BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muszla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muszla. Pokaż wszystkie posty

19 sierpnia 2026

Od Muszli

Wilgotny wiatr nieprzychylnej Pory Nowych Liści targał futrem rudego kocura, kładąc mu kłosy płasko po pysku, a nad głową wisiały gęste, gołębie chmury, zwiastujące niedługo planujący nadejście deszcz. Czuł mokry grunt pod łapami, zwilżony mech, który porastał prawie każdy zakątek obozu rybojadów. Całe szczęście, że przynajmniej nie zawitały do Nocniaków dzisiaj przymrozki, ponieważ mokre futro połączone z chłodem nie mogło zwiastować niczego dobrego, więcej chorób nie było potrzebne ani jemu, ani jego ojcu. Napuszył trochę swoją sierść w celu uchronienia się od wiatrów.
Muszla wyszedł u boku jednego ze strażników dość niepewnie. Mimo że przebywał w tym miejscu już dość długo, bo od przynajmniej pięciu księżyców, miał wrażenie, jakby zaledwie wczoraj tu przyszedł. Jakby ząb czasu nie dotknął nikogo, nadal czuł się jak zagubiony uczeń, który – mimo przygotowań i to długich – został wrzucony na głęboką wodę i musiał sobie jakoś poradzić, jednocześnie wspierając resztę bliskich mu kotów. Dzisiaj Mandarynkowa Gwiazda nakazała wezwać go przed własne oblicze, a rudy van od razu zaczął się martwić. Do jego głowy napływało pełno przeróżnych myśli, co mogło się z nim teraz stać. Bał się, że zostanie wygnany, a ojca będzie zmuszony pozostawić samego. Byli tak naprawdę na łasce srebrnej kocicy i mogła zrobić z nimi, co tylko jej się podobało. Nie był nawet pewien, dlaczego miałby stąd wybyć, skoro nie sprawiał problemów, aczkolwiek więźniowie byli balastem dla klanu i dobrze o tym wiedział... więc ta obawa nie była taka oderwana od rzeczywistości, jak by chciał, żeby była. Wszedł do wnętrza pnia u boku łaciatego kocura, zastępcy, który wycofał się uderzenie serca później na znak i zaczekał przy wejściu. Usiadł przed pręguską, chyląc łeb w geście szacunku. I tkwił tak jeszcze przez jakiś czas, nie wiedząc, czy to on powinien rozpocząć konwersację, czy zdać się na głowę klanu. O jego uszy obiły się słówka o rodzie królewskim, ale nie był nawet pewien, jak powinien się do niej zwrócić, żeby pokazać, że wiedział, iż była postawiona – oczywiście – wyżej od niego. Pomarańczowooka odchrząknęła po paru uderzeniach serca, jakby oczekiwała, że to właśnie on zacznie konwersację.
— Muszlo, chciałabym dzisiaj zamienić z tobą kilka słów o Twojej przyszłości i przeszłości — zaczęła. — Ty i Błoto jesteście więźniami już dość długo i czas, byście odpracowali swoje księżyce spędzone na terenach Klanu Nocy. Najpierw jednak chciałabym się dowiedzieć, czy zamierzacie zostać tu na stałe.
Zerknął na pręgowaną, czując ulgę, że zakończyła trwającą między nimi ciszę. Wsłuchał się w jej słowa, nie przerywając jej ani razu. Gdy skończyła, kiwnął głową. — Tak... chciałbym zostać tu na stałe, najlepiej z Błotem. Zrobimy co w naszej mocy, żeby odpracować wszystkie te księżyce — obiecał szczerze, myśląc, co dalej najkorzystniej byłoby dodać. Starsza w odpowiedzi skinęła głową. Van zaczął dostrzegać w tym momencie siwe włoski na jej pysku. Pamiętał ją z czasów zgromadzeń, chociaż też nie aż tak wyraźnie. Wiedział jedynie, że kiedyś spotkał się z tym widokiem… czy bardzo zmieniła się od tamtego czasu?
— W porządku, chciałabym zapytać, skąd tak właściwie jesteście. Należeliście wcześniej do jakiejś grupy albo o jakiejś słyszeliście?
Kocur z jakiegoś powodu nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ze względu na to, iż byli uciekinierami z Klanu Wilka, nie wolno było im wspomnieć nawet słówka o Wilczakach, jako iż Klan Nocy był jednym z klanów, który miał pojęcie o istnieniu sąsiadów, dlatego mogli połączyć kropki, o ile ktokolwiek przejął się nagłą nieobecnością tak wielu kotów. Wspomnienia o miejscu, do którego trafił niedługo po porzuceniu przez rodziców wraz z siostrzyczką, Łezką, nadal migotały w jego umyśle, jednak jak przez mgłę. Tym, co najbardziej zapadło mu w pamięci, było oczywiście testem na ucznia. Samotna noc spędzona w lesie, jako kociak. Czy w ciągu całego swojego życia słyszał o samotniczych grupach? Nie mógł sobie teraz przypomnieć. Musiał improwizować, nawet jeśli w przyszłości mogło kosztować go to spokój umysłu. Czy Mandarynkowa Gwiazda miała pojęcie o wszystkich samotniczych społecznościach? Miał nadzieję, że nie.
— Pochodzimy z Betonowego Świata. Do tej pory podróżowaliśmy sami, jednak chłodna pora zmusiła nas do wkroczenia do lasu. Usłyszałem raz, że w leśnym poszyciu aż roi się od myszy, a pod zmrożonym lodem ryby obijają się o siebie i przede wszystkim, nie ma grupy obok grupy, nie jest tak duszno i tłoczno. Chwyciliśmy się czegokolwiek, nie mogliśmy pozwolić na to, byśmy pomarli z głodu. W mieście było zbyt wiele grup, z którymi nie byliśmy w stanie... walczyć, a przynajmniej nie wiecznie, bo było nas za mało, zaledwie dwójka przeciwko całej bandzie — opowiadał, czując się tak, jakby nawet jedno źle powiedziane słówko mogło sprawić, że żałowałby go do końca.
— Co w takim razie robiliście na naszych terenach?
Na to pytanie poczuł, jak lekko zapada mu się serce, chociaż próbował tego po sobie nie okazać.
— Przegoniono nas z naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania, grupy rosły w siłę, werbując do swoich szeregów coraz więcej kotów — zaczął, krzywiąc się delikatnie. — Myślałem, że może mimo wszystko uda nam się tam zostać, jednak teraz myślę, że to niemożliwe. Zbyt niebezpieczne. — Zerknął na przywódczynię raz jeszcze, chociaż nie wyzywająco, a ze skruchą. — Nie chcieliśmy sprawiać problemów, przepraszam, że tak wtargnęliśmy na wasze tereny — kontynuował, okazując szczery żal związany z tym, co miało miejsce. Nie lubił, gdy coś negatywnego działo się z jego powodu, miał wrażenie, że wszystkie te nieszczęśliwe sytuacje były przynajmniej w jakiś sposób spowodowane przez niego, nawet jeśli na niektóre z nich nie mógł znaleźć w głowie żadnego prawdziwego powodu ku takiemu tokowi myślenia.
— Nadal nie tłumaczy to przekroczenia granicy zapachowej — zauważyła, a Muszla czuł się tak, jakby ktoś wbił w niego ostry patyk. — Tereny niczyje są chyba w stanie pomieścić samotników. Chyba że któryś z was skusił się na naszą zwierzynę.
Kocur poruszył nieznacznie ogonem, próbując przypomnieć sobie najwięcej z tamtego dnia. Nie zajęło mu to długo, zresztą to nie było też tak, że miał z wielkimi detalami wymieniać, co po kolei robił danego dnia, dwadzieścia księżyców temu. Może wystarczyło powiedzieć prawdę. Spochmurniał odrobinę. — Błoto to mój ojciec. Ruszyłem za nim tamtego dnia, bo długo nie wracał do naszego tymczasowego schronu, bardzo się o niego martwiłem. Powiedział, że będzie szedł brzegiem rzeki, dlatego w miarę wiedziałem, gdzie powinienem go szukać. Gdy szedłem jego tropem, z czasem natknąłem się na wyrwane kępki futra, płatki kwiatów, a nawet ślady krwi i nigdzie nieopodal go nie było. Pod wpływem impulsu ruszyłem dalej za zapachem, obawiając się najgorszego. Zaprowadziło mnie to prosto tutaj — wyjaśnił, czując, jak robi mu się chłodno w gardle. Tym razem nie kłamał. — Nie jestem pewien, czy Błoto upolował coś na tych terenach. Ja jedynie chciałem upewnić się, czy wszystko z nim w porządku...
Liderka zwęziła oczy w szparki, a więzień nie był w stanie stwierdzić, czy mu uwierzyła, czy nie.
— W porządku — skinęła głową. — Błękitna Laguno, możesz odprowadzić go na wyspę.
I po paru uderzeniach serca do legowiska wszedł łaciaty kocur. Nim się Stroczek, a raczej… Muszla obejrzał, znalazł się z powrotem w dziurze więźniów. Czy ta rozmowa była pierwszym krokiem ku temu, żeby polepszyć obecne warunki życia Muszli oraz Błota? Chciał w to wierzyć. Chciał, żeby ojciec mógł swój pozostały czas na tym świecie spędził na ciepłym, miłym legowisku wśród kotów, które nie traktowałyby go źle. Wierzył w dobroć Nocniaków, nawet jeśli bardzo się momentami bał.

02 sierpnia 2026

Od Stroczkowej Nadziei (Muszli)

Przeszłość

Wyjątkowo łagodna Pora Opadających Liści zagościła na terenach, barwiąc liczne korony drzew na najróżniejsze kolory – od czystych czerwieni, żółci aż po zieleń wymieszaną z plejadą barw, krzątając się po leśnym poszyciu. Pogoda była sielankowa wręcz, słońce przebijało się przez gęsto porośnięte gałęzie, powoli zrzucające liście z niebios. Przyjemny zefirek owiał rudo-białe futro kocura, który rozglądał się po całym obozie w poszukiwaniu konkretnego kota. Ptaki ćwierkały w najlepsze na ramionach wiekowych roślin, niosąc echem swoje najpiękniejsze melodie, a pod śnieżnobiałymi łapami samotnika uginały się delikatnie mokre paprocie, z których przy każdym najmniejszym dotyku zsypywały się mokre kropelki rosy. Stroczkowa Nadzieja dzisiaj chodził dość podenerwowany, a związane było to z nieobecnością ojca. Serce tłukło mu jak szalone, a umysł zdążył nawymyślać już przeróżnych możliwości, co mogło się stać. Nadal pamiętał ich przeprawę w poszukiwaniu nowych terenów, schronu. Potwory dwunożnych na zawsze odcisnęły piętno w umyśle młodego kocurka, wtedy zaledwie paru księżycowego, który musiał jakoś odnaleźć się w jakże strasznej, nowej rzeczywistości… Połamane kości, masa chorych i potrzebujących pomocy… od wtedy już nigdy nie spojrzał na schorowanego kota tak samo. Od zawsze jego poziom empatii był niezwykle wysoki, aczkolwiek wtedy… wtedy zwyczajnie łamało mu to serce. Potrzebował wielu rozpraszaczy, żeby jakkolwiek poradzić sobie z poleceniami, które dawała mu jego szylkretowa mentorka. Potrzebowała pomocy. Wszyscy jej potrzebowali i polegali na nich, a później tylko na nim. Z czasem pojawił się również Oset… Słońce pokonało już sporą część nieboskłonu, a jego ojciec, Szczawiowe Serce, nadal nie powrócił z samotnego patrolu, na którym zamierzał zapolować dla grupy. Normalnie Stroczek nie przejąłby się tym, szczególnie gdyby nie fakt, iż nie było to podobne do kocura. Zawsze wracał o czasie.
Wyruszył więc na poszukiwania, obawiając się, że reszta grupy zareagowałaby za późno, jeśli tylko coś niekorzystnego miało miejsce. Z całego tego zamieszania nie poinformował nawet nikogo, że sam wychodzi. Ruszył za tropem ojca, który ciągnął się w stronę rzeki. Tam, gdzie czekoladowy mówił, że będzie, a jednak nadal nie wrócił do azylu. Uchylił pysk, pozwalając przeróżnym woniom owiać siebie i prowadzić łapy. Wolał się upewnić, że wszystko było w porządku, niż potem tego wszystkiego żałować do końca życia. Wędrował i wędrował, nerwowo powiewając ogonem i węsząc niczym wygłodniały pies w poszukiwaniu najbardziej cennego skrawka jedzenia, pierwszego od miesięcy. Postawił czujnie uszy, gdy do jego nosa dotarł rybi, mokry wręcz zapach kotów Klanu Nocy.
Dlaczego zawędrował aż tutaj? — pomyślał, kładąc po sobie uszy, nie mogąc zrozumieć decyzji podjętych przez ojca. Nie wolno im było wracać na tereny klanów, dlaczego więc jego trop prowadził właśnie tutaj? Uniósł łapę, wahając się, czy powinien podążać tropem dalej. Co, jeśli zaatakowały ojca borsuki? Słyszał, że każdej przynależności dokuczały inne drapieżniki, chociaż… od jego ucieczki z Klanu Wilka minęło już tak wiele. Jego pamięć była niczym przez mgłę. Skoro dotarł aż tutaj, nie mógł się wycofać. Nagle, aromat, który do niego dopłynął, sprawił, że uchylił ślepia szerzej. Ktoś tu był. Niedawno przemierzał te tereny.
Przyspieszył kroku, od truchtu, wreszcie po sprint, jakby zależało od tego jego życie. Może zależało, ale nie był pewien, czy obecnie jego. Okrążając większe kałuże i unikając tylu zbiorników wodnych, ile był fizycznie w stanie, żeby nie zatracić energii na pływanie, natknął się na coś… nowego. Poszlakę.
Parę żółtych kwiatów, pachnących oznaczeniami zapachowymi Klanu Nocy pojawiło się przed jego ślepiami, a zaraz potem dotarł do niego zapach jego ojca. Chwycił pozostałości po kwieciu, ciemnozielonymi oczami przeskakując z jednego, na drugie z niepokojem. Ślepiami szukał wszelkich dodatkowych oznak, czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić dalej, gdzie był bursztynooki. Zerknął na nieopodal rosnące, śnieżnobiałe pręgowane drzewo – brzozę. Po zbliżeniu się dostrzegł krew, świeżą. Żołądek zacisnął mu się w supeł, a do gardła podeszła żółć. Liczne, szkarłatno-ciepło zabarwione liście powiewały delikatnie na wietrze, trzymając się gałązki, dzięki której miały możliwość wyrosnąć. Nie potrzebował wiele czasu, by dostrzec brązowo zabarwione kępki futra nieopodal. Stało się coś bardzo złego.
Tato, gdzie jesteś? — miał ochotę zawołać, aczkolwiek wiedział, że było to zwyczajnie głupie. Czy jego opiekun został porwany przez kota Klanu Nocy? Co powinien zrobić? Odbył parę treningów na wojownika, ale czy to wystarczyło, żeby ochronić Szczawiowe Serce przed napastnikiem, a może nawet i przed kilkoma, całym klanem wręcz? Jego następny ruch… nie należał do najmądrzejszych. Jego umysł jednak zmagał się z tak wieloma pędzącymi galopem myślami, że nie był w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji, której później by nie żałował. Postanowił ruszyć tropem napastnika. Tak szybko, jak było to tylko możliwe. Tak, aż zaczęły go boleć mięśnie z powodu nadmiernego napinania ich w celu stałego zwiększenia swojej szybkości. W kącikach jego oczu zbierały się stale łzy, które zwiewał wiatr zmierzający wprost na jego pysk. Rude futro przylgnęło do jego policzków, a ogon powiewał w kółko.
Wtargnął do azylu, rozglądając się za jakimkolwiek czekoladowym futrem. Gdy nie spostrzegł nikogo znajomego, a zamiast tego zaczęły zbierać się naokoło niego obce koty, poczuł, jak mimowolnie kuli się na ich widok i podsuwa puchaty ogon pod siebie.

***

Teraźniejszość

Dwadzieścia księżyców. Tyle minęło od śmierci Jarzębinowego Żaru, a rudzielec miał wrażenie, jakby odeszła z tego świata do łask Klanu Gwiazdy zaledwie wczoraj. Siedząc tutaj, w dziurze, miał za dużo czasu na wszelkiego rodzaju przemyślenia. Miał wrażenie, że jedynym, co trzymało go w tym miejscu, w społecznościach klanów, był Szczawiowe Serce, jego przybrany ojciec. Teraz, w Klanie Nocy, przebywając w tym obozie już tyle księżyców, jako więzień, miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Wspomnienia o Świetlikach nadal były żywe w jego umyśle. Amorphina, Jarzębinowy Żar… cała grupa się rozpadła, takie miał wrażenie. Zostawił ich. Był nikim więcej, jak tchórzem. Gorzki posmak pojawił się na jego języku, gdy wspomnienia dawnych pobratymców powróciły do jego głowy. Zerknął na leżącego obok niego ojca. Jego łapa zdążyła dawno się zagoić, chociaż uraz w głowie z pewnością pozostał. Pamiętał tamten dzień, kiedy pojawili się tutaj po raz pierwszy i od wtedy zostali. Bliżej Gąbczastej Perły i Sennej Łzy, niż za czasów, kiedy żyli w Klanie Wilka. A mimo to, Stroczkowa Nadzieja, Muszla, nie miał z siostrą kontaktu. Nie wolno mu było z nią rozmawiać, dopuścić, by połączyła kropki. Ciekawe, czy zastanawiała się czasami, co się z nim działo? Może już dawno wiedziała, że przebywał w obozie Nocniaków, ale mimo wszystko zachowała milczenie? Nie był pewien, która myśl byłaby dla niego lepsza, bardziej pocieszająca… Nakrył nos puchatym ogonem i zwinął się w kłębek, wtykając łapy pod siebie i przymykając oczy. Jego dni były monotonne, ale przynajmniej mógł porozmawiać z ojcem, któremu z pewnością również nie było łatwo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Z nowym imieniem i wymazaną przeszłością.
— Wydostanę nas stąd, tato — szepnął do starszego z determinacją, nie będąc pewien, czy kocur w ogóle go usłyszał. Musieli się ratować. Musieli jakoś polepszyć warunki swojego życia.
— Myślisz, że warto... Muszlo? — mruknął Szczawiowe Serce, a raczej obecnie znany jako Błoto. Zielonooki spojrzał na niego z niepokojem. Odkąd pojawili się w Klanie Nocy, zmuszeni byli do przyjęcia nowych imion. To prawie tak, jakby stali się innymi kotami.
— Tak. Zawsze warto. Już tak długo tutaj tkwimy... — kontynuował, otwierając ślepia i spoglądając teraz na czekoladowego kocura. Liczył na większy entuzjazm z jego strony, tak jak zawsze, kiedy to van go pocieszał tak wiele razy... a zamiast tego spotkał się z przybitym starcem, który miał już siedemdziesiąt księżyców na karku. Zastrzygł wąsami. — Proszę. Nie wolno nam się poddawać. Nie, gdy zaszliśmy już tak daleko. — Próbował desperacko go przekonać, mimo świadomości, że nie miał żadnego planu na polepszenie ich sytuacji, a jedynie chciał podnieść ojca na duchu. Za każdym razem, gdy wracał od medyczek jeszcze bardziej przygnębiony, niż przed leczeniem, Muszla zastanawiał się, czy może był niewystarczający, jako syn. Czy oferował za mało wsparcia? Czy powodem smutków więźnia był właśnie on? Pokręcił głową. Szczawiowe Serce by nigdy o nim tak nie pomyślał, prawda? Jako o kuli u łapy...

29 maja 2026

Od Stroczka (Stroczkowej Nadziei) CD. Roztargnionego Koperku

Przeszłość

Uśmiechnęło się lekko i ruszyło z powrotem ku legowisku medyka. Położyło wiewiórkę przed Stroczkiem, lekko mu ją podsuwając.
— Może być? — zapytało, kierując swój wzrok na kociaka. Po chwili usłyszało drobne łapki obok siebie. — Też się poczęstuj, Łezko. Wątpię, aby Stroczek mógł zjeść całą wiewiórkę — zaśmiało się, odsuwając nieznacznie od maluchów.
Stroczek poczuł, jak Łezka budzi się i rozsuwa go delikatnie, żeby mieć lepszy dostęp do wiewiórki. Kocurek wgryzł się w zdobycz dość nieudolnie, próbując oderwać od niej, chociażby kawałek. Rdzawy meszek utknął mu między zębami, jednak nie przejął się tym jakoś szczególnie. Był głodny, a nie skupiony na tym, czy mu coś lata pomiędzy zębami, czy nie. Gdy wreszcie mu się udało kawałek oderwać, zamruczał z zadowoleniem, chwytając po coraz więcej kęsów. Łezka nie zamierzała zostawać w tyle – także najadła się tak, jak tylko mogła, jednak już zrezygnowała z przesuwania brata. Położyła się wygodnie na legowisku, oblizując policzki po posiłku. Rudy oblizał policzki z zadowoleniem także, czując, jak ciepły posiłek go całego ogrzewa. Na samą myśl miał ochotę zwinąć się w kłębek i pójść z powrotem spać, jednak wiedział, że gdyby przymknął teraz oczka i spróbował oddać się w objęcia snu, nie byłby w stanie zasnąć, przynajmniej nie od razu. Zamruczał cichutko.
— Czy… czy pobawiłobyś się z nami? — zapytał niepewnie, robiąc duże oczka do asystenta medyka. Koper uśmiechnęło się raz jeszcze, kiwając ochoczo głową. Z pyszczka Łezki wydobył się lekki pisk ekscytacji, gdy zaczęła uciekać przed goniącym ją kocurem. Sam Stroczek także w pewnym momencie wpadł w wir zabawy, ponieważ już po paru uderzeniach serca poczuł, jak ktoś ostrożnie szturcha go w bok, a potem do jego uszu doleciało głośne:
— Berek! — i już wiedział, że to on musiał gonić wszystkich. Ruszył więc pędem za największym kocurem, mając nadzieję, że jego będzie łatwiej złapać, niż siostrzyczkę, która była zresztą takich rozmiarów, co on.

Koniec sesji

04 kwietnia 2026

Od Stroczkowej Nadziei

Stroczkowa Nadzieja przyglądał się spadającym z nieba masowo liściom, mieniącym się kolorowo w blasku bladego słońca Pory Opadających Liści. Chłodny wiatr zmierzwił jego futro, posyłając wzdłuż jego kręgosłupa nieprzyjemne ciarki. Przygnębienie nadal trzymało się go dość sprawnie, czuł się trochę tak, jakby ktoś wypruł z niego jakiekolwiek chęci na ruszanie się z obozu, robienia czegokolwiek, tak naprawdę. Odkąd pochowali Jarzębinowy Żar, cały czas myślami wracał do jej grobu, odwiedzając go niejednokrotnie. Pytał ją o rady, rozmawiał z nią, wyobrażając sobie, że siedzi obok niego, gdzieś blisko i obserwuje go przy każdej czynności. Czy była z niego dumna? Czy uzyskała swoje miejsce w szeregach Klanu Gwiazdy? Z całą pewnością przyjęli ją miło. Tak naprawdę to jego dni wyglądały teraz dość monotonnie. Chodził zbierać zioła, układał je w swoim składziku starannie, te, które mógł, to suszył w prażących promieniach słońca, a resztę podawał potrzebującym… Jadł, pił, rozmawiał zdawkowo z pobratymcami.
A jak już o potrzebujących chodziło, przywołał do swojej nory pewnego kocura, którego stan ostatnio go zaniepokoił.
Przyjrzał się Kosaćcowej Grzywie uważnie, doszukując się więcej urazów, które mogłyby spowodować kłopoty, gdyby pozostały nieleczone. Prędko odkrył, że doskwierało mu ugryzienie szczura, które było naprawdę paskudne. Łatwo się brudziło i gdyby to przeoczył, van mógłby zmagać się z naprawdę nieciekawymi objawami w przyszłości, których raczej każdy wolał uniknąć. Rudy podarował wojownikowi dziki czosnek, w którym kazał mu się porządnie wytarzać, obserwując, czy rana została pokryta odpowiednio. Gryzący zapach był jedyną ceną, jaką trzeba było zapłacić za zdrową, dobrze gojącą się łapę.
— Kosaćcowa Grzywo, czy mógłbyś mi towarzyszyć podczas odwiedzin Rysiego Tropu? Ostatnio zachorowała, nie chcę, żeby przeszło to na nas — wyjaśnił krótko, poruszając lekko nerwowo ogonem. Ubrał swoje myśli w takie słowa, które przekonałyby niebieskookiego. Masywny kocur zgodził się prędko, co przyniosło młodzikowi lekką ulgę.
Skinąwszy mu głową, niebieski odprowadził go do dziury więźniów. Rysi Trop nabawiła się kataru – prawdopodobnie, gdyby nie było tutaj vana, pozwoliliby jej umrzeć z powodu choroby. Stroczkowa Nadzieja jednak, mimo że nie żywił do niej wiele pozytywnych uczuć, nie mógł pozwolić na to, aby i ona cierpiała. Dopuściła się haniebnego czynu, jednak nadal była kotem, który otrzymał od Klanu Gwiazdy życie. To, że marnowała je w ten sposób, nie było czymś, na co mógł wpłynąć. Nie oznaczało to jednak, że akceptował taką postawę. Schylił łeb, doszukując się jej pyska w półmroku. Para ślepi zabłyszczała wrogo, gdy promienie słońca padły na jej ramię.
— Rysi Tropie, proszę, zjedz te zioła. Pomagają z katarem — miauknął, po czym położył je delikatnie. Niebieska szylkretka przysunęła je bliżej siebie, po paru uderzeniach serca spożywając je. Stroczkowa Nadzieja pochylił głowę, wycofując się z powrotem do centrum. Było to jedno zmartwienie mniej na jego głowie. Jeszcze ją odwiedzi, żeby upewnić się, że dolegliwość na pewno została zwalczona.

wyleczeni: Kosaćcowa Grzywa, Rysi Trop

17 marca 2026

Od Stroczkowej Nadziei

Stroczkowa Nadzieja przebierał łapami w delikatnie wysuszonych już ziołach, które udało mu się do tej pory wyzbierać razem z Jarzębinowym Żarem. Do nory wpadały fikuśne, ciepłe promienie słońca umiejące przyprawić starsze koty o udar cieplny. Obawiał się, że coś identycznego mogłoby kiedyś spotkać któregoś ze świetlików. Gęsto pokryte liśćmi gałęzie szeleściły na wietrze, przypominając o swojej obecności. Ptaki ćwierkały w najlepsze, bez wątpienia szybując pomiędzy lub lekko nad kłosami wysokich traw, żeby co jakiś czas wylądować na nich i złapać jakąś szybką, prostą przekąskę. Pogoda panująca na zewnątrz bardzo kontrastowała z nastrojem, jaki towarzyszył medykowi.
Odkąd odeszła Jarzębinowy Żar, zmieniło się wszystko.
Wydawało mu się, że wszyscy opłakują zmarłą szylkretkę. Tak naprawdę, to tak było. Chyba tylko co do jednej kocicy nie był pewien – wobec Rysiego Tropu. Miał co do niej mieszane uczucia. Nadal pamiętał makabryczny widok, jaki zastał po przebudzeniu się. Miał ochotę zwrócić swój dzisiejszy posiłek, gdy tylko sobie o tym przypomniał. Teraz była więźniem, strzeżonym przez wymieniających się rolą strażnika wojowników. Nie wiedział, czy ona także opłakiwała czarną szylkretkę.
Jedna z nich, Amorphina, także odeszła, jednak od tamtego momentu minęło już trochę czasu. Śnieżnobiała kotka umarła z głodu, oddając swoje posiłki innym częściej, niż byłoby to zdrowe. Stroczek poczuł, jak żołądek zaciska mu się w kłębek. Jak mógł jeść normalnie do tej pory? Nie czuć się obrzydzony sobą, swoim zachowaniem? Dlaczego nie zwrócił na kocicę więcej uwagi, tylko zajmował się, Klan Gwiazdy wie czym?! Może gdyby wcześniej jakoś zareagował, może gdyby samemu jej doglądał szczególniej, to nie wyglądałoby to w ten sposób. Czy mógł jakoś zapobiec śmierci Jarzębinowego Żaru? Czy Klan Gwiazdy naprawdę musiał odebrać ją, otulić własnymi ramionami, zapraszając na Srebrną Skórę tak prędko? Miał wrażenie, jakby wszystko było jego winą, chociaż było to absurdalne. Dlaczego to przez niego miałoby się to wszystko stać? Mimo kłócącego się rozumu z ciałem, nie potrafił tego pogodzić. Umysł mu ciążył, ciężko było mu wyjść z legowiska bez garbienia się czy ciągnięcia za sobą ogona. Miał wrażenie, jakby do jego łap doczepiono bardzo ciężkie kamienie. Musiał jeść i względnie o siebie dbać, bo inaczej… on także dołączyłby do gwiezdnych przodków. Ale nie mógł, za wcześnie na niego. Musiał pomagać swoim pobratymcom, wszyscy polegali teraz na nim i na Lisim Oście. Nikt inny nie miał takiej wiedzy medycznej, co oni.
Wybrał ze spiżarni parę potrzebnych ziół. Jednym z nich była oczywiście kora olchy, która widziała lepsze dni, aczkolwiek nie mógł teraz pozwolić sobie na próbę szukania tego jedynego, wybranego drzewa. Miodowa Kora potrzebował pomocy jak najszybciej, w końcu próchnica nie będzie czekała, aż medyk łaskawie wywlecze się ze swojej nory i porozgląda się po lesie pełnym wiekowych roślin. Położył ją sobie u łap, doszukując się czegoś, co pomogłoby na duszności. Ze względu na porę, były one niezwykle martwiące. W końcu duszności w połączeniu z upałem nie mogły skończyć się niczym dobrym. Chwycił w zęby malutkie, jasnoróżowe kwiaty oparte o długie łodygi. Po paru uderzeniach serca położył je na liściu, wyszykowanym specjalnie pod takie okazje.
Gdy wyjrzał na zewnątrz nory, momentalnie uderzyły go w oczy intensywne słoneczne promienie, które zaczęły grzać jego głowę w zastraszającym tempie. Zamrugał parokrotnie, próbując pozbyć się bólu oczu, a także dyskomfortu w postaci gorąca. Gdy wreszcie zaczął w miarę normalnie widzieć, dostrzegł w centrum dwójkę kotów, których szukał.
— Miodowa Koro, Poziomkowa Polano, chodźcie ze mną, proszę — miauknął uprzejmie, wskazując im ogonem swoją jamę. Rudemu nie umknęły nieprzyjemne oddechy i wydechy, jakie wydawał z siebie Poziomek. Stroczka bardzo martwił stan jego pobratymcy, musiał pomóc mu jak najszybciej.
Gdy tylko usadowili się wygodnie, zabrał się do pracy. Przysunął floks bliżej zielonookiego. — Zjedz go, pomoże ci z dusznościami. Przeżuj dokładnie, może być niesmaczny i gorzki, ale to konieczne — polecił. Poziomkowa Polana nie zwlekał długo z wykonaniem prośby – już moment później żuł uważnie różowe płatki kwiatów, marszcząc delikatnie nos. Stroczkowa Łapa spojrzał teraz na pręgusa. — Miodowa Koro, nadal dokucza ci ból zęba, prawda? Musisz pogryźć korę, ona sprawnie usuwa wszelkie niedogodności na kłach — podał wojownikowi wspomniany lek, był to sprawdzony sposób, dzięki któremu łatwo dało się zapobiec rozprzestrzenianiu się próchnicy, a nawet wypadnięciu zainfekowanego zęba.

***

Dzień zleciał szybciej, niż van mógłby tego chcieć. Wiedział, co stanie się nocą. Z jednej strony miał ochotę odkładać ten moment w nieskończoność. Nawet jeśli potrafił na jakiś czas zignorować paraliżującą go rozpacz, nie oznaczało to, że opuszczała go na dobre. To nie był kleszcz, którego dało się ot tak wyrwać i mieć z nim już święty spokój. W dodatku samo porównywanie tego uczucia do tak parszywego stworzenia byłoby wręcz… nie na miejscu. Potrząsnął głową, próbując wpaść na cokolwiek sensownego, ale nie szło mu to wcale sprawnie. Nie wiedział już, czego tak naprawdę chciał. Noc zastała każdego z nich, jednak tym razem świetliki nie udali się do swoich legowisk w celu wypoczęcia. Musieli wykonać jeszcze jedną, niezwykle istotną rzecz. Stroczkowa Nadzieja wyjrzał zza wejścia do nory medyków, widząc w centrum już wszystkich ustawionych, bacznie czekających. Wyszedł z niej pospiesznie z ziołami, które starannie wybrał w celu pożegnania swojej ukochanej mentorki. Jego broda kleiła się od słonych łez, kocur nie miał nawet czasu zadbać o swoje futro, nie mógł się na tym w żadnym stopniu skupić.
Zapach śmierci, unoszący się dookoła, tak niezwykle wyraźny, docierający z pewnością do każdego został zamaskowany kwiecistą, przyjemną wonią ziół. Rośliny doskonale się sprawdzały w tym przypadku. Reszta świetlików zaczęła kłaść przedmioty, które kojarzyły im się z medyczką. Liście jarzębiny, muszle, wszelkiego rodzaju liście czy nawet pióra, muskały delikatnie trójkolorowe futro kotki, której oczy zamknęły się na wieki.
Koty odbyły czuwanie, tylko Porywisty Dąb nie był obecny. Wszystko przez to, że musiał pilnować Rysiego Tropu. Stroczkowa Nadzieja miał ochotę nie opuszczać mentorki nawet na krok, mimo że prędzej czy później będzie musiał od niej się odsunąć. Trzeba ją pochować, okazać jej należyty szacunek. Zasłużyła sobie na spokój po śmierci. Serce vana zabiło boleśnie, gdy po raz ostatni nabrał powietrza, a wraz z nim nutę znajomego mu zapachu. Bliskiego, pocieszającego. Jarzębinowy Żar zrobiła dla niego tak wiele – zawsze była wsparciem dla kocurka, podczas całej tej nieprzyjemnej wyprawy, nauczyła go więcej, niż mógłby prosić. Nawet gdy jeszcze przebywali w Klanie Wilka, medyczka była dla niego życzliwa, ostrzegła go nawet przed niebezpieczeństwami, które mogły na niego czyhać podczas jego testu na ucznia. Zamknął oczy, wsłuchując się w śpiew nocnych istot. Świerszcze ćwierkały niczym ptactwo za dnia, grając swoją najpiękniejszą, kojącą melodię. Kto by pomyślał, że skrzydła owadów wskutek drgania mogły tworzyć tak piękne pieśni? Grane teraz niczym dla poległej kocicy, żeby uczcić i podziękować jej za wszystko to, co zrobiła i co oddała dla swoich bliskich. Drzewa szeleściły na wietrze, teraz dużo głośniej, niż za dnia, aczkolwiek nie przeszkadzało to nikomu. Stroczkowa Nadzieja czuł chłodny powiew wiatru przemierzający jego kręgosłup, mierzwiący jego lekko pokołtunione kłosy. Wtulił się w futro kocicy niczym zagubione kocię, szukające wsparcia u matki. Zatopił nos w jej wielokolorowym futrze, czując, jak wilgotne łzy mimowolnie spływają mu po policzkach. Przejechał parokrotnie językiem po splamionej sierści, jakby chciał w ten sposób przeprosić zmarłą za kłopot, jaki w tym momencie sprawiał. Skulił się, owijając ogon wokół jednej z tylnych łap. Miał wrażenie, jakby wraz z Jarzębinowym Żarem odeszło coś jeszcze, cząstka niego, o której nie zdawał sobie wcześniej sprawy. Uczucie straty, jakie nim wstrząsnęło, nie dało się porównać do niczego innego.
Podniósł się ciężko od ciała, ponieważ przyszedł już na to czas. Czuwanie dobiegło końca. Atmosfera, która zagościła między kotami, nie malowała się najlepiej. Nawet jeśli ktoś coś wcześniej mówił, Stroczkowa Nadzieja nie potrafił się na tym wcale skupić. Walczył z przykrościami, które teraz nie chciały opuścić jego umysłu. Nie potrafił pogodzić się z tym, że jego mentorka odeszła. Jarzębinowy Żar nie żyła.
Do przeniesienia szylkretki zostały wyznaczone dwa koty – Kosaćcowa Grzywa oraz Szczawiowe Serce, jego tata. Spojrzał na brązowofutrego z czystym smutkiem wymalowanym na kufie, kładąc po sobie uszy. Starszy posłał mu gorzki uśmiech, jakby próbował go pocieszyć, jednak nic chyba nie przyniosłoby obecnie rudemu pocieszenia takiego, jakiego by potrzebował. Klan Gwiazdy przecież nie wskrzesi Jarzębinowego Żaru.
Dwójka chwyciła delikatnie bezwładne ciało kotki, niosąc je teraz do miejsca pochówku. Stroczkowa Nadzieja chwycił jeden z upominków w pysk, dbając o to, żeby go przypadkiem nie zepsuć. Grupa kotów spokojnym krokiem dotarła w wyznaczone miejsce, czekał na nich już wcześniej wykopany dół. Medyk zmrużył oczy z rozpaczą.
— Klanie Gwiazdy, zyskałeś dzisiaj niezwykle cenną duszę. Kogoś, kto ofiarował ci całe życie, podążał twoimi ścieżkami z rozwagą i determinacją. Proszę, przyjmij ją z otwartymi ramionami, pozwól jej polować na najobfitszych terenach, jakie masz do zaoferowania. Żeby już nigdy nie doświadczyła głodu, smutku, wszelkich przykrości. Żeby Pora Nowych Liści już zawsze towarzyszyła jej. Niech poczuje się u ciebie niczym w ramionach kochającej matki, dostanie od ciebie miłość i spokój, na jaki zasłużyła. Niech zasiądzie na swoim miejscu wśród naszych gwiezdnych przodków — miauknął, otwierając po jakimś czasie oczy. Uniósł łeb ku górze, spoglądając w niebo przepełnione gwiazdami. Miał wrażenie, jakby jedna z nich została dzisiejszej nocy przypisana Jarzębinowemu Żarowi. Ciekawe, czy obserwowała ich właśnie? Czy była szczęśliwa?
Reszta świetlików także dorzuciła parę słów od siebie, życząc bliskiej wszystkiego, co najlepsze. Stroczkowa Nadzieja poczuł, jak robi mu się odrobinę cieplej na sercu. Cieszył się, że szylkretka mogła odejść na tych terenach. W miejscu, gdzie – zdawało mu się – Klan Gwiazdy nad nimi czuwał. Tutaj, gdzie Klan Wilka nie wisiał nad jej karkiem, niczym tykający zegar odliczający czas do jej końca.
Sok z jagód, jaki uzyskali dzięki obfitej porze, został odciśnięty na przednich łapach zmarłej. Jeden z członków grupy odcisnął je delikatnie, choć wyraźnie na kamieniu, który należał do niebieskookiej. Miało być to przypomnienie, że tutaj spoczywa jedna z nich, jej własny nagrobek.
Kotka została ułożona delikatnie, po czym zaczęto zasypywać jej ciało warstwą ziemi. Stroczkowa Łapa patrzył w dół, widząc, jak trójkolorowe futro znika w brązowym podłożu przy każdym kolejnym kawałku wsypywanym do dołu. Na górę grobu każdy z kotów położył starannie cenne rzeczy, należące do Jarzębinowego Żaru. Van dostawił ostatni przedmiot, poprawiając go, żeby zwrócony był ku nagrobkowi. Świetliki wrócili po posłanie do nory zielarzy. Chwycili je w pysk, dzieląc się kawałkami. Łoże, niegdyś należące do niebieskookiej, teraz zostało rozebrane. Rzeczy nakryto nim, pozostawiając na nich wyraźnie wyczuwalny zapach pręguski. Nowe miejsce spoczynku zostało w ten sposób naznaczone. Przyszedł czas na coś jeszcze.
Zielonooki odszukał wzrokiem rzecz, która została do zrobienia na sam koniec. Ten konkretny kamień, gdy namoczyło się go wodą, malował się na trzy różne kolory, które kojarzyły mu się z jego mentorką. Był podobnego ubarwienia, co jej wielokolorowe, piękne futro. W słońcu wysychał szybko, aczkolwiek prezentował się naprawdę porządnie. Chwycił go w pysk, po czym odłożył na grobie. Wraz z nim, postąpiła tak cała reszta świetlików. Stroczkowa Nadzieja wtulił się w futro na piersi ojca, garbiąc się odrobinę. Miał ochotę całkowicie się rozkleić. Nie wiedział, co ze sobą począć.

wyleczeni: Miodowa Kora, Poziomkowa Polana

08 lutego 2026

Od Stroczkowej Łapy (Stroczkowej Nadziei)

Stroczkowa Łapa liczył ziarenka maku, sortując wszystkie porozrzucane po legowisku zioła. Jarzębinowy Żar także układała tyle, ile była w stanie, co jakiś czas dając swojemu uczniowi więcej rzeczy, które mógłby jeszcze ponaprawiać. Zielonookiemu bardzo to odpowiadało, w zasadzie nie miał dzisiaj nic lepszego do roboty i dobrze było zająć łapy w ten sposób. Pamiętał o paru samotnikach, którym ostatnio pomógł. Ciekawe, czy chcieliby może dołączyć do nich, do ich grupy? Szkoda, że nie zapytał ich wcześniej... Gdy słońce zawędrowało po niebie chyląc się powoli ku zachodowi, niebieskooka spojrzała na pręgusa poważnie.
— Stroczkowa Łapo, przyszedł czas na coś niezwykle ważnego. Ja, Jarzębinowy Żar, medyk naszej grupy, Świetlików, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zrozumieć drogę medyka, i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców. Stroczkowa Łapo, czy przysięgasz podążać drogą medyka, trzymać się z daleka od klanowych wojen i chronić wszystkie koty, nawet za cenę życia?
Stroczkowa Łapa otworzył szerzej oczy, wpatrując się w pyszczek swojej mentorki. Słyszał bicie swojego serca, dźwięki z zewnątrz jakby ucichły. Po paru uderzeniach serca pokiwał głową, rozumiejąc powagę własnych słów. — Przysięgam.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaje ci imię medyka. Stroczkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Stroczkowa Nadzieja. Klan Gwiazdy docenia twoją ciekawość i oddanie, oraz wita cię, jako pełnoprawnego medyka grupy Świetlików. Stroczkowa Nadzieja! Stroczkowa Nadzieja! — słowa kotki poniosły się po jamie, znajdując swoje ujście w wyjściu ze starannie wykopanej nory. Kocurek napuszył sierść na piersi z emocji, poruszając ogonem na boki. W jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania, praca, której podjął się wcześniej przestała mieć na jakiś czas znaczenie.

06 lutego 2026

Od Stroczkowej Łapy

Przeszłość

Stroczkowa Łapa poczuł, jak w gardle tworzy mu się wielka gula, a serce zapada, niczym łapy w gęsto posypanym śniegu. Wieść o śmierci Amorphiny, białej samotniczki, która przyłączyła się do Świetlików, gdy najbardziej tego potrzebowali, poniosła się po kotach szybciej, niż jakakolwiek plotka, która mogła dotrzeć do kocurka za czasów, kiedy przebywał w Klanie Wilka. Amorphina była znana z tego, że często poświęcała dużo więcej czasu innym kotom, mało co przekazując sobie, jakby nie była wystarczająco ważna według siebie. Rudego bardzo to martwiło, jednak nigdy nie pomyślałby, że kotka byłaby zdolna zapomnieć o jedzeniu. Nastały ciężkie czasy, które trzeba było jakoś przeżyć, nie zamierzał oddawać się w ramiona Klanu Gwiazdy, nie teraz, było za wcześnie na niego.
Wieczorem odbyło się chowanie oraz czuwanie. Wszyscy opłakiwali straconą towarzyszkę, zielonooki wiedział, że nie chciał doświadczyć nigdy czegoś identycznego, mimo że śmierć była nieodłączną częścią życia. Co jakiś czas ktoś ważny był odbierany, zazwyczaj z różnych powodów. I zawsze wydawało się, że pobył na tym świecie zdecydowanie zbyt krótko i powinien pospacerować jeszcze, powinien dostać ostatnią szansę, żeby przeżyć swój końcowy dzień najlepiej, jak tylko mógł. Jednak było to niemożliwe, nikt nie wiedział, kiedy dokładnie odejdzie. Kocurek wtulił nos w ogon, przymykając oczy, próbował zasnąć.

***

Teraźniejszość

Stroczkowa Łapa z lekkim sentymentem rozglądał się po drzewach. Ciekawe, czy samotnik, którego ostatnio spotkał, dotarł bezpiecznie do swojej rodziny? Miał nadzieję, że tak. Skoro nie wrócił, na pewno zdołał powrócić do swoich bliskich. Kocurka zdziwiła też myśl, że nawet nie zadawał mu pytań, skąd przybywał i nawet, dlaczego spotkała go taka przykrość – skupił się bardziej na udzieleniu pomocy, czego nie uznawał za koniecznie złego, tylko ciekawość chyba nie była czymś złym, oczywiście należało stosować jej z umiarem, jak wszystkiego. Zielonookiemu udało się dowiedzieć czegoś istotnego – grzyby wcale nie były roślinami, były czymś zupełnie odmiennym i źle do nich podchodził. Oczywiście, było za zimno, żeby rosły tak masowo, jak jeszcze jakiś czas temu. Szkoda…
Nagle podbiegł do niego spanikowany kocur, rozglądając się wręcz dziko po gęsto porośniętym lesie. Rudy przechylił głowę odrobinę w bok, nie mogąc zrozumieć, dlaczego nieznajomy prezentował się w ten sposób. Czy dolegało mu coś?
— Czy możesz mi, proszę pomóc? Potrzebuję pilnej pomocy, moja partnerka rodzi, a ja się wcale na tym nie znam i się o nią strasznie martwię, błagam — wykrzyczał wręcz, całe zdanie wydawało się chaotyczne, chociaż starszy widocznie silił się na spokój, co patrząc na zaistniałą sytuację, nie wychodziło mu najlepiej. Pręgus pokiwał szybko głową.
— Gdzie jest? Pomogę ci, zaprowadź mnie do niej — poprosił.
Po chwili obydwaj zanurkowali w pobliskich krzewach, biegnąc pewien dystans przez zmarznięte, uschnięte krzewy. Wymijali wysoko wystające korzenie drzew, przeskakując przez nie zwinnie. Gdy rudy czuł coraz mocniejsze palenie w płucach i jego łapy powoli zaczynały go martwić, ponieważ dostał większej dawki wysiłku, niż potrzebował, dotarli wreszcie na miejsce. W jamie, ostrożnie i starannie wyścielonej leżała kocica. Jej brzuch był obrzmiały, bok unosił się i szybciutko opadał. Mimo ogromnego chłodu, sapała, jakby z upału. Stroczkowa Łapa pochylił się nad nią, kocica rozszerzyła oczy, niemal wstając na łapy, żeby bronić własnej jamy.
— Nic się nie martw, on przyszedł tylko pomóc — przedstawił jej bliski, co uspokoiło ją, chociaż w małym stopniu. Stroczkowa Łapa był niezwykle za to wdzięczny – samemu by prawdopodobnie niepotrzebnie przedłużał wyjaśnienia niepotrzebnie, a liczyła się każda sekunda. Wycofał się prędko z nory i chwycił jeden z pobliskich patyków, który ocenił jako względnie wytrzymały. Wrócił do kotki.
— Przygryź go i przyj — powiedział jej, pamiętając instrukcje, które mu przedstawiła jego mentorka. Powtarzał je w kółko tak wiele razy, że ta odpowiedź przyszła mu wręcz naturalnie.
Kocica postąpiła tak, jak jej nakazano. Kocurek obserwował ją bacznie – już po jakimś czasie przy jej brzuchu pojawiły się cztery kulki. Poród przeszedł sprawnie, co go niezwykle cieszyło. Był z siebie ogromnie dumny i słusznie.
— Tak bardzo ci dziękuję, ja… nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie ty — powiedział kocur, głaszcząc delikatnie łapą małego kociaka, który był łudząco podobny do niego. — Nie zapomnimy ci tego.
Stroczkowa Łapa kiwnął im głową, posyłając dwójce szczery, szeroki uśmiech. Pożegnał się z nimi serdecznie, oferując kolejną pomoc w razie potrzeby. Zaczął powoli wycofywać się z powrotem do obozu, jego mentorka z pewnością się o niego martwiła, a on bardzo nie lubił, gdy się denerwowała, nie lubił jej niepotrzebnie stresować.

[709 słów - trening medyka, udział przy odbiorze porodu]

[Przyznano 14% + 5%]

Od Stroczkowej Łapy

Stroczkowa Łapa czuł nieprzyjemny chłód przemierzający jego gęste, jasne kłosy. Wzdrygnął się, gdy mroźne pazury zionęły prosto w jego pysk, niczym lodowym ogniem. Zmarszczył nos, przedzierając się przez zaspę dalej. Zależało mu na tym, by dzisiejsza przechadzka nie poszła całkowicie na marne. Mianowicie – ciekaw był, czy grzyby potrafiły przetrwać tak ekstremalne warunki. Zapamiętał poszczególne miejsca, w których rosły różne gatunki, chociaż dla niego różniły się głównie kolorystycznie, więc naturalne było wzięcie ich jako różne. Chciał wierzyć, że pobliskie wiewiórki, gryzonie i wszelkie zwierzęta zamieszkujące okolice nie urządziły sobie z nich uczty. Gdy tak wędrował, rozglądając się po wysoko rosnących drzewach, pnących się ku niebu pewnie, zaczął łapami rozkopywać i posyłać za siebie małe garści śniegu, tuż pod ciemnym drzewem. Ku jego zdziwieniu, po grzybie nie zostało absolutnie nic. Czy zdążyli go do tego czasu zjeść? A może tak niesprzyjające warunki oddziaływały także na rośliny? Tak, na pewno na rośliny, ale czy grzyby można było do nich również zaliczyć? Może powinien zapytać o to Jarzębinowy Żar, nie chciał w końcu nikomu sprzedawać głupot!
Postawił uszy czujnie, gdy dotarło do niego ciche stękanie. Nieopodal dojrzał kocura o ciemnym, zmatowiałym i zmierzwionym futrze. Kuśtykał, z jego boku ciekła gęsta stróżka krwi, zostawiał za sobą szkarłatne ślady. Młodszy zbliżył się do niego ostrożnie, patrząc na nieznajomego z zaniepokojeniem.
— Przepraszam, czy mogę ci pomóc? — zapytał, mając nadzieję, że obcy nie poczuje się zaatakowany jego obecnością.
Jasne, mądre oczy skierowały się na niego, na kufie starszego wymalowane było wyraźne zmęczenie. Jego pysk przyozdobiony był siwymi włoskami, było ich naprawdę wiele.
— Nie marnuj na mnie ziół, młody… nie szkoda ci? — miauknął słabo, z jego pyska wydobywała się ciepła chmurka, prędko przeganiana przez podmuchy nielitościwego wiatru.
Zielonooki pokręcił głową, usłyszawszy jego słowa. Jego wąsy zadrżały – dlaczego tak mówił? Nawet na starszyznę gotów był poświęcić większą część magazynka, jeśli tylko miało to zapewnić bezpieczeństwo całej grupie, a przede wszystkim poszkodowanemu. Położył po sobie uszy.
— Zaczekaj tutaj — powiedział do niego, po czym wycofał się i zanurkował w pobliskich krzewach.
Wrócił do niego z wysuszoną garstką ziół. Ich zapach, zwykle intensywny, teraz przytłoczony był przez mróz, którego nie dało się ot tak zignorować. Zielonooki przyniósł ze sobą także pajęczyny, było to niezwykle istotne, bo w przeciwnym wypadku jak mógłby opatrzeć potrzebującego? Podszedł do kocura ponownie, układając przed nim zebrane przez siebie rzeczy.
— Może cię zapiec, ale powinno się zagoić dość sprawnie — przedstawił, po czym zabrał się za czyszczenie posklejanych, brudnych płatów futra. Absolutnie nie należało to do czegoś, co nazwałby przyjemnym, aczkolwiek nie mógł odmówić pomocy kotu w potrzebie. Starszy, widząc, że młody nie zamierzał dać się spławić, pozwolił na to, żeby mu pomóc chociaż troszkę. Gdy Stroczkowa Łapa oczyścił pobrudzone, uszkodzone miejsce, wziął się za przeżuwanie ziół na papkę.
Chwilę mu to zajęło, dźwięk gałęzi kołysanych przez wiatr działał na niego kojąco. Zawsze myślał wtedy o każdym treningu, który odbył pod czujnym okiem swojej mentorki w towarzystwie wszystkich tych drzew. Uśmiechnął się odrobinę. Po paru uderzeniach serca wypluł papkę na swoją łapę, dzieląc ją i przykładając do każdego skrzywdzonego miejsca. Załatał je starannie i zwinnie pajęczyną.
— Jak się Pan czuje? — zapytał, patrząc obcemu prosto w oczy, chociaż nie miał na myśli nic negatywnego.
Starszy pokiwał słabo głową. — Lepiej, dziękuję ci bardzo — mruknął, po chwili dźwigając się na łapy. — To powinno wystarczyć — dorzucił, chociaż rudy nie był pewien, czy do niego, czy bardziej do siebie.
Zielonooki również rozpromienił się. — Proszę, by Pan uważał, żeby rana nie dotykała żadnych brudnych miejsc i trzeba też być bardzo ostrożnym, jak chodzi o pajęczynę. Ona jest lepka i dobrze łata rany, jednak doskonale zbiera brud, a to działa niekorzystnie na uszkodzenia, może wdać się infekcja — przedstawił, poruszając ogonem delikatnie na boki.
Starszy w odpowiedzi pokiwał głową, na znak, że zrozumiał. — Będę się już zbierać. Moja rodzina na mnie czeka, dziękuję ci jeszcze raz — miauknął, machając mu ogonem na pożegnanie. Uczeń poczuł przyjemne uczucie rozpływające się po jego klatce piersiowej. Zdążył zupełnie zapomnieć o swoich grzybach, które chciał posprawdzać.

[653 słowa - trening medyka, wyleczenie postaci npc]

[Przyznano 13% + 5%]

31 stycznia 2026

Od Stroczkowej Łapy CD. Mglistego Snu

Przeszłość, przed śmiercią Amorphiny

— Nie spodziewałem się, że dobrze ci tak będzie szło kopanie. Czy jutro chciałbyś mi pomóc jeszcze raz z lecznicą?
Stroczkowa Łapa pokiwał chętnie głową, posyłając żółtookiemu szczery uśmiech. — Oczywiście! — miauknął. Nie mógł się doczekać, aż kontynuują pracę już niebawem.

***

Słońce leniwie wspinało się nad horyzontem, zalewając złocistym światłem obóz Świetlików. Stroczkowa Łapa przymrużył oczy, czując lekki dyskomfort z powodu tak intensywnego blasku skierowanego prosto na jego pysk. Wszędzie dookoła mieniły się liście na przeróżne, przyjemne dla oka kolory. Mokry, ziemisty zapach doleciał do nosa kocurka. Był intensywny i przez wielu uznawany za nieprzyjemny, chociaż rudy zdążył do niego przywyknąć. Przyłapał się nawet na myślach, że mu się podoba. Kojarzył mu się z grzybami, które napotykał co jakiś czas podczas przechadzek. Teraz było ich dużo więcej i znaleźć można było je na prawie każdym kroku. Jego myśli często kręciły się wokół tego, czy mógłby je zebrać i przetestować, czy bardzo by zaszkodziły temu, który by ich dotknął albo spożył. Z drugiej strony – nie znał żadnego antidotum na tego rodzaju rzeczy. Nie miał pojęcia, co najgorszego mogły zrobić grzyby kotu. Podejrzewał, że skoro nie używano ich do leczenia, to mogły być trujące, to by miało sporo sensu. Koty w obozie dzieliły się językami, wymieniając nowościami. Rudy kocurek poczuł, jak podmuchy wiatru mierzwią mu futro. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, chociaż on sam nie wydawał się przejmować jakoś szczególnie obniżonymi temperaturami – jemu raczej bardziej chodziła po głowie obawa o pobratymców, którzy tego futra mogli mieć mniej. Co za tym idzie, byli bardziej podatni na mrozy i szybciej tracili ustaloną temperaturę ciała. Ciekawe czy ktoś miał równie przykrą odporność co on? Zielonooki był niezwykle podatny na wszelkiego rodzaju choróbska – i zazwyczaj, jeśli ktoś miał chorować, to on był do tego pierwszy, mimo tak gęstych kłosów, jakie okrywały jego grzbiet. Wczoraj rozkopali dziurę, tworząc z niej przytulną lecznicę. Zastrzygł wąsami, segregując wszystkie zioła, jakie udało mu się do tej pory znaleźć wraz z Jarzębinowym Żarem. Kocurek rozrywał liście ogórecznika na paski, które potem zawijał w ciasne wiązanki. Dzięki temu zmieszczą dużo więcej i może zioła będą dłużej świeże.
Do jego uszu dotarło gdzieś z oddali kopanie. Wszyscy ostatnio pracowali zawzięcie i robili, co tylko było w ich mocy, żeby polepszyć zaistniałe warunki. Rozkopywali tunele, wojownicy polowali i przynosili każdy łup prosto na starannie ustawiony stos zwierzyny. Poranny patrol zdążył już dawno wyruszyć i za niedługo powinien wrócić. Ciekawe co dzisiaj złapią? Czy nie będą musieli wysyłać ich ponownie, żeby zapolowali więcej? Stroczkowa Łapa sięgnął po wysuszoną mysz, a także drugą, w lepszym stanie. Po paru uderzeniach serca podał tą ładniejszą swojej mentorce. Przysiadłszy wygodnie, zabrał się za jedzenie, gdy usłyszał głośne burczenie własnego brzucha. Wgryzł się w posiłek, czując, że zdobycz zdążyła już chwilę poleżeć na stercie, biła od niej swego rodzaju nieświeżość, ale młodziak nie miał zamiaru narzekać na takie rzeczy. Jedzenie było jedzeniem, nie mogli wybrzydzać. Zaczął odrywać coraz to większe i nowsze płaty mięsa, zostawiając za sobą dobrze oskubane kostki gryzonia.
Skończywszy, odłożył pusty szkielecik gdzieś na bok, oblizując policzki po skończonym posiłku. Zamruczał z zadowoleniem i przysiadłszy, owinął ogon szczelnie wokół łap. Zabrał się za poranną toaletę. Ostatnio utworzyły mu się kołtuny, których wolałby unikać. Rozplątywanie ich było czymś, czego bardzo nie lubił robić, zawsze zajmowało to tak długo, a efekty nie zawsze były takie, na jakich mogło mu zależeć. Ponadto często plątały mu się łapy i szarpanie za futro było bardzo bolesne.

***

Radosny śpiew ptaków poniósł się echem po obozie. Mokre liście szeleściły pod łapami Stroczkowej Łapy, gdy zmierzał pospiesznie przez azyl. Dzisiaj pomagał trochę Mglistemu Snowi z rozkopaniem legowisk. Czuł lekki dyskomfort w okolicach mięśni, jednak był szczęśliwy. Przydał się dzisiaj na coś, to było naprawdę miłe uczucie. Rehabilitacja Poziomkowej Polany oraz Porywistego Dębu szła nawet pomyślnie, z pewnością jeszcze trochę zajmie im dojście do siebie, jednakże byli na naprawdę bardzo dobrej drodze. Byli również w dobrych łapach, mimo może nieco niesprzyjających warunków momentami. Położył się w swoim posłaniu, nakrywając nos puchatym ogonem. Prędko zapadł w sen, czując przyjemne ciepło. Jego bok zaczął unosić się, a potem delikatnie opadać.
Z rana wyciągnął łapy daleko, wysuwając pazury i wyginając grzbiet w łuk. Wyszedł na polanę z zaciekawieniem na mordce, rozglądając się za czarnym kocurem. Dzisiaj też miał ochotę mu pomóc, rozkopywanie nór dobrze mu szło, a miał świadomość, że brakowało im jeszcze tej przeznaczonej dla przywódcy. Żółtooki wręcz jak na zawołanie pojawił się przed jego oczami, jakby wyrósł z ziemi niczym wiekowa roślina pokryta korą.
Kocurek podszedł do niego żwawo, postawiwszy uszy. — Mglisty Śnie, czy mogę i dzisiaj ci pomóc? — zapytał.
Starszy pokiwał głową z delikatnym uśmiechem. Rudy poczuł, jak po piersi rozpływa mu się przyjemne uczucie. Jarzębinowy Żar poradzi sobie chwilę bez niego. Potem do niej wróci i pomoże, jeśli będzie taka potrzeba.
Skierowali się do nory zasypanej gęstą, zbitą ziemią. Stroczkowa Łapa ostatnim razem bardzo zwinnie i starannie wykopał to, co mu przydzielono, dlatego i tym razem miał już jakieś pojęcie, z której strony w ogóle należało to ugryźć. Jego lekki ból mięśni nadal mu doskwierał, był bardzo drobnej budowy, aczkolwiek nie zamierzał tak łatwo się poddawać. Zaczął kopać u boku pobratymcy, wkopując się coraz głębiej i głębiej, rozrywając także górne części, które nie były konieczne. Niepotrzebne, cienkie korzenie nieznanego pochodzenia wyrywał niczym chwasty, których jakiś czas temu w obozie było niezwykle sporo, wojownicy zdążyli wynieść lwią część z nich, żeby nikomu przypadkiem nie przeszkadzały. Stroczek, oczywiście, starał się też o to, żeby ziemia mu przypadkiem nie zawaliła się na łeb, w takiej sytuacji łatwo było o zasypanie. Dobrze, że tuż za nim stał Mglisty Sen – w razie wypadku miał kogoś, kto by mu mógł od razu pomóc. Gdyby podjął się tej pracy sam, ktoś mógłby go nie usłyszeć lub nie zauważyć, a on udusiłby się pod gęstą ziemną skorupą, która nie przepuszczała żadnego powietrza. Jak o ziemi mowa, sporo z niej zsypywało się na jego grzbiet garściami. Kawałki osadziły się na jego śnieżnobiałych kłosach, a reszta spadła z głuchym trzaskiem. Będzie czekała go porządna toaleta, jak tylko skończą, zresztą Mglisty Sen najprawdopodobniej też.
Gdy zrobili konkretny postęp, Stroczkowa Łapa zauważył, że słońce powoli chyli się ku zachodowi. Spędzili tu naprawdę wiele czasu! Zerknął na starszego, poruszając ogonem delikatnie na boki z podekscytowania.
— Mglisty Śnie, czy możemy kontynuować resztę jutro? Jarzębinowy Żar może być na mnie zła, jeśli będę za długo poza lecznicą — mruknął, robiąc duże oczka.

[1051 słów - trening medyka]

[Przyznano 21%]

<Mglisty Śnie?>

25 grudnia 2025

Od Stroczkowej Łapy

Stroczkowa Łapa czekał na Miodową Korę. Poprosił go nie tak dawno temu, czy kocur mógłby pójść z nim poszukać ziół. Ostatnio znaleźli kilka z Jarzębinowym Żarem, jednak potrzebowali dużo więcej, jeśli chcieli stabilności. Wiatr mierzwił uczniakowi futro, nadal wszystko było dla niego tak bardzo nowe. Teraz, już jako oficjalny uczeń medyka, miał wrażenie, że niektóre koty bardziej szanowały jego słowa, co było dosyć miłe. W pewnym momencie Miodowa Kora podszedł do kocurka, witając się z nim.
— Witaj Stroczku, mam nadzieję, że nie czekałeś na mnie długo. Oby nasze łowy były obfite. Zwłaszcza że Pora Zielonych liści nie będzie trwać wiecznie, a wszystko teraz tak intensywnie rośnie — rozejrzał się wokół za zielonym otoczeniem.
Stroczek, zauważywszy pręgowanego kocura, ożywił się znacznie. Słysząc jego słowa, pokręcił głową. — Nie, nie, nie czekałem długo — zamruczał, posyłając mu delikatny uśmiech. Pokiwał łebkiem, gdy reszta słów do niego doleciała. Dobrze byłoby cokolwiek dzisiaj znaleźć lub złowić. Może bursztynooki dałby radę upolować jakiegoś nornika albo coś większego, żeby mogli wykarmić większą ilość kotów?
— Ktoś jeszcze z nami idzie? Myślę, że ktoś by nam się jeszcze przydał do towarzystwa.
— Może... Rysi Trop? Chociaż nie wiem, bo ona też jest ranna — zawahał się, wpatrując w przestrzeń przed sobą, jakby musiał się dobrze zastanowić, kogo powinni ze sobą zabrać. Rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby ktoś jeszcze się do nich przyłączył.
— Wiem, że ma złamaną łapę i kuleje, ale chociaż może pomóc ci w zbieraniu ziół. I tak mamy mało kotów, które są sprawne po tym incydencie z drogą grzmotu. — Stroczkowa Łapa wzdrygnął się, usłyszawszy słowa pręgusa. Miał rację – rannych było więcej niż tych zdrowych. Oby tylko Rysi Trop się nie przemęczała. — Ryś! Chodź tu! — starszy zawołał do kotki.
Rysi Trop przykucnęła na trawie, próbując umyć sobie futro. Postawiła czujnie uszy, usłyszawszy własne imię. Po paru uderzeniach serca warknęła coś pod nosem i wstając, przechyliła łeb. Za krzewami paproci stał Miodowa Kora wraz ze Stroczkową Łapą. Ryś z irytacji położyła uszy i syknęła z wściekłości. Trzepnęła ogonem o ziemię, dalej pozostając na swoim miejscu. — Nie będzie mnie wołał na zawołanie! Niech sam tu podejdzie, leń jeden — wymruczała, zlizując błoto ze sztywnej łapy.
Rudy spojrzał na swoje łapy, lekko skrępowany. Co miał zrobić w takiej sytuacji? Musieli wyruszyć po zioła, a przecież nie mogli też przedłużać w nieskończoność, w końcu słońce nie będzie im świeciło, ile chcą.
— Jaki leń? Nie marudź, siora! Idziemy na rodzinną wycieczkę po zioła, powinnaś się cieszyć. — Kocur szturchnął ją jak brat siostrę. — A po drugie mówi to kot z którego zrobiono chwilowo ucznia w Klanie Wilka, za lenistwo. Królowo lenistwa.
Szylkretka w odpowiedzi syknęła na brata, cała spięta, jakby miała za moment na niego skoczyć albo przynajmniej podciąć mu łapy.
Zielonooki postawił uszy ze zdziwienia. Nie miał o tym pojęcia. Jeszcze nie zdążył nikogo dopytać, jakie kary mogły go czekać, jeśli nie wyrabiałby się z treningami. Czyli przedłużyliby mu trening? To nie brzmiało aż tak dobrze, chociaż było dużo lepsze od wypędzenia…
— Mówisz do najsilniejszej wojowniczki w Klanie Wilka. Ja w przeciwieństwie do ciebie nie zajmowałam się bezsensownymi schadzkami i romansowaniem ze starszą od siebie kocicą — warknęła, powoli podnosząc się z ziemi. — Ale jeżeli chcesz mojej pomocy, braciszku, moja kulejąca łapa służy pomocą! — fuknęła, idąc w kierunku Stroczkowej Łapy.
Rudy pręgus poczuł, jak wyrzuty sumienia do niego napływają. — Rysi Tropie, czy na pewno czujesz się na siłach, żeby z nami iść? Na razie nie możemy ci bardziej pomóc, musisz pozwolić swojej łapie odpocząć — zamruczał, mając nadzieję, że dobrze zapamiętał słowa Jarzębinowego Żaru. Jeszcze jak wróci, to może lepiej, gdyby się upewnił, żeby nie rozpowiadać nikomu głupot. W końcu nadal się uczył, to wszystko było dla niego takie nowe. — Dlatego, jeśli czujesz, że to za wiele, to proszę, zostań i odpocznij. Nie chcę, żeby ci się pogorszyło — dodał, poruszając niepewnie ogonem. Spojrzał na nią ze szczerym zmartwieniem. Czy posłucha ucznia?
Nagle Miodowa Kora zagrodził szarawej drogę, jeżąc sierść wzdłuż kręgosłupa i wystawiając wrogo kły. — Milcz, karmo dla wron! — syknął na nią, piorunując ją wzrokiem. Następnie spięty, dodał: — Nie wspominaj o niej! Nie chcę już nigdy o niej słyszeć, zwłaszcza w taki sposób z twojego pyska. Jeśli jeszcze o niej wspomnisz, to ci wyrwę futro żywcem! — wykrzyczał w pysk wojowniczki, machając nerwowo ogonem. Po paru uderzeniach serca zmarszczył nos i zaczął iść tuż obok Stroczkowej Łapy. Zielonooki położył uszy po sobie, z niepewnością spozierając na rodzeństwo. Nieprzyjemne uczucie rozprzestrzeniło mu się po brzuchu niczym zaraza, zasiewając w jego głowie obawę. Co, jeśli zrobią sobie krzywdę i to na jego oczach? Czy potrafiłby ich jakoś powstrzymać? Ponadto – czy sam by na tym bardzo nie ucierpiał?

***

Gdy cała trójka wreszcie się zebrała i ruszyła nieco, Stroczkowa Łapa rozglądał się po gęsto rozłożonych drzewach, patrząc za czymkolwiek przydatnym. Przez pierwsze parę uderzeń serca nic nie odnalazł wzrokiem, więc przyszedł czas na węch. Uniósł łeb ku górze, jednak nie za bardzo i rozwarł szczęki, rosła w nim nadzieja, iż dzięki temu może więcej znajdzie. Dobrze, gdyby to było coś, dzięki czemu pomógłby bardziej reszcie poszkodowanych. Chociaż zbieranie ziół na zapas też nie brzmiało jakoś bardzo źle. Niestety jedyne, co do niego dotarło, to lekko mokra, leśna woń przyprawiona wszelkiego rodzaju roślinnością.
Miodowa Kora szedł tuż obok, już dużo spokojniej. Milczał. Stroczkowa Łapa nie wiedział, kto miał więcej racji w tej sytuacji. Sam nie chciał też za bardzo się w to mieszać, nie był wielkim fanem sprzeczek czy kłótni – nienawidził ich. Zawsze bał się, czy skłócone koty zaraz nie zrobią sobie przypadkiem krzywdy.
— A na jakich ziołach ci najbardziej zależy, Stroczku? Wtedy postaram się, może je znaleźć, choć nie jestem specjalistą w polowaniu na ziołach.
Stroczkowa Łapa podniósł na niego wzrok i zastanowił się chwilkę. Najbardziej potrzeba było im ziół, które by poradziły sobie z kaszlem, katarem, a także jakoś sprawiły, by złamania, ból i wszelkiego rodzaju zwichnięcia nie doskwierały tak bardzo. — Najlepiej jakbyśmy znaleźli może... gwiazdnicę. Widziałeś kiedyś gwiazdnicę, Miodowa Koro? Ona ma wysoką, łamliwą łodygę i grube liście w kształcie migdałów. Jej kwiaty są drobniutkie, białe — wymruczał, przymykając oczy, żeby się lepiej skupić na budowaniu obrazu w głowie.
— W sumie to nie, ale skoro mi ją opisałeś to może ją znajdę. — Pręgus rozejrzał się, jakby wypatrywał szukanego zioła. Wokół nich rosły gęste krzewy paproci, a także niższe drzewa.
Jeśli ktoś nie znał się za dobrze, o ile w ogóle, szansa na pomylenie ją z inną rośliną wzrastała, ponieważ gwiazdnica nie była jedyną, która ma białe kwiaty. Stroczkowa Łapa miał nadzieję, że uda im się ją dzisiaj znaleźć, byłby to niemały sukces. Przy okazji pokazałby ją wojownikom, żeby mogli się za nią rozglądać podczas spacerów, jeśli by chcieli pomóc. Co prawda z pewnością istniały lepsze lekarstwa na kaszel, aczkolwiek gwiazdnica była pierwszym, jakie mu przyszło na myśl. — Rozglądaj się też za pajęczynami, przydadzą się na rany i zawsze lepiej jest ich mieć więcej, niż nie mieć. Możemy dzięki niej pomóc podczas przyszłych złamań — polecił, wypatrując czegokolwiek, co by im się mogło przydać.
— Jasne, rozejrzę się też za pajęczyną — odparł Miodowa Kora.
— Dziękuję — miauknął młodszy, posyłając mu uśmiech.
Młodzik skrzywił się, gdy zorientował się, co sam powiedział. Miał nadzieję, że już nigdy nikt sobie niczego nie połamie, chociaż ciężko było o taką pewność. Wystarczyło nawet źle wylądować i kości już mogły się poddać. Uczeń nie znał jeszcze wszystkich ziół, aczkolwiek bardzo słuchał podczas lekcji, jakich udzielała mu Jarzębinowy Żar. Dzięki wielkiej ciekawości względem roślin przyswajanie tej wiedzy nie szło mu jakoś opornie, wręcz przeciwnie, momentami traktował to wręcz niemal jak sposób na odstresowanie się. Było w tym coś kojącego. Towarzyszyło mu przekonanie, że uczy go ktoś, kto się zna na tym, co robi i robi to z pasją.
Rudy kocurek dostrzegł wiele patyków na ziemi – dobrze byłoby je zebrać. Może w drodze powrotnej by je zgarnął, chociaż z nimi o tyle lepiej, że nieważne jaka pora roku, to zawsze jakiś leżał. W porównaniu do patyków, roślin zazwyczaj nie było sensu wypatrywać porą nagich drzew.
Brodząc przez leśne poszycie, nie wypatrzył w krzewach nic, co by im mogło się przydać. Jedynie małe, drobne kwiatuszki, których prędzej użyłby do ozdobienia sobie futra, niżeli nakarmienia rannego pobratymcy. Gdy przeszli jeszcze dalej, Stroczkowa Łapa dojrzał zieloną, bujną kępkę. Podskoczył do niej prędko, przyglądając się jej dokładnie. Lekko słodkawy, ziemisty zapach dopłynął do jego nosa, pręgus na samą myśl się uśmiechnął. Schylił się, wyrywając jej trochę, jednak zostawiając kawałek, żeby nie zepsuć całego kłębu cennego składnika. Odwrócił się do Miodowej Kory, kładąc przed nim gwiazdnicę i wskazując palcem na krzaczek. — To gwiazdnica, bardzo nam się przyda — miauknął, chwytając w zęby swój zbiór i czekając na pobratymców, by mogli ruszyć dalej.
Uczeń obejrzał się przez ramię, patrząc tam, gdzie ostatnim razem stała Rysi Trop. Zamiast niej, widniało jedynie lekkie wgniecenie w ziemi i świeży zapach wojowniczki. Nie mogąc nigdzie jej znaleźć wzrokiem, poczuł, jak serce mu się zapada. — Miodowa Koro, czy Rysi Trop mówiła ci, czy może gdzieś idzie? — miauknął ze zmartwieniem, rozglądając się jeszcze, jak gdyby pierwszy raz nie wystarczył. Rozdzielanie się, szczególnie w takim stanie i na obcym terenie nie należało do najmądrzejszych pomysłów. Rudy bał się, że rannej kocicy stanie się krzywda. Zrobił parę kroków do przodu, węsząc w powietrzu. Może dzięki zapachowi by ją znaleźli? — Rysi Tropie? Gdzie jesteś? — zawołał, stawiając uszy czujnie. Możliwe, że zielonooki spłoszył wszelką zwierzynę, jaka mogła być nieopodal, aczkolwiek wolał to, niż żeby szarawej stała się większa krzywda. Już się nacierpiała wystarczająco.
Nie mogąc nigdzie jej znaleźć, nie słysząc także odpowiedzi, Stroczkowa Łapa obrał sobie jeden z kierunków. Możliwe, że Rysi Trop poszła właśnie tędy. Po chwili poczuł lekki ból w łapie, następnie runął na ziemię, prawie przygryzając sobie język. Szybko podniósł się, czując ogromne zażenowanie. Otrzepał sierść z drobinek, z ulgą zauważywszy, iż zioła cudem były całe. Liliowy kocur doskoczył do niego w paru susach. Stroczkowa Łapa polizał się kilkukrotnie po piersi z zażenowania. Musiał bardziej uważać, przecież nie mógł się przewracać o własne łapy!
— Wszystko dobrze, Stroczkowa Łapo? — Zielonooki pokiwał nieśmiało głową, mając nadzieję, iż wojownik nie zapamięta go właśnie z tego, że się przewrócił. Zauważywszy, że wszystko z nim w porządku, starszy westchnął cicho z ulgą. — Co do Rysiego Tropu to pewnie zaś się wygłupia na tych drzewach. Wątpię, jednak że na koronach drzew rosną zioła — Dodał złośliwie, po czym oddalił się na chwilę od Stroczka. Czy powinien pójść za bursztynookim? Nie powinien zostawać tutaj sam. Jeśli ktoś by go teraz napadł, to by nie miał szans... Ponadto, gdyby niebieska szylkretka skakała sobie teraz po gałęziach drzew, mogłaby bardziej siebie uszkodzić, taki pomysł był fatalny. Młodzik miał nadzieję, że wojowniczka jednak ma więcej oleju w głowie i nie zdecydowała się postąpić tak, jak podejrzewał Miodowa Kora. Po jakimś czasie Miodowa Kora powrócił do rudego. Stroczkowa Łapa odetchnął z ulgą.
— Chyba musimy iść przed siebie, zanim coś znajdziemy.
Stroczkowa Łapa nie zastanawiając się długo, pokiwał głową znowu. — Tak, może rzeczywiście tak by było lepiej — miauknął kocurek, poruszając ogonem.
Gdy szli tak przed siebie, między niskimi gałęziami krzewów Stroczkowej Łapie rzuciło się w oczy szarawe futerko. Podbiegł do kota, mając szczerą nadzieję, że będzie to Rysi Trop. Nie oglądał się za siebie, aczkolwiek chciał wierzyć też, że Miodowa Kora go nie opuścił i gnał teraz u jego boku.
— Rysi Tropie? Wszystko z tobą w porządku? — zapytał, znalazłszy się już wystarczająco blisko. Gdy dostrzegł biały przedmiot, futro na karku samo mu się zjeżyło. — Co to jest? — dorzucił do pytań, otwierając oczka szerzej. Co, jeśli to było szkodliwe? W końcu dwunożni nie mogli chcieć dla nich dobrze. A to na pewno nie należało do żadnego z kotów.
— Wyglądasz w tym trochę nietypowo, ale szczerze? Do twarzy ci z tym — Miodowa Kora skomplementował siostrę.
Stroczkowa Łapa za ten czas dopatrzył tutaj coś jeszcze. Podszedł do jednego z pobliskich krzewów, przyglądając mu się dokładnie. Był wysoki, liście miał w kształcie kropli. Mocny, kwiecisty zapach dotarł do niego, pachniał też w pewnym sensie ziołowo. Uczeń urwał trochę liści z łodygi, dumnie dorzucając je do swojego poprzedniego małego zapasiku. Wyszło z tego trochę szelestu, aczkolwiek nie polowali na nic, przynajmniej nie teraz. Rudy miał ziół w pysku tyle, że mówienie z nimi mogło być utrudnione, momentami nawet śmieszne przez niewyraźnie wypowiedziane słowa. Wrócił do kotów z uśmieszkiem na pyszczku.
— Niezłe liście — Miodowa Kora skomplementował i jego zbiór. Stroczkowa Łapa skinął mu głową z wdzięcznością. Te liście im się przydadzą. Ciekawe czy Jarzębinowy Żar by się także ucieszyła? Chciał wierzyć, że tak. Gdy tak się zastanawiał, starszy wojownik zdążył oddalić się również.
Gdy bursztynooki powrócił, zielonooki spojrzał na Miodową Korę ze zdziwieniem. Krew na jego pysku była niepokojąca, mimo że prawdopodobnie nie należała do niego, biorąc pod uwagę bezwładnie leżące zwierzątko u jego łap. Uczeń westchnął, siląc się na delikatny uśmiech. Nie był pewien jak do tego podchodzić – z jednej strony potrzebowali tego, żeby przeżyć, a z drugiej wydawało mu się to nazbyt brutalne. Rysi Trop zanurkowała w krzewach przed nimi, prawdopodobnie też w celu zapolowania na zwierzynę. Stroczkowa Łapa szedł u boku wojownika, mijali wysokie drzewa, rozglądając się za czymkolwiek sensownym. Po jakimś czasie jedyne, co znaleźli, to szarawą kocicę. Wyglądała na niezadowoloną.
Miodowa Kora oblizał krew z pyska, by nie wyglądać makabrycznie, rozglądnął się, że jego siostra nic nie znalazła, to był znak, żeby iść dalej.
— Jak coś idę dalej, myślę, że może gdzie indziej jeszcze coś znajdziemy dla grupy — bursztynooki odszedł od nich spacerkiem.
Stroczkowa Łapa w paru susach dogonił Miodową Korę, nie zamierzał tutaj zostawać. Zauważywszy znalezisko Rysiego Tropu, na jego mordkę wkradł się uśmiech. Świetnie, pajęczyny zawsze się przydadzą. Gdy szarawa zebrała całość, ruszyli dalej. Drzewa zaczęły powolutku się przerzedzać, chociaż nie całkowicie.
Niebo zasnuło parę chmurek, nie przeszkadzało im to nadto, nie zapowiadało się na deszcz. Miękka trawa, zapachy i odgłosy zwierząt przynosiła młodemu ukojenie. Stroczkowa Łapa przesuwał łapami krzewy, które przeszkadzały mu w przemieszczaniu się. Rysi Trop wraz z Miodową Korą szli tuż za nim, od czasu do czasu nurkując w gęstym leśnym poszyciu, jakby szukali więcej zdobyczy albo może ziół. Rząd krzewów, jaki im się ukazał, był inny. Stroczkowa Łapa skręcił i wpadł w gałęzie. Po paru uderzeniach serca oswobodził się z nich, spoglądając na towarzyszy. Z dreszczem emocji poznawali coraz to większy obszar. Kocurek podniósł wzrok, przed jego mordką malowała się przestrzeń otoczoną krzewami. Sam środek był odrobinę zarośnięty, aczkolwiek nic tutaj nie targało ich za futra. Miodowa Kora zanurkował w jednej z nor, Rysi Trop przysiadła tuż obok dużego wystającego korzenia. Stroczkowa Łapa także zaczął się rozglądać – miejsce to wydawało się przytulne. Oczywiście musieli włożyć w nie odrobinę pracy, jeśli chcieli tu zamieszkać, ale może to nie byłoby aż tak bardzo kłopotliwe? Dzięki drzewom naokoło byli dobrze osłonięci, ponadto gęste krzewy chroniły to miejsce, na pewno pomieściłoby większą ilość kotów. Gdy bursztynooki powrócił do młodziaka, zamruczał;
— Przytulnie tu. Wydaje się dość bezpiecznie, nie ma lisów ani Dwunożnych. Może moglibyśmy tutaj zamieszkać? Mamy wszystko, czego nam trzeba — poruszył ogonem, spozierając na pobratymca.
— Też mi się tak wydaje, naprawdę tu ładnie — miauknął, podziwiając wiekową roślinę, która rozrastała się na sporą część obozu, aczkolwiek nie przejmowała go całego. — Na pewno pomieścilibyśmy naszą całą grupę i myślę, że zostałoby nam jeszcze miejsca na ewentualnych nowych członków — dorzucił Stroczek, rozglądając się.
Zajrzał do jednej z nor, tutaj jeszcze nie badali terenu. Musieli upewnić się, czy ewentualny nowy dom rzeczywiście był tak bezpieczny, jak mogło im się wydawać na pierwszy rzut oka. Do uszu uczniaka doleciał głośny, groźny warkot. Poniósł się echem po norze, nie zwiastując niczego, co dobre. Odskoczył, kiedy zamajaczyło w przestrzeni pewne zwierzę – głośny ostrzegawczy dźwięk sprawnie odstraszył rudego. Miodowa Kora zjeżył sierść wzdłuż kręgosłupa, a Rysi Trop doszła do nich pospiesznie, wysuwając pazury i sycząc wściekle.
— Trzymaj się z tyłu — rzuciła do niego, odpychając młodego na bok, po czym zamachnęła się, drapiąc przeciwnika po pysku. Stroczkowa Łapa wylądował w kępie trawy, patrząc na pobratymczynię z przerażeniem. Podniósł się na równe łapy momentalnie niczym poparzony.
— Oszalałaś?! — wrzasnął Miodowa Kora, doskakując do kocicy. — To raczej ty powinnaś trzymać się z boku — poprawił ją, spoglądając na siostrę rozgniewany. Rysi Trop spojrzała na niego z konsternacją, która prędko przerodziła się w złość.
— O co ci znowu chodzi? — odpowiedziała, zamachnąwszy się raz jeszcze. Gęstym ogonem wywijała niczym biczem. Kuna była niezwykle szybka, każdy jej atak wydawał się przemyślany – starała się celować w punkty witalne. Wstała pospiesznie, momentalnie doskakując do szylkretki.
— O to, że jesteś ranna! Jak ty chcesz walczyć w takim stanie? — powiedział, odpierając próbę ataku kuny u boku siostry. — Zachowujesz się jak mysi móżdżek!
Kuna zawyła, gdy pazury kocicy ją szarpnęły.
— Sam jesteś mysim móżdżkiem! Cały czas mi przeszkadzasz — syknęła do brata.
Nie zastanawiając się długo, przeciwniczka kłapnęła szczękami tuż obok pyska wojowniczki, wykorzystując chwilę jej nieuwagi, Rysi Trop wycofała się prędko, z jej policzka poleciała strużka krwi. Brązowofutra wypluła kawałki szarej sierści kocicy na bok, marszcząc nos.
— Widzisz! O tym mówię! — Miodowa Kora rzucił się w stronę atakującego stworzenia, które guzikowatymi oczami obserwowało każdy ich ruch. Wskoczył jej na barki, drapiąc ją po bokach. Bursztynooki wyglądał teraz na dwa razy większego dzięki zjeżonych kłosach. Wyszczerzył kły w grymasie. Pazury znaczyły ziemię pod nim. Brązowa istota wrzasnęła, próbując rozpaczliwie zrzucić z siebie kota. Kępki jej futra latały w powietrzu, a wrzask niósł się echem po drzewach. Miodowa Kora odskoczył od kuny, gdy wywinęła łeb do tyłu, próbując sięgnąć jego gardła. Rysi Trop schroniła się na jednym z pniów, wykrzykując coś jeszcze do brata, jednak Stroczkowa Łapa nie dał rady się na tym skupić wystarczająco, by ją zrozumieć.
Gdy wojownik wylądował, ostre pazury zwierzęcia przejechały mu po boku, pozostawiając głęboką szramę. Pręgowany splunął, odwracając się przez ramię i drapiąc ją po łbie. Skrzywił się, gdy poczuł ostry piekący ból.
Kuna wycofała się odrobinę do nory. Stroczkowa Łapa wykorzystał chwilę jej nieuwagi, skacząc na bok intruza. Przeturlali się, lądując tuż obok krzewów. Rudy uczeń drapał brązowofutrą po brzuchu, czując, jak pazury zatapiają się w miękkiej, białej sierści. Kuna wyszczerzyła kły, gdy łapą przygniotła go do ziemi. Zielonooki czuł drobne pazury wbijające się w jego skórę. Szybko zniżyła głowę, w celu zatopienia zębisk w gardle młodego, zupełnie tak, jak próbowała u Miodowej Kory. Stroczkowa Łapa otworzył oczy szerzej. Zaczął się szamotać intensywnie, poczuł nagle ból w jednym z uszu, tak okropny ból, że aż zawył rozpaczliwie.
Poczuł, jak ciężar z niego znika, Rysi Trop zepchnęła z niego zwierzę, celując raz jeszcze w oczy. Gdy szpony szarawej przejechały po pysku atakującej, kuna zapiszczała z bólu, a po jej pysku pociekła gęsta strużka krwi. Skapywała jej po brodzie, brudząc także pierś. Wycofała się do krzewów, szeleszcząc przy tym głośno. Zaczęła oddalać się, jej kroki ginęły w śpiewie ptaków, jak i również szeleście drzew. Uciekła. Stroczkowa Łapa oglądał się za nią z przerażeniem, modląc się o to, by zrezygnowała z tego miejsca. Z jego naderwanego ucha płynęła krew, uniósł łapę, czując piekący ból. Gdy dotknął poduszką poranionego miejsca, skrzywił się znacząco, sycząc. Zorientował się, że brakuje kawałka. Jego oczom ukazał się czysty szkarłat, uczeń czuł, jak trzęsą mu się kończyny. Świat dookoła na moment zamilkł, słyszał szum własnej krwi, serce waliło mu jak młot.
Miodowa Kora potrząsnął kocurem, przywracając go do rzeczywistości. — Stroczkowa Łapo?! Stroczkowa Łapo, wszystko z tobą w porządku? — dopytywał, oglądając młodziaka. Sam nie prezentował się najlepiej, jego bok wyglądał wyjątkowo paskudnie. — Już tu więcej nie wróci, pokazaliśmy jej, że nie oddamy jej tego miejsca tak łatwo. Wygraliśmy! — próbował go pocieszyć, sam uśmiechając się szczerze, chociaż oczy miał przymrużone, z pewnością doskwierał mu ogromny dyskomfort. Zielonooki położył uszy po sobie, czując, jak tworzy mu się gula w gardle. Obejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu Rysiego Tropu. Kocica stała nieopodal, uszy miała położone także, a nos zmarszczony. Gdyby nie ona, nie wykluczone, że kuna pozbawiłaby go dzisiaj życia.

***

Koty skończyły przeglądanie obozu – w jednym z legowisk było gniazdo wyścielone piórami, a także kawałkami futra, chyba króliczego. Kuna prawdopodobnie szykowała się do zostania mamą. Oprócz niej nie było żadnych innych niespodzianek. Stroczkowa Łapa zdążył uspokoić się nieco, chociaż ból nie dawał o sobie zapomnieć. Nałożył pajęczyny na ranny bok starszego, kocur zmarszczył nos, gdy młodzik się nim zajmował. Rysi Trop machała ogonem nerwowo, spoglądając na nich jakby z niecierpliwością, chociaż zielonooki nie miał za bardzo głowy do tego, żeby teraz nad tym się zastanawiać. Prędko wymienił opatrunek, wykorzystując do uleczenia go tym, co mieli pod łapą. Nałożył też trochę na własne rany, robiło mu się odrobinę niedobrze, gdy o tym myślał.
Po jakimś czasie Miodowa Kora także skłaniał się już raczej ku temu, żeby wrócić do pozostałych. Atmosfera między kotami ponownie zgęstniała, szczególnie po ich kłótni. Rudy był zbyt zmęczony, żeby rozmyślać nad tym więcej. Dreptał z ogonem ciągnącym się po ziemi, chociaż nie był pewien, jak dokładnie powinien się czuć.
Wędrowali z powrotem, starając się tym razem ukrócić wędrówkę. Już po jakimś czasie mignęło im znajome futro, z krzewów wyłonił się Mglisty Sen, prawdopodobnie wyszedł zapolować dla grupy.
— Mglisty Śnie! Znaleźliśmy miejsce, w którym myślimy, że moglibyśmy zamieszkać — obwieścił Miodowa Kora, uśmiechając się do kocura.

[3434 słowa - trening medyka]

[Przyznano 69%]

24 grudnia 2025

Od Stroczkowej Łapy

Przeszłość

Rudy kocurek poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Przewracał się w swoim legowisku, nie mogąc zmrużyć oka. Pohukiwanie sowy gdzieś daleko sprawnie odganiało go od pozwolenia na zanurzenie się w ramionach odpoczynku. Każda melodia grana przez świerszcze przyprawiała go o dreszcze. Ostatnio usłyszał od Szczawiowego Serca o ucieczce – zdążył zakolegować się już z Aksamitną Łapą, a także Cykoriową Łapą. Jego mentorka, Brukselkowa Zadra, również nie wydawała się zła. Jednak w Klanie Wilka były koty, za którymi Stroczek nie przepadał i wolał z nimi nie mieć zbyt wiele do czynienia. Dobrym przykładem była chociażby Ognikowa Słota. Nadal pamiętał jej wybuch w żłobku, o którym nikomu nie chciał, a raczej nie wolno było mu mówić. Nie pourywała mu uszu ani nie wyścieliła sobie jego futrem własnego łoża, aczkolwiek w pobliżu wojowniczki odczuwał mocny niepokój. Nierzadko śniły mu się przeróżne scenariusze i żaden z nich nie był na tyle kolorowy, na ile by mógł chcieć.
Wpatrywał się w cicho szumiące na wietrze krzewy. Zastrzygł wąsami, w mroku jego oczy jarzyły się niczym dwa ciemnozielone księżyce. Przeszedł na paluszkach tuż obok swoich koleżanek, które spokojnie odpoczywały po całym dniu treningu. Rudy poczuł się tak, jakby lada moment miał zwymiotować. Nie wiedział, czy zaszkodziła mu zwierzyna, czy może wynikało to z całego tego poddenerwowania, jakie towarzyszyło mu dzisiaj.
Zastanawiał się, czy przyjdzie mu jeszcze zobaczyć się z Cykoriową Łapą. Czy byłaby na niego zła? Ale z drugiej strony z rodziny pozostał mu jedynie Szczawiowe Serce. Nie mógł go zostawić, w końcu on także odczuwał swego rodzaju stratę, mimo że kotki raczej nadal żyły. Gąbczasta Łapa zabrała Łezkę do swojego klanu i od wtedy nie miał okazji zamienić z nią, chociażby słówka. Do tej pory, mimo przebywania w tłumie, czuł się nierzadko samotny.
Znalazł się w centrum obozu, księżyc oświetlał jego futro swoimi bladymi promieniami, rozejrzał się szybko.
Jego oczom ukazała się Jarzębinowy Żar – asystentka medyczki, która opiekowała się nim gdy był chory. Otworzył oczka nieco szerzej jakby ze zdziwienia. Gdy tylko nawiązali kontakt wzrokowy, podszedł do niej niepewnie. Czy zezłości się na niego za to? Może okrzyczy, że nie śpi o tej porze? W końcu każdy uczeń odpoczywał teraz, żeby nabrać sił na jutro. Może tak naprawdę Stroczek pomylił dni albo się przesłyszał? Nie, to niedorzeczne.
Otworzył pyszczek, chcąc coś powiedzieć, jednak nic nie wydobyło się z jego gardła. Poruszył nerwowo ogonem. Pochylił przed nią głowę w geście szacunku, a także po to, by przywitać się chociaż niewerbalnie.
— Stroczkowa Łapo! Co ty tu robisz? Nie powinieneś iść przez krzewy? — zapytała szeptem, niemal przylegając brzuchem do ziemi. Spojrzał na nią wielkimi oczami, płaszcząc uszy przy głowie. Czy wszystko zepsuł? Już nie pamiętał za dobrze czy Szczawiowe Serce udzielał mu jakichś instrukcji... jeśli tak, to stres musiał mu je odjąć z głowy. Jego ślepia były pełne zmartwienia. — Strasznie się boję — szepnął wreszcie, było to na tyle cicho, że trafiło jedynie do szylkretki. Łapy trzęsły mu się odrobinę, sam zdziwił się z takiego obrotu wydarzeń. Jednak nie oznaczało to, że zamierzał się wycofać. Skoro już udało mu się opuścić legowisko uczniów, powinno być tylko lepiej, prawda? Przyłączyli się do nich także Miodowa Kora oraz Porywisty Dąb. Miał nadzieję, że za bardzo niedługo stąd wyjdą. Nie chciał, by ktokolwiek ich nakrył. Co by sobie o nim pomyśleli? Nie dość, że nie urodził się tutaj, to jeszcze nie nauczył się nawet pełnej lojalności względem klanu wilka. Może tylko sobie tak dopowiedział w głowie? Spojrzał na Jarzębinowy Żar, jakby z nadzieją, że zaraz usłyszy, że stąd idą. Albo, że go jakoś wepchnie w krzaki, żeby odczepić go od ziemi. Czuł się prawie tak, jakby lada moment łapy miały mu wrosnąć w ziemię.
— To nie słabość. Każdy z nas się boi. Dzięki temu… właśnie dzięki temu nam się uda — wymruczała cicho, delikatnie unosząc pysk Stroczkowej Łapy ku górze. Poczuł swego rodzaju ulgę, jednak strach nie opuścił go całkowicie. Po chwili Jarzębinowy Żar wstała i powiedziała:
— Czas na nas. Gdyby… — zawahała się, robiąc chwilową przerwę, jednak nie jakąś szczególnie długą. — Gdyby ktoś niepożądany do nas podszedł, udawaj, że boli cię brzuch i chce ci się wymiotować. Jeśli ten kot pójdzie za nami… — wysunęła pazury i utkwiła tępe, niepokojąco puste spojrzenie w ciemności przed sobą. Stroczek poczuł, jak futro na karku samo mu się podnosi, jednak prędko je wygładził. Nie chciał, by krzywdzili kogokolwiek. Zakręciło mu się lekko w głowie, przyłożył łapę do czoła, jednak po chwili potrząsnął łbem. Nie mogli tu stać w nieskończoność...
— Nie martw się. Po prostu chodźmy — mruknęła, choć brzmiało to bardziej jak słowa kierowane do samej siebie niż do kocurka. Rudy kiwnął głową, idąc pospiesznie za kotką. Uważał na wszelkiego rodzaju patyczki, a także wszystko to, co mogło być porozrzucane po obozie. Po to, żeby na nie nie nadepnąć. Bał się, że śpiący pobratymcy słyszą każdy ich szmer. Chociaż pewnie, gdyby tak było, z pewnością dawno by wyjrzeli z legowisk.
Przed nimi zaczęła coraz wyraźniej malować się sylwetka Rysiego Tropu.
— Opuszczone Obozowisko — szepnęła asystentka medyka cicho. Po chwili pchnęła Stroczka delikatnie do przodu. Gdy gnał przed siebie, las spowity nocą spoglądał na nich złowrogo.
Jarzębinowy Żar dogoniła młodziaka i stanęła tuż obok, łapiąc oddech. — Nie ma na co czekać! — wyszeptała, podekscytowana, choć z drżącym głosem, najprawdopodobniej z powodu adrenaliny. — Musimy zahaczyć o kilka miejsc, by znaleźć zioła, które schowałam — dodała, ruszając dalej szybciej.
Kocurek pokiwał głową raz jeszcze. — Dobrze! — odparł cichutko. Miał wrażenie, jakby w jego łapy ktoś napchał dawki energii. W momencie, w którym przeszedł przez tunel wyjściowy, poczuł się jakoś inaczej. Świadomość, że najprawdopodobniej nie wróci tu za prędko, przyprawiła go o uczucie takie, jakiego mógłby się spodziewać ptak uwięziony w klatce i nagle wypuszczony na wolność. Szedł tuż obok kotki, uszy stawiał czujnie na każdy najmniejszy szmer.

***

Stroczek szukał ziół schowanych przez szylkretkę z niezwykłą uwagą, mimo to nie udało im się znaleźć wszystkiego albo to, co odnaleźli, nie nadawało się już do leczenia. Jako iż rudy nie miał wcześniej aż tak wielu konkretniejszych styczności z ziołami – mimo pobytu w legowisku medyka – też, nie był pewien, czego dokładnie szukać. Jarzębinowy Żar wyjaśniła mu szybko, pokazując parę przykładów. Cieszył się, że udało im się znaleźć cokolwiek, próbował również spamiętać, ile się dało, żeby móc jej lepiej pomóc. Ruszył tuż obok jej boku do opuszczonego obozowiska. Płachty, przypominające te dwunożnych, dały dwójce schronienie. Poczuł, jak kotka przyciąga go do siebie, kuląc się. Mięśnie miała spięte, gdyby się dobrze wsłuchał, może nawet i usłyszałby jej bicie serca.
— Musimy poczekać na resztę — wyszeptała, spozierając w ciemny las. Skulił się tuż obok, mając nadzieję, że nie będzie im zimno. Miał dłuższe futro od niej, jednak był też mniejszy, więc nie mógł oferować starszej jakoś wiele ciepła. Oby zjawili się bardzo niedługo.
— Jarzębinowy Żarze? — odezwał się nieznajomy głos, nie tak daleko od dwójki. Była to biała samotniczka, spoglądająca na parkę z szeroko otwartymi oczami. — Co tutaj robisz o takiej porze? Jest późno, zbyt późno na zbiory ziół... Nie powinnaś być w obozie? Jeszcze coś ci się stanie... — zapytała samotniczka, a następnie zerknęła na młodszego kota obok niej.
— Amorphino… dawno cię nie widziałam — wymruczała, siadając lekko, starając się opanować drżenie głosu. — Ja… my uciekamy z Klanu Wilka. Uciekamy dużą grupą, gdzieś daleko. Nie wiemy dokładnie gdzie — dodała, kręcąc głową, po czym spojrzała na Stroczka.
— To twój kociak... ? Myślałam, że medycy nie mogą mieć młodych... — miauknęła zmieszana.
— Nie, to nie mój syn. To uczeń mego klanu, Stroczkowa Łapa — przedstawiła kocurka, wskazując na niego łapą. — Stroczku, to jest Amorphina. Jest samotniczką, która może nam pomóc.
Spojrzał na białą samotniczkę. Początkowo cały się zjeżył, jednak gdy zauważył, że znają się z Jarzębinowym Żarem, jego ciało jakby samo się rozluźniło. Dużo gorzej by było, gdyby napadł ich jakiś obcy samotnik. Kocica nie wyglądała tak, jakby chciała im zrobić krzywdę. — Miło mi panią poznać — miauknął, pochylając lekko głowę przed starszą.

***

Po tym, gdy wszyscy się zebrali i zaczęli iść. Również po paru wypadkach.

Stroczek z przerażeniem szedł tuż obok Jarzębinowego Żaru. Wcześniejsze przepychanki wydały mu się niebezpieczne i godne mysiego móżdżka. Co chwilę przejeżdżały blisko nich potwory dwunożnych, których ryki ogłuszały go na moment, a smród od chropowatej posadzki przyprawiał go o mdłości. Próbował pomagać szylkretce z chorymi, to podając jej zioła, jakie mu zostały, to przyglądając się, jak ich leczy – mogło mu się to przydać. Usłyszawszy słowa Jarzębinowego Żaru, a także Mglistego Snu, obejrzał się przez ramię. Rzeczywiście nie było nigdzie z nimi dwóch kotek. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku, położył uszy płasko przy głowie. — A co jeśli... co, jeśli pożarły je potwory dwunożnych? — wyjąkał z przerażeniem dość niewyraźnie, przez zioła niesione w pysku. Otworzył oczy szeroko, po czym wzdrygnął się na samą myśl. Nikomu nie życzył takiego losu! Wszystko było możliwe, w końcu potwory były ogromne i przerażające.
Nieprzyjemnie spozierało mu się także na poranionych pobratymców. Gdyby nie ich wcześniejsze przepychanki, pewnie mogliby jakoś tego uniknąć. Chciał mieć to już za sobą, wiecznie napięte mięśnie z nerwów mu wcale nie służyły. Za dużo całej tej przemocy wszędzie. Skrzywił się, w jego oczach lśnił niepokój.
Stroczek poczuł, jak sierść podnosi mu się na karku ponownie. Nie wiedział, czy to przez to, ilu rannych było teraz z nimi, czy może przez co innego, jednak z każdym kolejnym czuł się coraz gorzej, nawet jeśli to nie on oberwał.
Obejrzał się przez ramię, widząc, jak Szczawiowe Serce ratuje jednego z nich. Serce na moment zatrzymało mu się, nabrał powietrza do płuc tak, że aż go zabolało. Bał się, że potwór pożre jego ojca.
Na szczęście czekoladowy uniknął paszczy nadciągającego monstrum, które warczało groźniej niż jakikolwiek pies.
Mimo ratunku zranionemu nie udało się uniknąć następnych obrażeń. Kuśtykał teraz ze złamaną łapą, pojękując z bólu, gdy prowadzono go dalej.
Rudy spostrzegł, że nie zostało im już ziół praktycznie w ogóle, cały zapas poszedł w zawrotnym tempie, nawet ten niesiony przez białą kocicę.
— Tato uważaj na siebie, proszę — miauknął błagalnie, patrząc na kocura zogromniałymi oczami. Poczuł, jak gardło samo mu się zaciska, nie mógł stracić Szczawiowego Serca! — Nie mamy już ziół — dorzucił, czując, jak zaczyna go ponownie boleć brzuch. Czy nie mogli zrobić sobie przerwy w bezpiecznym miejscu? Oddalić się od drogi grzmotu? Nie znał tych terenów, aczkolwiek cała ta sytuacja absolutnie nie działała na niego korzystnie.

***

— Wszyscy! — rozbrzmiał głos Mglistego Snu. Wszyscy leżeli na trawie, niektórzy ranni, wszyscy z pewnością zestresowani. Stroczkowa Łapa spojrzał w kierunku starszego, zastanawiając się, co za moment usłyszy. Poczuł na sobie wzrok kocura. Czarnofutry pokazał pyskiem w stronę, z której rozciągał się przed nimi gęsto rozłożony lasek. — Powinniśmy skierować się do lasu i schronić się między drzewami. Niektórzy z nas potrzebują opieki Jarzębinowego Żaru, jednak ona nie jest w stanie zająć się potrzebującymi, teraz kiedy nie ma wystarczająco dużo ziół. Tak samo musimy stworzyć prowizoryczny obóz, żeby zregenerować siły i pomyśleć, co mamy zrobić dalej…
Stroczkowa Łapa pokiwał głową, czując nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Może będą teraz spokojniejsi? Nie będą musieli już cierpieć, przynajmniej przez jakiś czas?
Medyczka odetchnęła z wyraźną ulgą, gdy Mglisty Sen przejął inicjatywę. Powoli podeszła bliżej Stroczkowej Łapy, po czym spojrzała na zgromadzoną w półkolu grupę.
– Niech ranni schowają się w krzewach i odpoczną – odparła spokojnym, ale stanowczym tonem. – Ci, którzy mogą się ruszać, niech zbiorą mech z drzew, nasączą go w wodzie i podadzą rannym. Ja i Stroczkowa Łapa wyruszymy na poszukiwanie ziół. Nie odejdziemy daleko.
Nie czekając, aż ktoś wpadnie na głupi pomysł, by się do nich dołączyć, ruszyła przed siebie, w stronę nieznanego jej lasu.
Na pyszczku Stroczkowej Łapy wymalowała się wyraźna ulga, usłyszawszy słowa Mglistego Snu. Dalsze polecenia Jarzębinowego Żaru także wydały mu się dość sensowne. Może wreszcie będą mogli uniknąć dalszych tragedii. Ruszył tuż za szylkretką, zaciekawiony wspominką o ziołach. Czyli nawet tutaj dało się znaleźć coś przydatnego? Na jego mordce wymalował się lekki uśmiech, jednak nie taki złośliwy, a taki zwyczajny. Cieszyło go to, że kotka znalazła mu jakieś zajęcie. Nie mógłby tak bezczynnie siedzieć i patrzeć na rannych. Sama myśl, iż dało się tego uniknąć, wwiercała mu się w brzuch w formie dyskomfortu, niczym boleśnie głęboko wbity cierń w poduszkę łapy. Nawet jeśli to nie on pchał koty na drogę, czuł się w pewnym stopniu odpowiedzialny. Może były to po prostu wyrzuty sumienia nieznanego pochodzenia? Wzdrygnął się na samą myśl. Po paru uderzeniach serca zamrugał, jakby chciał wyzbyć się porannej rosy z rzęs, chociaż nic na nich nie miał. — Jakie zioła możemy tu znaleźć? — zapytał, zastanawiając się, czy szylkretka by wiedziała. Pewnie tak, z całej ich grupy ona miała największą wiedzę o tym, tak mu się wydawało.
Kocurek wszedł tuż za szylkretką, robiąc co w jego mocy, żeby tylko nie zaplątać się w nisko zwisających gałęziach. Nie należało to do najłatwiejszych rzeczy, patrząc na to, że jego futro nie było najkrótsze. Na szczęście wyszedł bez szwanku. Otaczające ich liście bardzo różniły się od tego, do czego Stroczek zdążył przywyknąć w obozie klanu wilka. Postawił czujnie uszy, słysząc masowy szelest liści na wietrze. Czy było to coś, czego warto było się obawiać? Nie, raczej nie, czemu? Przecież by nic mu takiego nie mogły zrobić, to tylko liście. Z zaciekawieniem podążał wzrokiem za ptakami, które przelatywały im co jakiś czas nad głowami. Ćwierkały z zapałem, ich lot także wydawał się jakiś taki bardziej elegancki, niżeli ospały czy niedbały. Szedł tuż obok starszej powoli, podziwiając naturę dookoła. Jarzębinowy Żar nacinała kamienie, a także drzewa. Czy to miało służyć za swego rodzaju drogę do ich nowego domu? Najprawdopodobniej tak. Ale czy nie zaszkodziłoby im to? Gdyby ktoś je dostrzegł, może by pomyślał tak jak oni. Co, jeśli by ich to naprowadziło do samego serca ich grupy? Mogliby mieć kłopoty, jeśli jakiś nieznajomy wdarłby się w ich bezpieczne miejsce.
Niebieskooka, usłyszawszy pytanie kocurka, zaczęła nasłuchiwać odgłosów lasu, ale i zaczęła się rozglądać.
— Na pewno większość — odparła spokojnie. — Te tereny, poza gęstym lasem, mają też mniejsze polanki i rzekę. Znajdziemy tutaj wszystko, czego potrzebujemy. Jednak w tym momencie szukamy przede wszystkim pajęczyny. A na ból… jagód jałowca, może maku, mniszka lekarskiego albo ogórecznika. Czyli zaglądamy pod kamienie i pod krzewy, a do tego rozglądamy się za niebieskimi jagodami, czerwonymi, żółtymi i niebieskimi kwiatkami. Możesz też wołać mnie, jeśli znajdziesz jakikolwiek liść. Nie bierz go od razu do pyska – to może być niebezpieczne. — usłyszał cierpliwy, ale i pouczający ton medyczki.
Pokiwał głową na znak, że przyjął. Więc najlepiej, gdyby znalazł jagody albo pajęczynę. Pręguska pochyliła się, zaglądając do dość nisko położonej dziupli. Ciekawe czy i tam by coś wyrosło? Może jakieś grzyby? Czy grzyby przydałyby się medykom? Nigdy ich nie widział w ich składziku, może nigdy ich nie znaleziono albo nie były wcale potrzebne?
Jarzębinowy Żar nawinęła gęstą, śnieżnobiałą pajęczynę wysoko na łapę, robiąc to wyjątkowo delikatnie i ostrożnie, żeby jej tylko nie uszkodzić. Po tym wyprostowała się i stanęła, obserwując Stroczka z lekkim uśmiechem, a także czujnością w oczach.
Zielonooki odwzajemnił uśmiech, z zaciekawieniem patrząc na to, co robiła. Więc tak zbierało się pajęczynę.
Wycofał się parę kroków i zajrzawszy do jednego z pobliskich krzewów, nosem zetknął się z miętą polną. Wyprostował się szybko, spoglądając na nią z góry, ze zdziwieniem. Puszyste, zielone liście. Ich intensywny zapach poniósł mu się po nosie, gdy poduszką łapy przypadkowo urwał jeden z liści. Schylił się, przyglądając z uwagą miejscu, które zostało uszkodzone.
Wrócił do niebieskookiej, spoglądając na nią z lekkim niepokojem. — Znalazłem coś nowego, ale nie wiem, czy się przyda — zaczął niepewnie, pytając parę uderzeń serca później, czy mogłaby na to zerknąć. Wskazał jej roślinę, o którą mu chodziło. Obawiał się, czy takie bliskie spotkanie z tym gatunkiem by mu bardzo zaszkodziło. Niekorzystne by było zatrucie, w końcu mieli tak wielu rannych. Kotka nawet nie miała za bardzo ziół, którymi mogłaby mu pomóc, jeśli by siebie uszkodził. A był młody, więc jego chorowity organizm mógł znieść dolegliwość bardzo różnie.
Jarzębinowy Żar zesztywniała lekko, usłyszawszy jego słowa. Zauważywszy, co trzyma młodziak, nagle ożywiła się. Na jej pyszczku malowało się zmęczenie, które na moment się ukryło. Stroczkowa Łapa poczuł, jak się delikatnie uspokaja, gdy nie spotkał się z przerażoną postawą. Wtedy miałby więcej powodów do obaw, bo mogło to oznaczać, że to, co znalazł, było dla niego szkodliwe.
— O! Gdzie to znalazłeś? Pokażesz? To mięta polna. Wywołuje wymioty, można jej też użyć na rany — wymruczała. Zielonooki rozszerzył odrobinę oczy. W takim razie idealnie! W końcu część ich grupy była poraniona, więc nie mógł chyba trafić lepiej.
— Możemy dzięki niej komuś pomóc? Może... Zapomnianej Koniczynie albo nie wiem... — zamyślił się na moment, jednak prędko wrócił do rzeczywistości. Kto by najbardziej potrzebował tej mięty polnej?
Po paru uderzeniach serca szylkretka uniosła na niego spojrzenie, dodając ciszej. — Zapamiętaj to, przyda ci się. — odparła tajemniczo. Przekrzywił odrobinę głowę, zastanawiając się, co mogło to oznaczać. Czy to była część szkolenia, jakie musiał odbyć? Nie pamiętał, czy Aksamitna Łapa bądź Cykoriowa Łapa chwaliły się podobną wiedzą. Ale też nie miał powodów, by ich o to pytać. Wycofał się, pokazując starszej, gdzie dokładnie znalazł ziele. Podniósł łodygi krzewu, ukazując resztę rośliny.
— Jasne, na rany jak najbardziej — odparła spokojnie. Stroczek postawił uszy z lekkim, pozytywnym zaskoczeniem wymalowanym na mordce. Jak dobrze, że udało mu się to znaleźć! Był z siebie taki zadowolony! — Ale lepiej poszukajmy jeszcze czegoś innego — usłyszał, po czym pokiwał głową posłusznie, a na jego mordce wymalował się aksamitny uśmiech.
Szylkretka ruszyła w głąb lasu, ścieżka prowadziła ich między drzewami. Rudy kocurek rozglądał się po krzewach, a także z jakiegoś powodu po gałęziach, jakby jakaś pajęczyna miała mignąć mu przed oczami. Co jakiś czas napotykał świerszcze, które uskakiwały dwójce spod łap. Śpiew ptaków działał na niego kojąco, czuł, jak rośnie w nim determinacja, z każdym kolejnym najmniejszym krokiem. Ziemia skrzypiała odrobinę pod ciężarem kotów. Stroczkowa Łapa w pewnym momencie skręcił w prawo, mając wrażenie, że poczuł jakiś ziołowy zapach. Był pikantny, bardzo jeździł mu po nosie. Rozłożysta łąka, otoczona przez drzewa, malowała mu się przed oczami. Przeróżnokolorowe kwiaty mrugały, kołysane przez wiatr. Zielonooki uchylił oczka ciut szerzej, nie mogąc nacieszyć się tym widokiem. Niesamowite, że istniały tak piękne tereny! Zawęszył, otwierając pysk, żeby lepiej przyjąć zapachy. Zamrugał, oglądając się za siebie. Wrócił do kotki, spozierając na nią pytająco. — Jarzębinowy Żarze, czuję jakiś pikantny zapach, o tam — mruknął, wskazując głową łąkę. Ciekawe czy było to coś przydatnego? A może coś, na co wcale nie powinien poświęcać tyle czasu, ile poświęcił?
Jarzębinowy Żar usiadła przy roślinie, przypatrując jej się uważnie. — To krwawnik — młodzik usłyszał spokojne słowa. — Jest dobry na wymioty, szczególnie do ich wywoływania. Pomaga też wyciągać różne trucizny z ran. Możemy go jednak zostawić. Chciałabym zaraz wracać do reszty. — rozejrzała się po łące, gdy to mówiła. Stroczkowa Łapa wpatrywał się w krwawnik, próbując zapamiętać, jak wygląda. Skoro był przydatny, to szkoda by było, gdyby o nim nie pamiętał w przyszłości. Nawet jeśli tym razem go nie brali, przyda się pewnie innym razem. Pokiwał głową, już troszkę byli z dala od innych, spacer w tak małej grupie mógł być niebezpieczny, szczególnie że wędrowali sobie po obcych ziemiach.
Szylkretka podskoczyła do innej rośliny, bez wahania urywając kilka fragmentów łodygi. — Krwiściąg — doleciało do uszu ucznia. Stroczkowa Łapa podbiegł do niej szybko, patrząc tym razem na ząbkowate liście. Korzenny zapach dotarł do niego także. — Dodaje sił i jest składnikiem ziół podróżnych — kotka brzmiała teraz pewniej, jakby coś dodało jej otuchy. Może to dzięki tej roślinie?
— Czy powinniśmy wziąć go na zapas? — zapytał, mając świadomość, iż zaraz prawdopodobnie stąd pójdą. Ich grupa może i nie była najliczniejsza, jednak w kwestii dawkowania ziół nie było też ich jakoś malutko. Zioła kończyły się w zawrotnym tempie, szczególnie gdy większość była ranna.

Wieczór

Stroczkowa Łapa układał zioła tak, jak myślał, że byłoby to dobre. Zaraz po tym zaczął liczyć ziarenka maku dla zabicia czasu. Jarzębinowy Żar odpoczywała tuż obok Mglistego Snu. Medyczka po całym dniu pracy padła na legowisko i niemal od razu zasnęła, jedząc kosa, którego dla niej upolowano.
Rudy kocur nie był pewien, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony poznał już samotnicze życie, wiedział, z czym to się je, przynajmniej mniej więcej, kiedy był pod opieką swoich biologicznych rodziców, Penelopy oraz Odyseusza. Wtedy miało się więcej swobody, w końcu nie obowiązywały cię żadne rangi, jednak takie życie było dużo trudniejsze, przynajmniej dla sporej liczby kotów. Jeśli było się kotem samotnym, bez drugiej połówki lub przyjaciela, wtedy w razie choroby lub głodu nie można było liczyć na pomoc pobratymców. W klanie był medyk, który potrafił zająć się każdą chorobą, a na stosie zwierzyny zawsze leżały świeżo upolowane zdobycze.
Mimo to po dołączeniu do klanu przeżył spory szok, szczególnie po tym, gdy odebrano mu jego siostrzyczkę, Łezkę. Koteczkę, która jako jedyna była rzeczywiście z nim spokrewniona. Nie dość, że ją odebrano, to jeszcze wyniesiono ją tak daleko, że jedyna możliwość spotkania się z nią była na zgromadzeniu. Na samym zgromadzeniu, zamiast spotkać się z siostrą, to poznał pewnego kocura, lekko starszego od siebie. Mieli podobne kolory futra, obydwoje lubili zbierać przeróżne rzeczy do dekorowania sobie pręgowanych kłosów. Nazwali siebie przyjaciółmi i chcieli pamiętać o sobie już na zawsze. Stroczkowa Łapa zastanawiał się, czy Złocisty Widlik czuł się dobrze u siebie w klanie. Chociaż… skoro nadal w nim przebywał, to raczej tak. W końcu w każdej chwili mógł raczej uciec, a z jakiegoś powodu tego nie zrobił, przynajmniej nie wtedy, kiedy ostatnim razem się widzieli. Ciekawe czy jemu też ciężko było momentami zrozumieć to, jak został ustawiony cały ten system?
Z rozmyślań wyrwały go słowa, które nie były skierowane nawet do niego.
— Są to świetliki! Są odjechane, nie sądzisz?
— Są takie romantyczne — zaśmiał się Kosaćcowa Grzywa.
Uczeń spojrzał na pobratymców ze zdziwieniem. Jakie świetliki? Gdy nie mógł pojąć, o czym tak naprawdę rozmawiali, przed jego oczami przeleciał drobny, jarzący się owad. Robaczki wywołały u niego początkowo swego rodzaju niepewność. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Fakt, że świeciły w tak nadzwyczajny sposób, z jednej strony ciekawił go, a z drugiej nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak potrafiły. Żaden z robaków, jakie do tej pory spotkał, nie emitowały podobnych barw.
Nagle ze spokojnego snu zerwała się Jarzębinowy Żar i spojrzała to raz na Mglisty Sen i na świetliki. Rudy kocurek zwrócił uszy w jej kierunku.
— To musi być znak! — westchnęła, patrząc się z zauroczeniem i ulgą w oczach, jakby potężny ciężar zszedł jej w końcu z barków. — To znak od Klanu Gwiazdy!
Wszystkie koty, które leżały na posłaniach, spojrzały się pytająco na medyczkę. Niektórzy zdezorientowani, inni pokręcili tylko nosami, wątpiąc w trzeźwość umysłu Jarzębinowego Żaru, a pozostali z zachwytem i przejęciem wchłaniali wszystko, co powiedziała, jak Stroczkowa Łapa.
— Klan Gwiazdy chce nam przekazać, że wszystko będzie dobrze! Czuwają nad nami ciągle! Chcą nam przekazać, że przed nami zaczyna się dobry początek! Nie jesteśmy zgubieni… — wypowiedziała to, mrucząc.
Stroczkowa Łapa zerknął na robaczki raz jeszcze, teraz już z większym entuzjazmem. Były ich przyszłością, ich nadzieją.
— Więc… Co teraz? — odezwała się Rysi Trop. — Mam rozumieć, że jesteśmy zwykłą grupą samotników. Takimi uciekinierami.
Wszyscy wymienili się pytającymi spojrzeniami, aż w końcu popatrzyli się na czarnego kocura.
— Jesteśmy Świetlikami. — powiedział w końcu Mglisty Sen.
— Świetlikami? Tak po prostu? — zdziwił się Kosaćcowa Grzywa.
— A gdzie słowo “Klan”? Nie jesteśmy już Klanem? — zawtórował starszemu Porywisty Dąb — Nie jesteśmy Klanem Świetlików?
— Jeszcze nie. Nie mamy ról i ani obozu. Tak samo musimy zostać zaakceptowani przez pozostałe Klany… Na tą chwilę jesteśmy Świetlikami. Wnieśliśmy nadzieję dla Klanu Gwiazdy i oświetliliśmy mrok Mrocznej Puszczy. Na tą chwilę jesteśmy mali i słabi, jednak nasze siły wrócą i to ze zwiększoną siłą. — powiedział spokojnym głosem, a na jego pysku usiadł mały robaczek, od którego zawdzięczali nazwę.
Wszyscy skupili się na nim, jednak nikt nie podważył już jego słowa, wszyscy powrócili do wesołego biesiadowania.

***

Wieczór następnego dnia

Jarzębinowy Żar stanęła na środku prowizorycznego obozu.
— Świetliki! Proszę was o uwagę — oznajmiła z ekscytacją w głosie.
W jej tonie pobrzmiewało napięcie i coś jeszcze – nadzieja. Gdy w końcu wszyscy zebrani zwrócili ku niej spojrzenia, machnęła łapą w stronę Stroczkowej Łapy. Kiedy kocurek podszedł bliżej, Jarzębinowy Żar stanęła przed nim i na moment uniosła wzrok ku niebu, jakby szukała odpowiednich słów wśród migoczących gwiazd.
— Nasza grupa nie posiada przywódcy, zatem ja, jako medyk, mam prawo, dane mi przez przodków, przeprowadzać ceremonie — zaczęła spokojnie, lecz stanowczo. — Zdaję sobie sprawę, iż w ziołach wspierają mnie Gałązka oraz Amorphina. Jednak od dawna marzyłam o własnym uczniu, a nasza grupa musi posiadać oficjalnego ucznia medyka… mojego następcę.
Białe punkciki na niebie odbijały się w jej lodowato niebieskich oczach, potęgując powagę chwili. W końcu opuściła wzrok i spojrzała prosto na stojącego przed nią kocurka.
— Stroczkowa Łapo, chciałabym zaproponować ci, zostanie moim uczniem — powiedziała ciszej, lecz z wyraźnym przekonaniem. — Oznaczałoby to rezygnację ze ścieżki wojownika i wsparcie mnie w leczeniu naszych pobratymców.
Zrobiła krótką pauzę, po czym kontynuowała:
— Swoją decyzję opieram na twoim zaangażowaniu oraz pomocy podczas podróży tutaj, a także na twoim późniejszym zachowaniu. Zbierałeś ze mną zioła z prawdziwym zaciekawieniem, dopytywałeś o ich działanie, chciałeś obserwować leczenie innych kotów. To wszystko pokazuje, że ta ścieżka może być właśnie dla ciebie.
Urwała i zamilkła, skupiając całą swoją uwagę wyłącznie na nim. Obozowisko pogrążyło się w ciszy.
— A więc… jaka jest twoja decyzja? — zapytała, uważnie go obserwując.
Stroczkowa Łapa rozszerzył oczka, spoglądając na szylkretkę ze zdziwieniem. Z jednej strony mógł się domyślić, w końcu nikt nie pomagał medyczce z takim zapałem w zbieraniu ziół, jak on. Rzeczywiście dopytywał o naprawdę wiele, sam nawet przyłapywał się na myślach, że kiedyś mogłoby mu się to przydać. Czy to, czego dowiedział się do tej pory, było wiedzą z nadwyżką? Czy przeciętny wojownik nie potrzebował tak wiele wiedzieć? Poruszył ogonem rozemocjonowany, próbując odgonić od siebie teraz zamyślenie. Wszyscy czekali na jego odpowiedź, nie mógł z tym zwlekać. Spojrzał raz jeszcze w niebieskie oczy kocicy, po chwili kiwnąwszy głową, uśmiechnął się do niej szczerze. — Bardzo bym chciał zostać twoim uczniem — wykrztusił z siebie wreszcie, czując się tak, jakby miał zaraz zrobić parę okrążeń wokół zgromadzonych ze szczęścia. Chciał powiedzieć nieco więcej, aczkolwiek wrażenie, że byłoby to niepotrzebne, sprawnie go do tego zniechęciło.
— A zatem mocą podarowaną mi przez naszych przodków, ogłaszam cię, Stroczkowa Łapo, uczniem medyka. Od tej chwili będziesz pilnie uczył się o ziołach, chorobach oraz o tym, jak je leczyć. A gdy tylko staniemy się prawowitym klanem i będziemy mogli wyruszyć do sadzawki naszych przodków, przedstawię cię pozostałym medykom — zamruczała ciepło.
Schyliła głowę i zrobiła krok naprzód, by delikatnie dotknąć nosem swojego nowego ucznia, pieczętując tym gestem decyzję oraz nową drogę, która właśnie się przed nim otwierała. Uczniak poczuł, jak ciepłe uczucie rozpływa mu się po klatce piersiowej. Czuł tak wielką dumę oraz determinację – tak naprawdę nie mógł doczekać się, aż wreszcie będzie mógł pomóc komuś bardziej. Pragnął poszerzyć swą wiedzę na temat ziół. Podziwiał Jarzębinowy Żar – kotka w jego oczach wiedziała tak wiele, sam zapragnął wiedzieć równie dużo, może nawet i on mógłby przekazać tę wiedzę dalej w przyszłości? Czy sprawdziłby się jako mentor? Młodzik miał wrażenie, iż ta ścieżka rzeczywiście była dla niego i pasowała mu nawet bardziej, niżeli rola wojownika. Od zawsze był wątłej budowy, chorowity, nie należał do najsilniejszych, a jego specyficzna natura nie pozwalała mu cieszyć się z walki tak, jak innym jego dawnym, a także może i obecnym pobratymcom. Zawsze brzydził się przemocą – niewykluczone, że jeszcze spotka się z nią wiele razy, rola medyka nie chroniła go przed tym, jednak wydawało się to dużo mniej makabryczne, niż walki, jakie musieli staczać mu bliscy w celu zapewnienia większości ochrony. Kocurek miał nadzieję też, że dzięki temu lepiej zrozumie i pozna sam Klan Gwiazdy. Zerknął na swoją nową mentorkę z determinacją, ale i szczerą radością wymalowaną na mordce, która nie zamierzała szybko go opuszczać.

[4505 słów - trening medyka]

[przyznano 90%]