Niegdyś chroniły go wiecznie zielone świerki, lecz od kilku księżyców musiał chować się we własnym futrze przez mróz, który przedostawał się przez nagie gałęzie dębów i brzóz. Pocieszenie mógł znaleźć jedynie w subtelnych promieniach słońca.
— Kosaćcowa Grzywo.
Wydźwięk tego imienia był dziwny. Brzmiało ono nieodpowiednie dla uciekiniera. W końcu nie był już lojalnym wojownikiem Klanu Wilka, a zbiegiem i zdrajcą.
— Kosaćcowa Grzywo!
Kocur zastrzygł uchem. Leżał w swoim legowisku, a jego wzrok był wbity w dół. Chciał zasnąć wiecznie. Zapaść się pod ziemię. Oczy kleiły mu się, a głowa odmawiała posłuszeństwa. Westchnął ciężko.
— Kosać…
— No żesz, wstaję już! — warknął i gwałtownie się podniósł z wielkiego posłania. — Czego chcecie tym razem? Może tym razem mnie wyrzucić na zbity pysk!? — syknął i spłaszczył uszy.
Gdy raczył obdarzyć biedaka spojrzeniem, omal nie wyskoczyło mu serce z piersi.
To był…
— Poziomku, ja nie… — wymamrotał zmieszany.
Pokręcił głową i zacisnął szczęki.
Wystraszony Poziomkowa Polana ugiął się pod byłym mentorem, zbyt przerażony, aby cokolwiek rzec w tej sprawie. Wyglądał nie tylko na zaskoczonego, ale i na zaniepokojonego. Szylkretowy kocur odsunął się od białego wojownika i westchnął ciężko.
— Ja… ja tylko ch…ch… chciałem, abyś ze mną poszedł… się przejść.
Pysk Kosaćca złagodniał.
— No dobra, Ziomeczku-Poziomeczku! — rzekł z fałszywym uśmieszkiem, zmuszając się do siadu. O mało, co ziemia by się nie zatrzęsła z powodu jego wagi. A zważywszy, że mało robił, masy mu się rzeczywiście przybrało. I faktycznie przydałby mu się ruch na świeżym powietrzu. — No to co, ruszamy, czyż nie?
Młodszy nerwowo skinął mu głową. I wyszli.
***
Oboje przykucnęli, gdy do ich nozdrzy dotarł smakowity zapach.
— O, patrz! — pisnął podekscytowany Poziomkowa Polana. — Tam jest mysz!
Kosaćcowa Grzywa skinął mu głową. Wysunął pazury i bez zbędnego myślenia z prędkością światła wgryzł się umiejętnie w kręgosłup zwierzyny. Słodki płyn przyćmił umysł Kosaćcowej Grzywy; zacisnął mocniej szczęki na myszce, aż w końcu… jej głowa spadła na oszronioną trawę. Młodszy kot zaniepokojony cofnął się, ale nie odezwał. Kosaćcowa Grzywa chwilę zszokowany gapił się w głowę gryzonia, po czym pokręcił łbem i na jego zakrwawionym pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Brakowało mi krwi.
Poziomkowa Polana na jego słowa przełknął głośno ślinę i niepewnie przytaknął. Kosaćcowa Grzywa, widząc niemrawość byłego ucznia, zmrużył oczy. Wypluł ciałko myszy na brudną ziemię.
— Coś nie gra, Ziomeczku-Poziomeczku?
Odpowiedziała mu tylko cisza.
Biały uciekinier zmarszczył brwi.
— Odpowiedz — zażądał były mentor niskim głosem.
Młodszy uciekinier skulił się pod gromiącym go spojrzeniem Kosaćcowej Grzywy. Oddech Poziomka przyspieszył. Ponownie przełknął ślinę, wziął głęboki wdech i wydech, po czym zaczął walczyć z byłym mentorem na wzrok.
— Nie… nieważne — wymamrotał i nerwowo się odwrócił do Kosaćca tyłem.
Kosaćcowa Grzywa prychnął i prędko zagrodził mu drogę masywnym ciałem.
— Jak to "nieważne”? — warknął. — Powinieneś się bać prawdziwego kultysty! — powiedział z wysoko uniesioną brodą. — Nie mów, że wszystkie lekcje ze mną spędzone poszły w…
— Zalotna Krasopani jest twoją mamą.
Cisza zawisła między nimi.
— Ona… ona jest twoją mamą, racja? — powiedział Poziomkowa Polana pewniej.
Kosaćcowa Grzywa cofnął się.
— … Racja? — Kocur postawił jeden krok do przodu.
— Co ty… taki odważny, co? — wymamrotał srebrzysty van z nerwowym uśmieszkiem. Zmrużył oczy w szparki. — Przecież boisz się własnego cienia, ty…
Poziomkowa Polana stał sztywno z kamiennym wyrazem pyska.
— Masz takie same oczy jak ona — miauknął twardo. — Mimo wszystko jesteś ulepiony z tego samego błota, co ona. Nie możesz się nie zgodzić — mówił zimno. Przechylił łeb nienaturalnie, a na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Oczy zaszły mroczną czernią, a po policzkach zaczęła spływać nocna maź.
Kosaćcowa Grzywa zaczął się cofać.
— Nie uciekniesz od tego — odezwały się głosy w ciele Poziomkowej Polany. — Nie jesteś zbawicielem. Nie jesteś bohaterem. Jesteś synem niechcianym, potępionym. Partnerem nielojalnym. Grzesznikiem — wysyczał. — Jesteś mordercą. Synem morderczyni! — zaryczał, stawiając pewniejsze kroki ku uciekinierowi. — Jesteś pomyłką. Klan Gwiazdy się nad tobą zlitował… ale zrozumiał swój błąd.
Obraz zaszedł niepokojącą czernią. Widział przed sobą dobrze mu znane, brązowe oczy. W oddali mógł usłyszeć odgłosy mew i spokojnych fali morskich, rytmicznie przybliżające się i oddalające od brzegu. Tak samo było, gdy jeszcze w Klanie Wilka miał koszmar. Koszmar, w którym zostało ujawnione, iż jego miłość spowoduje szkodę, nieurodzaj i ból. A nie tak później urodziły się jego słodkie córeczki…
Ciekawe, co u Postrzępionego Mrozu…
***
Wtem otworzył swe ślepia i zorientował się, że był w transie.
— Odpowiedz! — zażądała medyczka, a jej ogon zamiatał wściekle podłoże.
Biały kocur spiął mięśnie i zszokowany popatrzył się po trójce. Stał przed nim Miodowa Kora, Jarzębinowy Żar i… Porywisty Dąb. Westchnął ciężko i postanowił przybrać ledwo co posklejaną maskę.
Kosaćcowa Grzywa wypluł mech i pokazał owej dwójce swoje kiełki w swoim luzackim uśmieszkiem.
— Nigdzie go nie zabrałem, sam wyszedł ze mną. Nie musicie się tak spinać, tym bardziej że powinniśmy trzymać się razem. — Rozejrzał się. — Nieprawdaż, Miodowa Koro? — Ciężki wzrok spoczął na nim. — Jak to mówił Mglisty Sen? Są dwa obozy w Świetlikach, czemu utrudniacie w dobrym zacieśnianiu się więzi? Hmm?
Miodowa Kora warknął coś pod nosem, pokazując przy tym swoje kły. Ewidentnie zabolał go przytyk swojego byłego ucznia.
— Nie wycieraj sobie teraz pyska gadką o jednoczeniu się Świetlików — warknął.
Porywisty Dąb położył mech na ziemi i stanął pomiędzy kocurami. Jego tylne nogi trzęsły się z wysiłku. Wytrzymał spojrzenie Miodowej Kory i usiadł, nie mając siły.
— Nie wińcie Kosaćcowej Grzywy — wstawił się za kocurem. — To ja wyszedłem zaraz za nim. Nie chciałem wracać do dalszego leżenia, więc spróbowałem czegoś, co jest na tyle łatwe, bym mógł pomóc w budowie nowego obozu. Za długo siedzę tutaj, a jest coraz zimniej. Legowiska są prowizoryczne i brakuje, żebym jeszcze się przeziębił. Potrzebuje więcej ruchu, z resztą tak samo ciężko jest z Poziomkową Polaną. Przecież nie może przesiedzieć cały ten czas na posłaniu!
Kosaćcowa Grzywa patrzył się w swojego obrońcę beznamiętnym wyrazem pyska.
Jarzębinowy Żar wymieniła się skonfundowanym spojrzeniem z Miodową Korą.
— Wiecie co? Pójdę wam na łapę, jestem zbyt zmęczona, żeby użerać się z dwójką. Róbcie, co chcecie, tylko by to nie skończyło się gorzej, niż jest teraz.
Obdarzyła ich zmęczonym spojrzeniem i wróciła do swojego legowiska, gdzie na nią czekał Stroczkowa Łapa. Miodowa Kora z urazą popatrzył na Kosaćcową Grzywę, jednak nic nie powiedział kocurowi. Odszedł na ubocze, gdzie siedziała Rysi Trop.
Srebrzysty van splunął i prychnął. Pff, co tu kryć… ta grupa nie przetrwa. Przynajmniej nie w takim stanie.
— Strasznie się mnie czepiają — powiedział cicho Kosaćcowa Grzywa, przynajmniej jakby mówił to do siebie.
— A dziwisz się im?
Kosaćcowa Grzywa spojrzał na niego zdziwiony. Czyżby ten smarkacz śmiał pyskować?
Zatrzepotał długimi rzęsami, po czym odchrząknął i zwiesił głowę.
— Nie… nie mogę im się dziwić, Porywisty Dębie. — Pokręcił bezsilnie łbem. — Jestem tylko dla nich chaosem. Nieładem… — Przełknął ślinę. — …Pomyłką. Ale co zrobić, gdy przez całe księżyce tak dobrze grałeś, że w końcu przestałeś udawać? Światło nadziei zgaszono. Nie jestem już wybrańcem. Nie jestem tym, czego pragnęli ci gwiezdni.
Nagle tajemniczo się uśmiechnął.
— Nie byłem ich zabawką. Przeżyłem księżyce cierpienia, będąc noszonym przez wiatr. Szukałem przebaczenia, Porywisty Dębie. Znalazłem tylko cierpienie i wyrzuty sumienia. Może to ja miałem być tym antagonistą. Może to mnie powinny siły Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd zabrać w odmęty szaleństwa. Może to… może to ja powinienem zginąć przez jabłonkę. — Przy wypowiadaniu ostatniego zdania młodszy uciekinier mógł zobaczyć ból na pysku kocura. Najprawdopodobniej nawiązywało to do niefortunnej śmierci Zabłąkanego Omenu, inaczej Obłąkańca. — A mimo to, wciąż żyję. Nie wiem, czy mam szczęście i szansę na jakieś odkupienie… czy to kara za to, że istnieję i podczas życia cierpię… oraz krzywdzę tych, których poprzysiągłem sobie chronić, choćby kosztem życia.
Uśmiech zniknął.
Kurtyna opadła.
Czyżby Porywisty Dąb przedostał się przez ostatnią warstwę Kosaćca, której nikt nie zdobył od dawien dawna?
Ach, nie tak prędko. Ta bajka nie kończy się "... I żyją długo, i szczęśliwie”, gdyż…
… przedstawienie jeszcze się nie skończyło!
Biały kocur cmoknął, a zanim Dąb mógł cokolwiek rzec w tej sprawie, znów stali na oświetlonej scenie.
— No… to raczej na tyle z moich uczuć. Pora wrócić do tego jakże irytującego, starszego wojownika, którego wciąż śmieszą brązowe żarty — zarechotał. — Może chciałbyś pooglądać, jak ten mężny, odważny kocur kopie legowisko dla przywódcy, czyli samego siebie? — rzekł głośno oraz żartobliwie z wysoko uniesionym podbródkiem i puścił mu wesołe oczko.
I choć jak bardzo Kosaciec próbowałby kryć swój głęboki smutek, tak trudno było powstrzymać młodego wojownika przed współczuciem dla zbłąkanego wybrańca.
Kosaćcowa Grzywa stał nad nim z nerwowym uśmieszkiem, czekając niecierpliwie, aż kot spełni jego rozkaz. A może tego nie zrobi?
<No chodź, inwalido>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz