BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatkowy Ruczaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatkowy Ruczaj. Pokaż wszystkie posty

22 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Kukułki

— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować. W końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam cię…! — zaprzeczyła Zwęglona Kukułka, choć raczej nie brzmiała zbyt przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
Wąsatkowy Ruczaj nie rozumiała, o co całe to zamieszanie. Czy to był powód, dla którego szylkretka jej unikała? W takim razie był dosyć błahy.
— Nie jesteś? — odparła, przekręcając głowę.
Po chwili jednak wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, raczej nigdy nie miałam zbyt dobrego węchu. Wzroku zresztą też nie. W każdym razie to niczego nie zmienia — dodała, uśmiechając się do wojowniczki. — W takim razie, czy przestaniesz mnie dalej ignorować? Wydajesz się ciekawy, a ja lubię ciekawe koty! Byłoby niedobrze, gdybyś znowu zaczął mnie unikać — kontynuowała, mrużąc swoje brązowe ślepia.
Zwęglona Kukułka przeniosła wzrok na łapy, jakby chciała usunąć Wąsatkę ze swojego świata. Na to starsza wojowniczka uniosła jedną brew.
— No co? Powiedziałam coś niestosownego? — zaczęła się zastanawiać, widząc reakcję szylkretki. — Chyba musiałam, skoro twoje uszy są teraz całe czerwone! Jak brzuchy gilów! — spostrzegła.

* * *

Teraźniejszość

Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało jej się znaleźć kociaka! I w dodatku przyprowadzić go do obozu! Przedstawił się jej jako Tęcza, a reszta Wilczaków zaakceptowała to imię. Już za cztery księżyce ten mały kremowy urwis powinien odbyć samotną noc, by potem móc mianować się uczniem. Wąsatkowy Ruczaj miała nadzieję, że nie zdziwią go zwyczaje panujące w Klanie Wilka, gdyż były one całkiem nietypowe!
Zdążyła jednak zauważyć, że Tęcza nie miał w zwyczaju przejmować się różnymi rzeczami. Niby porzuciła go matka, która w dodatku później zmarła, lecz on nie wydawał się tym wzruszony. W ogóle o nią nie pytał, jakby już jej nie pamiętał. Zamiast tego kręcił się pod łapami Pustułkowego Szponu, a także jej samej, i zachowywał się tak, jakby to oni byli teraz najważniejszymi kotami w jego życiu. Co pewnie było prawdą, bo to oni opiekowali się kremowym kocurkiem.
Wąsatka zakładała też, że jego ojciec nie żył albo porzucił go dawno temu. Albo, co było jednak mało prawdopodobne, należał do innego klanu? Może była to ta sama sytuacja, co z nią, Mewą i Wilczkiem?
Czarno-biała, wchodząc teraz do żłobka, postanowiła go o to spytać. Szybko minęła Bielinkę, Ognikową Słotę i Szaleja, by dojść do swojego podopiecznego, w którym widziała młodszego braciszka.
— Hej, Tęczo! — przywitała się z młodzikiem, który w połowie leżał na ziemi, a w połowie na posłaniu, już prawie zasypiając.
Jednak na słowa wojowniczki otworzył oczy, budząc się do życia. Nie minęło dużo czasu, a podniósł się z miejsca i poruszył z radości wibrysami.
— Wąsatko! — krzyknął rozweselony, podbiegając do starszej kotki. — Tak dobrze, że jesteś! Nie miałem z kim rzucać się mchową kulką i strasznie mi się nudziło... — oznajmił, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Wąsatkowy Ruczaj usiadła, przyciągając do siebie kocura łapą.
— Naprawdę? — mruknęła, po czym polizała go po główce, by ułożyć mu futro, które było niezwykle zmierzwione. — W takim razie czemu nie zaprzyjaźnisz się z kimś ze żłobka? Przecież masz tu Szaleja, a oprócz niego jest jeszcze Ognikowa Słota. Z nimi też możesz rzucać się kulkami z mchu! — doradziła mu. Bardzo by się ucieszyła, gdyby młodziakowi udało się znaleźć przyjaciół. W końcu życie bez żadnych znajomych było potwornie nudne!
— No, mogę... — przyznał, odwracając głowę w stronę srebrzystego kocurka. — Jutro na pewno do niego zagadam! — oznajmił, dumnie wypinając pierś.
Wojowniczka zamruczała z radości, po czym wypuściła Tęczę z objęcia.
— Wiesz, że ostatnio się nad czymś zastanawiałam? — miauknęła, uciekając wzrokiem w bok.
— Nad czym? — pisnął kremowy, przekręcając głowę i o mało nie przechylając się na bok!
— Nad tym, co się stało z twoim tatą... — dodała, wracając spojrzeniem do Tęczy. — Nie żeby chciała się ciebie pozbywać! Nawet jeśli gdzieś się szwenda po świecie, i tak cię mu nie oddam! — zachichotała, poruszając wąsami z rozbawienia.
Kremowy zamilkł na moment i wlepił wzrok w ścianę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
— Tata? — powtórzył. — Nie pamiętam go. Nigdy go nie widziałem — przyznał, lecz zaraz potem uśmiechnął się znowu, niewzruszony faktem, że nie wie, co tak naprawdę działo się z jego rodzicem.
— Och! No cóż, widzisz, ja też nie pamiętam już swojego biologicznego taty, chociaż kiedyś go widziałam — miauknęła, myśląc o czekoladowym wojowniku Klanu Wilka, który odwiedzał ją, gdy jeszcze żyła z Mewą.
— To... ten czekoladowy pan nie jest twoim tatą? — spytał zdziwiony Tęcza. — W takim razie kim jest? I czy to znaczy, że jednak nie możesz być moją starszą siostrą? — przeraził się, otwierając szerzej oczy.
— Ależ skądże! Zawsze będę twoją starszą siostrą — zapewniła go. — Ale to fakt, że ten czekoladowy pan nie jest moim tatą. Po prostu... uratował mnie z rzeki, gdy byłam młodsza. Prawie tak, jak my uratowaliśmy ciebie!
W oczach Tęczy zaiskrzyło zaciekawienie.
— Jak fajnie! A czemu ty znalazłaś się w rzece? — mruknął zaintrygowany.
— Wiesz, długa historia... — odparła, po czym machnęła zbywająco łapą. Nie było sensu opowiadać Tęczy o tym, że urodziła się jako samotniczka i znalazła się tutaj przez przypadek.
— Opowiedz mi ją, proszę! — domagał się niebieskooki.
Wąsatka pozostawała jednak nieugięta.
— Hej, mogę ci opowiedzieć o czymś innym! Chcesz wiedzieć, jak zyskałam swoje wojownicze imię? — spytała.
— Tak, tak! — zapiszczał młodszy.
Na szczęście nie był zbyt pamiętliwy, dlatego szybko odpuścił sobie pytanie o to, jak Wąsatka znalazła się w Klanie Wilka.

* * *

Gdy skończyła opowiadać Tęczy o walce z psem, pożegnała się z nim i wyszła na środek obozu, by zaczerpnąć trochę powietrza. Gdy tak stała, do jej nozdrzy napłynął soczysty zapach zwierzyny, który sprawił, że ślinka napłynęła jej do pyska. Choć powinna już być Pora Opadających Liści, słoneczko wciąż przyjemnie ogrzewało wojowników, a także zachęcało zwierzynę łowną do buszowania po lesie. Dzięki temu Klan Wilka obfitował w piszczki — i to takie tłuste, pożywne! Nie takie ochłapy, jakie zdarzały się w Porze Nagich Drzew.
Nim jednak Wąsatkowy Ruczaj zdążyła dojść do stosu, przemknęła przed nią znajoma sylwetka. Wydawało jej się nawet, że była delikatnie zgarbiona, jakby specjalnie starała się zmniejszyć swoje rozmiary. Czarno-biała nie była jednak na tyle głupia, by nie rozpoznać w niej Zwęglonej Kukułki.
— Hej, kolego! — wrzasnęła, podążając za uciekającą wojowniczką.
Szylkretowa od razu zamarła w bezruchu, po czym powoli odwróciła głowę w stronę Wąsatki.
— Ja? Że niby ja jestem Zwęgloną Kukułką? Ależ skądże, ja... ja nazywam się Opierzona Jaskółka! — mruknęła głosem nienaturalnym dla siebie, jakby specjalnie próbowała go zmienić.
— No, ej! Ja wiem, że ostatnio mówiłam ci, że nie mam zbyt dobrego wzroku ani węchu, ale nie popadajmy w skrajność! Do bycia kretem jeszcze trochę mi brakuje! — oburzyła się, marszcząc brwi.
Zaraz potem jednak rozluźniła mięśnie pyska, a chwilę później uśmiechnęła się zadziornie.
— Poza tym nawet nie wspomniałam twojego imienia, więc marne to twoje kłamstewko... — dodała, poruszając wąsami z rozbawieniem.

< Zwęglona Kukułko? >

19 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Pustułkowego Szponu

Dawno, dawno temu

Wąsatkowy Ruczaj brała właśnie kosa ze stosu. Posiłek był nieodłączną częścią jej dnia, tym bardziej tak zwyczajnego, jakim był ten dzisiejszy. Nie zrobiła dziś nic nadzwyczajnego, ale nie mogła powiedzieć, że nie zrobiła niczego. Po prostu wstała, udała się na patrol, wróciła, a teraz wreszcie mogła zregenerować siły tą piszczką. Choć musiała przyznać, że nie wyglądała ona zbyt pożywnie. Była raczej marna, a poza tym już dawno chłodna, lecz Wąsatka nie zamierzała wybrzydzać. Czasem trafiały się po prostu gorsze dni dla klanu, w których znalezienie tłustej piszczki, na której widok aż ślinka ciekła, było po prostu niemożliwe.
Nim jednak zdążyła gdzieś porządnie usiąść i zabrać się za spożywanie kosa, podszedł do niej jej tata. W pysku niósł wróbla i wyglądał, jakby właśnie przygotowywał się do czegoś ważnego. Tylko do czego?
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca.
Czarno-biała ruszyła za nim w krok, zaciekawiona tym, dlaczego zastępca tak nagle wyszedł z inicjatywą wspólnego posiłku. Choć nie, żeby ją to jakoś bardzo zdziwiło, bo w końcu byli rodziną. To normalne, że czasem chcieli po prostu ze sobą pobyć, jak ojciec z córką.
Gdy w końcu się rozsiedli, a Wąsatka upuściła pod łapy kosa, mruknęła:
— To o czym, tato, chciałeś porozmawiać?
Kocur na moment zamilkł, jakby zastanawiał się nad tym, czy na pewno chce powiedzieć to, co właśnie miało opuścić jego pysk.
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę cię kochać, jak ojciec córkę — zaczął, pozostawiając Wąsatkę w niepewności.
— Ale? — odparła, unosząc jedną brew.
Czekoladowy ponownie umilkł, układając sobie w głowie słowa.
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo cię wtedy uratowałem przed utonięciem. Byłaś tak mała i drobna, nie mogłem cię tam zostawić. Sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.
Co?
To… nie mogło być prawdą. On musiał kłamać.
— Ale… ale jak to, tato?! — wyrwało się jej. Zamrugała kilka razy. Przez moment siedziała z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana szokiem. — Przecież szłam tuż za tobą! Odkąd wyszłam z nory, w której żyłam z mamą i bratem, nie straciłam cię z oczu! — upierała się, kładąc po sobie uszy. — Kto inny miałby mnie uratować, jeśli nie ty, za którym cały czas szłam? — spytała, spuszczając wzrok na łapy.
— Przykro mi, Wąsatko, ale to nie twój biologiczny ojciec cię uratował — mruknął czekoladowy, najwyraźniej sam nie wiedząc, jak powinien ją pocieszyć. — Musiałaś się zagapić, kiedy szłaś za swoim ojcem. To było bardzo dawno temu. Może po prostu nie pamiętasz wszystkiego tak dokładnie, jak ci się wydaje? — dodał ostrożnie.
Jednak Wąsatkowy Ruczaj wciąż nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież nie była na tyle głupia, żeby pomylić własnego ojca z kimś innym! Była przekonana, że przez cały czas szła za tatą, nawet na moment nie gubiąc go z pola widzenia.
A może jednak była? Może to, co mówił czekoladowy, było prawdą?
Nie była w stanie o tym myśleć. Poza tym straciła już cały apetyt. Nabrała w płuca drżącego oddechu, po czym podniosła łeb i bez słowa wstała, kierując się w stronę wyjścia z azylu.
— Nie idź za mną... — rzuciła do zastępcy, znikając za obozowym wejściem.
Nie była teraz w stanie patrzeć na kocura po tym, czego się dowiedziała. Dlaczego przyznawał się do tego dopiero teraz? Czemu pozwalał jej wierzyć przez tyle księżyców, że jest jej ojcem? Zrobił z niej idiotkę. Każdy w klanie musiał wiedzieć, że nie jest jego biologiczną córką. Pewnie przez cały ten czas patrzyli na nią jak na mysiego móżdżka, gdy kleiła się do łapy zastępcy i z pełnym przekonaniem nazywała go tatą.

* * *

Przez ostatnie księżyce jej niechęć do Pustułkowego Szponu wciąż nie zniknęła. Nie potrafiła z nim rozmawiać już tak, jak dawniej. Za każdym razem, gdy przebywała w jego otoczeniu, czuła się taka głupia i naiwna. Gdy jednak nie było go w pobliżu, starała się zachowywać normalnie i funkcjonować tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Czekoladowy może przez pierwsze dni wyglądał na dotkniętego reakcją Wąsatki, lecz po kolejnych próbach rozmowy i kolejnym spotkaniu się z ciszą ze strony wojowniczki najwyraźniej już się poddał. Byli sobie niemal obcy, ale może tak było od zawsze? W końcu nie łączyły ich więzy rodzinne, więc po co w ogóle mieliby ze sobą przebywać. Pustułek nie był też znajomym Wąsatki, a skoro nie był ani nim, ani jej ojcem, to kim miałby być, poza nieznajomym?
Wąsatkowy Ruczaj wciąż jednak zastanawiała się, kto w takim razie był jej prawdziwym ojcem. Pewien wojownik w Klanie Wilka wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nigdy nie mogła spamiętać jego imienia, przez co ciężko jej było teraz stwierdzić, czy jest tym Wilczkiem, którego pamiętała za czasów siedzenia w norze. Gdy jeszcze wierzyła, że to Pustułkowy Szpon jest jej rodzicem, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogło być inaczej. Jednak teraz? Teraz czuła, że widzi znacznie więcej.
Gdy tak siedziała i o tym rozmyślała, tak jak zresztą prawie zawsze, gdy nie miała czym zająć głowy, doszła do wniosku, że może jednak powinna porozmawiać z Pustułkowym Szponem. Choćby ten ostatni raz, nim na dobre uzna go za obcego. Czuła, że należy jej się poznanie prawdy, a także że zastępca może wiedzieć znacznie więcej, niż ona.
Właśnie dlatego teraz, gdy minął ją przypadkiem w azylu, nie zignorowała go tak jak od ostatnich kilku księżyców. Zamiast tego pospieszyła w jego stronę, w końcu zagradzając mu drogę. Czekoladowy nie spodziewał się tego, a na jego pysku przez ułamek sekundy pojawiło się zdziwienie, nim zostało zastąpione obojętnością.
— Wiesz, Pustułkowy Szponie… chyba musimy o czymś porozmawiać — oznajmiła, wpatrując się w nieodgadniony wyraz pyska zastępcy.
Czyżby zdziwił się, że pierwszy raz od tak długiego czasu nie został nazwany tatą, a swoim pełnym imieniem?
Skinął jednak głową i wraz z Wąsatkowym Rucza­jem ruszył do wyjścia z obozu, by tę rozmowę mogli przeprowadzić na osobności. Nie chcieli przecież, by jakiś ciekawski Wilczak wtrącał się w ich rodzinne dramaty.
W końcu, może podświadomie, a może zupełnie przypadkiem, dotarli w pobliże rzeki — tej, z której Wąsatkę uratował czekoladowy kocur. Szli w jej stronę w zupełnej ciszy, aż dopóki zielonooki nie zwolnił, stawiając uszy na sztorc i wyciągając szyję nieznacznie do przodu, jakby był na czymś skupiony.
Wąsatkowy Ruczaj starała się podążyć za jego spojrzeniem, lecz wszystko i tak wydawało się rozmazane. Wydawało jej się co prawda, że w oddali widziała jakiś kształt stojący na kamieniu okalanym przez nurt rzeki.
— Co to? — szepnęła do zastępcy.
— To jakiś kot — odparł Pustułkowy Szpon, na co biało-czarna przyspieszyła kroku, zmierzając w stronę rzeki.
— Halo, nieznajomy! Zatrzymaj się! — krzyknęła, teraz już biegnąc do kota stojącego na kamieniu. Nim jednak zdążyła do niego dobiec, kot przestraszył się jej obecności, stracił równowagę i ześlizgnął się ze śliskiej powierzchni, porwany przez nurt rzeki.
Wojowniczka w końcu dotarła do brzegu, zszokowana tym, co właśnie się wydarzyło. Po chwili coś otarło się o jej łapy, co sprawiło, że futro stanęło jej dęba. Gdy jednak spuściła wzrok, dostrzegła przed sobą… małego kociaka. Miał pręgowane, kremowe futerko i nie mógł mieć więcej niż dwóch księżyców.
Zaraz potem do Wąsatki podszedł Pustułkowy Szpon, który w pierwszej chwili zamarł w bezruchu.
— Czyj to kociak? — zapytał w końcu, zdumiony.
— Nie wiem… może tego samotnika, który przed chwilą utonął? — zastanowiła się po cichu, jakby bała się, że młodziak to usłyszy. — Musimy go zabrać do obozu! Przecież biedaczek sam sobie nie poradzi!

<Pustułkowy Szponie?>

12 kwietnia 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Łapy

Wąsatkowy Ruczaj włóczyła się po lesie. Jak tak teraz o tym myślała, to wcale nie był to zbyt dobry pomysł przez jej problemy ze wzrokiem. Tata na pewno nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że szlaja się samotnie z dala od obozu. W razie jakiegoś zagrożenia pewnie nawet by go nie zauważyła! Węchu też nie miała zbyt dobrego, więc musiała polegać głównie na słuchu. Dobrze, że przynajmniej w walce była całkiem dobra i mogłaby się wybronić! Wtedy udało jej się pokonać psa Dwunożnych, więc czemu miałaby nie potrafić zawalczyć z czymś innym? Tamten przeciwnik co prawda nie grzeszył siłą ani wielkością, a taki lis czy borsuk z całą pewnością byłby twardszym orzechem do zgryzienia, ale kto by się tym przejmował…
Wracała już do obozu, gdy nagle przez jej stopę przeszedł kłujący ból. Zatrzymała się gwałtownie, podnosząc łapę do góry, ale ból wciąż pulsował jej w poduszce.
— Co to?! — prychnęła, oglądając swoją kończynę. Gdy w końcu zbliżyła ją wystarczająco do swoich oczu, dostrzegła, że wdepnęła w cierń. Co za pech! Będzie musiała udać się do medyczki, by jej to wyciągnęła i odpowiednio opatrzyła, bo inaczej jeszcze wedrze się tam jakaś infekcja! Tego Wąsatka bardzo by nie chciała, bo utrudniałoby to jej funkcjonowanie jako pełnoprawna wojowniczka Klanu Wilka. Jakby ten zez nie był wystarczającym problemem…
Gdy weszła do obozu, nie dostała nawet chwili wytchnienia. Uderzenie serca później wpadł na nią jakiś Wilczak, niemal ją przewracając. Była zmuszona postawić łapę z cierniem na podłożu, co wywołało kolejną falę bólu.
— Ach! — fuknęła pod nosem Wąsatkowy Ruczaj, po czym spojrzała na ucznia, mierząc go morderczym wzrokiem. Choć z jednym uciekającym okiem mogło to wyglądać dosyć… śmiesznie.
— Przepraszam… — wydukał, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— Uważaj, jak chodzisz! — burknęła, unosząc zranioną łapę. — Nie widzisz, że jestem ciężko ranna? Cierń wbił mi się w łapę, a ty sprawiłeś, że musiałam ją postawić na ziemi i wbił się jeszcze głębiej! — kontynuowała, kręcąc głową z rezygnacją.
— Nie chciał-
— Nieważne! Pójdziesz ze mną teraz do medyki i będziesz patrzył, jak mnie opatrują. Co ty na to? — mruknęła, po czym uśmiechnęła się do szylkretowego ucznia, jakby ten już się zgodził. — To świetnie, że się zgadzasz! W takim razie chodźmy.
Bez przedłużania obróciła się i zaczęła zmierzać w stronę lecznicy, utykając na jedną z łap.
Gdy weszła do środka, okazało się, że była w nim już Zalotna Gwiazda. Nie wyglądała najlepiej — może się przeziębiła? W każdym razie Cisowe Tchnienie podała jej kilka ziół, mruknęła coś pod nosem i liderka wyszła z legowiska. “Oby poczuła się lepiej. Klanem trzeba rządzić będąc zdrowym!” — pomyślała Wąsatka, patrząc za odchodzącą liderką.
Nagle Cis odchrząknęła, przypominając wojowniczce o celu wizyty.
— Co ci dolega? — spytała, na co Wąsatka zwróciła wzrok w jej stronę.
— Cóż, gdy byłam poza obozem, cierń wbił mi się w łapę — wyjaśniła, wyciągając kończynę w stronę szylkretki.
Kotka sprawnym ruchem wyciągnęła ciało obce z poduszki Wąsatkowego Ruczaju, a następnie sięgnęła po jakieś zioło. Przeżuła je na papkę, nałożyła na niewielką ranę, z której sączyła się krew, i owinęła pajęczyną.
— Dziękuję! — mruknęła wojowniczka, po czym podeszła do Zwęglonej Łapy, która czekała na nią przy wyjściu z lecznicy. — No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, wychodząc wraz z uczniem z lecznicy.

<Zwęglona Łapo?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda

22 marca 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Nic nie robisz źle. Niektórzy po prostu nie są nam pisani jako przyjaciele. Jeśli Cykoriowa Łapa faktycznie jest twoją prawdziwą koleżanką, to niedługo jej przejdzie — wyjaśnił czekoladowy. W oczekiwaniu aż młódka się uspokoi, zaczął skubać wróbla z piór, by jedną z lotek podarować czarno-białej, dołączając ją do niewielkiej kolekcji, którą miała za uchem. — Tak w ogóle to skąd masz te pióra? Nie kojarzę, by któryś z ptaków na terenie Klanu Wilka miał takie.
Wąsatkowa Łapa pociągnęła nosem, po czym wzruszyła ramionami. Właściwie pamiętała, że dostała te pióra od swojej mamy, ale nie miała teraz ochoty się z tego tłumaczyć kocurowi. Zresztą, powinien sam to wiedzieć. Widział ją już nieraz z tymi piórami za uchem. Powinien też wiedzieć, że jego partnerka lubiła się szlajać po różnych terenach! Czyżby pamięć jej taty znacznie się pogarszała? To… bardzo przykre. Może powinna coś z tym zrobić, nim zapomni i ją?
Kotka wzięła głęboki oddech i subtelnie położyła po sobie uszy. Uniosła swoje duże, zmartwione ślepia na kocura i prześledziła wyraz jego pyska jednym z nich.
— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.

* * *

Jeszcze kilka dni, a w końcu zostanie wojowniczką! Przynajmniej tak przekonywał ją czekoladowy kocur. Zastępca nieugięcie budził ją każdego ranka punktualnie, zabierając na leśne schadzki, podczas których doskonaliła swoje techniki polowania i walki. Miała co prawda wrażenie, że i tak wie mniej niż niektórzy jej bliscy, ale to chyba ze względu na to przeklęte oko!
Wcześniej nie zwracała na to zbyt dużej uwagi. Wydawało jej się, że każdy widzi świat tak samo, jak ona. Teraz jednak już wiedziała, że ma gorzej i ciężej od innych – przez to musiała przykładać się dwa razy bardziej na treningach! Nie wiedziała, czemu los zdecydował się tak pokarać akurat ją, ale przynajmniej cieszył ją fakt, że Kobczyk był zdrowy. Już wolała sama męczyć się z tym świństwem, niż żeby jej brat cierpiał! Ciekawe zresztą, jak jemu szedł trening. Czy też miał jakiegoś mentora? Może skoro Wąsatkę uczył jej tata, to Kobczyka uczy mama? To miałoby przecież sens, no nie?
Tym razem Wąsatkowa Łapa była już na nogach, krocząc obok swojego taty-mentora. Maszerowali lasem. Młódka nie do końca wiedziała dokąd, ale pamiętała, że czekoladowy wspominał coś o tunelach. Czyżby miała się nauczyć poruszać między nimi?
“Trenuję, by zostać wojowniczką, czy kretem?” – pomyślała, patrząc na swojego tatę, którego pysk nie zdradzał żadnych konkretnych emocji. No cóż, dowie się na miejscu.
Nie musiała długo czekać, bo w końcu udało im się dotrzeć do celu. Przed nią pojawiła się dziura w ziemi, która najwyraźniej była jednym z wejść do sieci tuneli.
— Tunele, do których wejścia są na terenach Klanu Wilka, ciągną się również na terytorium Klanu Klifu — wyjaśnił kocur, podchodząc powoli do nory. — Są ważną częścią życia Wilczaków, dlatego większość wojowników powinna wiedzieć, jak się w nich przemieszczać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie trudno tu o to, by wpaść w jakąś dziurę czy zabłądzić w którymś z korytarzy. Nie można mieć też pewności, że tunel nie zawali się, podczas gdy w nim będziesz — tłumaczył dalej, aż po ciele uczennicy przeszedł dreszcz. Skoro te tunele były takie niebezpieczne, dlaczego z nich korzystali? Przecież równie dobrze można się poruszać po powierzchni ziemi, a nie pod nią! Ale kim ona była, by się temu sprzeciwiać? Skoro według starszyzny tunele były istotne, to zapewne tak było – choć jeszcze nie potrafiła pojąć dlaczego.
— A na czym będzie polegał trening? — spytała, przekręcając głowę. — Oprowadzisz mnie po tych tunelach, czy będę musiała iść sama? — dodała, marszcząc nieznacznie czoło ze zmartwienia.
Czekoladowy milczał przez moment, po czym poruszył ogonem.
— Wolałbym, byś spróbowała sama odnaleźć się w tunelach. To nie będzie trudne, bo nie wymaga od ciebie zmysłu wzroku. Musisz mieć tylko dobry węch, słuch i używać swoich wibrysów! — wyjaśnił, na co Wąsatka niechętnie skinęła głową. — Wpuścimy tam mysz, a ty będziesz miała za zadanie upolować ją i przynieść mi. Dobrze?
Czarno-biała ufała swojemu tacie i wiedziała, że nie posłałby jej do tych tuneli na pewną śmierć, dlatego posłusznie skinęła głową.

* * *

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy! Jej tata postanowił, że na trening wybierze się wraz z Kruczym Piórem, a także jego uczennicą – Kalinową Łapą! Młódka uwielbiała naukę ze swoimi rówieśnikami. Gdy mogła spędzić czas z Cykoriową Łapą pod okiem swojego mentora, też było fajnie, ale z niewiadomych powodów już po powrocie do obozu czekoladowa obraziła się na nią. Myśl o tym wydarzeniu sprawiła, że Wąsatka położyła po sobie uszy i podeszła do Kalinki.
— Hej, Kalinko. Nie obrazisz się na mnie po skończonym treningu? — mruknęła, chcąc się upewnić.
Młodsza zwróciła wzrok w jej stronę, trochę zdziwiona pytaniem kotki.
— Nie, nie obrażę. Chyba że zrobisz coś bardzo głupiego — oznajmiła jasnofutra, uśmiechając się nieznacznie do starszej uczennicy.
— Uf, to dobrze! Bo kiedyś mój tata zabrał mnie na trening z Cykorią i od jego zakończenia ona nie odezwała się do mnie ani słowem! No… prawie. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem przestała ze mną rozmawiać. To takie smutne, prawda? — westchnęła ciężko.
Kalinowa Łapa spojrzała na swoje łapy, jakby się nad czymś zastanawiając.
— Naprawdę? To dziwne… — odparła niebieskofutra. — Nie próbowałaś się z nią jakoś dogadać?
Uczennica prychnęła.
— Próbowałam! Ale ona nie chce ze mną rozmawiać, a ja nawet nie wiem czemu! Muszę przyznać, że jest trochę uparta… — wymamrotała pod nosem, jakby bojąc się, że Cykoriowa Łapa ich tu podsłucha.
— To nie wiem… Zostało ci chyba tylko czekanie — miauknęła Kalinka.
Można powiedzieć, że obie kotki tak się zagadały, że aż straciły z oczu swoich mentorów, którzy jeszcze chwilę temu szli przodem, wyznaczając im ścieżkę. Może zrobili to specjalnie? Może to test na to, jak sobie poradzą same?
Wąsatkowa Łapa zatrzymała się jako pierwsza, a zaraz potem jej młodsza towarzyszka zrobiła to samo.
— Gdzie oni są? — mruknęła czarno-biała, unosząc jedną brew do góry.
— Nie mam pojęcia. Może powinniśmy pójść za ich zapachem? — zaproponowała.
Nim jednak wdrożyły ten plan w życie, do ich uszu dotarł niski warkot. Futro na karku Wąsatkowej Łapy od razu wystrzeliło w górę, a jej serce zabiło szybciej.
— Czy słyszysz to, co ja? — zapytała, patrząc na Kalinową Łapę szeroko otwartymi oczami.
— Obawiam się, że tak…
Nie zdążyły się nawet rozejrzeć, a po lesie rozległ się szelest. Z krzewów wystrzelił średniej wielkości, rdzawo-kremowy pies. Z wyszczerzonymi kłami i rozwścieczoną miną rzucił się wprost na dwie samotne kotki. Jego oczy były dzikie, a ruchy gwałtowne – jakby był żądny ich krwi!
Najpierw spróbował ugryźć Wąsatkową Łapę, lecz kotce udało się niezgrabnie uniknąć jego szczęk. Zacisnęły się tuż obok jej ucha, przez co po grzbiecie czarno-białej przeszedł dreszcz. Gdyby nie udało jej się zrobić tego uniku, już nie miałaby jednego ucha!
Postanowiła nie pozostawać dłużna i zamachnęła się łapą z wysuniętymi pazurami. Dzięki nieuwadze kundla udało jej się zadać mu ranę na barku, po czym zgrabnie oddaliła się od niego na kilka lisich ogonów. Tym samym zostawiła z nim Kalinkę, która już nie miała tyle szczęścia. Wąsatka zauważyła, jak pies ugryzł ją w bok. Brązowooka spięła mięśnie i pobiegła jej na ratunek, strącając z młodszej przeciwnika. Na całe szczęście rana nie była zbyt głęboka. Wyglądało na to, że zagoi się dość szybko, a ponadto nie zostanie po niej blizna.
Wąsatkowa Łapa zaczęła tarzać się z psem po ziemi, wzbijając w powietrze kosmyki trawy i kurz. Po lesie poniosły się odgłosy wściekłego syczenia i warczenia, które zapewne odstraszyły każdą zwierzynę w okolicy! Niestety, tym razem psu udało się zadać cios młodej Wilczaczce. Poczuła, jak jego zęby zaciskają się na jej łapie. Ból był na tyle niespodziewany i silny, że brązowooka pisnęła na całe gardło i cisnęła pazurami w oczy kundla. Ten w porę je zamknął, ale i tak polała się krew.
Czarno-biała, korzystając z tego, że napastnik rozluźnił szczęki, uwolniła się od niego i uciekła na bok. Pies podniósł się na równe łapy i otrzepał, znów skupiając się na Kalinowej Łapie. Ta jednak wygięła grzbiet w łuk i syknęła. Jej pazury zalśniły w promieniach słonecznych, które przebijały się przez korony drzew. W tym momencie ich przeciwnik chyba zrozumiał, że nie miał tu czego szukać. Szczeknął na nie, lecz gdy niebiesko-biała wykonała krok w przód, podkulił ogon i czmychnął w stronę terenów Klanu Klifu.

<Tato-mentorze? Gdzie cię wywiało?>

[1398 słów + nawigacja w tunelach]

[28% + 5%]

07 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia.
Czarno-biała zmrużyła oczy, obserwując obiekt, który Pustułkowy Szpon kazał jej opisać. Czuła, jak bicie jej serca przyspiesza, dudniąc niespokojnie w piersi. Jak miała to opisać? Jak powinna widzieć? Czy to, co widziała teraz, było nieprawidłowe…? Zawsze wydawało jej się, że każdy postrzega świat tak samo, jak ona. A jednak odkąd została uczennicą, coraz wyraźniej przekonywała się, że coś jest z nią nie tak. Ta świadomość wstrząsnęła całym jej światem, który dotąd wydawał jej się tak zwyczajny i bezpieczny.
— Drzewa… — mruknęła po chwili, przekręcając łebek i mrużąc jedno oko, a potem drugie. — Mam wrażenie, jakby były wciśnięte w ziemię... — mówiła z trudem, często robiąc przerwy między słowami, jakby bała się, że to, co mówiła, było kompletnie głupie i niezrozumiałe. Jej ogon drżał lekko, a myśli biegały po głowie. Czy Cykoriowa Łapa, stojąca gdzieś w tyle, śmiała się teraz z niepełnosprawności Wąsatki? Czy uważała ją za słabszą i tak naprawdę nigdy nie chciała się z nią przyjaźnić?
— Wąsatko, JAK widzisz. Czy to, co widzisz, jest wyraźne, zamazane? — spytał, nie mając zamiaru odpuścić córce. — Jeśli mi nie powiesz, to na treningu może ci się coś stać. Muszę znać twoje ograniczenia, dzięki temu będziemy wiedzieć, nad czym pracować — wyjaśnił, podchodząc do niej i kładąc ogon na jej czarnym grzbiecie.
Wąsatce futro podniosło się na karku. Zmarszczyła nos i szarpnęła się nerwowo, zrzucając ogon ojca z grzbietu, jakby ten zaczął parzyć ją w skórę. Odsunęła się od niego na odległość kilku wąsów, czując, jak frustracja narasta jej w klatce piersiowej. Czego on właściwie od niej wymagał? Skąd miała wiedzieć, jak wyglądał wyraźny świat, a jak rozmazany? Przecież dla niej wszystko było normalne. Tak się urodziła. Taki świat znała. Taki był jej punkt odniesienia.
— Skąd mam to wiedzieć! — pisnęła, kładąc po sobie uszy i wbijając pazury w ziemię. — Od urodzenia widzę tak, jak widzę! — wyrzuciła z siebie, a głos jej zadrżał. — Nie wiem, jak można widzieć inaczej!
— Może... faktycznie źle do tego podchodzę, lecz mi została odebrana część wzroku — przyznał, jakby to miało usprawiedliwić wszystko. — Spróbujemy inaczej, dobrze? Tylko nie gniewaj się na mnie. Pierwszy raz szkole ucznia z... — przerwał, zastanawiając się, jak to ubrać w słowa, by młodsza nie poczuła się urażona — …z tak niepowtarzalnymi oczami, a także swoją własną córkę. — Uśmiechnął się do niej lekko. — Nie tylko ty odczuwasz presję, obawę, frustrację.
Młodsza uspokoiła się nieco, choć wciąż nie była do końca przekonana co do pomysłów Pustułkowego Szponu. Czuła się zagubiona, choć wiedziała, że nie była w tym sama. Ale to ona od urodzenia musiała żyć z czymś, co dopiero teraz nazwano problemem, czymś, o czym wcześniej nawet nie wiedziała. Chyba wolała żyć w tej dawnej niewiedzy, kiedy mogła bawić się z Kobczykiem, nie myśląc o tym, że widzi i wygląda inaczej.
— Dobrze… — mruknęła cicho, po chwili wahania przysuwając się nieco bliżej czekoladowego kocura. — W takim razie… co mam zrobić?
— Spójrz na Cykoriową Łapę i opisz mi ją jak najdokładniej. Bazuj na tym, co widzisz, a nie pamiętasz. Zależy mi na szczegółach, nie ogólnikach. — Druga uczennica stała oddalona o króliczy skok. — Jeśli nie chcesz, to mogę najpierw ja ci opisać, jak ją widzę w tej odległości.
Wąsatkowa Łapa spojrzała najpierw na swoją koleżankę, a potem znów na ojca.
— Jeśli ci to w czymś pomoże… z tej odległości nawet nie bardzo widzę, że to Cykoriowa Łapa. W sensie wiem. Wiem, że tam stoi, ale… nie dostrzegam wyraźnie jej pyska — przyznała, marszcząc lekko czoło.
— A teraz podejdź do niej, jednak zatrzymaj się w momencie, gdy będziesz widzieć jej pysk — poinstruował.
Uczennica skinęła głową i podeszła bliżej swojej koleżanki, na odległość lisa. Wtedy zauważyła, że Cykoriowa Łapa wygląda na nieco zakłopotaną, może zmęczoną. Wyraźnie czuła się dziwnie, będąc żywym obiektem treningu. Wąsatka rzuciła jej przepraszające spojrzenie, po czym odwróciła głowę w stronę Pustułkowego Szponu.
— Teraz… teraz rozpoznaję, że Cykoria, to Cykoria — oznajmiła cicho, starając się brzmieć pewnie.
— Dobrze. — Skinął głową, podchodząc do obu uczennic. — Miałem dziś zamiar rozpocząć naukę wspinania, lecz plany nieco uległy zmianie. Wąsatko, Cykorio, dziś zawalczycie ze sobą — oznajmił.
Czarno-biała przez moment nie była pewna, czy na pewno dobrze zrozumiała swojego tatę-mentora. Miała walczyć? Z Cykoriową Łapą? Przecież ona była starsza, bardziej doświadczona i przede wszystkim… zdrowa. Czy Pustułkowy Szpon naprawdę chciał ją wystawić na pośmiewisko przed koleżanką? Mimo wszystko nie miała wyboru. Nie mogła postawić się czekoladowemu, bo przecież wszystko, co robił, było dla jej dobra.
Przełknęła ślinę i odsunęła się nieco od pręgowanej. “Na pewno to przegram” – pomyślała, czując, jak jej żołądek wywraca się na drugą stronę. Musiała dać z siebie wszystko. Nawet jeśli miała przegrać, chciała sprawić, by Cykorii chociaż przez chwilę nie było łatwo jej pokonać.
Teraz czekała już tylko na dalsze instrukcje kocura.

* * *

Po powrocie do obozu Wąsatkowa Łapa wraz z Cykoriową Łapą zabrały ze stosu dwie piszczki. Ten trening naprawdę był męczący! Czarno-biała wciąż nie mogła uwierzyć w to, że udało jej się wygrać ze swoją znacznie starszą towarzyszką. Podejrzewała nawet, że czekoladowa specjalnie oddała jej to zwycięstwo i czuła potrzebę, by o to zapytać. Dlatego, gdy obie usiadły gdzieś na skraju obozowej polany, Wąsatka, zamiast zacząć jeść swoją porcję, postanowiła zagaić:
— Pewnie było ci mnie szkoda i pozwoliłaś mi wygrać, żebym nie upokorzyła się przed ojcem, co? — zapytała, przy okazji z nerwów bawiąc się swoją piszczką.
Chwilę później kotki nawiązały kontakt wzrokowy, a w ślepiach Cykorii Wąsatka dostrzegła… zmęczenie. Pręgowana wykrzywiła pyszczek w gorzkim grymasie.
— Nie… To nie tak — przyznała po chwili, wzdychając ciężko. Wąsatka miała wrażenie, że zaraz usłyszy od swojej koleżanki całą prawdę, jednak ta w końcu umilkła, wracając do dalszego spożywania upolowanego wcześniej królika.
— To jak? Przecież jesteś starsza, bardziej doświadczona! Nie mam szans w walce z tobą, a jednak… wygrałam — fuknęła czarno-biała, chcąc poznać prawdę. — Znowu jesteś chora? Brzuch cię boli? Mogę zaprowadzić cię do medyki!
Czekoladowa przełknęła kęs zwierzyny, po czym zmierzyła Wąsatkę gniewnym spojrzeniem.
— Przestań mi to wypominać! Cieszysz się z tego, że mi nie idzie, co? Chcesz, żebym ci wprost powiedziała, że jestem słaba i niepotrzebna? — syknęła nagle, podnosząc się z miejsca.
Brązowooka struchlała, czując, jak jej głowę opanowuje mgła.
— Co…? To nie tak! — uparła się, patrząc w szoku na Cykorię. — Ja naprawdę pytam! Przecież… Przecież musiało ci się coś sta-
— Na litość Przodków, po prostu się zamknij! — przerwała jej czekoladowa, której frustracja sięgnęła już zenitu. — Jesteś potworna! Nie wpadło ci do głowy, żeby nie komentować mojej porażki? — mówiła dalej, podczas gdy jej oczy zaszły szklaną powłoką.
Wąsatkowej Łapie kompletnie odebrało mowę. Przecież nie miała niczego złego na myśli! Zapytała zupełnie szczerze, a nie po to, by wyśmiać swoją koleżankę.
Cykoria w pewnym momencie odwróciła się do niej tyłem i odeszła, znikając w cieniu legowiska uczniów. Czarno-biała nawet nie potrafiła się zmusić, by ją powstrzymać. Stała tam jak słup, wciąż próbując przetrawić to, co się właśnie wydarzyło.

<Tato? Wytłumaczysz mi, co zrobiłam źle?>

[1136 słów + udział w pojedynkach uczniów]

[Przyznano 23% + 5%]

01 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.
Wąsatkowa Łapa wpatrywała się w swojego tatę ze szczerym zdziwieniem. O czym on majaczył? Przecież ona miała oba oczka, a w dodatku wszystko ze wzrokiem było u niej w porządku – a przynajmniej tak jej się wydawało. Co prawda kilka kotów wspominało już o tym, że jedno ślepie gdzieś od niej ucieka, jednak nigdy nie zwracała na to większej uwagi. Myślała, że każdy widzi tak samo, jak ona. Że każdy przed oczami, zamiast wyraźnych sylwetek kotów, dostrzega jedynie kotopodobne plamy w różnych kolorach, które nieraz zlewały się ze sobą.
— Tato? — odezwała się niepewnie, wpatrując się z dezorientacją w Pustułkowy Szpon. Jej łapy zadrżały; koteczka przełknęła ciężko ślinę i położyła po sobie uszy, jak to miała w zwyczaju. Niczego już nie rozumiała. Chciała do mamy, do siostry. Chciała do tamtej ciasnej, zatęchłej nory, w której się wychowała. W której spędziła pierwsze księżyce życia i w której po raz pierwszy wywróciła się podczas zabawy z Kobczykiem.
— Słucham cię, Wąsatko — odparł czekoladowy, prowadząc ją dalej, w głąb nieznanych dla niej terenów Klanu Wilka. Uczennica rozglądała się na boki, obserwując wszystko jak przez mgłę. Czy to źle, że tak widziała? Czy w rzeczywistości wszystko miało ostrzejsze zarysy? A jeśli tak… to co tak właściwie oznaczało “ostrzejszy zarys”?
— Ale ja nie jestem inna, prawda? — odezwała się nerwowo, wypuszczając z pyszczka obłoczek pary. — Nie różnię się niczym od moich rówieśników, tak? Tato? Przecież każdy widzi tak samo, jak ja. Nie mam żadnych ograniczeń. Inne uczennice… one… one przecież… przecież są takie same? — zaczęła łkać, przytłoczona własnymi myślami.
Nie wiedziała już, co powinna czuć. Nie chciała być słabsza. Nie chciała borykać się z problemami. Nie chciała starać się dwa razy bardziej. Chciała być taka jak inni uczniowie. Pustułkowy Szpon musiał kłamać. Musiał zmyślać, by tylko zmusić ją do cięższej pracy na treningach.
— Tato… ja obiecuję, że będę się przykładać podczas szkolenia! — chlipała dalej. — Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!
W końcu Pustułkowy Szpon zatrzymał się gwałtownie, tak że Wąsatka niemal na niego wpadła. Zatrzymała się o kocięcy krok dalej od tylnej łapy wojownika, wciąż pociągając nosem. Spojrzała na skrawek pyska swojego taty i dostrzegła… nic. Jedynie pustkę. Jakby jej słowa wcale do niego nie dotarły – a może dotarły aż za bardzo, wystarczająco, by odebrać mu mowę. Faktycznie, niektóre pytania zadawane przez młode koty, które jeszcze nie wykształciły w sobie żadnego filtra, potrafiły przytłoczyć nawet rosłych wojowników.

* * *

Wąsatkowa Łapa siedziała przed legowiskiem uczniów, wpatrując się w swoje łapy. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że taka Makowa Łapa, Cykoriowa Łapa czy Aksamitkowa Łapa widziały lepiej, niż ona, przez co musiały mniej przykładać się do treningów. Nie ograniczało ich żadne uciekające oko. Widziały wszystko tak, jak miały widzieć naturalnie, jak zostały do tego stworzone.
Gdy Wąsatka myślała o tym, że nigdy nie doświadczy życia tak, jak one, serce ściskało jej się z żalu, aż kłuło ją w klatce piersiowej. Dlaczego los ją tak pokarał? Dlaczego akurat ją? Nie było to na tyle proste jak w przypadku Grubego, gdzie wystarczyło ulepić mu nowy pysk z ziemi, oj nie. W tej sprawie nawet Wąsatkowa Łapa była bezsilna. Nie mogła w żaden sposób pozbyć się tego oka, czy go naprawić, nie sprawiając tym samym sobie niewyobrażalnego bólu.
Poza tym nawet jeśli jakoś by się go pozbyła, wciąż byłaby inna niż wszyscy. Wciąż tylko jedno oko miałaby sprawne, działające. Jedno zamiast dwóch. Skaranie Przodków.
A może ona specjalnie taka się urodziła? Może koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wiedziały, że tylko ona, dzięki sile swojej woli, poradzi sobie z trudnościami? Że właśnie ona da radę? Lubiła tak o tym myśleć, bo pomagało jej w zmotywowaniu się do nauki. Pustułkowy Szpon wspomniał jej kiedyś, że każde działanie ma swój cel. Że Przodkowie są nieomylni i dla każdego pojedynczego kota, który w nich wierzy, posiadają jakiś plan.
Nim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, przerwał jej głos Cykoriowej Łapy:
— Hej. Wąsatka, mam rację? — spytała, rozsiadając się obok niemal tak, jakby kumplowała się z czarno-białą przez całe swoje życie.
Młodsza odsunęła się od niej trochę, instynktownie, wciąż pamiętając, jak czekoladowa syczała na nią i prychała, gdy próbowała jej pomóc. Czego mogła od niej chcieć tym razem? Skoro taka była samodzielna i dumna, to po co przybłąkała się właśnie do Wąsatki?
— Wiesz, chciałam ci… podziękować — mruknęła, choć było słychać, że z niemałym trudem to słowo przeszło jej przez gardło. — Cisowe Tchnienie mnie obejrzała. Byłam chora na biały kaszel, ale na szczęście już mi lepiej, wiesz? — mruknęła, uśmiechając się do Wąsatkowej Łapy. — Nie wiem, czy odważyłabym się pójść do medyka, gdyby nie twoje natrętne przekonywania. Ognikowa Słota to straszna ignorantka… Nie zauważyła, że coś było ze mną nie tak. Kazała mi ćwiczyć i ćwiczyć, aż zaćwiczę się na śmierć. A o pomocy ze strony innych mogłam sobie tylko pomarzyć — fuknęła Cykoria.
Czarno-biała zachichotała cicho pod nosem. Może mimo wszystko czekoladowa wcale nie była taka zła? Miewała swoje humorki – o czym młodsza zdążyła się już przekonać – ale z drugiej strony wydawała się materiałem na koleżankę.
— Ojej! To brzmi strasznie — stwierdziła Wąsatka. — Ja bardzo lubię swojego mentora, bo to mój tata. On mnie rozumie, wiesz? Robi wszystko, bym dorównała wam umiejętnościami… — kontynuowała, nieco rzewliwie, spuszczając wzrok. Żałoba za tym, czego nie mogła osiągnąć, wciąż była rozpalona w jej sercu.
Cykoriowa Łapa poklepała ją ogonem po nasadzie ogona, jakby chciała ją pocieszyć.
— Nie martw się, Wąsatko. Niczym się od nas nie różnisz — zapewniła ją pręgowana. — A tak właściwie… powiedz mi, Pustułkowy Szpon to serio twój tata? Ciągle mnie to zastanawia! Przecież nie urodziłaś się tutaj, prawda? Kim w takim razie jest twoja matka? — zapytała nagle, co wybiło młodszą z rytmu.
— Huh? — odparła, przekręcając głowę, wyraźnie zbita z tropu. — Ależ oczywiście, że Pustułek to mój tata! Ja… wcześniej mieszkałam ze swoją mamusią, ale potem zgubiłam się, gdy szłam śladami taty. Na całe szczęście, gdy prawie utonęłam, uratował mnie i zabrał ze sobą do Klanu Wilka! — opowiedziała Cykorii, poruszając wibrysami.
— Czyli Pustułkowy Szpon spotykał się z jakąś kotką spoza Klanu Wilka? — wydedukowała. Właściwie, to miała rację. Z historyjki Wąsatki wynikało, że czekoladowy kocur musiał związać się z jakąś samotniczką i posiadać z nią kocięta, co przecież było wbrew kodeksowi.
— No… — odparła niepewnie uczennica, spuszczając wzrok. — Czy to źle? Nie ukarzecie za to taty, prawda? — dopytała, zlękniona. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, to by Pustułkowemu Szponowi coś się stało. To jedyny członek rodziny, który jej pozostał, ponieważ nie wiedziała już, gdzie znajdowała się Mewa ani Kobczyk. Kotki właściwie rozpłynęły się w powietrzu, a tata nie chciał jej do nich zaprowadzić, często wymyślając ku temu różne wymówki, które z czasem zaczynały ją frustrować.
— Raczej nie. Wiesz, większość kotów w klanie raczej ci nie wierzy, że Pustułkowy Szpon to naprawdę twój ojciec. Uważają, że jesteś znajdką — wytłumaczyła jej czekoladowa, wzruszając lekko ramionami.
Wąsatkowa Łapa od razu podniosła się na cztery łapy, jeżąc futro na karku. Zmarszczyła czoło, nadymając policzki z oburzenia, jakby to słowo dogłębnie dźgnęło ją w serce.
— Wypraszam to sobie! — fuknęła, patrząc gniewnie na Cykoriową Łapę. — Pustułkowy Szpon to mój tata i jest to najpewniejsza rzecz w moim calusieńkim życiu! Naprawdę, wiele mi można zarzucać, ale nie to, że nie jestem biologiczną córką Pustułka! — upierała się, a jej głos lekko zadrżał, podczas gdy pomarańczowooka patrzyła na nią ze zdziwieniem.
— Dobra, wyluzuj. Ja ci wierzę — oznajmiła, uśmiechając się przyjacielsko do młodszej kotki. — Powinnaś się cieszyć, że inne Wilczaki uważają, że żeś to wszystko zmyśliła. W przeciwnym razie twój tata mógłby zacząć nosić imię… Tajemniczy Kochaś, czy coś w ten deseń — zaśmiała się, jednak Wąsatce wciąż do śmiechu nie było. Jej tata był szlachetnym wojownikiem, a nie żadnym Tajemniczym Kochasiem!

* * *

Młódka właśnie rozmawiała ze swoją nową znajomą – Cykoriową Łapą – gdy nagle kątem oka dostrzegła, że do obozu z porannego spaceru wracał Pustułkowy Szpon. Trzymał w pysku świeżo upolowaną piszczkę, przez co Wąsatka dała czekoladowej kuksańca i mruknęła z dumą:
— Widzisz, jaki mój tata jest fajny? Upolował zwierzynę podczas takich ciężkich warunków! Ty pewnie tak nie potrafisz, co? — zaczęła się z nią przekomarzać.
Pręgowana przewróciła oczami, prychając pod nosem.
— Proszę cię! Każdy wojownik musi umieć upolować coś, nawet w Porze Nagich Drzew. Inaczej byśmy z głodu pozdychali, bo jeden kot nie da rady wykarmić ponad trzydziestu głodnych pysków — stwierdziła, na co zaś Wąsatka również przewróciła oczami.
— No dobra, dobra. Ale wciąż musisz przyznać, że umiejętności mojego taty są na wysokim poziomie! — fuknęła, wpatrując się w czekoladowego kocura, który właśnie odkładał upolowaną piszczkę na stos.
— Bez jednego oka to na pewno — bąknęła Cykoriowa Łapa.
“Dobra, koniec tego” – pomyślała młodsza, podnosząc się z miejsca. Szturchnęła starszą koleżankę nosem.
— No wstawaj! Chodź, pójdziemy się przywitać z moim tatą! — ogłosiła Wąsatka, uśmiechając się szeroko.
Pomarańczowooka podniosła się powoli, a potem dała się poprowadzić uczennicy do czekoladowego wojownika.
— Tato, tato! — wołała Wąsatka. — Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, mimo iż wiedziała, że oba koty zapewne doskonale znają swoje imiona. W klanie ciężko było kogoś nie znać. — To moja nowa koleżanka! — zwróciła się do wojownika, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie dokończyła, gdyż Cykoriowa Łapa delikatnie ją pchnęła.
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką — poprawiła ją pręgowana, mierząc Wąsatkę zawstydzonym wzrokiem. — Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!

<Tato?>

[1687 słów]

[Przyznano 34%]

27 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Grubego

— Ale skoro ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liśćmi, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty.
Młódka cieszyła się z faktu, że jej nowy kolega tak bardzo zaangażował się w poszukiwania materiałów na jego nowy pyszczek. Gdy już skończą, Gruby będzie wyglądał tak, jak inne kociaki w żłobku! A przynajmniej… ich większość, bo był tu jeszcze Chudy. Jemu chyba też kufa odpadła.
— Ej, Gruby! — odezwała się nagle, podnosząc uszy do góry, co nie działo się zbyt często, bo kotka zazwyczaj trzymała je wzdłuż głowy.
Rudy zwrócił głowę w jej stronę, ponownie nieco naburmuszony – a może raczej zrezygnowany. Wąsatki nie zniechęcił jednak jego zmieszany wyraz.
— Czy twojemu bratu też taki zrobimy? — zapytała, podchodząc bliżej kociaka. — Za niedługo zostaniemy uczniami! Na pewno łatwiej wam obu będzie ze zwykłymi pyszczkami. — Wąsatka spojrzała na liście, które już zebrali. — Chudy jest brązowy, jak ziemia. Nie musimy zbierać dla niego listków… no, chyba że znalazłbyś jakieś w kolorze jego futerka… — zastanowiła się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
— To nie będzie konieczne. Chudy sobie poradzi — stwierdził rudofutry.
Wąsatka wzruszyła ramionami. Skoro Gruby tak mówił, to pewnie miał rację. W takim razie wszystko, co zebrali, może zostać wykorzystane, by zrekonstruować kufę pomarańczowookiemu! Kocur powinien cieszyć się z tego, że znalazł sobie tak kreatywną i dobroduszną koleżankę. Nie każdy byłby chętny na udzielenie pomocy biednemu kociakowi, który urodził się bez połowy pyska.
— Świetnie! — mruknęła w końcu czarno-biała, pochylając się nad zgromadzoną kupką ziemi i rdzawych liści. Po chwili wzięła jeden z nich i przyłożyła go do mordki Grubego, następnie przechylając łebek i mrużąc oczy. — Hm… ten całkiem dobrze pasuje do koloru twojego futerka!

* * *

Teraźniejszość

W żłobku może i udało jej się zdobyć kilku przyjaciół, ale jako uczeń… z kim miała się zadawać? Jasne – wciąż rozmawiała z Chudym i Grubym, ale nie mogła przecież przesiadywać w kociarni całymi dniami! Była już prawie dorosła, a to znaczyło, że powinna spać jak uczniowie, jeść jak uczniowie i żyć jak uczniowie.
Wąsatkowa Łapa słyszała już o jakiejś Makowej Łapie, ale rudofutra kotka wydawała się dosyć… stara. Czy wciąż powinna być uczniem? Oprócz niej była też Cykoriowa Łapa i Aksamitkowa Łapa. Wszystkie w czwórkę spały pod jednym sufitem, ale zazwyczaj nie odzywały się do siebie słowem. Może kotki były po prostu zmęczone po swoich treningach?
Wąsatka nie wiedziała, jak to wygląda u innych, ale jej na razie podobało się, gdy wychodziła z Pustułkowym Szponem z obozu, a ten pokazywał jej granice i opowiadał o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Była zafascynowana tą… wiarą, jak to określał czekoladowy. Gdy była młodsza, słyszała już o niej kilka słówek, ale nigdy nie przywiązywała do nich zbyt dużej uwagi. Pustułek jednak jasno określił, że Mroczna Puszcza jest bardzo ważna w ich życiu i jeśli będzie się starać, to przyszykuje dla niej jakąś niespodziankę z tym związaną. Wąsatka uwielbiała niespodzianki!
Teraz czarno-biała leżała na swoim posłaniu, obserwując śnieżycę szalejącą poza legowiskiem i ciesząc się z tego, że nie musi teraz ćwiczyć. Pustułkowy Szpon zabrał ją na trening już z samego ranka, więc teraz, wieczorem, mogła odpoczywać. I nie martwić się o to, że takie wichry mogłyby ją zwiać do innego klanu! Na przykład… Klanu Klifu czy Klanu Burzy – bo Pustułek mówił, że z nimi graniczą.
Uczennica zastanawiała się, kiedy uda jej się spotkać kota z innej przynależności. Czy wyglądali tak samo, jak oni? A może w niczym ich nie przypominali? Tak bardzo chciałaby się dowiedzieć!
Nagle do legowiska wkroczyła, dysząc ciężko, czekoladowa, pręgowana kocica. Miała wilgotne futro i łapy oblepione grudkami śniegu. Poruszała się powoli, jakby z trudem. Jej zmęczony, zdezorientowany wzrok błądził po różnych zakątkach legowiska, aż w końcu Cykoriowa Łapa opadła ciężko na swoje posłanie. Aksamitkowej Łapy i Makowej Łapy jeszcze tu nie było.
“Na krety! Co jej się stało?” – pomyślała Wąsatka.
Przez moment obserwowała uczennicę w bezruchu, dopóki nie zdecydowała się do niej podejść. Usiadła nieopodal, owijając ogon wokół łapek.
— Cykoriowa Łapo? — zapytała, trącając kotkę paluchem. — Co ci się stało? Wyglądasz jak wielka kula śnieżna! — burknęła.
Cykoriowa Łapa odpowiedziała jej jedynie ciężkim westchnieniem. Nie wyglądała na kogoś w najlepszym stanie…
Wąsatkowa Łapa przyłożyła łapę do jej pyska.
— Halooo! Umierasz? — buczała do ucha czekoladowej, która w końcu drgnęła.
Cykoriowa Łapa kłapnęła zębami tuż przy pysku Wąsatki, marszcząc nos.
— Ej, ej! Co tak agresywnie? — fuknęła Wąsatka, odsuwając się od starszej uczennicy.
— Idź sobie! — wychrypiała czekoladowa. — Potrzebuję odpocząć!
— Nie odpoczniesz w takim przemoczonym posłaniu! Ten śnieg zaraz stopnieje i co? — naciskała, podczas gdy jej ogon przecinał powietrze niczym bicz. — Będziesz pływać, a nie odpoczywać!
— Co cię to wszystko obchodzi!? Patrz na swój czubek nosa! — wycedziła przez zęby Cykoriowa Łapa, wsuwając pysk między łapy.
“Jaka ona uparta!” – myślała Wąsatka. Ciekawe, co jej się stało. Może poza obozem robaki ją pogryzły? O ile w Porze Nagich Drzew w ogóle istniały owady – czarno-biała zdążyła już zauważyć ich brak w powietrzu. Trochę ją to zdziwiło, ale jeszcze nie miała okazji zapytać o to taty. Jak to się działo, że gdy zaczynało się robić zimno, wszystkie muchy, komary i osy chowały się… no właśnie, gdzie? A gdy się ocieplało, nagle wracały?
A jeśli nie pogryzły jej robaki, to może poparzyły ją pokrzywy? Choć to również nie miało sensu. Wszelka roślinność przykryta była teraz grubą warstwą perlistego puchu. Zupełnie tak, jak Cykoriowa Łapa w tym momencie.
— Jesteś chora? — zapytała w końcu, jakby olśniona. — Tata mi mówił o medyce! Mogę cię do niej zaprowadzić. Czyni cuda! — oznajmiła, szczerząc swoje mlecznobiałe kiełki.
— Medyce? — wymamrotała zdziwiona, po czym pociągnęła nosem. — Chyba o medyku, pacanie. Nie potrzebuję go — uparła się starsza.
Wąsatka wiedziała już jednak, że musi jakoś zaciągnąć Cykorię do lecznicy albo… lecznicę do Cykorii. W zależności od tego, co będzie łatwiejsze – choć z nastawieniem pręgowanej chyba prostsze było to drugie.
— Na moje oko, to potrzebujesz.
— Które? Te zdrowe, czy te, które od ciebie ucieka? — Starsza ostatecznie podniosła głowę, załzawionymi ślepiami wpatrując się w Wąsatkę. Jej oddech był świszczący, jakby z trudem wydostawał się na zewnątrz. Sama kotka chrząkała co jakiś czas; była wyraźnie chora.
— Nie żartuj sobie! Nie dziwię się, że przegrałaś z Cienistą Zjawą, skoro chodzisz taka zmizerniała! Rusz wreszcie zad do lecznicy i weź zioła od me-… — przerwała, mrużąc oczy ze zirytowania. W końcu prychnęła, poruszając wibrysami. — Skoro chcesz być takim osłem, to sobie nim bądź. Tylko spróbuj nie nasmarkać na legowiska obok.
Nadęła policzki i wróciła na swoje leże, zawijając się w ciasną kulkę. Jednak najwyraźniej jej słowa podziałały, gdyż już po chwili pręgowana podniosła się z miejsca, a po legowisku uczniów rozniósł się dźwięk jej kroków. Wyszła na zewnątrz.
Wąsatkowa Łapa szybko przewróciła się na drugi bok, obserwując, jak starsza skręca w stronę lecznicy. Nareszcie! Przynajmniej nie będzie ryzykować tego, że się zarazi. Bardzo nie chciałaby chorować akurat po rozpoczęciu swojego treningu – Pustułkowy Szpon na pewno nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Zależy mu przecież na tym, by wychować swoją samozwańczą córkę na jak najdumniejszą wojowniczkę Klanu Wilka!

* * *

Może interakcje z innymi uczniami po prostu nie były dla niej. Na całe szczęście jeszcze tylko kilka dni, aż Gruby i Chudy dołączą do grona terminatorów i znowu będą mogli rozmawiać ze sobą wieczorami oraz lepić sobie nawzajem pyski z ziemi, a może i śniegu! Wąsatka co prawda nie wiedziała, czy dwójka braci za nią przepada, ale nie zwracała na to uwagi. Ważne, że to ona ich lubiła, nie?
Nawet jeśli teraz nie tolerowali jej obecności, to za jakiś czas zostaną zmuszeni, by się do niej przyzwyczaić, bo Wąsatka nie zamierzała odpuszczać sobie prób zaskarbienia ich zaufania w najbliższych księżycach! Poza tym… sama nie była też zbyt bystra, jeśli chodzi o emocje innych kotów. Chudy mógł na nią wrzeszczeć, mógł nawet marszczyć się jak ususzony liść, a ona i tak uważałaby, że to tylko jego sposób na okazywanie szczęścia.
Wąsatkowa Łapa wsunęła łebek do kociarni, by rozejrzeć się po zgromadzonych tam kotach. Dostrzegła Chudego, Noc, Kalinkę, Księżycka i, rzecz jasna… Grubego! Od razu się uśmiechnęła i, nie czekając na aprobatę Gąsiorkowego Trzepotu czy Jaskółczego Ziela, wparowała do środka.
— Cześć, Gruby! — przywitała się z kociakiem. — To takie ekscytujące, że jestem już uczniem i zyskałam nowe imię, co nie? Ciekawe, kiedy ciebie Zalotna Gwiazda mianuje! Tylko wiesz, musisz uważać, bo zanim to nastąpi, musisz odbyć samotną noc w lesie! — westchnęła, rozsiadając się obok pomarańczowookiego, jakby była panem tego miejsca. — Podczas takich mrozów to potwornie ciężkie, ale mi się udało! Myślisz, że sobie poradzisz? — zaczęła go wypytywać. — Musisz być tylko zdeterminowany i dobrze nastawiony, a ze wszystkim sobie poradzisz! Mówię ci!

<Gruby?>

[1439 słów]

[Przyznano 29%]

Wyleczeni: Cykoriowa Łapa

25 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Pustułkowego Szponu

— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Czekoladowy kocur wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, brzmiąc oschle. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.
Wąsatka nadęła policzki, marszcząc swoje niewielkie czółko w akcie protestu. Dlaczego miała mieć zakaz opuszczania kociarni? Przecież w obozie nic jej nie groziło, a ponadto mogła poznać różnych uczniów czy nawet wojowników, wśród których lada moment przyjdzie jej żyć!
— Nie możesz mi zakazywać wychodzenia ze żłobka! — fuknęła, pusząc się na całej powierzchni ciała.
Czekoladowy westchnął ciężko, pozbywając się piór ze swojej piszczki. Po dłuższej chwili ciszy odparł:
— W takim razie nie będę cię brał na spacery. Coś za coś. — Jego ton był płaski, niemal wyprany z emocji. Wąsatka czuła się tak, jakby jej tata nie brał jej na poważnie. Dlaczego chciał ograniczać jej wolność w zamian za spacery? To niesprawiedliwe!
— Tak nie wolno! Nie wolno! — protestowała, jednak starszy nie był wzruszony. Gdy jej gardziołko zaczęło ją piec, zaprzestała buczeć. Wojownik wciąż nie drgnął – twardy przeciwnik. Do młódki wreszcie dotarło, że nie ma co się z nim kłócić. — Wiesz co? Niech ci będzie. Nie będę już więcej wychodzić ze żłobka bez pozwolenia, ale musisz mi obiecać, że będziesz mnie brać na spacery codziennie! — uparła się.
— Co drugi dzień — rzucił czekoladowy, podnosząc na nią wzrok.
Ogon Wąsatki drgnął z nerwów, jednak po chwili kotka wypuściła z płuc nagromadzone tam wcześniej powietrze.
— Co drugi dzień… — poprawiła się, odwracając pyszczek od swojego taty. Długo nie mogła się na niego gniewać; po chwili ułożyła się przy jednej z jego łap, kładąc na niej pyszczek. Wojownik musiał zaprzestać skubania. Do noska Wąsatki napłynął smaczny zapach zwierzyny, jednak nie drgnęła. Nie była głodna. — Tato… a kiedy odwiedzimy mamę? — wymamrotała, po czym ziewnęła przeciągle.
Przed jej oczami pojawiły się obrazy biało-czarnej kotki – Mewy. Obok niej była też siostra koteczki, nosząca imię Kobczyk. Jej czekoladowe futerko było tak bardzo podobne do futra taty! Wyglądali niemal jak dwie krople wody. Wąsatka nie mogła się już doczekać, aż ponownie będzie mogła pobawić się z koteczką w berka czy porzucać z nią mchem. Tęskniła za tamtymi dniami.

* * *

Teraźniejszość

Kotka została obudzona nie z samego ranka ani z popołudniowej drzemki, lecz w środku nocy. Gdy otworzyła oczy, była kompletnie zdezorientowana. Stało nad nią kilka kotów, których imion nie kojarzyła. Przerażona, zwinęła się w kulkę, kładąc uszy po sobie. Kim były te postacie? Czego od niej chciały?
Jedna z nich odezwała się w końcu. Jej głos był suchy, twardy, niepozostawiający miejsca na protest.
— Wstawaj — rozkazał jej.
Wąsatka nie chciała wstawać. Nie chciała się budzić. Jedyne, czego pragnęła, to snu. Dlaczego przez tyle księżyców wszystko wyglądało tak samo, a teraz… teraz nagle chcieli ją gdzieś zabrać? Mimo wszystko podniosła się, wiedząc, że gdyby tego nie zrobiła, ktoś pewnie by ją do tego zmusił. To nie była walka, którą byłaby w stanie wygrać.
Wypchnęli ją z przytulnej kociarni na zewnątrz, gdzie panował zabójczy mróz. Przy pierwszym podmuchu Wąsatka zatrzęsła się na tyle mocno, że przez moment miała wrażenie, iż zaraz runie na ziemię. Gdzie w tym momencie był tata, by ją uratować?
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła nawoływać, jednak szybko została uciszona przez prowadzącego ją kota. Nie miała wyboru – musiała zachować milczenie. Liczyła tylko na to, że to wszystko szybko się skończy. Ten zły sen, ten… koszmar. Może naprawdę teraz spała? Może to wszystko wcale nie działo się naprawdę?
Zagryzła zęby na swoim ozorku, lecz wtedy poczuła przeszywający ból. Szybko przestała, otrzepując łebek. Wciąż dreptała przez śnieżne zaspy poza obozem. Czyli jednak nie spała… A teraz, w dodatku, bolał ją język. Co ona na siebie sprowadziła!
W końcu zatrzymali się przy jednym z drzew. Wąsatka przylgnęła do jego pnia, myśląc, że może podaruje jej choć odrobinę ciepła. Był to jednak martwy przedmiot, przesiąknięty zimnem. Nie miała co liczyć na ogrzanie z jego strony.
— Nie ruszaj się z tego miejsca. Wrócimy po ciebie rano — oznajmił głos, spokojny i monotonny.
Wąsatka umierała ze strachu, a ten nieznajomy śmiał zachowywać się tak, jakby była to codzienność! Otworzyła pyszczek, by krzyknąć, jednak nie wydobył się z niego żaden dźwięk – jedynie biały obłok pary. Czarno-biała zamrugała zdziwiona, a wtedy obcy kot czmychnął gdzieś między krzewy.
Wąsatka drgnęła i poczęła biec za nim czym prędzej, jednak wkrótce jej łapy poddały się i koteczka runęła pyskiem na ziemię. Zanurkowała w śniegu, a po jej ciele w mgnieniu oka rozszedł się chłód.
Podniosła się natychmiast i otrzepała, nędznym krokiem wracając pod drzewo, pod którym ją zostawili. Ułożyła się między jego korzeniami, wystającymi poza perlisty puch. Ta pozycja nie była zbyt wygodna, lecz z całą pewnością lepsza niż leżenie całą powierzchnią ciała na lodowatym śniegu, który kleił się do łap i był niczym ciężkie kamienie, ograniczające ruchy.
“Jak mój tatuś mógł na to pozwolić?” – myślała sobie, pociągając smutno nosem. Może nawet zalałaby się łzami, jednak była na tyle zmęczona i zmizerniała, że nie miała ochoty marnować energii na płacz. Musiała ją oszczędzać, by przeżyć noc w Porze Nagich Drzew. Szanse na to, że wróci do obozu bez odmrożeń i hipotermii, spadały coraz niżej z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Czy to wszystko było jakimś żartem? A może testem? Chwila… tak! Tata opowiadał jej kiedyś, że kocięta przed mianowaniem muszą odbyć noc poza obozem. Wszystko zaczynało mieć sens, choć Wąsatka wciąż była niezadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Nawet myśl o tym, że jeśli przeżyje, otrzyma awans, nie rozgrzewała jej serduszka. Wręcz przeciwnie – martwiła ją. Bo Wąsatka zdała sobie sprawę z tego, że jako uczeń zmuszona będzie trenować w takich potwornych warunkach. Nie wyobrażała sobie polować, walczyć i wspinać się po drzewach, gdy wszystko było takie zimne i śliskie. Tak jak wtedy, na tamtych kamieniach, gdy próbowała przekroczyć rzekę…

* * *

Rankiem przyszedł po nią ktoś inny. Ale nawet gdy zauważyła jego majaczącą sylwetkę między pniami, nie drgnęła ani trochę. Śnieg zdążył przysypać jej ciało. Oczy miała delikatnie zmrużone, a łapy zdrętwiałe. Była senna i ledwo rejestrowała, co działo się wokół niej. Nieznajomy podszedł do niej z kwaśną miną, jakby spoglądał na jakąś przykrą niedogodność losu.
— Nie żyje? — szepnął do siebie. Wąsatka poruszyła ślepiami, obserwując sylwetkę obcego. Miał długie, bure futro, a także zielone ślepia, pozbawione większych emocji. Kocur musiał zauważyć niewielki ruch na pysku czarno-białej, bo zaraz złapał ją za skórę na karku i postawił na łapy. W pierwszej chwili kończyny Wąsatki ugięły się pod ciężarem jej ciała, jednak finalnie kotce udało się cudem ustać. Najwyraźniej była bardzo zdeterminowana, by przeżyć. Starszy wojownik prychnął cicho pod nosem, po czym popchnął Wąsatkę łapą.
— Wracamy do obozu. Jeśli stracisz mnie z oczu, życzę powodzenia. Nie będę się po ciebie wracał — fuknął Wilczak, ruszając powolnym krokiem w stronę, z której przyszedł. Wąsatka, niezgrabnie i co jakiś czas potykając się o własne łapy, zaczęła iść jego śladem. Wzrok miała utkwiony w koniuszku ogona nieznajomego, bo nie chciała się zgubić. Nie widziała zbyt wyraźnie – nietrudno było kocurowi wtopić się w pnie i krzewy, a wtedy byłoby już po ptokach.
Udało jej się jednak dotrzeć do azylu bez większego szwanku. Tam czekali już na nią inni wojownicy. Gdy dostrzegli Wąsatkę w progu, na ich pyskach pojawiło się zdziwienie. Czy nikt nie podejrzewał, że kotce uda się przeżyć? Nawet Zalotna Gwiazda, która stała teraz na pniu, przez moment wydawała się rozkojarzona. W końcu jednak odchrząknęła i mruknęła doniośle:
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. Czy był on szczery, czy raczej szyderczy, tego nie dało się odczytać.
Wąsatka nie zamierzała się tym jednak przejmować. Zastanawiała się, kim był ten Pustułkowy Szpon. Nigdy nie słyszała tego imienia; zaczęła rozglądać się wokół, aż w końcu podszedł do niej jej tata i dotknął ją nosem w czoło.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że tata nazywał się Wilczy Skowyt… Dlaczego więc zmienił imię na Pustułkowy Szpon?
Nim jednak zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, koty zaczęły skandować:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda:
— Nie jest to jednak koniec ogłoszeń — wyznała, omiatając zgromadzonych spokojnym wzrokiem. Wszyscy nagle zatrzymali się w bezruchu, a atmosfera zgęstniała. — Sowi Zmierzchu, przyprowadź tu więźniarkę! — rozległ się doniosły głos przywódczyni. Wąsatka odsunęła się gdzieś na bok, obserwując, jak na obozowej polanie pojawiła się łaciata kocica. Była wychudzona, miała potargane i niezdrowo wyglądające futro. Jej pysk wydawał się stary i powykrzywiany, a oczy martwe. “Czy ona na pewno jest żywa?” – zastanawiała się koteczka.
— Lodowa Sałato... — syknęła liderka, patrząc na więźniarkę z odrazą w oczach. — Nie potrzebujemy w obozie chodzącego trupa. Jako więźniarka nie przyczyniasz się dla dobra klanu, dlatego zadecydowałam przywrócić ci pozycję wojowniczki. Nie myśl sobie jednak, że twoja kara dobiegła końca… — mruknęła szylkretka.
Łaciata skinęła łbem, napinając subtelnie mięśnie.
— Od tej pory będziesz zwana Podstępną Kłamczuchą — ogłosiła. W przeciwieństwie do mianowania Wąsatki teraz nikt nie krzyczał nowego imienia więźniarki. Zapadła cisza. — Czy mam wszystkim przypomnieć, co zrobiłaś, by zasłużyć sobie na takie miano?
Kotka milczała.
— Tak myślałam — burknęła Zalotna Gwiazda, następnie schodząc z pniaka. — Koniec zebrania! — oznajmiła, jednocześnie szepcząc coś Podstępnej Kłamczusze do ucha. Obie kotki udały się gdzieś poza obóz, jednak Wąsatkowa Łapa szybko odwróciła od nich wzrok. Co stanie się poza azylem, nie było już jej sprawą.
Podbiegła do swojego taty, uśmiechając się, mimo wciąż zdrętwiałych kończyń. Przytuliła się do jego łap, tak jak miała to w zwyczaju, gdy jeszcze żyła w żłobku. Tym razem zrobiła to nie po to, by wymusić na nim bliskość, lecz po to, by nieco się ogrzać. Noc poza obozem nieźle dała jej w kość – całkiem możliwe, że przez kilka następnych dni będzie odczuwać jej skutki.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. Przez moment zapomniała już, jak bardzo wyczerpana była. Po jej minie i zachowaniu było jednak widać, że nie jest w najlepszym stanie. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?

<Tato-mentorze?>

[1810 słów]

[Przyznano 36%]

03 stycznia 2026

Od Wąsatki do Chudego

Następnym w kolejce do pogadania był Chudy. Wąsatka porozmawiała już z jego bratem – Grubym – ale oczywiście nie zamierzała na tym kończyć. Im więcej znajomych, tym lepiej! Gdyby była teraz w norze… pewnie wciąż rozmawiałaby tylko z Kobczykiem. Tęskniła za nią – za nią i za mamą – ale jednocześnie cieszyła się, że wreszcie może poznać jakieś nowe koty. Poza tym jeszcze nie wszystko stracone. Gdy tylko pozwolą jej wyjść z obozu, będzie mogła znów spotkać się z Mewą i siostrą, które przecież żyją gdzieś niedaleko! Poprosi swojego tatę, by ją do nich zaniósł. Żaden problem, prawda? W końcu dlaczego Wilczy Skowyt miałby trzymać ją z dala od rodziny.
Wąsatka dostrzegła, że na obozowej polanie stoi czekoladowy kocur. Przez moment miała ochotę podbiec do niego, przywitać się i zapytać, czy kiedyś zaprowadzi ją do tamtej nory, lecz ostatecznie się powstrzymała – jej uwagę przykuły bowiem głosy młodych kocurków. Rozmawiali ze sobą, a przynajmniej Gruby i Noc. Chudy siedział niedaleko, ale milczał, co czarno-biała uznała za idealną okazję.
Szybko podeszła do burego kociaka i bez wahania się z nim przywitała:
— Chudy, mam rację? — zapytała, choć oczywiście doskonale wiedziała, jak kocur ma na imię. — Chcesz się ze mną pobawić? Powinnam mieć gdzieś u siebie kulkę mchu… albo może jakieś piórka. Chyba że ty masz jakiś pomysł! Możemy też zagrać w berka, jeśli ci to odpowiada — zaproponowała zadowolona. — Bardzo lubiłam grać w berka ze swoim bratem, wiesz? Będziesz musiał się postarać, żeby ze mną wygrać! — pochwaliła się, choć w rzeczywistości wiedziała, że bieganie nigdy nie szło jej najlepiej. Przez słaby wzrok niemal za każdym razem, gdy przyspieszała, wywracała się o własne łapy albo o jakąś przeszkodę na drodze.

<Chudy?>

Od Wąsatki do Grubego

Tak oto nastał ten dzień. Gdy tylko rankiem Wąsatka otworzyła oczy, ustanowiła sobie za cel podejście do trójki braci, by się z nimi przywitać. Miała dosyć tej nudy! Dosyć polegania na Pustułkowym Szponie! Wojownik zbyt rzadko zjawiał się w żłobku, by miała okazję się z nim pobawić i zająć czymś na dłużej. A gdyby udało jej się zdobyć nowych kolegów… mogłaby się z nimi ganiać i rzucać kulkami mchu przez całe dnie! Nie dość tego – mogłaby robić to nawet całymi nocami! Oczywiście pod warunkiem, że żadna wkurzona tutejsza kocica nie zirytowałaby się hałasem i tym, że rankiem nie będą mieli już energii…
Jak się okazało, czarno-biała wybudziła się w żłobku jako pierwsza, więc musiała odczekać dobrą godzinę, zanim Gruby, Chudy albo Noc w końcu się obudzą. Nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że przez cały ten czas po prostu się w nich wpatrywała i zastanawiała, czy – jeśli coś im się śni – widzą w tych snach, że ktoś ich obserwuje.
Jako pierwszy poruszył się Gruby; drgnął lekko, a zaraz potem otworzył oczy. Rudy kocurek wyglądał w oczach Wąsatki bardzo zabawnie. Wydawało jej się, że ma zupełnie płaski pyszczek! W dodatku jego ślepia często łzawiły, a sam kociak zdawał się mieć problem z oddychaniem. Od razu po jego przebudzeniu wygramoliła się cicho z posłania i w kilku susach znalazła się tuż obok niego.
— Hej, cześć! — mruknęła półszeptem, starając się nie obudzić śpiących obok kotów. — Jestem Wąsatka, nie wiem, czy wiesz — przywitała się, siadając obok.
Gruby wpatrywał się w nią w milczeniu, więc Wąsatka uśmiechnęła się szeroko i dodała:
— A w ogóle… co ci się stało w pysk? Uderzyłeś w ścianę żłobka, jak byłeś mały…? — Przechyliła głowę. — I co z Chudym? On wygląda podobnie, prawda? Dlaczego tylko Noc ma normalną mordkę?

<Gruby?>

29 grudnia 2025

Od Wąsatki do Pustułkowego Szponu

Dołączenie do Klanu Wilka

Wąsatka od początku zastanawiała się, dokąd tak często chodzi jej tata. Dochodziła przez to do najróżniejszych wniosków; czasem nawet wydawało jej się, że Wilczy Skowyt ma drugą rodzinę Mew, Wąsatek i Kobczyków. To było dla niej… niedopuszczalne. Okrutne. Wąsatka mogła być przecież tylko jedna – i była nią ona. Bo czy dałoby się wytrzymać z drugim, równie głupiutkim kotkiem, jak ona? No właśnie.
Dlatego, gdy pewnego dnia koniuszek ogona czekoladowego kocura zniknął w świetle dnia, Wąsatka postanowiła za nim podążyć. Jej matka już powoli zasypiała, mrucząc coś Kobczykowi do ucha. Czekoladowa była dawno w krainie snów, co pozostawiało Wąsatkę bez nadzoru. Gdyby tylko Mewa wiedziała, co stanie się przez jej nieuwagę… pewnie w ogóle nie zmrużyłaby oczu.
Jednak gdy czarno-biała wygrzebywała się już z przytulnej nory, było za późno. Brązowooka, mimo że nigdzie nie widziała już śladu po ojcu, nie zamierzała zawracać. Czuła jego zapach, więc jeszcze nie wszystko było stracone. Musiała tylko go wyśledzić – żaden problem… dopóki nie trafiła nad brzeg jeziora, a kompletnie pływać nie umiała. Czy jej tata naprawdę za każdym razem musiał przekraczać tę strugę wody? To nie mogło być bezpieczne!
Jednak, jak Wąsatka w końcu dostrzegła, na drugą stronę prowadziła ścieżka. No, może nie taka bezpieczna, twarda ścieżka – były to jedynie kamienie rozsiane po całej długości rzeki, od jednego brzegu do drugiego. Większe koty przeszłyby nią z łatwością, lecz dla młodej koteczki z problemem wzrokowym było to potwornie trudne.
Wąsatka wskoczyła na pierwszy kamień i zadrżała, o mało nie wpadając w toń lodowatej, wartkiej wody. Niewielkie kropelki, wyrzucane w powietrze w chwili, gdy ciecz zderzała się z powierzchnią kamienia, osiadały jej na futrze. Wkrótce wilgoć zaczęła wciskać się pod włosy, nieprzyjemnie osiadając na skórze. Wtedy Wąsatka zrozumiała, że na powrót było już za późno. Ale i iść dalej nie była w stanie – drugi kamień wydawał się zbyt daleko.
A może wcale nie? Może to jej wzrok płatał figle, co przecież zdarzało się dość często. Wąsatka wysunęła pazury, próbując wzmocnić przyczepność, byleby nie wpaść do wody, bo wtedy jej los byłby z góry przesądzony. Czekałaby ją… śmierć. Koniec. Najprawdziwszy koniec. Nie byłoby drugiej szansy ani możliwości, by to jakoś “cofnąć”. W jednej chwili jeszcze by była, czułaby wodę wlewającą się do jej niewielkich płuc, a zaraz potem… pustkę. Pustkę przed nią, za nią, po jej lewej i prawej stronie.
Ta myśl ścisnęła jej serce i zmusiła gardło do krzyku:
— Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! — zaczęła nawoływać. — Mamo! Przepraszam, mamo! To się już więcej nie powtórzy! — kontynuowała rozpaczliwie, podczas gdy jej łapy trzęsły się raz z zimna, raz z obezwładniającego strachu.
Wąsatka zacisnęła powieki, jakby próbując przygotować się na ciemność, w której przyjdzie jej żyć przez kolejne dni, księżyce, sezony…
W pewnym momencie poczuła, jak coś chwyta ją za skórę na karku. Czy to nieprzejednane szpony śmierci wreszcie po nią przyszły? Jak się okazało – nie. Czarno-biała kotka, zmoczona od czubka nosa aż po koniuszek ogona, wylądowała ciężko na wilgotnej, chłodnej ziemi na brzegu. Gdy tylko poczuła pod sobą stałe podłoże, zaczęła cała się trząść, szczękając zębami i wciąż nie otwierając oczu.
Zrobiła to dopiero wtedy, gdy ktoś nieudolnie polizał ją szorstkim językiem po czole, naciągając skórę na jej głowie. Wydała cichy pisk i rozejrzała się wokół, choć obraz był zamglony. Wtedy dostrzegła przed sobą rozmazany, brązowy kształt.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do łapy starszego kota, wciskając nos w jego futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, zalewając się łzami szczęścia.

* * *

Tak się zdarzyło, że jej nowy, dosyć zdezorientowany “tatuś”, nie wiedząc dokładnie, co zrobić z kociakiem, zabrał go do Klanu Wilka. Tam podrzucił ją do żłobka, chyba licząc na to, że Wąsatka zostanie w nim i się od niego odczepi – nic bardziej mylnego. Czarno-biała wymykała się z kociarni przy każdej okazji, a wtedy od razu rzucała się na poszukiwania czekoladowego, by znów zacząć wykrzykiwać słowo “tato!”, kręcąc się przy jego łapach. W tym wszystkim wojownik wciąż wydawał się zmieszany i ani razu nie nazwał Wąsatki swoją “córeczką”, co trochę godziło kotkę w serce.
Czyżby już o niej zapomniał? Czy naprawdę miał inną Wąsatkę, więc ona nie była mu tu potrzebna? Gdyby tylko potrafiła dobrze widzieć… Może wtedy dostrzegłaby, czy jej tata nie krząta się przypadkiem przy innym kociaku. A tak? Nawet gdy ktoś z nim rozmawiał, kotka nie potrafiła stwierdzić, ile miał księżyców ani czy wyglądał podobnie do taty. Mogła się tylko domyślać – a te domysły nie przywodziły jej na myśl żadnej odpowiedzi.
Poza tym tęskniła trochę za mamą i Kobczykiem. Teraz, odkąd tu wylądowała, nie miała się z kim bawić. Jasne – żłobek nie był pusty, ale wstydziła się zagadać do młodszych kocurków. Wydawali się tacy fajni… a ona była sama. Sama i taka zagubiona. Modliła się codziennie o to, by jej tata wreszcie trochę jej pomógł, ale on… zdawał się czasem jej unikać. Znikał z obozu i nie wracał przez długi czas; bywało też, że zaszywał się w innym legowisku, gdzie nie zawsze ją wpuszczano. Cóż, dziwnym trafem różni wojownicy nie przepadali za obecnością głośnego kocięcia, gdy chcieli wypocząć po długim dniu wypełniania obowiązków. Zadziwiające.
Tego dnia młódka leżała na jednym z posłań w żłobku. Nie wiedziała nawet, czy należało do niej, ale było puste, więc nie miała żadnych oporów. Rozpychała ściany uplecione z gałązek i wyrzucała mech w powietrze w desperackiej próbie zabicia czasu; niszczenie własnego posłania nie przynosiło jej jednak radości na dłużej. Szybko jej się to nudziło – może niszczenie po prostu nie było w jej naturze.
Gdy spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka, dostrzegła na polanie sylwetkę kota. A konkretniej – sylwetkę jej taty. Czekoladowy kocur rozmawiał z kimś obcym, kogo Wąsatka nie znała. Ten kot był w jej oczach jedynie czekoladowo-rudą plamą i nie posiadał żadnych wyraźnych cech, ale z pewnością nie przypominał nikogo, kogo młódka wcześniej spotkała. Może to była inna córka taty? Może to ona była jego “Wąsatką”? Nie wyglądała jednak podobnie do niej. Może była tylko pomyloną kopią.
Koteczka wygramoliła się z posłania i od razu wybiegła na spotkanie z tatą. Dorwała się do jego łapy, tak jak zawsze, i zaczęła krzyczeć:
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz?

<Tato?>

Od Wąsatki do Roztargnionego Koperka

Dni mijały, a szczurze ugryzienie, którego nabawiła się jeszcze wtedy, gdy żyła w norze z matką i siostrą, wciąż pulsowało bólem. Wąsatka, jeśli akurat nie włóczyła się za czekoladowym kocurem, którego upodobała sobie jako “tatę”, przesiadywała w żłobku, obserwując poczynania Grubego, Chudego i Nocy. Nigdy jeszcze do nich nie podeszła – właściwie bez Kobczyka i Mewy czuła się nieco… mniej pewna niż dawniej.
Chudy, Gruby i Noc byli braćmi; byli razem od narodzin, pewnie rozumieli się lepiej. Czy w ogóle chcieliby przyjąć do swojej paczki jakąś obcą kotkę? Wąsatka położyła po sobie delikatnie uszy, jak to miała w zwyczaju. Obecnie pieczę nad tą trójką sprawowała jakaś kotka z Klanu Wilka, której imienia Wąsatka nie znała. Młódka postanowiła do niej podejść.
— Proszę pani! Boli mnie łapa… — oznajmiła, patrząc burej kocicy prosto w jej żółte oczy.
Starsza zerknęła na Wąsatkę i przez chwilę utrzymały kontakt wzrokowy.
— W takim razie… musisz pójść do medyka. Ja ci nic na ból łapy nie pomogę — mruknęła z nutką zirytowania w głosie.
Wąsatka przechyliła łebek.
— Do medyka? Czyli gdzie? Kim jest ten cały “medyka”? — zapytała, mrużąc oczka.
Starsza wydała z siebie ciche westchnienie, po czym miauknęła:
— Lecznica jest po prawej stronie, gdy wyjdziesz ze żłobka. Dasz radę tam trafić, to nic trudnego.
Wąsatka skinęła głową w podziękowaniu i zaraz skierowała się ku wyjściu z kociarni. Szkoda, że nie było przy niej taty. On na pewno zaprowadziłby ją do medyka i potowarzyszyłby jej podczas wizyty… W końcu, kto wie, kim był ten “medyka” i co będzie chciał jej zrobić.
Gdy – zgodnie ze wskazówkami starszej kocicy – weszła do legowiska po prawej stronie od żłobka, w nozdrza uderzył ją silny zapach ziół. Panował tu półmrok, a że jej wzrok nie był najlepszy, Wąsatka widziała niewiele – jedynie zlepki jaśniejszych i ciemniejszych kształtów.
— Halo! Jest tu ktoś? Szukam medyka! — zawołała, nie zdając sobie sprawy z tego, że tuż obok niej siedzi wysoka, smukła kocica o niebiesko-kremowym futrze.
— W takim razie dobrze trafiłaś — odezwała się płaskim, neutralnym tonem.
Wąsatka niemal podskoczyła, jeżąc futro. Jej wzrok od razu powędrował ku kocicy i przez chwilę błądził po jej pysku.
— Przyszłaś tu sama? — zapytała obca, podnosząc się i podchodząc do wnęki w ścianie lecznicy.
— T-tak… — wydukała brązowooka, po czym przełknęła ślinę. — Boli mnie łapa. Szczur mnie w nią ugryzł — wyjaśniła, robiąc kilka chwiejnych, niezgrabnych kroków w stronę kotki.
Ta jednak zatrzymała ją ogonem, nim zdążyła dojść do składziku. Szylkretka wyciągnęła stamtąd jakąś roślinę i zaczęła ją przeżuwać. Następnie ujęła łapę Wąsatki i dokładnie ją obejrzała, odgarniając czarne futro, by dostać się do rany.
Brązowooka szarpnęła głową, odwracając ją od swojej kończyny, jakby bała się, że medyka zaraz się w nią wgryzie.
Szylkretka jednak spokojnie nałożyła na ranę papkę, a potem owinęła łapę pajęczyną.
— Możesz wracać do żłobka — rzuciła, nie podnosząc na Wąsatkę wzroku.
Brązowooka już miała opuszczać lecznicę, gdy nagle wpadła na wychodzącego kota. Zawirowała i upadła z głuchym hukiem na ziemię, przez co opatrunek nieco się osunął. Pisnęła, przerażona myślą, że mógłby jej spaść.
Gdy podniosła głowę, w świetle dnia ujrzała kolejnego smukłego kota, którego półdługie futro falowało na wietrze. Zamrugała kilka razy, a potem, bez zastanowienia, palnęła:
— Jesteście spokrewnieni? Ty i medyka?

<Nieznajomy?>

Wyleczeni: Wąsatka

21 grudnia 2025

Od Wąsatki CD. Kobczyka

— Łap mnie! — poleciła, zanim rzuciła się do ucieczki. W tym czasie czekoladowa wstała prędko, wyskakując w kierunku siostry.Wąsatka pędziła ile sił w łapach, starając się ponad wszystko, by nie wywrócić się na ziemię. Tym razem miała szansę wygrać z Kobczykiem, nie dać się złapać i pokazać wszystkim, że jest najlepszą sprinterką na świecie! Jednak w tym momencie kotka poczuła, jak potężna łapa jej siostry uderza ją w bok. Wąsatka pisnęła zaskoczona i odwróciła się, by dostrzec szeroko uśmiechnięty pyszczek przed sobą.
— Teraz ty gonisz! — zawołała Kobczyk, cofając się o krok w tył.
Brązowooka zmrużyła oczy i odwróciła pyszczek od czekoladowej.
— Ja się już w to nie bawię! — oznajmiła, z uniesionym wyniośle ogonem kierując się w stronę legowiska mamy. — Takie gonitwy to zwykła głupota. Co, jeśli któreś z nas się wywróci i skręci nos? Albo… wyobraź sobie, gdyby mój pysk też był wklęsły! Jak twój!
To mówiąc, spojrzała na Kobczyka przelotnie i ułożyła się obok Mewy. Czekoladowa wyglądała na zszokowaną, lecz po chwili skinęła główką.
— Masz rację, Wąsatko! — przyznała, podchodząc bliżej. — Ale w co innego będziemy się bawić, jak nie w berka? — zapytała, przekręcając głowę i siadając obok siostry.
— W coś, w czym będę miała szansę wygrać! No i oczywiście… co będzie bezpieczne. Bo w berka też bym na pewno wygrała. Ale nie chcę sobie zrobić krzywdy.

* * *

Ten dzień był jednym z cieplejszych, lecz słońce wciąż nie było zabójcze i nie mordowało swoimi promieniami wszystkiego, co pojawiało się w jego zasięgu. Mewa postanowiła to wykorzystać, zabierając swoje córki poza norę, by pobawiły się wśród traw.
Wąsatka trzymała nos przy ziemi, udając, że właśnie wyczuła trop zwierzyny.
— Mamo! Mamo! A nauczysz nas polować? — zapytała w końcu, podnosząc głowę. Wnet podbiegła do niej Kobczyk.
— No właśnie! Nauczysz, mamo? — wtórowała.
Wąsatka uśmiechnęła się, a jej wąsy zadrżały. Gdyby umiała polować, złapałaby coś dla siostry! I mamy! I dla taty też!
Mewa spojrzała na nie łagodnym wzrokiem.
— Gdy tylko osiągniecie sześć księżyców, ja i tata zajmiemy się waszym szkoleniem. Będziecie najlepszymi łowczyniami na całym świecie! — zapewniła.
Wąsatka spojrzała na czekoladową.
— Słyszałeś? Będziemy najlepsi! Czy to nie ekscytujące?

<Bracie?>

14 grudnia 2025

Od Wąsatki

Wąsatka leżała na plecach, już niemal zasypiając. Miała przymrużone powieki i z punktu widzenia kogoś, kto stałby obok, najpewniej wyglądałaby bardzo śmiesznie. Jej oczka sprawiały wrażenie zupełnie białych, choć w rzeczywistości źrenice ukryły się pod powiekami. Gdyby był tu Wilczy Skowyt, może pomyślałby, że to duchy z Mrocznej Puszczy przejmują kontrolę nad jej ciałem?
Czarno-biała, gdy przestała już zwracać uwagę na otaczające ją bodźce, nagle została rozbudzona głośnym stęknięciem. Natychmiast zerwała się na równe łapy, strosząc futro na grzbiecie.
— Ach, moje stawy! — miauknęła mama z bólem w głosie. Brązowooka wspięła się na posłanie, niezgrabnie docierając do futerka Mewy.
— Co się stało, mamusiu? — zapytała, kładąc pyszczek na ciele samotniczki.
Ta westchnęła, przenosząc wzrok na wyjście z nory.
— Nic… nic. Musiałam się przewiać — odparła, a jej mięśnie drgnęły, jakby szykowała się do wstania. — Mimo wszystko… wypadałoby to sprawdzić.
Wąsatka skinęła głową.
— Tak, mamo! — wtórowała koteczka, nieco odsuwając się od starszej. — Wyjdziesz z nory? Dokąd chcesz pójść? — dopytała, przechylając łebek w bok. Czy nie stanie im się krzywda, gdy Mewa będzie gdzieś daleko?
— Jeszcze nie wiem. Muszę znaleźć… starego przyjaciela. Powinien być gdzieś niedaleko. Pomoże mi uporać się z bólem stawu, a wtedy do was wrócę — wyjaśniła, wygramoliwszy się z posłania. Mewa stanęła przed wyjściem, a promienie słoneczne otuliły jej ciało. — Pilnuj swojej siostry, dobrze?
Wąsatka dumnie skinęła głową. Po chwili dwukolorowa plama, jaką była jej mama, zniknęła w wyjściu. Młodziczka pospiesznie odwróciła się i podeszła do Kobczyka, która właśnie bawiła się jednym z piór, jakie kiedyś dostała od Wilczego Skowytu.
— Brat! Brat! — zawołała, pacając czekoladową w ucho. — Mama wyszła z nory! Zostaliśmy sami! — ogłosiła, uśmiechając się pod nosem.
Kobczyk położyła delikatnie uszy, marszcząc brewki.
— Mama wyszła z nory? — powtórzyła zdziwiona. — To się nie zdarza! Czy tata zaraz do nas przyjdzie? — kontynuowała, mrużąc delikatnie ślepka i próbując wypatrzeć w wejściu do nory choćby cień czekoladowego wojownika.
Czarno-biała wzruszyła ramionami.
— Może! A co, jeśli pod naszą nieobecność tata urósł? Może już nie mieści się w norze? — zaczęła się zastanawiać Wąsatka.
Kobczyk chciała coś odpowiedzieć, lecz wtem obie kotki usłyszały tupot niewielkich łapek. Młódka odwróciła się i kilka lisich ogonów dalej dostrzegła niedużą, szarą plamę.
— Mamo? To ty? — pisnęła, wyciągając szyję w stronę intruza.
— To nie mama! To jakiś potwór! — ogłosiła Kobczyk, rozdziawiając szeroko mordkę. — To wyrośnięta mysz! Wąsatko, dlaczego ona chodzi!?
Brązowooka spojrzała raz na Kobczyka, a raz na to dziwne, rozmazane stworzonko. Postanowiła podejść bliżej; a gdy była już obok niego, nagle poczuła okropny ból w łapie – to indywiduum ją ugryzło!
Wydała z siebie cienki pisk i zaczęła się szamotać, próbując oswobodzić się z uścisku szczura. Wtedy dobiegła do niej Kobczyk, która przednimi łapami oparła się na stworzeniu, próbując je przewrócić. Kotki zaczęły krzyczeć i syczeć, a szczur prędko przemykał między nimi, co jakiś czas próbując je ugryźć. Wąsatka czuła, jak w uszach pulsuje jej krew. Była w pełni skupiona na walce, podejmując kolejne próby szarżowania na intruza. Wydawało jej się, że idzie jej całkiem dobrze – choć zapewne każdy choć trochę doświadczony wojownik wyśmiałby jej technikę.
Gdy szczur uderzył w Wąsatkę, przewracając ją, do nory nagle wparowała Mewa.
— Wąsatko! Kobczyku! — zawołała, podbiegając do kociąt. Chwyciła szczura zębami i rzuciła nim o ścianę tak, że przestał się ruszać.
Młódka podniosła się z miejsca, pełna podziwu dla matki.
— Mamusiu! Wróciłaś już! — zawołała, unosząc uszy na krótki moment, po czym znów je opuszczając, jak to miała w zwyczaju.
Wąsatka poczuła, jak szorstki język matki przejeżdża po jej czubku głowy, karku i grzbiecie. Kobczyk zjawiła się tuż obok; nią również zajęła się Mewa.
— Co za paskudny szczur! — warknęła między liźnięciami. — Ale nic wam nie zrobił, prawda?
Wąsatka pokręciła głową.
— Nie, mamusiu! Wszystko jest w porządku — oznajmiła dumnie, wypinając klatkę piersiową.
Mewa zachichotała, po czym delikatnie popchnęła obie kotki w stronę posłania.
— No nic. Przynajmniej więcej zwierzyny dla nas — mruknęła, spoglądając na martwego szczura.
Wąsatka ułożyła się na miękkim legowisku wraz ze swoją siostrzyczką.
— Mamo… czy wciąż bolą cię stawy? — zapytała, powoli zasypiając. I choć teraz nie zwracała na to uwagi, łapa, w którą została ugryziona, wciąż ją bolała, szczypała i pulsowała.
— Nie, już nie. Udało mi się znaleźć kogoś, kto mi pomógł — odparła spokojnie Mewa, układając się obok kociąt i owijając je puchatym ogonem. — Jeśli coś będzie was boleć, od razu mi powiedzcie. Wiem, gdzie szukać pomocy.

* * *

Następnego dnia

— Kobczyk! Braciszku! — zawołała, padając na przednie łapy i unosząc biały kuperek do góry. — Złap mnie, no dawaj!
Czekoladowa od razu uniosła łepek, wlepiając wzrok w siostrę.
Wąsatka nie musiała długo prosić – brązowooka szybko zaczęła zmierzać w jej stronę, ucieszona wizją zabawy ze swoją, jak na razie, najbliższą koleżanką.
— Uciekaj, Wąsatko! Złapię cię, jak mama tego szczura! — wołała zadowolona.
Młódka, widząc coraz bardziej powiększającą się brązową plamę, spróbowała wstać. Wtedy jednak przez jej niewielkie ciałko przeszedł promieniujący ból, rozchodzący się od łapy. To przez to ugryzienie szczura! Przez nie, zamiast zgrabnie uciec, koteczka potknęła się i wywróciła, upadając pyskiem na ziemię. Auć!
Kobczyk zatrzymała się przed siostrą, po czym delikatnie dotknęła ją łapą.
— Przegrałaś! Złapałem cię! — zawołała radośnie, a zaraz potem pochyliła się nad nią. — Wstawaj już, siostrzyczko. Teraz ty gonisz!

Wyleczeni: Mewa

05 grudnia 2025

Od Wąsatki do Wilczego Skowytu

Wąsatka widziała, jak koniuszek ogona jej taty znika w wyjściu z nory. Zastanawiała się, dokąd on tak wraca i dlaczego nie może być tu z nimi tak często, jak mama. Czy miał inne, ważniejsze sprawy do zrobienia? Czy jego własne dzieci nie były dla niego priorytetem? Czarno-biała pokręciła głową, zmarszczyła nosek i odwróciła się od wyjścia, podchodząc do swojej siostry.
Przycupnęła obok niej, spuszczając głowę w dół, na swoje łapy.
— Bracie! — zaczęła, po czym wlepiła wzrok w Kobczyka. — Czy nie zastanawiasz się nad tym, dokąd znika nasz tata? Czy nie chciałbyś tego sprawdzić? — zapytała, przechylając delikatnie głowę.
Kobczyk uniosła łebek do góry, choć przed chwilą obwąchiwała pióro, które zostawił im czekoladowy.
— Czasami… — przyznała po chwili ciszy. — Ale tata przynosi mamie jedzenie! Może całymi dniami poluje? — zastanowiła się na głos.
Wąsatka przytaknęła.
— Może masz rację… ale w takim razie ja nie chcę nigdy polować! Skoro to takie czasochłonne, to kiedy będę miała czas na siebie?
Kobczyk wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. A może tata nie jest tylko naszym tatą? Może musi wykarmiać też inne Wąsatki, Mewy i Kobczyki? — podjęła, na co Wąsatka aż podniosła się z miejsca.
— Nie! To straszne! Wąsatka jest tylko jedna i jestem nią ja! — zawołała, napinając te znikome mięśnie, które posiadała.
— Nie mówię, że to prawda! Ale co jeśli…? — kontynuowała czekoladowa, co tylko bardziej wzburzało młódkę. Jak mogłyby wyglądać takie… inne Wąsatki, Mewy i Kobczyki? Czy też byłyby tylko kolorowymi plamami?

* * *

Tatuś przychodził niekiedy do ich nory, by pogadać z mamą i pobawić się z kociętami. Nie robił tego zbyt często – Wąsatka słyszała, że to dlatego, by nikt go nie przyłapał. Czarno-biała nie do końca wiedziała, kim miałby być ten “nikt” i dlaczego miałby tatusia przyłapywać, ale nie myślała o tym za dużo. Ważne było to, że cętkowany zjawiał się tu co najmniej raz w ciągu trzech dni, a czasem nawet częściej. Ważne też było to, że opowiadał kociętom o najróżniejszych zabawach, jakie znał.
Przynosił im mech, piórka, kamyczki. Mówił też coś o przejażdżce na borsuku – Wąsatka uwielbiała akurat tę zabawę. Wtedy Wilczy Skowyt brał ją na swój grzbiet i mogła obserwować wszystko z góry… a przynajmniej trochę, bo przy jej słabym wzroku “obserwować” to dosyć spore słowo.
Nie mogła się doczekać, aż sama w końcu będzie tak wysoka, jak tata! I wtedy to ona będzie mogła nosić Kobczyka na swoich własnych plecach!
Tego dnia czekoladowy przyszedł do nory, trzymając w pysku kilka kwiatów. Położył kolorowy bukiecik przed Mewą i polizał ją po czole kilka razy. Widać było, że chciał z nią porozmawiać. Jednak mając u boku Wąsatkę, ciężko było o chwilę ciszy czy prywatności. Czarno-biała natychmiast doskoczyła do jego łapy, radośnie poruszając wibrysami.
— Tato! Tato! — wykrzyknęła, skacząc wokół niego.
Wilczy Skowyt uśmiechnął się i – gdy Wąsatka znalazła się przy jego tylnych kończynach – zatrzymał ją ogonem. Brązowooka uderzyła w niego pyskiem, cofnęła się kilka kroków i… wywróciła. Jak widać, najbystrzejsza to ona nie była.
— Och, Wąsatko… Musisz bardziej uważać! — odezwała się Mewa, z litością patrząc na córkę.
Młodsza otrzepała się i spojrzała na mamę, która przypominała tylko jasną, niewyraźną plamę.
— Uważam! Ja bardzo uważam — uparła się, marszcząc brwi.
Samotniczka zaśmiała się cicho i przeniosła spojrzenie na Kobczyka, która właśnie bawiła się kwiatami przyniesionymi przez Wilczka.
— Twoja siostra nie wywraca się tak często. Musisz pracować nad swoimi ruchami — mruknęła cicho, tak by tylko Wąsatka i stojący obok Wilczek ją usłyszeli.
Młódka oburzyła się i od razu chwiejnie się podniosła.
— Mam udowodnić, że potrafię chodzić tak jak Kobczyk? — fuknęła, strosząc futerko na karku. — W takim razie proszę bardzo! Możemy się ścigać! — dodała szybko, a gniew coraz mocniej narastał w jej niewielkim sercu. — Ty! — burknęła nagle, zerkając wprost na Wilczka. — Zabierz nas na zewnątrz! — przerwała na kilka oddechów. — Proszę…?

<Tato?>