyt wiele. Tylko zwykłe patrole i takie tam — mruknął, ale dla Brukselki jego odpowiedź nie była przeszkodą. Rozejrzała się po żłobku, a jej wzrok zatrzymał się na Kalafiorze.
— Mamusia opowiadała mi o życiu poza klanem, więc może ty też opowiesz mi o czymś z przeszłości? — spytała, uśmiechając się szeroko. Wojownik wydał z siebie pomruk, który świadczył o tym, że zastanawia się nad tą propozycją.
— No i jak? — Brukselka spytała po jakimś czasie.
— Wiesz co, niech ci będzie — mruknął, także się uśmiechając. Liliowa kotka podskoczyła w miejscu z radości. Znowu ma okazję dowiedzieć się czegoś nowego! Pokrzywowy Wąs otulił ją swoim ogonem i językiem wygładził futerko.
— O czym mi będziesz opowiadać? — miauknęła, wydostając się spod uścisku taty i stając przed nim.
— No… może chciałabyś dowiedzieć się trochę o swojej rodzinie? — zaproponował, nie mając innego tematu do zarzucenia.
“Właściwie może… może mi się to przydać, tym bardziej jeśli są w Klanie Wilka… albo lepiej! Jeśli są samotnikami, tak jak mama!” pomyślała.
— Tak! Dobrze! — odparła zadowolona. Pokrzywowy Wąs usiadł wygodnie i odchrząknął.
— Zacznę od mojej matki… — stwierdził. Brukselka krzywo rozsiadła się na żłobkowej ziemi i postawiła uszy do góry.
— Ma na imię Płonąca Dusza. Jest wojowniczką w Klanie Wilka! Ty też kiedyś taką zostaniesz, prawda? — spytał. Liliowa kotka nie spodziewała się takiego pytania. Wyrwało ją to z rytmu, a na jej pyszczku pojawił się zdziwiony grymas. Odwróciła na chwilę wzrok od swojego ojca, aby się zastanowić.
“Odejść z Klanu Wilka razem z mamą i zostać samotniczką, a tym samym zawieść swojego ojca… czy zostać w klanie i zostać wojowniczką, aby tata był ze mnie dumny?” pomyślała. Był to dla niej ciężki wybór, poza tym była jeszcze kociakiem. Na razie zdecydowała się powiedzieć to, co będzie dla niej wygodniejsze.
— No jasne! Zostanę najlepszą wojowniczką Klanu Wilka! — zawołała, wstając na równe łapy i wysuwając pazury. Stała teraz tak dumnie jak prawdziwy wojownik.
— W to nie wątpię — odparł tata, ale w tym momencie zjawił się tu Brokuł, a także zmęczona zabawą Kalafior.
— Może i zostaniesz wojowniczką, ale wcale nie lepszą ode mnie! — krzyknął biały kocurek, podchodząc do swojej siostry. Futro Brukselki najeżyło jej się na karku.
— Nie prawda! — uparła się, wiedząc, że ona wcale nie zamierza zostać wojowniczką.
“Przynajmniej z niego tata będzie dumny” westchnęła. W środku była teraz trochę smutna, ale na zewnątrz wyglądała na zdeterminowaną, miała pewny wyraz twarzy. W geście zabawy skoczyła na Brokuła i oba kociaki upadły na ziemię. Biały kocurek przestraszył się tak nagłego ruchu, dlatego odruchowo ugryzł Brukselkę w łapę. Kotka krzyknęła, po czym uderzyła swojego brata łapą w pysk.
— Mysi móżdżku! — krzyknęła mu do ucha, a wtedy poczuła jak coś, a raczej ktoś, łapie ją za kark. Zaczęła się wierzgać, widząc jak oddala się od Brokuła. Przed sobą dostrzegła swoją mamę, która podniosła białego kocura i zaczęła wylizywać jego rozczochrane futro. Sama po chwili została odstawiona na podłoże.
— Brukselko, Brokule! Musicie bardziej uważać, gdy się ze sobą bawicie. Nie chcemy tu żadnego poszkodowanego kociaka! — stwierdził Pokrzywowy Wąs. Liliowa kotka otrzepała swoje futerko i pokazała język swojemu bratu, który siedział na przeciwko.
— Brukselko, czy dalej chcesz słuchać opowieści? — spytał niebieski kocur, ponieważ nie udało mu się dokończyć opowiadania o Płonącej Duszy i innych jego bliskich. Kotka zrobiła wielkie oczy.
— Ach, no tak! Oczywiście, że chcę! — odparła, odwracając się w stronę swojego taty. Pokrzywowy Wąs nie zaczął jeszcze opowiadać, a znowu pojawił się tu Brokuł. Liliowa spojrzała na niego z ukosa, lekko podejrzliwym wzrokiem.
— O czym rozmawiacie! Ja też chcę! — stwierdził.
— Nie! To nie rozmowa dla takich małych kleszczy jak ty! — mruknęła, ale nie zdążyła powiedzieć niczego więcej, ponieważ przerwał jej niebieski wojownik.
— Oczywiście, że tak. A ty, Brukselko, masz być milsza dla brata, w końcu nic ci nie zrobił! — miauknął.
— Pfff
— Ugryzł mnie w łapę! — westchnęła. Na jej pysku zagościło oburzenie, ale tata tylko pokręcił głową i nie skomentował zachowania córki.
— To chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o twoich przodkach czy nie? — spytał w końcu. Brukselka niechętnie pokiwała głową.
— No więc… Płonąca Dusza jest wojowniczką Klanu Wilka, a także moją mamą i waszą babcią. Ma ona buro-rude i bardzo puchate futro! Posiada też żółte oczy, na pewno będziecie mieli okazję ją kiedyś poznać! Jej mamą była natomiast Gawroni Lot, a ojciec nazywał się Krzaczasty Szczyt, ale niestety oboje już nie żyją… — mruknął. Jego pysk stał się poważny, ale to chyba tylko z szacunku do zmarłych.
“Ciekawe czy miał okazję ich poznać…” pomyślała. Pewnie zmarli długo przed jej narodzinami. Przez chwilę kotka powstrzymywała się od pytań, ale jednak ciekawość była silniejsza.
— Miałeś kiedyś okazję z nimi porozmawiać? — spytała w końcu. Pokrzywowy Wąs znowu się zamyślił.
— Nie wiem. Może? Ale raczej nie byli nieodłączną częścią mojego życia, jeśli kiedykolwiek udało mi się ich spotkać… — mruknął trochę zawstydzony faktem, że nie pamięta wiele z przeszłości. Po jakimś czasie kocur nabrał w płuca powietrze i kontynuował.
— Moim ojcem jest Gronostajowy Taniec, który tak samo jak Płonąca Dusza ma się świetnie. Także jest wojownikiem Klanu Wilka i może wam go przedstawię, jak tylko uda mi się go spotkać gdzieś po drodze i akurat będzie wolny — wyjaśnił.
— Ma kremowe, pręgowane futro i zielone oczy. Jego rodziców nie pamiętam, chyba byli jakimiś samotnikami — przyznał. Brukselka przez chwilę analizowała jego słowa, a gdy te już dotarły jej do głowy zaczęła się śmiać.
“Mam więcej przodków samotników! Mam więcej przodków samotników!” pomyślała z ogromną radością. Ucieczka z klanu była jej przeznaczona jeszcze zanim się urodziła, no i wszystko jasne!
— Mów dalej! — pośpieszyła ojca, licząc na poznanie więcej samotniczych korzeni. Pokrzywowy Wąs pokiwał głową, nieco zdziwiony taką ekscytacją ze strony Brukselki. W końcu jego rodzina nie była jakaś wyjątkowa, nie osiągnęła wielu rzeczy… ale tak czy siak, to prawda, jest bardzo ważna.
— No dobrze, już dobrze. Innych swoich przodków nie znam, ale miałem jeszcze siostrę — wyznał.
— Miałeś? A co się z nią stało? — zapytał Brokuł. Liliowa kotka postawiła uszy i spojrzała na brata.
“A, no tak. Zapomniałam, że on tu siedzi” westchnęła.
— Ona… zniknęła. Odeszła z Klanu Wilka, nie wiem gdzie teraz przebywa — mruknął. Jego głos był neutralny, pysk także nie wykazywał żadnej konkretnej emocji. Czy był w żałobie, czy może nie interesowały go losy siostry?
— Szkoda — odezwał się biały kocurek. Przez moment wszystkie trzy koty siedziały w milczeniu, dopóki Brokuł nie otworzył szeroko pyszczka i ziewnął. Brukselka rozejrzała się po żłobku i dostrzegła śpiącą Kalafior, która niedawno bawiła się z młodszym kocurkiem.
— Brokule, może chcesz już iść do mamy? Na pewno was obojga wykończyła ta zabawa! — zaproponowała, chcąc się już pozbyć swojego brata. Biały kocur najpierw protestował, mamrocząc coś pod nosem, ale ostatecznie się zgodził. Brukselka popchnęła go nosem i odprowadziła pod ogon rodzicielki.
— Dobranoc — miauknęła sztucznie. Zmęczony kociak ułożył się w kulkę obok swojej mamusi i brata i szybko zasnął. Liliowa uśmiechnęła się i z dumą wróciła znowu do ojca.
— Masz mi jeszcze coś do opowiedzenia? — spytała niebieskiego kocura, który na jej słowa pokręcił głową na boki.
— To chyba wszystko. Więcej rodzeństwa nie miałem, no i dalszej rodziny już nie kojarzę. A teraz muszę już zmykać, bo obowiązki mnie wzywają. Wieczorna Gwiazda chyba wybrała mnie na patrol, jeśli dobrze kojarzę — odparł i wstał z miejsca, aby opuścić żłobek.
— Pa! — zawołała Brukselka.
— Do zobaczenia! — odpowiedział jej ojciec, zanim zniknął jej z pola widzenia.

Event NPC: Pokrzywowy Wąs, Brokuł

Od Pietruszkowej Łapy

Spałam na posłaniu… a raczej połowicznie na nim spałam. Moja głowa zwisała bezwładnie z mchu, opierając się o zimną podłogę. Reszta mojego ciała ledwo trzymała się na skraju posłania. W końcu poruszyłam się na tyle gwałtownie, że całkowicie ześlizgnęłam się z legowiska, spadając na ziemię. Obudziłam się i rozejrzałam zdezorientowana. Wszyscy uczniowie jeszcze spali, jednak w obozie było słychać odgłosy łap. Wojownicy wychodzili na patrole! Ziewając, wygramoliłam się ze szczeliny uczniów i usiadłam przed nią. Spojrzałam w stronę wyjścia z obozu, szybko zauważając, że słońce nadal nie wstało. Zaskoczona tym, że tak szybko się obudziłam, rozpoczęłam pielęgnację futra.
Gdy sięgałam językiem do pleców, poczułam znajomy słodki zapach. Melodyjny Trel właśnie dreptała w moją stronę. Spojrzałam na nią, uśmiechając się ciepło. Jasno-szylkretowa kocica w końcu dotarła do mnie.
— Witaj, Pietruszkowa Łapo. W końcu wyzdrowiałaś, więc możemy wrócić do treningów. Dzisiaj zaczniemy od czegoś ważnego, ale nie będziemy za dużo biegać — oznajmiła i od razu obróciła się na pięcie, idąc kłusem do wyjścia z jaskini.
Szybko ruszyłam za nią, starając się jej nie wyprzedzać, co było łatwym zadaniem, patrząc na jej krótkie łapki. Wyszłyśmy tuż za patrolem, jednak szybko się od niego oddzieliłyśmy.
Ostrożnie stawiając łapy, przeszłyśmy nad przepaścią, a następnie zeszłyśmy w dół do wody. Zastanawiałam się, co będziemy dzisiaj robić i po co nam woda. Melodyjny Trel rozglądała się uważnie, aż w końcu wskoczyła do wody i po chwili rzuciła mi pod łapy kraba. No tak! Polowanie na kraby! Nie było to najprostsze, ale potrzebne.
— Polowanie na kraby nie jest takie trudne. Uciekają, widząc cień nad sobą lub zbliżającego się drapieżnika. Trzeba szybko reagować i łapać je za pancerz. Uzyskanie z nich pożywienia jednak nie jest proste. Spójrz, jak ja to robię — wyjaśniła, po czym przewróciła kraba na plecy. Chwyciła duży płaski kamień i wsadziła go w szczelinę między grzbietem a brzuchem zwierzęcia. Dopiero wtedy dostrzegłam, że pancerz kraba składa się z dwóch części i jedną z nich trzeba podważyć! Moja mentorka szybkim ruchem otworzyła kraba i pokazała mi jego wnętrze. Nie wyglądało to apetycznie, więc zmarszczyłam nos z obrzydzeniem. Szylkretowa kocica zerknęła na mnie i prychnęła rozbawiona pod nosem.
— Zabierzemy to do klanu. Teraz twoja kolej. Dobrze polujesz, więc złapanie kraba nie powinno być trudne — miauknęła, patrząc na mnie wyzywająco.
Przełknęłam ślinę i zaczęłam wypatrywać poruszeń w wodzie. Dostrzegłam kamienie! Idealne miejsce na ukrycie się. Zbliżyłam się do kamieni i zaczęłam węszyć. Kraby miały specyficzny wodnisty zapach. Pomimo, że słońce dopiero wschodziło, starałam się zachowywać tak, jakby było w zenicie, aby później łatwiej było mi polować w dzień! Przymknęłam oczy i nastawiłam uszy, szukając jakiegoś szelestu. W oddali wyczułam nornicę, ale to nie ona była moim celem. Gdy tylko usłyszałam stukot odnóży o kamienie, zamarłam i otworzyłam pomarańczowe oczy. Rozejrzałam się i dostrzegłam kraba. Wynurzał się zza skał. Przykucnęłam i pomału zbliżałam się do skorupiaka. W końcu wyskoczyłam do przodu i chwyciłam kraba za pancerz. Prawie wyślizgnął mi się spomiędzy zębów, ale udało mi się rzucić go na ziemię i przewrócić na grzbiet. Moja mentorka w tym czasie obserwowała mnie, co jakiś czas przejeżdżając językiem po futerku. Złapałam płaski kamień i wsadziłam go w to samo miejsce, co wcześniej Melodyjny Trel. Za pomocą łap udało mi się otworzyć kraba! Byłam z siebie bardzo dumna!
— Dobrze ci poszło. Nie będziemy dłużej tu siedzieć. Otwarcie krabów nie jest aż tak trudne, jak może się wydawać. Dzisiaj jeszcze nauczę cię wspinać się na drzewa. I zapolujemy. Nie jestem pewna, czy zdążymy przed największym upałem, więc musimy przyspieszyć — oznajmiła, po czym schowała kraby pod piaskiem i kamieniami. — Prowadź do najbliższego lasu. Pamiętasz nasze tereny?
— Oczywiście! — miauknęłam pewnie i rozejrzałam się dookoła. Strzepnęłam piach z ucha, po czym ruszyłam do góry biegiem. Szybko jednak zwolniłam, by mentorka mogła mnie dogonić. Kłusem podreptałam w stronę lasu, obok którego znajdowała się studnia.
Zbliżając się do drzew, moje prawe ucho zatrzepotało na dźwięk szelestu. Odwróciłam głowę i między liśćmi dostrzegłam stworzonko o burej sierści. Zerknęłam na mentorkę pytająco, a ta kiwnęła głową. Uśmiechnęłam się, zachwycona, że mogę pokazać swoje umiejętności łowieckie. Zbliżyłam się do gryzonia ukrytego w zaroślach, wybiłam się na tylnych łapach i chwyciłam ryjówkę. Podniosłam triumfalnie głowę i zakopałam gryzonia, po czym kontynuowałam podróż do lasu.
***
W samym środku boru Melodyjny Trel podeszła do jednego z drzew, jakby sprawdzając, czy nadaje się do wspinaczki.
— Dobrze, zacznijmy. Ja niestety mam problemy ze wspinaczką z powodu krótkich łap, ciężko mi podskakiwać. Jednak znam bardzo dobrze teorię! W łapach masz pazur z boku, który pomaga ci się chwytać kory. Wchodząc na drzewo, odpychasz się tylnymi łapami, a przednimi chwytasz. Pazury muszą być wysunięte cały czas. Balansujesz ciałem i ogonem. Gdy chcesz wejść na gałąź, musisz wspiąć się delikatnie wyżej niż ona i na nią zeskoczyć. Zejście jest trudniejsze. Możesz schodzić tyłem, puszczając się przednimi łapami i ześlizgując z kory, albo po prostu zeskakiwać z gałęzi. Jednak nie zawsze jest to dobry pomysł. Na tym drzewie gałęzie są niskie, więc nie musisz wspinać się wysoko — wyjaśniła i wzięła wdech, po czym usiadła, wskazując głową na drzewo, zachęcając mnie do spróbowania.
Spojrzałam zmieszana na dużą roślinę, jednak szybko nabrałam pewności siebie. Skakanie wychodziło mi z łatwością! Podeszłam do pnia, wysunęłam pazury i skoczyłam, chwytając się drzewa. Czułam się bardzo dziwnie, tak wisząc. Machałam ogonem na boki, by tylko nie spaść. Sama nie wiedziałam czemu, ale obawiałam się poruszyć. Nie wisiałam wysoko nad ziemią, a jednak czułam niepokój. Po kilku wdechach i wydechach odbiłam się tylnymi łapami, jednocześnie chowając przednie pazury. Wyskoczyłam wzdłuż pnia i znów chwyciłam się drzewa czterema łapami. Postawiłam uszy, zaskoczona udaną akcją. Krew w żyłach zaczęła płynąć mi szybciej i dudnić w uszach. Zagryzłam zęby i wspięłam się jeszcze wyżej, na najbliższą gałąź, na której przysiadłam. Chwilę się pobujałam, po czym zaczęłam obserwować wszystko z góry. Melodyjny Trel spojrzała na mnie z dumą, a ja zastanawiałam się, jak teraz zejść. Mogłam zeskoczyć albo zejść tyłem. Przełknęłam ślinę i wróciłam na pień. Zejście w dół zdawało się straszniejsze niż wspinaczka w górę. Moje próby ześlizgnięcia się skończyły się na tym, że zleciałam z pnia. Moje ciało szybko jednak odwróciło się tak, że bezpiecznie wylądowałam na czterech łapach. Przez całe moje ciało przeszedł dreszcz, a futro podniosło się wysoko do góry. Melodyjny Trel podeszła do mnie i liznęła po barku.
— Dobrze ci poszło. A teraz znów to samo! Musisz ćwiczyć, by wchodzenie było szybkie i płynne. Schodzenie aż tak ważne nie jest. Podczas walki, ucieczki czy polowania warto umieć czmychnąć na drzewo — oznajmiła i usiadła, znów patrząc na drzewo, dając mi znać, że nie ma na co czekać.
***
W końcu, po wielu wejściach i zejściach, zakończyłyśmy trening. Siedziałam zdyszana, nie mając sił się ruszyć. Ciągłe wspinanie się na różne drzewa, a potem schodzenie z nich, nieźle dało mi w kość. Raz nawet udało mi się przeskoczyć z jednego drzewa na drugie! Jednak nad tym musiałam jeszcze popracować. Na razie wspinaczka szła mi bardzo sprawnie, ale schodzenie nadal było trochę niezgrabne — wolałam zeskakiwać z gałęzi niż schodzić tyłem.
— Możemy wracać do obozu. Po drodze zabierzmy ryjówkę i kraby. Resztę dnia masz wolną. Wieczorem jednak wyruszymy na patrol z innymi — miauknęła spokojnie i ruszyła w stronę obozu.
***
Obie wróciłyśmy do obozu i odłożyłyśmy zdobycz na stos. Dumnie kroczyłam z krabem i ryjówką w pyszczku, tak by każdy kot mógł to zobaczyć! Oczywiście najbliższemu mi kocurowi to nie umknęło. Liliowy wojownik otarł się o mnie i zaczął myć moje futerko.
— Tato! Układałam już futerko! — pisnęłam, próbując wyślizgnąć się z uścisku ojca.
— No już dobrze! Po prostu moja córeczka jest taka duża i już tak świetnie poluje! — miauknął liliowy kocur, ocierając łzy dumy. — Chcesz ze mną zjeść? — zaproponował nagle Bławatkowy Wschód, po czym wyjął ze stosu zająca i, nie czekając na moją odpowiedź, podreptał na półki wojowników. Bez zgody starszych uczniowie nie powinni wchodzić w te miejsca, więc czułam się wyjątkowo, mogąc spoglądać na całą jaskinię z góry. Przysiadłam w pozycji chlebka i czekałam na swoją kolej przy posiłku. Ojciec wziął kawałek zająca, po czym przesunął go w moją stronę.
— Pietruszkowa Łapo, jak mijają ci treningi? Dziś to twój pierwszy od kiedy wyzdrowiałaś, dobrze się już czujesz, prawda? — zapytał mnie z troską. Uśmiechnęłam się do niego i połknęłam kawałek zwierzyny.
— Jest dobrze! Niestety długo jeszcze nie będę mianowana na wojowniczkę, ale Melodyjny Trel nie straciła do mnie zapału i nadal dzielnie mnie szkoli! Dziś uczyłam się otwierać kraby i wspinać na drzewa. A wieczorem mam iść na patrol! — miauknęłam podekscytowana, potrząsając wąsami.
— Cieszę się, że wszystko u ciebie dobrze. Porozmawiaj też czasem z bratem. Odkąd zostaliście uczniami, prawie nie rozmawiacie — mruknął do mnie. Ja jedynie westchnęłam. Nigdy nie przepadałam za Mroźną Łapą. Mimo, że był moim bratem, nie czułam, by cokolwiek nas łączyło.
— Jasne… porozmawiam z nim, jak go gdzieś złapię — zamruczałam, spoglądając na tatę i uśmiechając się niepewnie.
***
Po miłym posiłku i pogawędce z tatą w końcu byłam wolna! Od razu wróciłam do legowiska i padłam na posłanie, zmęczona. Zanim zasnęłam, zerknęłam jeszcze w stronę grupki uczniów. Rozmawiali i dobrze się bawili. Trochę im tego zazdrościłam. Westchnęłam, oparłam pysk na przednich łapach i zamknęłam oczy. Musiałam nabrać energii na wieczorny patrol!

[1500 słów + otwieranie krabów, wspinaczka na drzewa]

[przyznano 30% +5% +5%]

Wykorzystane NPC: Melodyjny Trel, Bławatkowy Wschód

Od Mandarynkowego Pióra

Przed śmiercią Księżycowego Blasku
Jej kuzynka wymyśliła sobie ogród. Czemu? A kto ją tam wie! Jedyne co aktualnie wiedziała to to, że miała rano iść na poranny patrol w poszukiwaniu nasion. Obudziła się więc wcześnie (niewyspana oczywiście) i poszła za legowisko wojowników ułożyć sobie futro. Wpatrywała się w wodę otaczającą obóz. Tutaj akurat się nie bała co może być w środku, gdyż woda była płytka i w miarę przejrzysta. Zobaczyła na wodzie unoszące się pióro skowronka. Westchnęła. Nie. Teraz jest nowa era w jej życiu. Ta, w której zacznie rodzinę. Obok niej leżał bursztyn. Pewnie któryś z kolekcjonerów nie dopilnował swojego skarbu ze zgromadzenia i wyleciał aż tutaj. Wzięła mieniący się w słońcu kamyczek. Teraz był jej.
***
Wyszła z obozu z Różaną Wonią, Księżycowym Blaskiem i Ryjówkowym Urokiem. Patrolem przewodziła oczywiście medyczka, gdyż żadna z nich nie znała się na ziołach. Wiedza Mandarynki o medykamentach kończyła się na tym jak wyglądają maki i to że jak zje się ich ziarna to się zasypia. Nie sądziła, że taka na przykład Ryjówkowy Urok wiedziała więcej. Jak dla niej powinni kotkę przenieść do starszyzny. I tak już nic nie robiła.
***
Wróciły do obozu jakiś czas później z kilkoma nasionami i satysfakcją Róży.

Od Syczkowego Szeptu

Matka zawsze była z nimi transparentna. 
Nie tylko zawsze opowiadała o swojej wierze, choć musiała robić to w większym czy mniejszym sekrecie. Nie ukrywała też, jakie było ich przeznaczenie. Jaka była ich przyszłość. Jaka była ich powinność. Jaka decyzja stała przed nimi... A właściwie, nie decyzja, a obowiązek. Gdyby tylko wybrał jakąkolwiek inną ścieżkę, niż tą postawioną przed nim jeszcze przed samymi jego narodzinami, straciłby prawie wszystko, co teraz miał, a to brzmiało jak najgorszy koszmar.
Złoty zawsze odpychał od siebie myśl, że w końcu przyjdzie czas i na niego. Starał się nie myśleć o zbliżającym się nieuchronnie momencie, w którym straci ucho i wraz z tym dołączy do czegoś tak mistycznego jak kult. To brzmiało jak kawałek historyjki, którą straszyło się kocięta... Chciałby, żeby tak było. Od chwili, w której został wojownikiem, Syczkowy Szept nieustannie się bał. Rozmyślał. Zastanawiał, dlaczego różnił się tak bardzo od reszty. Widział gorliwą wiarę Zarannej Zjawy, podobnie jak i Polnej Łapy. O Zalotnej Krasopani wiele nie wiedział, bał się zapytać. Miał jednak pewność co do siebie – nie wyznawał Mrocznej Puszczy.
Nawet, gdyby tego chciał. Przekonywał się, że powinien, to była wiara jego rodziny, przekazywana z pokolenia na pokolenie od długich, nieprzerwanych księżyców. Byli w niej sami lojalni członkowie kultu, gotowi zabić, a także oddać i swoje życie w imię jego dobra. I to... przerażało go. Nie potrafił uwierzyć. Syczek nigdy nie pragnął potęgi, jaką oferowała bezgwiezdna ścieżka. Nie chciał przelewać krwi bez względu na to, do kogo należała. Chociaż opowiadano mu o tym od narodzin, nigdy nie był w stanie podziwiać tego miejsca i kotów ze zbrukanymi pazurami. Po prostu... nie. 
Na dodatek nigdy tajemniczy omen, jaki zobaczył zamiast odbicia w jeziornej tafli, nigdy nie opuścił jego umysłu. Co jakiś czas przypominał sobie o migoczących pod powierzchnią wody iskrach, układających się w kształty kocich pysków. Choć upływały księżyce, nadal nie był pewien, co to wszystko mogło znaczyć. Wiedział jedynie, że była to sprawka gwiezdnych, a to wcale nie było pocieszające.
Czuł pewnego rodzaju... Wstyd. Wstydził się swojego braku wiary. Chciał być taki, jak Zaranna Zjawa, wpatrzony w Bezgwiezdną Ziemię jak w boga, w którym jego matka znajdowała oparcie. Był już wystarczająco inny od reszty kotów. Czy musiał nie pasować do nich pod każdym możliwym względem? Dlaczego los musiał wybrać ze wszystkich kotów akurat jego?
Nie rozumiał. Nie sądził, że kiedykolwiek zrozumie.
— A wtedy Sałatkowa Łapa powiedziała mu... czekaj, jak to ona powiedziała... A, tak! "Zamknij się w końcu, stary dziadzie, bo nic do dyskusji nie wnosisz". Cały patrol zamilkł, łącznie z nim, dasz wiarę? Czasem jak ona coś powie... — zachichotała Iskrząca Łapa, kończąc opowiadaną przez nią długi czas historię, której większości zupełnie nie pamiętał, zbyt zajęty rozmyślaniami. — Hej, Syczek, ty żyjesz? — zwróciła się w jego stronę, zauważając jego wgapienie w daleką oddal, zamiast w rozmówczynię.
— Tak! Tak — odparł, podskakując na dźwięk swojego imienia. Znowu to samo... Znów odpływał w chwilach, w których powinien być skupiony. Ostatnio zdarzało mu się to jeszcze częściej niż zazwyczaj. Nie był pewien, czy powinien się tym specjalnie przejmować... Może to tylko wina stresu...
— Ach, tak? To o czym mówiłam? — zapytała, uśmiechając się złośliwie. 
— Uch... O Sałatkowej Łapie jak powiedziała do rozsądku temu... no temu, wiesz któremu — plątał się w słowach, próbując nie wyjść na zupełnego kretyna. Iskrząca Łapa zaśmiała się, obserwując jego próby.
— No, prawie — mruknęła z uśmiechem.