Przeszłość...
Niebiańska Poświata popatrzała na Jagnięcy Ukłon wzrokiem przygaszonym, jakby w jej źrenicach odbijał się nie tylko obraz stojącej naprzeciw niej kotki, lecz także ciężar wspomnień, których nie była w stanie strząsnąć z serca. Powietrze wokół nich zdawało się nieruchome, gęste niczym mgła zalegająca nad bagnami o świcie, a zapach rozgrzanej ziemi i ziół, przesiąkniętych letnim skwarem, unosił się w powietrzu.
— Wiesz… jestem już dorosła i… nie trzeba dalej traktować mnie jak uczennicę — miauknęła w końcu, lecz jej głos nie niósł w sobie ani cienia buntu; zamiast tego drżał lekko, jak napięta nić gotowa pęknąć pod niewidzialnym ciężarem.
Na krótką chwilę jej spojrzenie odpłynęło gdzieś daleko, poza ściany obozu. Westchnęła ciężko, a w jej piersi rozlało się znajome, duszące uczucie — jakby cienkie, kolczaste pnącza oplotły jej gardło i zaciskały się z każdym oddechem. To nie było nowe. Towarzyszyło jej od dawna, od chwili, gdy świat utracił jeden ze swoich najjaśniejszych punktów.
Od śmierci Kołysankowej Łapy.
Imię to przemknęło przez jej myśli jak cień ptaka nad ziemią — szybkie, bolesne, nieuchwytne. Wspomnienie jego spojrzenia, ciepłego i pewnego, jego głosu, który potrafił uciszyć najgłośniejsze burze w jej sercu, powróciło z brutalną wyrazistością. A wraz z nim przyszła świadomość, że nigdy już nie usłyszy jego kroków, nie poczuje jego obecności tuż obok — i, co gorsza, że nigdy nie zdążyła powiedzieć mu tego, co przez tak długi czas tłumiła w sobie.
Miłość.
Słowo to paliło ją od środka, a jednocześnie było zimne jak nocny wiatr sunący po pustych wrzosowiskach. Nie zdążyła. Nie powiedziała. Nie podzieliła się tym, co w niej rosło, aż w końcu zostało brutalnie wyrwane przez los.
Chciała wierzyć, że jeszcze kiedyś spotka kogoś równie niezwykłego — kogoś, kto rozjaśniłby mrok, który teraz zdawał się nie mieć końca — lecz ta nadzieja była słaba, rozmyta, jak odbicie księżyca na wzburzonej wodzie. Rzeczywistość, ciężka i nieubłagana, tłumiła ją za każdym razem, gdy próbowała się jej uchwycić.
Wyrwała się z zamyślenia, gdy poczuła na sobie spojrzenie Jagnięcego Ukłonu — przenikliwe, a zarazem przepełnione troską, która zdawała się sięgać głębiej, niż Niebiańska Poświata chciałaby na to pozwolić.
Chrząknęła cicho, jakby próbując przepędzić ciszę, która zaczynała ją przytłaczać, po czym spuściła wzrok na swoje łapy. Nigdy nie chciała wyglądać w ten sposób — słabo, żałośnie, jak ktoś, kto budzi litość zamiast szacunku. A jednak nie była już w stanie ukrywać tego, co się w niej działo. Emocje, które tak długo tłumiła, zaczynały przeciskać się na powierzchnię niczym woda przez pęknięcia w tamie.
— Niebiańska Poświato, jeśli coś jest nie tak, to powiedz. Każdy ma prawo czuć się źle — odezwała się Jagienka.
Srebrzysta wojowniczka zastrzygła uszami, jakby to zdanie dotknęło czegoś zbyt czułego, zbyt bolesnego. Przez moment wyglądała, jakby chciała odpowiedzieć — jakby słowa już formowały się na jej języku — lecz zamiast tego pokręciła głową.
— Wszystko gra… — wymamrotała, a jej głos był cieńszy, niż zamierzała. — Zresztą… i tak byś nie zrozumiała, medycy… nie wiedzą za wiele o tych sprawach.
Spróbowała się uśmiechnąć, lecz uśmiech ten był kruchy, sztuczny, jak maska założona zbyt późno.
— Może… nie rozmawiajmy o mnie. Jak tam pogoda? Ukrop dalej trwa…
Medyczka milczała przez dłuższą chwilę, a jej spojrzenie nie opuszczało Niebiańskiej Poświaty, jakby próbowała dostrzec coś więcej, coś ukrytego głęboko pod powierzchnią słów.
— Tak — ruda odezwała się powoli. — Myślę, że za jakiś minie.
Niebiańska Poświata wzięła kilka głębokich wdechów, nie wiedzieć czemu, nagle poczuła, że jej oczy stają się dziwnie mokre, a jej serce bije coraz głośniej i coraz szybciej. Nie była typem kota, który łatwo otwierał się przed innymi, zwłaszcza, jeśli chodziło o tematy takie jak słabość. Lecz… Z każdym kolejnym uderzeniem serca, zaczynała czuć, że nie potrafi już w sobie tego trzymać.
— T-To nie chodzi o pogodę… — wypaliła więc cicho, lecz niezwykle szybko.
Uniknęła spojrzenia Jagnięcego Ukłonu, lecz tym razem nie dlatego, że nie chciała być widziana — lecz dlatego, że bała się, iż jeśli choć na moment napotka jej wzrok, wszystko, co tak rozpaczliwie trzymała w sobie, wyleje się bezpowrotnie.
— Ja… — zaczęła, lecz słowo ugrzęzło jej w gardle, rozdarte między pragnieniem milczenia a potrzebą wyznania. Przełknęła ślinę, czując, jak znajome, kolczaste uczucie znów zaciska się wokół jej szyi, jakby niewidzialne ciernie próbowały powstrzymać ją przed mówieniem.
A jednak mówiła dalej.
— Nie mogę przestać o nim myśleć.
W końcu podniosła wzrok, a jej oczy, zwykle jasne i przenikliwe, teraz zdawały się przygaszone, zamglone czymś, co było na granicy bólu i pustki.
— O Kołysankowej Łapie — dodała ciszej, niemal szeptem.
— To głupie… — kontynuowała, potrząsając lekko głową, choć w jej ruchach nie było przekonania. — Koty giną. Taka jest postać rzeczy. Każdy z nas o tym wie. Powinnam… powinnam to przyjąć i iść dalej.
Zawahała się, a jej oddech stał się płytszy
— Ale ja nie potrafię.
Te cztery słowa były jak pęknięcie — ciche, lecz nieodwracalne.
— Nie dlatego, że go straciłam — poprawiła się szybko, jakby próbowała nadać swoim uczuciom bardziej „rozsądną” formę. — To znaczy… tak, to też, ale… to nie wszystko.
Jej uszy opadły lekko, a spojrzenie znów uciekło gdzieś w bok, w stronę cieni, które zdawały się gęstnieć między drzewami.
— Ja nigdy mu nie powiedziałam — wyszeptała. — Nigdy nie powiedziałam, że… że był dla mnie kimś więcej niż tylko zwykłym kotem. Że kiedy był obok, wszystko wydawało się… łatwiejsze. Jaśniejsze.
Jej głos zadrżał, a ona zacisnęła szczęki, jakby próbowała powstrzymać coś znacznie silniejszego niż łzy.
— Wiem, nie byliśmy z tego samego klanu, ale teraz… teraz to już nie ma znaczenia, prawda? — dodała gorzko. — Bo i tak już go tu nie ma. Nie ma jedynego kota, który znaczył dla mnie tak wiele.
Słowa te zawisły w powietrzu niczym ciężkie, ciemne chmury, zapowiadające burzę, która już dawno się rozpoczęła — tylko nikt nie potrafił jej zatrzymać.
<Jagienko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz