BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 listopada 2024

Od Ryś (Rysiej Łapy)

— Jestem gotowa! — mruknęłam. — Albo jednak nie?... — pisnęłam. W Klanie Wilka przechodzi się coś w ramach inicjacji? Nie byłam pewna co to, ale wystarczyło na noc zostać w lesie! Bałam się bycia samej w tym ciemnym skupisku drzew!
— Gotowa córeczko? — usłyszałam głos mamy. Wyjrzałam zza żłobka i ujrzałam kotkę, a przy niej stała Skarabeusz. Kiwnęłam głową, nadal nie byłam pewna. Czy serio każdy kot przeszedł taką inicjację? Matka prowadziła mnie w kierunku wyjścia z obozu.
— Mamusiu, musimy? — jęknęłam. Szylkretowe futro musnęło mnie po moim. Po chyba oznaczało ''tak''. Kiedy wyszłam z obozu, czułam ciepły grunt pod łapami. Niepewnie stawiałam kroki po nasłonecznionej ziemi. Noc dopiero się zaczęła, a przede mną było jeszcze dużo czasu. Ciekawe jak inni to przechodzą, albo co się staje z kotem, który wrócił przed? Od razu jak przychodziło mi to na myśl, chciałam wracać do mamy! Z głębi lasu zaczęły dochodzić dziwne dźwięki.
— AAAA! — pisnęłam. Lis? Borsuk!! Sowa, stado złych Topaz kiedy się nie wyśpią? Uh, to nie była pora na myślenie o potworach! Prędko chciałam wskoczyć na drzewo, jednak zapomniałam, że moja skoczność nie jest doskonała. Jednak w mojej głowie ułożył się plan. Wysunęłam pazurki, zaczęłam niezgrabnie wspinać się na drzewo. Prędko wskoczyłam na gałąź i przytuliłam się do niej.
— Nie jestem tchórzem... Nie jestem tchórzem —  wymamrotałam cicho. Powoli zaczęłam ześlizgiwać się z gałęzi.
— Tak, tak złam się jeszcze, ty drewno ty! — pisnęłam.
— Tak dopal mi jeszcze świecie! Ześlij mi tu ptaka, niech mnie porwie! — wymruczałam. Majaczyłam tak jeszcze przed dłuższy czas. Czasami inni widzą w tym problem, na przykład Miodek, przepraszam, Miód! Nie lubię jego zdrobnienia i ogólnie go nie lubię! Jest dziwny i odrażający! Według mnie nie wiem, jak inni z nim wytrzymują! Prawie spadłam, jednak szybko chwyciłam się łapą gałęzi.
— Czemu!!! Meh... Upadek będzie bolesny! — mruknęłam. Kiedy moja łapa nie wytrzymała, spadłam na ziemię, jak szyszka strącona przez wiatr. Nie wstawałam, wolałam tu leżeć. Ciekawe co by się stało, jakby ta gałąź się złamała. Zabiłaby mnie? Fascynujące... "Mmm, ale jestem śpiąca, chyba wstaje słońce! Nie, nie pójdę, ale to tak kusi. Ryś chcesz zostać uczniem, czy nie! Ale co z moją drzemką..." Myślałam. Zmrużyłam oczy i zamknęłam je. I tak przez dłuższą chwilę. Kiedy otworzyłam oczy, już świtało, o nie, czyli zaspałam!? Dobra, dobra czas wracać do domu. Pędziłam, gdzie pieprz rośnie i szukałam zapachu domu. Mhmm czuje zapach Skarabeusz!
***
Jakoś minął dzień, kiedy wróciłam. Jedyne, na co teraz liczyłam to mianowanie. A to nie potrwa długo, skoro wróciłam. Wyspana i rozgrzana przez legowisko wyszłam na polanę. Zgrabnie przeciągnęłam się i czekałam na "zwrot akcji"
— Od dziś będziesz zwana jako Rysia łapa! Uczennica klanu wilka. —  powiedziała liderka. Uh trochę przyspieszyłam czas. Cóż i tak to był dobry dzień!

[448 słów; wspinaczka na drzewo]

[przyznano 9% +5%]

Od Brukselki

Jakiś czas po porodzie

Brukselka siedziała na samiusieńkim środku żłobka, czekając tylko na to, aż ktoś na nią wpadnie. Potrzebowała nieco ruchu i emocji, ale mamusia kazała jej się na chwilę uspokoić i posiedzieć w miejscu. Oczywiście Brukselka bardzo kocha swoją najukochańszą mamusię i zrobi dla niej wszystko, dlatego postanowiła się jej posłuchać. Mama chciała, aby liliowa kotka posiedziała trochę w kącie i się wyciszyła, ale tym razem kotka zawzięcie się z nią spierała, dlatego poszły na kompromis, a Bruksela mogła spokojnie zasiąść sobie w najbardziej obleganym miejscu w całym żłobku. Z początku po prostu siedziała zgarbiona i grzebała coś pazurkiem po ziemi, ale w końcu taka aktywność jej się znudziła. Cała okolica wokół niej była już rozgrzebana, a z zadrapań nie dało się niczego wyczytać. Kotka starała się narysować portret Kalafior, a także Brokuła oraz Koperka, ale każdy z nich co jakiś czas się poruszał, co bardzo irytowało młodą kotkę. Miała ochotę po nich krzyczeć, ale za każdym razem gdy tylko otwierała pyszczek, jej matka piorunowała ją wzrokiem, a po tym kotce uciekały słowa. W pewnym momencie podniosła się z miejsca i chwilę tak stała, patrząc się na białe futro jej bliskiej.
— Dlaczego tak stoisz? — Kalafior spytała w pewnym momencie, gdy zachowanie Brukselki zaczęło robić się z lekka niepokojące.
— Brukselko, nigdzie się stąd nie ruszasz. W ciągu ostatnich dni już za dużo nabroiłaś — stwierdziła jej matka, ale liliowa kotka ani drgnęła. Po prostu stała i mrugała co jakiś czas swoimi żółtymi oczętami. W pewnym momencie karmicielka po prostu westchnęła i przejechała sobie łapą po pysku. Zaczęła deptać i mościć swoje posłanie, aby następnie przeciągle ziewnąć i zawinąć się w kłębek.
— Brukselko, jeśli znowu obudzi mnie twoja kłótnia z innym kociakiem… — mruknęła tylko, ale nie zdążyła dokończyć. Zaczęła mamrotać coś pod nosem, ale Brukselce nie udało się tego rozszyfrować. Przekręciła głowę ze zdziwieniem i jeszcze przez chwilę obserwowała mamę, która oddawała się teraz w objęcia snu. Gdy okolica była już czysta, kotka zaczęła w podskokach gnać do przodu. Kierowała się w stronę ostatniego zwierzątka, jakie przyniósł tu Pokrzywowy Wąs - czyli jej tata. Często dawał mamie takie podarunki, ale ona rzadko z nich korzystała, ponieważ najczęściej podbierała jej je właśnie Brukselka. Liliowa kotka uwielbiała się nimi bawić i zdobić nimi swoje futro. Wolała używać do tego różnych płatków kwiatów albo piór, bo ze skórami były większe problemy, ale za to jakie efekty! Kotka mogła pochwalić się tym, że wygląda dobrze, ale później jej mama musiała dokładnie wylizać jej futerko z wszelkich organicznych pozostałości. Tak czy siak, było warto.
Brukselka złapała kiełkami skórę z myszy, która leżała nieopodal posłania Kalafiora i zaczęła iść tyłem, ciągnąc za sobą swoją zdobycz, jednak gdy przechodziła obok swojej mamy, ona nagle gwałtownie się poruszyła, przez co kotka zamarła w bezruchu i upuściła oskubaną mysz. Nagle liliowa koteczka dostrzegła niebieskie oko swojej mamy, które wpatrywało się w nią ze zdziwieniem.
— Co ty wyprawiasz? — wymamrotała. Jej głos był nieco zniekształcony, ponieważ pysk trzymała przyciśnięty do ściany posłania. Brukselka wyprostowała się, a na jej licu pojawił się typowy dla niej zadziorny uśmiech.
— Nic wielkiego, droga mamo! Nie musisz się martwić! — odparła, przewracając oczami. Nie czekając na dalszą reakcję swojej rodzicielki, pochwyciła skórkę w zęby i zaczęła podążać z nią do swojego poprzedniego miejsca. Poznała je po tym, że było to równiutkie kółko wokół otoczone licznymi śladami pazurków. Z wielką dumą ponownie zasiadła na tym miejscu, kładąc swoją zdobycz na ziemi.
“Teraz tylko muszę wymyślić jak to na siebie włożyć!” pomyślała. Już nie pierwszy raz miała okazję przyozdobić się takim okazem, ale każdy z nich bez zawahania był wyjątkowy i wymagał innego podejścia, które oczywiście Brukselka za każdym razem potrafiła wymyślić. Takie zabawy zajmowały jej łapy i umysł na jakiś czas, przez co każdy w żłobku miał okazję odpocząć od jej nieustannego ględzenia. Brak głosu tej koteczki w obozie był jak miód dla uszu.
Brukselka przykucnęła, węsząc skórę i oglądając ją z każdej możliwej strony. Łapami łapała za nogi myszy i podnosiła je do góry, chcąc stwierdzić, czy dadzą radę objąć koteczkę, aby cała reszta się z niej nie ześlizgnęła. Zachowywała się teraz jak prawdziwy mistrz w tej dziedzinie, chociaż była jeszcze naprawdę bardzo młoda! Sprzyjał jej fakt, że w swoich kończynach posiadała ogromną siłę, która pomagała jej sprawnie podtrzymywać takie podarunki z drobnych zwierzątek. Gdyby jej łapy były chude i słabe, najpewniej zaczęłyby się załamywać pod ciężarem tych wszystkich wymyślnych ozdób. W pewnym momencie Brukselce udało się w końcu rozgryźć skórę, którą szybko wzięła do pyska i zamachnęła się, wrzucając ją na swoje plecy. Przez takie gwałtowne uderzenie mimo własnej woli nieco się schyliła. Szybko jednak powstała na wszystkie cztery łapy i zaczęła jeszcze poprawiać swoje akcesorium, aby po jakimś czasie móc stwierdzić, że leży na niej jak ulał i jest gotowa zaprezentować je swojej mamie. Bardzo dumnym i fikuśnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę Kalafiora. Głowę miała uniesioną do góry, a brodę zadartą. Stąpała wyjątkowo głośno, ponieważ chciała, aby każdy zwrócił na nią swoją uwagę.
— Mamo, zobacz! — krzyknęła, podchodząc do posłania swojej mamci. Biała kotka sennie otworzyła oczy i spojrzała na swoją córkę.
— Wyglądasz ślicznie — rzuciła krótko, po czym usiadła i ziewnęła. Brukselka zaczęła pokazywać się przed Kalafiorem z każdej strony, prezentując jej przeróżne i eleganckie pozy, jak na prawdziwym wybiegu!
— No dobrze, ściągaj już to z siebie. Muszę cię teraz dokładnie umyć, póki znowu nie zasnę — mruknęła po chwili. Brukselka bez zastanowienia zrzuciła z siebie swój strój i odsunęła go na bok, po czym podeszła do mamy. Poczuła jej szorstki, lecz ciepły język na swojej główce, nie mogła się powstrzymać od wydania pomruku zadowolenia. Kochała broić i ciągle być w centrum uwagi wielu kotów, ale siedzenie czując ciepło mamy też było całkiem fajne, byle nie trwało za długo!

Minęło trochę czasu, a Brukselka zaczęła się już niecierpliwić. Jej ogon zamiatał podłogę, a kotka stukała pazurem o ziemię.
— Już wystarczy! Chcę iść się bawić! — mruknęła, wydostając się spod objęcia swojej matki i ponownie wybiegając na środek żłobka.
— Dobrze, tylko uważaj na siebie i innych — odpowiedziała jej matka, po czym ponownie ułożyła się do snu.
“Ach, moja kochana mama! Wiecznie musi się użerać z Brokułem i Koperkiem!” pomyślała. Stała teraz w miejscu zamyślona. Nawet nie zauważyła momentu, w którym energiczny kocurek o białym futrze zaczął pędzić w jej stronę. Nie zdążyła zrobić uniku, poczuła jak biała kula uderza w jej bok i powala ją na ziemię. Brukselka wraz z Brokułem zaczęli toczyć się po podłożu wzbijając kurz i piach w powietrze. Młoda kotka gdy tylko uwolniła się z łap swojego brata zaczęła kaszleć, próbując się pozbyć okruchów w swoim pysku.
— Chory jesteś! — krzyknęła do ucha swojego brata. Zauważyła, że był on nieco przygłuchy, dlatego zawsze starała się ryknąć mu do ucha. Sama nie wiedziała, czy robi to dlatego, żeby ją usłyszał, czy dlatego, że chce mu uprzykrzyć życie. Biały kocurek stanął przed nią i się otrzepał. Na jego pysku zagościł uśmiech.
— Brukselko! — usłyszała w odpowiedzi. Zdziwiła się na jego słowa, po czym spoważniała i pokiwała głową z pełną powagą.
— Tak, to moje imię — mruknęła, przewracając oczami. Jej brat zaczął krążyć wokół niej. Jego kroki były radosne i skoczne, a kocur nucił coś pod nosem. Jego zachowanie sprawiło, że na licu liliowej kotki wkradł się uśmiech. Próbowała zakryć go łapą, ale zaczęła śmiać się na cały obóz.
— Przestań już, przestań! Nie wydurniaj się! — zawołała z łamiącym się od chichotu głosem, ale Brokuł nie zareagował. Jeszcze przez chwilę cętkowana kotka przyglądała się jego poczynaniom, ale w pewnym momencie wyciągnęła do przodu swoją silną łapę. Biały kocur uderzył w nią i nieco się zawahał, po czym usiadł ciężko na ziemi.
— No ej! — kocur krzyknął, spoglądając na swoją siostrę.
— No co? — odpowiedziała mu, unosząc jedną brew do góry. Młodzik wstał na cztery łapy i szybko podszedł pod jej pyszczek. Właściwie teraz kotka zauważyła, że Brokuł był od niej niższy prawie o głowę!
— Czy ciebie w ogóle karmią? Wyglądasz jak najdrobniejszy wróbelek ze stosu! — miauknęła do niego.
— Nie nazywaj mnie tak! — odburknął jej, po czym odwrócił się na pięcie i naburmuszony zaczął iść do przodu. Brukselka stała jak słup soli jeszcze przez moment, ale potem dorównała mu kroku.
— Nic takiego ci nie powiedziałam! — uparła się. Brokuł rzucił na nią okiem, ale szybko podniósł głowę i zmrużył swoje ślepia, aby pokazać siostrze, że jest obrażony. Brukselka zatrzymała się w miejscu, ponieważ ściana żłobka zaczęła się do nich coraz bardziej przybliżać. Chciała zawołać białego kocura, ale nie zdążyła. Kocurek uderzył głową o twardą konstrukcję zrobioną z patyków i odskoczył od niej jak poparzony. Szybko do niego podbiegła i zaczęła oglądać go z każdej strony, czy przypadkiem nigdzie się nie zranił.
— Brokule, uważaj! Już trzeci raz się wywracasz w przeciągu chwili! — westchnęła, na co kociak pokiwał jej głową.
— Chcę już do mamy! — stwierdził po jakimś czasie i razem zaczęli zmierzać w jej stronę.
— To pa, Brokule. Pobawimy się innym razem, jak będziesz ostrożniejszy! — krzyknęła w jego stronę. Kocur zaczął się od niej oddalać, aż w końcu ułożył się obok Kalafiora i zaczął drzemać.

* * *

Był już późny wieczór, słońce chowało się już za horyzontem. Niebo na dole było jeszcze różowe, ale na górze pojawiał się granatowy kolor. Brukselka leżała na wejściu do żłobka i obserwowała ptaki latające na niebie.
“Jak fajnie byłoby być ptakiem! Latać, być wolnym!” pomyślała. Właśnie wtedy usłyszała jak ktoś stąpa tuż za nią. Gwałtownie odwróciła głowę, tylko po to, aby napotkać Kalafior.
— Mama! — krzyknęła, wstając na równe łapy i biegnąc do białej kotki. Otarła się o jej łapy, po czym niezgrabnie usiadła.
— Jak się dziś czujesz moja mała brukselko? — spytała, wygładzając kotce futro.
— Dobrze! I niebo jest dziś wyjątkowo piękne… no i latają ptaki! — mruknęła z ekscytacją. Na sekundę zapadła cisza.
— Lubisz ptaki? Są takie wolne. Wyglądają jakby nie miały żadnych trosk gdy tak szybują po niebie! Mamo, chciałabyś być wolna jak te ptaki? — spytała. Kalafior wyglądała na zamyśloną.
— Nie masz klanowego imienia, mamusiu. Pokrzywowy Wąs coś mi o nich mówił, a twoje brzmi Kalafior, a nie… na przykład… Kalafiorowe Skrzydło! — miauknęła. Nigdy wcześniej mama nie wspominała jej o swojej przeszłości, a Brukselka bardzo chciałaby ją poznać. Bardziej niż cokolwiek innego na świecie! Biała kotka uśmiechnęła się i spojrzała na wyjście ze żłobka z rozmarzonymi oczami.
— Brukselko… — zaczęła.
— Jeszcze do niedawna byłam samotniczką. Ale później poznałam twojego ojca — dodała. W oczach liliowej kotki pojawiła się iskierka.
“Teraz już rozumiem!” pomyślała, zaczynając się wiercić. Chciała powiedzieć mamie, że w takim razie powinny się stąd razem zabrać i uciec, ale postanowiła poczekać. Najpierw chciała usłyszeć resztę historii.
— Pewnego dnia wrona ukradła mi moją skarpetkę, którą mam na ogonie — mruknęła. Brukselka wychyliła głowę, aby po raz kolejny dostrzec jasny skrawek materiału.
— Jest bardzo ładna! A co było dalej? — spytała. Na pysku Kalafiora pojawił się uśmiech.
— Wtedy niebiosa zesłały mi niebieskiego kocura, który wyrwał moją zgubę z dzioba tej złodziejki — zaśmiała się, przypominając sobie ten dzień.
— Nasza rozmowa nie była od razu taka swobodna, jak by się mogło wydawać, ale jakoś brnęła dalej… — mruknęła. Brukselka z niecierpliwości ugniatała podłoże swoimi łapkami.
— I co było dalej! — wołała co jakiś czas.
— Dalej… twój tata… poprosił mnie o przysługę. Miałam pomóc mu przynieść zioła dla potrzebujących z Klanu Wilka i właśnie tak się tu znalazłam — zakończyła, a w jej oczach pojawił się smutek. Koteczka przechyliła głowę.
— Wolałabyś być samotniczką? — spytała, domyślając się o co chodzi. Kalafior rzuciła na nią okiem, jednak milczała.

Po dosyć długim czasie spędzonym w ciszy, w końcu biała kotka drgnęła.
— Na pewno jeszcze zostanę samotniczką — na jej licu zagościł zmęczony uśmiech.
— Tylko teraz muszę was wychowywać, a Pokrzywowy Wąs cały czas mnie potrzebuje, przynosi mi prezenty… — dodała. Brukselka miała ochotę skakać z radości.
“Będę mogła odejść stąd z mamusią! Nie będę musiała żyć wśród wilczaków!” powtarzała sobie jak mantrę.
— Nie bój się mamo! Jak tylko podrosnę to pójdę stąd razem z tobą! I razem będziemy podróżować! — stwierdziła. Kalafior miała jej coś odpowiedzieć, ale nagle do obozu wtargnął niebieski kocur. Od razu spojrzał się w stronę żłobka, gdzie napotkał dwie znajome sylwetki. Wojownik szybko podszedł w ich stronę. Na powitanie otarł się o Kalafior i polizał ją za uchem. Biała kotka zdawała się rozpromienić, ale teraz Brukselka sama już nie wiedziała czy robi to z prawdziwej miłości czy może sztucznie.
“Czy mama i tata naprawdę się kochają?” w jej głowie pojawiło się pytanie.
— Co tam Brukselko? — spytał. Głos ojca wyrwał kociaka z zamyślenia. Odrzuciła wcześniejsze myśli na bok i w podskokach pognała do Pokrzywowego Wąsa, który witał się teraz z Brokułem i Koperkiem. Wkrótce cała rodzina usiadła gdzieś razem i zaczęli dzielić się historiami z paru ostatnich dni. Niebieski kocur nie często odwiedzał żłobek, ale jak już to robił, starał się wszystkich rozbawić i zadowolić.

npc: Kalafior, Brokuł, Pokrzywowy Wąs

Od Perełki

Uważnym wzrokiem obserwowałam wszystkie koty w żłobku. Niektóre z nich bawiły się zabawką przyczepioną do sufitu, a inne zajęły się jakimś patykiem, czy przestarzałymi liśćmi, jeszcze z poprzedniej Pory Spadających Liści, o której opowiadała mi mama Stokrotka.
Zamrugałam kilkukrotnie zirytowana, z powodu słońca bijącego prosto w moje wrażliwe na światło oczka.
Oślepiona jego blaskiem, nie zauważyłam siedzącej obok mnie kotki. Kotewkowy Powiew. Przez mój grzbiet przeszedł dreszcz obaw. Kotka się do mnie odezwie?
Nerwowo przygładziłam językiem swoje futro na klatce piersiowej i odrobinę się skuliłam, aby być mnie widoczną, na co usłyszałem ciche prychnięcie ze strony karmicielki.
— Coś nie tak, Perełko? — miauknęła kotka, przyglądając się swoim pazurom, które nagle zaczęła czyścić jakimś drobnym patyczkiem, co wyglądało nawet odrobinę komicznie.
Pokręciłam głową na nie, kładąc głowę na łapach, przypatrując się futru kotki, które wręcz emanowało blaskiem od czystości i piękna. Schowałam głowę w swoich łapkach, mając ochotę cicho zaskomleć. Też bym chciała mieć takie ładne futro!
Czułam na sobie wzrok karmicielki, nie do końca wiedząc, co mam z tym faktem zrobić. Powinnam z nią porozmawiać? Może spytam jak dba o swoje futro? A co jeśli powie coś niemiłego na temat mojego?
— Perełko, dobrze się czujesz? — zapytała, widząc, że ciągle przyglądam się własnym łapom.
— Mhm! — odmruknęłam, siląc się na niewielki uśmiech. — J-Jak dbasz o swoje futro? — zapytałam, przylizując swoją pierś.
— Oh! — zdziwiła się kotka, otwierając oczy odrobinę szerzej.— Naprawdę cię to interesuje maluchu? — zapytała, lekko marszcząc nosek, jednak w geście wyglądającym na przyjazny.
— Ja... T-Też bym tak chciała! — miauknęłam, zdobywając się na więcej odwagi, lekko kiwając się na boki z nerwów.
Może w ten sposób kotka mnie polubi? Kotewkowy Powiew spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem, po czym się uśmiechnęła. Wyglądała na szczęśliwą, że ktoś interesuje się tym, co ona. W końcu nawet jeśli jestem jeszcze małym kociakiem, muszę dbać o siebie i o swoje futerko!
— Chcesz wiedzieć już teraz? — zapytała, a ja energicznie pokiwałam główką na tak, a kotka uśmiechnęła się nieco szerzej.
— No więc sekret głównie jest w tym co jem maluchu. Odżywiam się samymi rybami! Codziennie się rozciągam i medytuję. To właśnie to daje mi tak piękną sylwetkę, której inne koty nigdy nie będą mieć! — miauknęła, a ja odsunęłam się kawałek. Jest niemiła!
— Ty... Nigdy nie będziesz wyglądać tak dobrze. Główny problem jest w twoim futrze. Jest mało eleganckie! — rzuciła, przypatrując się mojemu futerku, a ja poczułam się nagle zaatakowana, przez co skuliłam się w sobie.
— P-Przepraszam — miauknęłam szeptem, a kotka oddaliła się ode mnie, aby porozmawiać z innym kotem.
Czy inne koty uważają, że jestem dziwna?


Event NPC: Kotewkowy Powiew

Od Stokrotkowej Łapy (Baśniowej Stokrotki) CD. Mżawki (Mżącego Przelotu)

Przeszłość

— Lubisz wiewiórki? — zapytała karmicielka — Dla mnie są…. Zbyt włochate — wykrzywiła pyszczek w grymasie.
Spoglądałam na rzekę. Czas płynął tak szybko; nie da się go spowolnić? Nieprzyjemny, zimny wiatr dmuchał w moje grube futro. 
— Może gdzieś pójdziemy? — zaproponowałam. Dymna pokiwała głową i spojrzała się na mnie.
— Zatem gdzie idziemy? — mruknęła.
— Sama nie wiem... Może stara łódka? — zapytałam. Mżawka pokiwała głową. Wstałam. Przeciągnęłam się i zaczęłam iść w kierunku łódki. Mżawka jedynie mruczała, jakby coś się stało. Nie chciałam o nic pytać, bo wiem, że to niegrzeczne. Kiedy wchodziłyśmy do lasu, poczułam czyjąś obecność. To może dlatego, że tyle tu zwierzyny. Czułam się tak swobodnie w lesie, tu jest tak pięknie. Ptaki śpiewają, wrony kraczą. A to wszystko to tylko ułamek pięknego lasu Klanu Nocy. Niestety las się kiedyś musi skończyć; ze smutkiem patrzyłam na drzewa, krzewy, które oddalały się tak, jak my. Kiedy doszłyśmy do starej łódki, była upiorniejsza, niż kiedy byłam w niej pierwszy raz.

Teraźniejszość

— Baśniowa Stokrotko! — usłyszałam.
— Baśniowa Stokrotko! — powtarzał wciąż głos. To moje imię! Przypomniałam sobie. Odwróciłam wzrok od ziemi i ujrzałam dymną kotke. Mżawkę!
— Tak? — mruknęłam.
— Miałyśmy iść do starej łódki, nie pamiętasz? — powiedziała. Chwila, a to nie było kilka księżyców temu? Sama nie pamiętam, ale jak Mżawka mówi, to pewnie prawda. Wstałam i otrzepałam się z ziemi.
— Dobrze, to idziemy. — mruknęłam. Szybko minęłyśmy las i dotarłyśmy do łódki. Stojąc przy niej, do nozdrzy obu kotek dotarła odległa, jednak ostra woń drapieżnika, nadchodząca z przeciwległego brzegu jeziora. Wiatr przyniósł ze sobą zapach borsuka, który jednak, na tę chwilę, nie stanowił zagrożenia dla Klanu Nocy.
— Czujesz to? — spytałam. Kotka przytaknęła.
— Lepiej wracajmy... — mruknęła ponuro Mżawka. Nie chciałam wracać, jednak zapach borsuka przywołał jakiś dźwięk, który odradzał zostania koło łódki.

<Mżawka?>

02 listopada 2024

Od Zalotnej Krasopani CD. Syczkowego Szeptu

Dzień mianowania Syczka

Kotkę dręczyły myśli o mianowaniu Prążka na wojownika. Był już dorosły, a wciąż nie udało mu się wygrać żadnej walki. Dla Zalotki koszmarem by było, gdyby pręgowany uczeń zostałby, tak o, wyrzucony z klanu, tak samo łatwo, jak został do niego przyjęty. Takie zachowanie byłoby wręcz niepojęte, a szylkretka nie mogła stracić kolejnego kota przez tą samą rzecz. Już wcześniejszą ofiarą tych głupich zasad była Polanka, którą Zalotna Krasopani wciąż opłakiwała, bo w końcu nigdy nie udało im się nawiązać siostrzanej relacji, której szylkretka tak bardzo pragnęła. Może wtedy miałaby z kim żartować i szczerze rozmawiać, albo wzdychać do ładnych kocurów w klanie. Na pewno zwierzałaby się jej z sytuacji związanych z Prążkowaną Łapą! Polna Łapa pewnie by ją rozumiała, nie to co Syczek, z którym nawet nie miała siły już rozmawiać.
“Nawet nie śmiał mi pogratulować!” powtarzała sobie, a w jej głowie kiełkowała coraz większa nienawiść do złotego kocura.
“Niech się pośpieszy, albo inaczej nasza relacja przepadnie na zawsze!” tak, to też sobie często wmawia. Kotka twierdzi, że to właśnie on powinien ją przeprosić, albo inaczej koniec z ich pozytywną relacją, godną rodzeństwa.
Szylkretowa kotka w pewnym momencie dostrzegła białe futro jednej z wojowniczek. Od razu poznała w niej Zabielone Spojrzenie - siostrę Bladego Lica, a także mentorkę Prążkowanej Łapy. Potruchtała w jej stronę, łaknąc odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące Prążka, od których roiło się w jej głowie. Kto zna go lepiej niż sama jego mentorka? To ona nauczyła go wszystkiego, to jej zawdzięcza wszystkie zdobyte umiejętności i wiedzę. Zalotka niby cieszyła się z tego powodu, ale w pewnym sensie była także zazdrosna o białą kotkę. Liliowy kocur spędzał z nią przecież dużo czasu, a także pewnie uważał ją za autorytet. Zalotna Krasopani chyba wolałaby, aby Prążek miał mentora zamiast mentorki, ale teraz było już zdecydowanie za późno.
— Zabielone Spojrzenie! Poczekaj na mnie! — krzyknęła w stronę kotki, która szybko stanęła jak wryta i spojrzała na Zalotkę. Wojowniczka podeszła nieśmiało do białej kotki, przez chwilę obie milczały, dopóki szylkretka nie odchrząknęła.
— No… jak tam u Prążkowanej Łapy? — spytała z wymuszonym uśmiechem. Gdyby nie srebrny kocur w życiu by się nie odezwała do Zabielonego Spojrzenia. Nie ufała jej za bardzo, ale sama nie wiedziała do końca z jakiego powodu, więc wolała siedzieć cicho.
— Dobrze się uczy! — biała kotka odparła prędko, ale Zalotka nie wyglądała na specjalnie zadowoloną.
— Uważnie słucha moich poleceń, szybko pojmuje nowe rzeczy… Dobrze radzi sobie z zapamiętywaniem różnych taktyk, więc tak, chyba idzie mu całkiem dobrze — poprawiła się, po czym zaśmiała nerwowo. Zalotna Krasopani rozluźniła twarz.
— Świetnie. Myślisz, że jest gotowy na to, aby stoczyć walkę z jakimś uczniem i awansować na tytuł wojownika? — zadała kolejne pytanie. Biała kotka zamyśliła się na jakiś czas, dopóki Zalotka się nie upomniała. Zabielone Spojrzenie wzdrygnęła się i uśmiechnęła do szylkretki, choć było doskonale widać, iż nie był to szczery uśmiech.
— Więc? — Zalotna Krasopain mruknęła.
— Oczywiście! Właściwie omówiliśmy już wszystko… Prążkowana Łapa posiada całą potrzebną mu wiedzę do zostania mianowanym na wojownika
— A tak właściwie, to czemu pytasz? — spytała w końcu.
— Prążek to mój najlepszy przyjaciel. Po prostu chciałam wiedzieć jak mu idzie — odparła, na co Zabielone Spojrzenie pokiwała głową.
— Myślisz, że kiedy Prążek będzie miał okazję zawalczyć? — zadała kolejne pytanie, nad którym biała kotka również musiała się zastanowić.
— Cóż, myślę, że istnieje szansa, iż wydarzy się to dziś — mruknęła pod nosem.
— To wszystko czego potrzebowałam — Zalotna Krasopani uśmiechnęła się, po czym bez żadnego pożegnania po prostu odeszła od kotki, zostawiając ją z tyłu.

* * *

Zalotna Krasopani siedziała przy swoim legowisku, bacznie obserwując czy na środku obozu nie zbierają się koty. Z tego co dowiedziała się od Zabielonego Spojrzenia, i z tego czego się domyślała, istniała duża szansa, że dziś Prążkowana Łapa będzie miał okazję zawalczyć o nowy tytuł. Z tyłu głowy szylkretka czuła obawę, jednak starała się wmówić sobie, że przecież srebrny kocur jest taki silny i masywny, że samym kiwnięciem palca pokonałby jakiegoś pierwszego lepszego ucznia. Nie pamiętała właściwie o tym, że już wcześniej Prążek miał okazję przegrać, a może pamiętała, ale nie chciała? Dokładnie obserwowała całą walkę tamtego dnia, a potem wytarła ją z pamięci. Być może lepiej dla niej, bo inaczej chyba prędzej by padła z nerwów niż faktycznie doczekała się mianowania Prążkowanej Łapy na wojownika. Wtedy chyba musieliby ją zeskrobywać z tej ziemi, być może przenieśliby ją do legowiska medyka, a wtedy nie bardzo mogłaby kibicować srebrnemu kocurowi. W tym ważnym dniu tak bardzo chciała być przy nim, jak najbliżej jak tylko mogła. Teraz jednak siedziała sama, bo nie miała pojęcia gdzie znajduje się jej przyjaciel.
“Jak tylko go dorwę, to się nie odczepię. Muszę mu powiedzieć, że w niego wierzę, oraz, że na pewno uda mu się uzyskać tytuł wojownika, aby mógł razem ze mną przebywać w tym samym legowisku. Na pewno mielibyśmy posłania obok siebie!”
pomyślała. Tak bardzo chciałaby zasypiać u boku Prążka, bez niego czuła się samotna. W legowisku wojowników nie posiadała wielu znajomych, wszyscy z nich zostali z rangą ucznia. Chociaż może to i lepiej? Teraz była pewna, że zostanie lojalna liliowemu kocurowi i nie będzie miał on co do tego wątpliwości. Nie chciałaby, żeby czuł on to samo co ona, gdy ten rozmawiał z… Lśniącą Szadzią. Gdy te słowo pojawiło się w głowie wojowniczki, po jej grzbiecie przeszedł dreszcz. Trochę jej było głupio, że żywiła do niej taką nienawiść… nie udało im się zakończyć sporu, zanim szylkretka zmarła.
“Trzeba było się nie łasić do Prążka!”
pomyślała, próbując pozbyć się poczucia winy. Przejechała łapą po ziemi i zacisnęła zęby.
“Przynajmniej nie zdążyła rozpętać wojny, może nie zauważyła, że za nią nie przepadam?”
mruknęła jeszcze. Zalotka przecież nie była dla niej jakoś specjalnie niemiła, może ich pierwsza interakcja była dosyć napięta… ale przynajmniej szylkretka nigdy nie zwyzywała tej dziwnej wojowniczki! A przynajmniej nie zrobiła tego otwarcie… w myślach to już inna sprawa, ale myśli przecież Lśniąca Szadź nie mogła jej wyczytać, więc po co się nimi przejmować?

Nagle na obozowej polanie wybrzmiał głos przywódczyni. Zalotna Krasopani zdążyła się już zamyślić, dlatego nie dostrzegła jak Wieczorna Gwiazda wychodzi ze swojego legowiska. Wojowniczka wzdrygnęła się, po czym szybko podniosła do góry uszy i pochyliła się w stronę zgromadzonych kotów. Jej serce biło jak szalone, a wzrokiem raz szukała Prążkowanej Łapy, a raz spoglądała na liderkę, w oczekiwaniu na jej kolejną przemowę.
— Tego dnia dwóch doświadczonych uczniów stanie razem do walki. Wyróżnią tym samym zwycięzcę, który godny jest dziś mianowania — takie słowa padły z ust przywódczyni. Zalotna Krasopani poczuła jak atmosfera wokół niej staje się niezwykle napięta. Kotka miała wrażenie, jakby nagle zrobiło się tu bardzo duszno, choć w rzeczywistości przebywała teraz na świeżym powietrzu. Nagle jej widok na Wieczorną Gwiazdę zasłonił jej jakiś kot. Gdy tylko jego futro mignęło jej przed oczami, szybko cofnęła się, a jej źrenice zwężyły się do wielkości igieł. Nie wiedziała kim jest ten kot, chociaż pewnie by go poznała, jeśli jej umysł nie byłby teraz przyćmiony masą emocji. Zalotka zmarszczyła brwi. Czuła wypływające z jej gardła przekleństwa, dlatego zacisnęła mocno zęby. Miała wrażenie, jak całe jej ciało się teraz trzęsie.
— Dobrze ci? — usłyszała z ust burego kocura. Jego ton głosu wydawał się taki… nijaki, obojętny, ale być może z nutką pogardy, co dodatkowo rozzłościło wojowniczkę. Ciężko jej było trzymać w tym momencie emocje na wodzy. Czuła się tak, jakby za chwileczkę miała dosłownie wybuchnąć.
— Odezwij się! — kocur dodał po chwili. Zalotna Krasopani rozluźniła się i wypuściła powietrze z płuc. Poczuła nagły ból w kończynach i zmęczenie.
— Przesuń się. Nie widzisz, że jestem zajęta i skupiam się na słowach przywódczyni? Tak trudno jest nie przeszkadzać innym kotom i nie wtrącać nosa w nie swoje sprawy? — wydukała przez zaciśnięte zęby.
— O borze, skąd miałem wiedzieć, że tak się ekscytujesz zwykłą ceremonią! — warknął w odpowiedzi. Szylkretka postawiła krok do przodu, a przy tym mocno tupnęła łapą. Spoglądała teraz prosto w zielone oczy wojownika.
— To nie jest zwykła ceremonia — ponownie mruknęła przez zaciśnięte zęby. Jeszcze przez chwilę próbowała powstrzymać się od klnięcia w stronę wojownika, ale w końcu odpuściła.
— Być może jest to ceremonia mojego najlepszego przyjaciela! Wierzę w niego, kibicuje mu z całego serca! Muszę być przy nim, gdy rozgrywa się najważniejszy moment jego życia, a ty mi w tym przeszkadzasz! Idź, wróć do tłumu i zostaw mnie w spokoju, głupia poczwaro! — syknęła. Na pysku wojownika była teraz wymalowana złość, irytacja i zdumienie. Jeszcze przez chwilę oba koty stały w milczeniu, było słychać tylko ich wyraźne i ciężkie oddechy.
— Jak ty się do mnie zwracasz? — burknął. Bury ogon kocura przecinał teraz powietrze niczym bicz. Jego ostry ton sprawił, że Zalotna Krasopani wróciła na ziemię. Zrobiła kilka kroków w tył, a jej uszy położyły się na jej głowie.
— Uch! — westchnęła, odwracając wzrok od wojownika. Czuła na swojej skórze jego palący wzrok.
— Słuchaj no, ty! Dobrze… dobrze wiesz co słyszałeś! Nie muszę ci tego powtarzać! — miauknęła w końcu, starając się ponownie wyglądać na pewną siebie. Nie mogła się teraz wycofać z tej dyskusji, nie teraz.
— Masz rację, nie musisz mi tego powtarzać! Ale zaraz będziesz musiała powtórzyć to przywódczyni! — warknął. Szylkretowa kotka zamilkła.
“Przecież to nie jest na tyle poważne, aby musiała się o tym dowiadywać Wieczorna Gwiazda, prawda?” pomyślała.
— Wyolbrzymiasz, dramatyzujesz! — zarzuciła mu po chwili.
— To zwykła dyskusja, którą ty zacząłeś! To twoja wina, bo żeś mógł nie wtryniać nosa w moje życie! — burknęła. Nikły Brzask przewrócił oczami na te słowa.
— Ja tylko chciałem ci pomóc! Ale ty jesteś uparta! — wyrzucił z siebie. Zalotka zrobiła zdziwioną minę, po czym się zaśmiała.
— Słucham? Ja nie jestem uparta, ale akurat zjawiłeś się tu w złym czasie! — stwierdziła.
— Wmawiaj sobie, och wmawiaj! Najwidoczniej jeszcze jesteś zbyt ślepa, aby dostrzec swoje wady. Liczę na to, że ten dzień kiedyś nadejdzie i zdasz sobie sprawę z tego, jaką pokraką jesteś! — wysyczał. Jego słowa zszokowały Zalotną Krasopani. Otwarła pysk w zdumieniu.
“Jak ten głupi robal śmie mnie tak obrażać!” westchnęła.
— Zamknij się! Nic o mnie nie wiesz! — odpowiedziała na swoją obronę.
— A to już nie moja wina, jak ty się pokazujesz przed innymi! Zachowuj się jak kot, to może nikt nie będzie szerzył o tobie niewłaściwych informacji! — burknął, odwracając głowę od kotki jak naburmuszony kociak. Zalotka pokręciła głową.
— Wiesz co? Rozmowa z tobą nie ma żadnego sensu, jeśli zamierzasz tylko mnie obrażać i udawać głupka — warknęła. Nikły Brzask odwrócił głowę w jej stronę.
— Ja cię niby obrażam? A kto pierwszy mnie nazwał poczwarą? — miauknął. Na te słowa szylkretka nie zareagowała. Zaczęła iść do przodu, a przy okazji uderzyła o bok burego kocura. Wojownik zachwiał się i zaczął puszczać w świat różne przekleństwa na jej temat. Zalotka snuła coś pod nosem, idąc z głową lekko spuszczoną w dół.
“Wariat!” pomyślała.

Gdy podniosła głowę jej oczom ukazała się polana, którą otaczała cała masa kotów. Na środku tej polany stał nikt inny jak Prążkowana Łapa, no i też… Syczkowa Łapa. Na pysku kotki pojawił się grymas. Szybko ruszyła do przodu i przecisnęła się przez tłum kotów, aby wychylić głowę w stronę srebrnego kocura.
— Prążku! Pamiętaj, że w ciebie wierzę! Dla mnie nie liczy się twój wynik, zawsze będziesz moim przyjacielem! — krzyknęła, a na jej licu pojawił się szeroki i ciepły uśmiech. Jej słowa, mimo tego, że były całkiem donośne, brzmiały bardzo delikatnie. Na pierwszy rzut oka było widać, że szylkretka darzy swojego przyjaciela ogromną sympatią i troską. Uczeń rzucił na nią wzrokiem przez ułamek sekundy, uśmiechnął się, po czym znowu spoważniał i spojrzał na przeciwnika.
— Do boju! — wypaliła przywódczyni. Po tych słowach Zalotka przerzuciła swój wzrok na Syczkową Łapę. Na niego patrzyła się z czystą nienawiścią. To było wręcz niewiarygodne, że tak szybko potrafiła zmienić emocję. Najpierw wyglądała na radosną, dumną z Prążka, a zaraz potem kipiała z niej złość na swojego brata.
“Głupi karaluch, a niech tylko spróbuje zranić Prążka!” pomyślała, wciskając pazury w ziemię.

* * *

Walka trwała, a Zalotka bardzo się nią ekscytowała. Buzowały w niej emocje, te negatywne, a także i te pozytywne. Wiadomo jednak było, które żywi do którego z uczestników walki.
— Dasz radę Prążku! — krzyczała co chwilę. W przerwach wykrzykiwała też same jego imię. W pewnym momencie Syczkowa Łapa przybił Prążkowaną Łapę do ziemi. Zalotka westchnęła głośno.
“Puść go!” pomyślała. Przez chwilę miała nawet ochotę rzucić się w wir walki i wspomóc srebrnego kocura, ale wiedziała, że nie było nawet takiej opcji. Wieczorna Gwiazda byłaby wtedy bardzo zła, a Zalotną Krasopani pewnie spotkałaby jakaś kara. Tak samo pewnie i Prążka.
“Biedny, pewnie musiałby powtarzać wtedy walkę z tą cuchnącą poczwarą!” westchnęła.
“Pazury Syczka są pewnie tak brudne, że Prążkowi wda się jakaś infekcja!” pomyślała po chwili. Będzie musiała pomóc mu je wylizać, albo zaprowadzi go do medyka. Szylkretka po chwili skupiła się jednak na walce. Prążkowana Łapa nie wstawał, lecz próbował się wydostać. Szarpał się i wierzgał, ale to na nic. W Zalotnej Krasopani coraz bardziej i szybciej rozwijała się złość i irytacja. Syczek nie dał się jednak złamać, pochylił głowę do szyi pręgowanego kocura i zacisnął na niej swoje szczęki.
— Chory! — wyszeptała do siebie, z przerażeniem obserwując całą scenę.
— Przecież on go zaraz zabije! — dodała, ale nie miała odwagi powiedzić tego głośniej. Patrzyła uważnie jak ciało ucznia wiotczeje, staje się słabe i takie mizerne.
— To koniec, to koniec… — powtarzała jak mantrę.
— Ogłaszam koniec walki. Syczkowa Łapa jest zwycięzcą! — rozległ się nagle głos Wieczornej Gwiazdy. Potem przywódczyni przeszła do mianowania, ale szylkretka nawet nie miała ochoty wysłuchiwać tych pochwał w jego stronę. Zamiast tego wpatrywała się w niego palącym wzrokiem, a cała reszta była dla niej nieważna. Kotka była jak w transie, dopóki nie poczuła czyjegoś ogona na swoim boku. Wyrwała się z tego dziwnego zamyślenia i od razu spojrzała na kota, którym okazał się być Prążek. Wokół niej koty skandowały imię nowego wojownika, Zalotna Krasopani w przeciwieństwie do nich - milczała.
— Nie martw się. W Klanie Wilka panują głupie zasady — odparła szybko, próbując go jakoś pocieszyć na poczekaniu. Po jakimś czasie oba koty usiadły, a Zalotka przystąpiła do wylizywania ran kocurowi, on sam zaczął też pielęgnować swoje futro.
— Jestem cały obolały… — stwierdził, zaprzestając na chwilę czyszczenia swoich szram. Zalotna Krasopani pokręciła głową.
— Temu uczniowi po prostu się poszczęściło — westchnęła.
— Ale następnym razem na pewno ci się uda! Po prostu dałeś mu fory, prawda? — spytała z nadzieją. Zapadła cisza.
— Zalotko… ale to nie jakiś uczeń, to twój brat — odparł Prążkowana Łapa. Zalotka przewróciła oczami.
— No i co z tego? To nie zmienia faktu, że jest głupi. I w dodatku słaby — stwierdziła. Srebrny kocur z początku wyglądał na zdumionego, ale potem zaśmiał się tylko i pokręcił głową.
— Pokłóciliście się? — spytał. Znowu oba koty umilkły.
— Może… — westchnęła w końcu szylkretka.
— Słuchaj, on chyba się na ciebie patrzy — mruknął nagle. Wojowniczka zaczęła wzrokiem szukać swojego brata, a gdy tylko go dostrzegła, jej brwi od razu się zmarszczyły, a kotka przybrała gniewny wyraz twarzy.
— Żałosny. Ciekawe czego ode mnie znowu oczekuje? — wypluła.
— Nie wiem, może powinnaś z nim porozmawiać? — zaproponował Prążek. Sam już nie wiedział jak ma pomóc kotce załagodzić spór z rodzeństwem.
— Po co? Dlaczego mam się starać, skoro on zawsze tylko stoi? Niech sam zrobi pierwszy krok, zamiast się na mnie gapić jak głupi — stwierdziła.
— A może znowu tylko wyolbrzymiasz? To twój brat, jestem pewny, że zasługuje na drugą szansę. Nie możesz się na niego obrażać i żyć z tym dalej, licząc na to, że coś się samo zmieni — ponownie Prążek próbował przemówić jej do rozsądku, ale tym razem Zalotka nic nie odpowiedziała.
— Skoro on nie potrafi się do ciebie odezwać, to ty powinnaś się wykazać inteligencją i zrobić to za niego. Żaden szanujący się kot nie obraża się o byle co — kontynuował. Zalotna Krasopani zaśmiała się.
— Stoisz po jego stronie? — spytała.
— Hm, niby po czym to stwierdzasz? — miauknął nieco zdziwiony.
— Powinieneś go nie lubić. Pokonał cię dzisiaj, nie oszczędzał cie. Prawie przegryzł ci gardło! — wypaliła nagle.
— Daj spokój, nie bolało… aż tak
Przez niedługi okres czasu szylkretka wpatrywała się w swojego brata o złotym futrze. W jej oczach płonął żywy ogień. W pewnym momencie podniosła się z miejsca i zaczęła pewnym krokiem zmierzać w jego stronę. Była zła. Bardzo zła.
— Czego chcesz? — warknęła w jego stronę, gdy była na tyle blisko, aby mógł ją usłyszeć. 

<Syczkowy Szept?>

npc:Zabielone Spojrzenie, Prążkowana Łapa, Lśniąca Szadź, Nikły Brzask

Od Cisowego Tchnienia CD. Gąsiorkowej Łapy

Układała właśnie zioła w składziku, gdy do zielarni wszedł pewien kot. Była to biało-liliowa uczennica z oklapniętymi uszami, trzymająca w powietrzu jedną łapę. Gąsiorkowa Łapa zatrzymała się i oznajmiła swoje przybycie dość głośnym “Halo?”. Wyszła z magazynku i podeszła do vanki.
— Wybita łapa… — wymamrotała do siebie. W żółtych oczach siostry Trzcinniczkowej Łapy błysnął strach zmieszany z niepewnością.
— To coś poważnego?
Nie odpowiedziała.
 — Połóż się tam — Wskazała ogonem na najbliższe posłanie z mchu. Uczennica Jabłoniowego Sadu dokuśtykała tam i położyła się. Cisowe Tchnienie podała młodszej patyk.
— Możesz go ugryźć. Policzę do trzech — powiedziała i zanim uczennica zdążyła przetrawić tą informację, członkini kultu szybko spowrotem nastawiła jej łapę.
— Miałaś liczyć…
— Uwierz mi, tak jest lepiej. Twoja łapa powinna już być w dobrym stanie, ale nie przemęczaj jej

* * *

Rozsmarowywała właśnie nową warstwę lepu na owady, kiedy przeszła obok niej liliowa kotka, podśpiewując coś sobie.
— Ej, co ty robisz? — usłyszała.
— Rozsmarowuję lep na pszczoły i osy
— A po co?
— Żeby je złapać — Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy, po czym pręgowana dziko znowu się odezwała.
— A co potem z nimi zrobisz? — Coś czuła, że szybko się jej nie pozbędzie.
— Zawsze jesteś taka ciekawska?
Wtedy już uczennica się nie odezwała, więc Cis mogła spokojnie kontynuować swoją pracę.

<Gąsiorek?>

Od Pożarowej Łapy

Ostatnio dużo się działo w Klanie Burzy. Cykoriowy Pyłek zniknął. Kilka kotów było w złym stanie psychicznym lub fizycznym. Lecz ona działała tak jak zwykle. Cykl wstawania, użerania się z mentorem, wracania do obozu, narzekania na życie i ponownego zasypiania nie zmienił się. Może nie licząc tego, że teraz coraz mniej spotykała się z bratem. Musiała przecież sama żyć. Nie mogli razem zostać zastępcami, a potem rządzić Klanem Burzy. Jedno z nich musiało prześcignąć drugie. A Pożar zamierzała dołożyć wszelkich starań, aby to ona była tą lepszą. Przeszkadzały jej jednak w tym problemy ze snem. Cierpiała na bezsenność od jakiegoś czasu. Kiedy obudziła się w nocy z bólem głowy, postanowiła, że to czas by coś z tym zrobić. Ale to rano.

* * *

Obudziła się wcześnie. A raczej nie obudziła, tylko po prostu wstała ze swojego posłania. Miała wrażenie, że nie spała przez całą noc. Wyszła więc z legowiska uczniów i skierowała się do medyków. Jak widać, nie tylko ona miała jakieś dolegliwości. Medycy już byli na nogach (a raczej na łapach). W legowisku przed nią znalazły się Brzęczkowy Trel, którą najwyraźniej coś ugryzło i mentorka jej brata, która gadała coś o kronikarstwie. Skowronkowa Łapa już uwijał się przy starszych kotkach. Pożar zaś podeszła do swojej cioci.
— Pajęcza Lilio… Nie mogę spać.
Ta szybko skinęła głową, po czym dała jej czarne nasionka.
— Zjedz
Zjadła więc i po chwili zapadła w sen. 

[229 słów]

[przyznano 4%]

Wyleczeni: Brzęczkowy Trel, Pożarowa Łapa

npc: Czuwająca Salamandra, Brzęczkowy Trel

Od Mżącej Łapy (Mżącego Przelotu) CD. Bagietki (Mewiej Łapy)

Spojrzała z góry na rozemocjonowanego kociaka, i zdezorientowaną Kotewkę za nim. Westchnęła, siadając i łapą sygnalizując karmicielce, aby siedziała cicho. Ta przewróciła na to oczami, z parsknieciem obracając się do dwójki zadkiem, i wracając do snu. — Dajcie mi odpocząć — wyrwał się jeszcze z pyska starszej. Ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi, skupione na innych problemach.
— Bagietko, takie coś nie wyjdzie — wymruczała, spoglądając w maślane oczy kocięcia — Tak jak pani Kotewka mówiła, mamy teraz inne obowiązki… Ikra i Kijanka też.
Łaciate spuściło uszka, jeszcze raz tupiąc łapką.
— Ale wtedy było tak fajnie! — wymiauczał nieco piskliwym głosikiem — Teraz nie masz dla mnie czasu!
W żółtych ślipiach pojawiły się łezki, a biała bródka zadrżała.
— Zawsze próbuję znaleźć dla ciebie czas — przygarnęła do siebie malca, ocierając mokre kropelki pod jego oczkami — Ale muszę chodzić na patrole, i na treningi… Wiesz, teraz też może być fajnie.
Chwyciła Bagietkę za kark. Kociak pisnął, ale nie próbował się wyszarpywać. Zajęła miejsce na jednym z wolnych posłań, kładąc łaciatego obok siebie. Z westchnieniem polizała go po głowie, na co jego oczka rozszerzyły się i uniosły wyżej.
— Opowiesz mi może, co robiłeś dzisiaj? — zaproponowała, kładąc głowę na ziemii.
Kocię pokiwało energicznie główką, od razu wychylając się zza jej ciała, i łapiąc jakąś kulkę mchu. Z dumą zaprezentował ją uczennicy, niemal wciskając do pyszczka.
— Oto Mżawunia — miauknął zadowolony — Moje malutkie dziecko. Wiesz, że Siwek tak o nad dbał? Przynosił jedzonko, i… i ogrzewał!
Niebieska zaśmiała się, co wywołało kolejny niezadowolony pomruk Kotewkowego Powiewu. Zignorowała zniesmaczoną kocicę, trącając łapką “dziecko” Bagietki.
— To świetnie, Bagietko — zachichotała — Zostałeś tatą, tak?
— A… Mogę być mamą?
— Jak chcesz, to… Możesz? — odparła zaskoczona — A chcesz?
— Nie wiem.

*parę dni po jej mianowaniu*

Siedziała pod legowiskiem wojowników, próbując wymyć kurz z własnego futra. Podczas kolejnego koszmaru (który oczywiście rozpoczął się całkowicie niewinnie) udało jej się sturlać z posłania na ziemię, przez co jej grzbiet był teraz cały upstrzony drobinkami mchu i innymi paprochami. Jednak za nim zdążyła doprowadzić się do ładu, tuż przed nią wyrosła czarno-biała postać liderki.
— Mżący Przelocie? — kocica zwróciła uwagę wojowniczki, która zastygła z łapą w powietrzu — Mam do ciebie pewną sprawę.
— Tak tak, o co chodzi? — szybko podniosła się z ziemi i wyprostowała, próbując tym okazać szacunek.
— Trzeba byłoby zmienić imię Bagietce — zaczęła Srocza Gwiazda, a oczy Mżawki rozszerzyły się — Jest już duży, a nie chcemy przecież, aby zdrada jego matki się za nim ciągnęła.
— Dobrze, rozumiem — miauknęła, nieco nerwowo strzepując ogonem.
— Zajmiesz się tym?
— Tak — odparła szybko.
Liderka zamrugała zielonkawymi oczami, wzdychając lekko.
— Dobrze, liczę na ciebie, Mżawko.
Niebieska nawet nie zauważyła, kiedy przywódczyni zdążyła się już oddalić o parę kroków. Miauknęła jeszcze szybkie “miłego dnia”, po czym obejrzała się w stronę żłobka. No nic, tak jak obiecała – musi się tym zająć. Skierowała swoje kroki właśnie do tamtego legowiska, uważając, aby po drodze nie potknąć się o Rysią Łapę. Wejrzała do środka, od razu łapiąc spojrzenie młodego. Gdy tylko ją zobaczył, pozostawił marudzącą Kotewkę w spokoju i przyplątał się pod łapy przybranej mamy.
— Hej Bagietko — zachichotała — Mam dla ciebie zadanie.
Oczy kociaka otworzyły się szeroko.
— Zadanie? — pisnął — Jakie zadanie?
— Musisz wybrać sobie nowe imię — oznajmiła, siadając na ziemi.
— Tak jak ty? Bo masz nowe, prawda?
— Tak, ale nie do końca — westchnęła — Musisz… Znaleźć sobie jakieś… Może, coś jak… Bocian, albo Świt?
Nie miała pojęcia, jak nadać malcowi na imię. Może to ono miało jakieś żądania, co znacznie by pomogło. Jednak za jego oczkami nie pojawiało się za wiele mądrych myśli.
— Mżawka.
— Tak? — zapytała zdezorientowana, myśląc, że po jakiegoś grzyba kociak ją woła.
— Nie, ja chcę się nazywać Mżawka!
— Nie możesz — westchnęła, krusząc marzenia kociaka — Mżawka to moje imię… Może Mewa?

<dziecko?>
npc: Kotewkowy Powiew

Od Kajzerki CD. Jeżyny

Szylkretka robiła wszystko, by tylko zbliżyć się do swojej mentorki. Próbowała każdej sztuczki, dzięki której udało jej się zaprzyjaźnić z jakimś kotem – zagadywanie jej o pogodzie, treningu, plotkach czy innych głupotkach, spędzanie każdego uderzenia serca, przynoszenie świeżych piszczek... Wszystkiego już próbowała! Nadal jednak wyraz pyska Kaczki wyrażał jedynie zobojętniałość i brak jakiegokolwiek poruszenia jej wysiłkiem. Już kończyły się powoli Kajzerce pomysły...
— Cześć mamo! Cześć Kajzerko! Wybieracie się na trening? — Śmiałe próby pojednania ze sobą Kaczki przerwała jednak córka jej mentorki, podchodząc do kotek z wyciągniętym do góry ogonem. O tak! To było to, czego potrzebowała – pośrednika!
— Jest na to teraz za gorą... — odparła prędko Kaczka, lecz Kajzerka wtryniła się do rozmowy, praktycznie podskakując w miejscu z ekscytacji.
— Ale to nie znaczy, że nie możemy wyjść z obozu! O, tak w trójkę, my trzy! — miauknęła od razu. — Przecież na waszym... znaczy, naszym terenie jest rzeka, nie mylę się? Woda jest zawsze świetnym rozwiązaniem na takie upały! — rozmarzyła się, wspominając te wszystkie pory zielonych liści, gdy razem z innymi nocniakami grupowo wskakiwali do rzeki dla ochłody w te najgorętsze dni. Nie było nic lepszego od dania nura w zimną toń, gdy słońce prażyło niemiłosiernie w grzbiety!
— To brzmi... wspaniale! — zgodziła się natychmiast Jeżyna, przytakując gorliwie głową. — Proszę, mamo!
Ciemne oczy Kaczki poszybowały wpierw w stronę swojej wychowanki, a następnie córki. Parę razy tak zmieniały swoje położenie, aż w końcu z jej pyska uciekło jedno zrezygnowane westchnięcie.
— No... dobra — odpowiedziała i chociaż ton jej głosu nie wyrażał specjalnej radości, Kajzerka i Jeżyna wyglądały na wniebowzięte! Szybko jednak uśmiech Jeżyny opadł, wraz z jej podniesionym w górę ogonem.
— Tylko że... Miałam iść na patrol — mruknęła, kładąc po sobie delikatnie uszy. Podobnie postąpiła Kajzerka. O nie! — Ale kiedy tylko skończę, to z chęcią do was dołączę!
— A nie możesz poprosić Sówki, by wcisnęła cię gdzie indziej? — zapytała Kajzerka, przechylając głowę. — Na pewno byś ją przekonała. Jestem tego pewna! — miauknęła z widocznym zmartwieniem w oczach. Jak pójdą tam same, pewnie nic nie wskóra...
— Już obiecałam... — Jeżyna nie wyglądała na przekonaną. — Skończę go w podskokach i wtedy do was wrócę! — zapewniła kocice. No cóż, pomyślała sobie uczennica! Byle tylko się nie myliła, mówiąc, że szybko będzie z powrotem...
Obie patrzyły, jak kotka odchodzi, by spotkać się z zebraną na patrol grupką. Zwiadowcy wyszli z obozu prędkim krokiem, chcąc zdążyć przed nastaniem prawdziwych upałów.
— To co? — Kajzerka obróciła łeb w stronę jej mentorki. — Lecimy?
Kaczka zgromiła ją spojrzeniem.
— Lecimy — odpowiedziała, wzdychając.

***

Słoneczko przygrzewało coraz mocniej wraz z upływającym czasem, lecz nie było to dla kocic problemem. Rozpościerający się od ucha do ucha uśmiech Kajzerki pojawił się natychmiast z momentem ujrzenia przez nią między brzegami tafli łagodnie kołyszącej się wody. To było to! Achhh, nie mogła się już doczekać chwili, w której wskoczy do niej na bombę!
— Słoneczko świeci, wietrzyk lekko wieje, ćwierkają ptaszki... — zaczęła mówić, wsłuchując się w pieśni siedzących na wysokich gałęziach drzew skowronków — czego można chcieć więcej! Właśnie, a ty, Kaczko, pływałaś kiedyś? — zapytała, zwracając łebek w jej stronę.
Zdawało się, że bura się speszyła, choć może Kajzerce tylko się przewidziało...
— Ta — odburknęła krótko, owijając ogon wokół łap. — Kiedyś, nie tylko kiedyś...
— OOO! — miauknęła od razu entuzjastycznie jej uczennica, podskakując z ekscytacją. — Naprawdę? To wy pływacie w Owocowym Lesie? O kurczę! Jakie to fajne... Myślałam, że takie atrakcje to tylko w Klanie Nocy...
— Mhm.
Taka odpowiedź wcale nie dziwiła Kajzerki. Już przywykła do lakonicznego stylu mówienia jej mentorki i nie myślała o tym za wiele. Właściwie, cieszyło ją, że była w stanie wykrzesić z siebie choćby pomruk zamiast pozostawania w głuchej ciszy!
Szylkretka pochyliła się nad wodą, unosząc do góry jedną łapę. Dotknęła nią niepewnie tafli, by wyczuć jej temperaturę. Chłodna, jeszcze nienagrzana. Wręcz perfekcyjna.
— Dawaj, chodź! — zawołała Kaczkę, wytrząsając łapą krople wody. — Jest zimniuuuutka! — dodała ze śmiechem. — Idealna na taką pogodę!
Kocica westchnęła, przybliżając się do brzegu i spoglądając w toń. Właściwie, nie tylko spoglądając – wpatrywała się w nią intensywnie. Kajzerka jednak nie zwracała na to większej uwagi. Była bardziej skupiona na rozpędzaniu się i obmyślaniu trajektorii swojego lotu. Oczywiście, nie na długo. Prędko czekotka wystrzeliła jak z procy, by rzucić się w powietrze, a następnie wpaść pod wodę z dużym i donośnym pluskiem.
Otworzyła oczy, znajdując się już pod powierzchnią. Obserwowała uciekające od niej z paniką ryby, a także falujące rośliny. Kręciła się tak, nie mogąc nacieszyć znajomym widokiem i uczuciem, jakiego nie miała okazji poczuć od księżyców. Jak dobrze było znów znaleźć się w domu...
Gdy poczuła, że już kończy się jej nabrane do płuc powietrze, zamachała łapami, aby wyskoczyć z rzeki i wziąć głęboki oddech. Kajzerka spojrzała wprost na mentorkę, która nadal siedziała na trawie, nie mocząc nawet jednego włoska.
— No dawaj! Nie jest aż taka zimna... W sam raz! — przekonywała wojowniczkę, podpływając do niej bliżej. Oparła się łapkami o brzeg, posyłając Kaczce zawadiackie spojrzenie. — No chyba się nie boisz, co?
— Nie boję — odpowiedziała bez wyrazu i jakiejkolwiek reakcji na jej zaczepki do przekomarzania, co było całkiem smutne. — Po prostu... Ech. Nieważne.
— Hej, ale mi możesz powiedzieć! Serio! — Żółte oczy Kajzerki zalśniły zaciekawione. Miała jakąś przykrą historię, tylko wstydziła się ją opowiedzieć! Na bank! — Ktoś cię wrzucił do wody, jak byłaś mała? Znam to, oj, znam! — rozpoczęła zgadywankę. — Sama wepchnęłam nieraz moją siostrzyczkę, jak nie uważała... O, o, a może zaatakowała cię kiedyś jakaś ryba? Słyszałam kiedyś legendę o pstrągu, który zjadał kociaki! Może to więcej niż bajka opowiadana w żłobku...
— Nie boję się wody — powtórzyła się Kaczka, widocznie myśląc nad bardziej dosadną odpowiedzią, ale w końcu się poddając. Pokręciła tylko głową i, zupełnie jakby chciała udowodnić swoje słowa, zamoczyła łapy. Za nimi poszedł tors, nogi i ogon, aż całe ciało (poza wystającą głową!) kocicy zanurzyło się w wodzie.
— Och. Już zaczynałam wątpić, czy wejdziesz! — miauknęła nieco zaskoczona Kajzerka, jednak z wielką porcją entuzjazmu. — Widzisz, jakie to fajne! Od razu lepiej.
— Racja — mruknęła Kaczka, spokojnie dryfując, raz po raz poruszając którąś z łap. Musiała pływać całkiem często, bo wyglądała, jakby była w tym niezła!
— Pływasz jak nocniak! — pochwaliła ją. — Normalnie z krwi i kości!
Nie zdążyła zobaczyć spinających się mięśni Kaczki na jej słowa, ponieważ od razu jej uwagę przykuł krzyk dobiegający z okolicznych krzaków. I to znajomy krzyk.
— Witajcie, wróciłam! — miauknęła wesoło Jeżyna, przybiegając do brzegu. — Na Wszechmatkę, ta woda wygląda tak przyjemnie chłodno...
— I taka też jest! — odpowiedziała od razu Kajzerka.
Jeżyna uśmiechała się, spoglądając raz na swoją matkę, a raz na jej uczennicę, w końcu przenosząc wzrok na taflę wody. Cofnęła nieco łapy od fali.
— Tylko czy nic mi się nie stanie? — zapytała.
— No co ty! Właź! Nurt jest słaby! — zapewniła ją szylkretka.
— Tylko ostrożnie... — poprosiła matka kotki.

<Jeżyna?>

EVENT NPC: Kaczka

Od Zaćmionej Łapy

Koteczka właśnie powróciła ze zbierania ziół wraz z Delikatną Bryzą. Może i ta ich cała wyprawa nie zakończyła się szczęśliwie, gdyż Zaćmienie musiała zagrozić wojowniczce, że odmówi jej podania jagód jałowca gdy jeszcze raz zapyta o to, ile będzie je jeszcze zbierać. Może i nie była to za przyjemna groźba, ale przynajmniej zadziałała, a to najważniejsze. Gdy uczennica medyka rozeszła się z liliową szylkretką, w pierwszej sekundzie, gdy postawiła łapę w legowisku medyka, przywitała ją medyczka Klanu Klifu, a był to nikt inny jak Czereśniowa Gałązka, oczywiście. Nie można pominąć faktu, że to ona wysłała uczennice po zioła z tą marudną wojowniczką… Nim kotka zdążyła odłożyć świeżo zebrane jagody do magazynku, medyczka już zadała jej pierwsze pytanie.
— I jak ci poszło? — Zapytała bura szylkretka, skanując wzrokiem młodszą, co wywołało serię dreszczy na ciele kotki. Czereśniowa Gałązka była typem kota, na którego można było się bać spojrzeć. Wysoka, smukła kotka o równie imponującej budowie ciała jak i jej umaszczeniu. Futro medyczki w licznych miejscach pokrywały liczne, bure plamy, zmieszane z odcieniami rudego, podczas gdy większość ciała kotki pokrywa biel. A te błękitne oczy? Ich to się Zaćmiona Łapa obawiała najbardziej.
— Hm? Ah! Całkiem dobrze, zebrałam masę jagód jałowca! Zdecydowanie starczy nam ich na długi, długi czas! — Powiedziała Zaćmiona Łapa głosem pełnym entuzjazmu. Uczennica dumnie wypięła pierś do przodu, prezentując starszej kotce zebrane przez nią jagody.
— Dobrze ci poszło, Zaćmiona Łapo. — Odparła starsza, po obejrzeniu jagód. Mimo, iż jej ton wydawał się szczery, to była w nim wyczuwalna nutka czegoś… Innego. — O co poszło z Delikatną Bryzą? — Zapytała nagle. Czyli Czereśniowa Gałązka już się wszystkiego dowiedziała? W jaki sposób? Siedziała w krzakach, a może…
— Oh, czyli już na mnie naskarżyła? Co za… — Zaczęła mówić uczennica, nagle przerywając, gdy poczuła wzrok medyczki na swoim ciele. — Wybacz, to się więcej nie powtórzy. — Miauknęła, kuląc ogon między tylne łapy i unikając wzroku Czereśniowej Gałązki. Oh, jaki wstyd. Bardzo nie lubiła uczucia wstydu. Nie było ono przyjemne, szczególnie gdy wykręcało jej wnętrzności. Wstyd to chyba najbardziej znienawidzone uczucie przez kotkę, zaraz po tej pustce.
— Wiesz, że nie możesz odmówić kotu podania im zioła, gdy tego potrzebują? Tak mówi nasz kodeks. — Powiedziała starsza, spoglądając na uczennice, podczas gdy ta dalej kryła się przed wzrokiem medyczki. Koteczka złapała kępkę zebranych jagód i zaczęła je odkładać do magazynku, byle nie musieć nawiązać kontaktu wzrokowego z Czereśniową Gałązką. To by ją chyba zabiło!
— Oh, ja wiem, Czereśniowa Gałązko! Chciałam ją tylko nastraszyć, aby ta się zamknęła! Ile można narzekać na to, ile zbieram zioła? Powinna wiedzieć, jak ważne są one dla naszego klanu, szczególnie, gdy tyle kotów tutaj żyje. — Prychnęła Zaćmiona Łapa, krzywiąc się na to, jak ostro zabrzmiały jej słowa. — Wybacz mi. Jestem trochę rozdrażniona dzisiaj. Proszę, nie gniewaj się na mnie. — Zaćmiona Łapa przeprosiła medyczkę za jej nagły wybuch. Chyba każdy może od czasu do czasu stracić kontrolę nad własnym językiem… Czereśniowa Gałązka spojrzała smutno na Zaćmioną Łapę, a następnie się ponownie odezwała.
— Rozumiem to, że czasami możesz stracić kontrolę nad sobą, każdy czasami tak ma. Ale na przyszłość staraj się tego… Unikać, dobrze? Myślę, że możesz być odrobinę przemęczona. Proszę, połóż się dzisiaj wcześniej i odpocznij, dobrze ci to zrobi. — Powiedziała medyczka zmartwionym głosem. Zaćmiona Łapa kochała to, jak troskliwa potrafiła być starsza. Uczennica skinęła głową oraz pożegnała się z Czereśniową Gałązką. Najwidoczniej ich rozmowa dobiegła już końca.
— Ah, poczekaj jeszcze chwilkę, dobrze? Co ty na szybką powtórkę z ziół? Przed snem dobrze ci to zrobi oraz więcej zapamiętasz. Wiem, jak bardzo ty to uwielbiasz. — Miauknęła Czereśniowa Gałązka, uśmiechając się do młodszej, na co uczennica się rozpromieniła. Przynajmniej wiedziała, że Czereśniowa Gałązka nie jest na nią zła. Pokiwała głową z entuzjazmem, na myśl o powtórce ziół przed snem.
— Może najpierw powiesz mi na co są jagody jałowca? — Zadała pierwsze pytanie medyczka, wskazując na zebrane przez młodszą kotkę jagody. Było to zioło, które uczennica miała opanowane wręcz do perfekcji!
— Ah! Oczywiście, oczywiście! Już mówię! Jagody jałowca są najbardziej znane z efektu, który ułatwia oddychanie kotu! Działa on równie dobrze na ból brzucha oraz w wielu przypadkach na uspokojenie. — Odpowiedziała pełna energii koteczka. Wydawało się, że temat ziół odrodził całą energię młodszej.
— Dobra robota, Zaćmiona Łapo. A na jakie choroby się je podaje? — Rzuciła kolejne pytanie uczennicy.
— Podaję się je na duszności, bądź ogólne problemy z oddychaniem. Słyszałam, że czasami można je podać kotu choremu na kaszel, aby ten się nie udusił przypadkiem… Również można je podać na ból brzucha. — Odpowiedziała, głosem przepełnionym pewnością siebie.
— Tak, doskonała odpowiedź… To może teraz pytanie z innej kategorii… Wymień mi trujące zioło, Zaćmiona Łapo. — Powiedziała medyczka, na co krew w żyłach Zaćmionej Łapy zastygła. Ah, Klanie Gwiazdy… Dlaczego takie pytanie musiało paść z pyska Czereśniowej Gałązki?
— Chyba… Jagody Śmierci? — Odpowiedziała, fałszując swoją niepewność w głosie. Oczywiście, że wiedziała. W końcu to to zioło wykorzystała, aby odebrać życie starszej z Klanu Klifu.
— Dokładnie, a co te zioło robi? — Zapytała, skanując Zaćmioną Łapę wzrokiem od góry do dołu.
— Potrafi zakończyć żywot kota szybciej, niż powinno być zakończone. — Miauknęła młodsza, dzielnie patrząc się prosto w oczy Czereśniowej Gałązki, na co ta skinęła głową.
— Tak, masz rację. A dlaczego je się kotu podaje? — Kolejne pytanie padło z pyska starszej kotki, a Zaćmiona Łapa czuła jak jelita jej robią fikołki.
— Aby skrócić jego cierpienie. — Równie szybko odpowiedziała na pytanie kotki, wypuszczając wydech. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że cały ten czas wstrzymywała oddech.
— Dobrze. Pamiętaj, Zaćmiona Łapo. Nigdy, ale to nigdy nie podawaj kotu tych jagód, chyba że jest to konieczne. Rozumiemy się? — Powiedziała, zadając pytanie na końcu swojej wypowiedzi. Chociaż czy można było to uznać jako pytanie? Ciężko powiedzieć. Zaćmiona Łapa skinęła głową ze zrozumieniem, na co medyczka odwróciła się od niej i wróciła do swoich obowiązków. Najwidoczniej ich rozmowa dobiegła końca.
[957 słów - trening medyka]

[przyznano 19%]

Event NPC - Czereśniowa Gałązka