Postawił uszy czujnie, gdy dotarło do niego ciche stękanie. Nieopodal dojrzał kocura o ciemnym, zmatowiałym i zmierzwionym futrze. Kuśtykał, z jego boku ciekła gęsta stróżka krwi, zostawiał za sobą szkarłatne ślady. Młodszy zbliżył się do niego ostrożnie, patrząc na nieznajomego z zaniepokojeniem.
— Przepraszam, czy mogę ci pomóc? — zapytał, mając nadzieję, że obcy nie poczuje się zaatakowany jego obecnością.
Jasne, mądre oczy skierowały się na niego, na kufie starszego wymalowane było wyraźne zmęczenie. Jego pysk przyozdobiony był siwymi włoskami, było ich naprawdę wiele.
— Nie marnuj na mnie ziół, młody… nie szkoda ci? — miauknął słabo, z jego pyska wydobywała się ciepła chmurka, prędko przeganiana przez podmuchy nielitościwego wiatru.
Zielonooki pokręcił głową, usłyszawszy jego słowa. Jego wąsy zadrżały – dlaczego tak mówił? Nawet na starszyznę gotów był poświęcić większą część magazynka, jeśli tylko miało to zapewnić bezpieczeństwo całej grupie, a przede wszystkim poszkodowanemu. Położył po sobie uszy.
— Zaczekaj tutaj — powiedział do niego, po czym wycofał się i zanurkował w pobliskich krzewach.
Wrócił do niego z wysuszoną garstką ziół. Ich zapach, zwykle intensywny, teraz przytłoczony był przez mróz, którego nie dało się ot tak zignorować. Zielonooki przyniósł ze sobą także pajęczyny, było to niezwykle istotne, bo w przeciwnym wypadku jak mógłby opatrzeć potrzebującego? Podszedł do kocura ponownie, układając przed nim zebrane przez siebie rzeczy.
— Może cię zapiec, ale powinno się zagoić dość sprawnie — przedstawił, po czym zabrał się za czyszczenie posklejanych, brudnych płatów futra. Absolutnie nie należało to do czegoś, co nazwałby przyjemnym, aczkolwiek nie mógł odmówić pomocy kotu w potrzebie. Starszy, widząc, że młody nie zamierzał dać się spławić, pozwolił na to, żeby mu pomóc chociaż troszkę. Gdy Stroczkowa Łapa oczyścił pobrudzone, uszkodzone miejsce, wziął się za przeżuwanie ziół na papkę.
Chwilę mu to zajęło, dźwięk gałęzi kołysanych przez wiatr działał na niego kojąco. Zawsze myślał wtedy o każdym treningu, który odbył pod czujnym okiem swojej mentorki w towarzystwie wszystkich tych drzew. Uśmiechnął się odrobinę. Po paru uderzeniach serca wypluł papkę na swoją łapę, dzieląc ją i przykładając do każdego skrzywdzonego miejsca. Załatał je starannie i zwinnie pajęczyną.
— Jak się Pan czuje? — zapytał, patrząc obcemu prosto w oczy, chociaż nie miał na myśli nic negatywnego.
Starszy pokiwał słabo głową. — Lepiej, dziękuję ci bardzo — mruknął, po chwili dźwigając się na łapy. — To powinno wystarczyć — dorzucił, chociaż rudy nie był pewien, czy do niego, czy bardziej do siebie.
Zielonooki również rozpromienił się. — Proszę, by Pan uważał, żeby rana nie dotykała żadnych brudnych miejsc i trzeba też być bardzo ostrożnym, jak chodzi o pajęczynę. Ona jest lepka i dobrze łata rany, jednak doskonale zbiera brud, a to działa niekorzystnie na uszkodzenia, może wdać się infekcja — przedstawił, poruszając ogonem delikatnie na boki.
Starszy w odpowiedzi pokiwał głową, na znak, że zrozumiał. — Będę się już zbierać. Moja rodzina na mnie czeka, dziękuję ci jeszcze raz — miauknął, machając mu ogonem na pożegnanie. Uczeń poczuł przyjemne uczucie rozpływające się po jego klatce piersiowej. Zdążył zupełnie zapomnieć o swoich grzybach, które chciał posprawdzać.
[653 słowa - trening medyka, wyleczenie postaci npc]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz