BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 maja 2023

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Ważkowej Łapy (Ważkowego Skrzydła)

— Mroczna Gwiazdo, wróciłam — odezwała się, stając przed kocurem i zadzierając łebek by móc spojrzeć mu prosto w oczy. — Spędziłam całą noc w lesie, sama, wyszłam z tego cało i wierzę, że to wystarczy aby cię zadowolić. Czy mogę poprosić o swoje nowe imię? — mrugnęła kilkakrotnie i czekała na odpowiedź.
Skinął głową. Nie przepadał za dziećmi Bezzębnego Robala, jednak nie dało im się odmówić względnej siły. Zgodnie z warunkami wytrwała noc, więc miał podstawy, by ją mianować. Nie mógł jednak kłamać, że miał cichą nadzieję, że Ważka zdechnie gdzieś po drodze. Zdawała się wręcz kopią swojej zdurnowaciałej matki - albo może po prostu czuł naturalną irytację patrząc w pysk komuś tak podobnemu do swojej rodzicielki względem osobowości.
Wskoczył na jakiś wyższy punkt. Byli w wędrówce, zatem tymczasowy obóz nie był przygotowany pod przemówienia. Nie narzekał jednak na to. Nie wątpił, że będzie dobrze słyszalny.

* * *
Minęło sporo czasu od tamtej pory, a on mało kiedy w ogóle myślał o Ważce, która była tylko tłem wśród innych kotów. Jednak podobało mu się, że po śmierci matki nie wydawała się do niej tak bardzo przywiązana. Czas mijał. Najbardziej niewygodnym dzieckiem Bezzębnej pozostawała stara dobra Różyczka, która w podobieństwie do swojej matki, zachowywała się tak, jakby jej ego było znacznie większe od jej ilorazu inteligencji. Ale nie martwił się nią. Nie musiał się martwić Łasicą, miał go na muszce, więc tym bardziej Różą, która nie była na tyle inteligentna, by stanowić dla niego kłopot. Zresztą, sądził, że wystarczająco już uszkodził jej psychikę. Nie podejrzewał, że byłaby na tyle odważna, by przeciw niemu spiskować. A jeśli nawet, miał jeszcze wiele księżyców, by złamać ją i resztę tej zgrai niewdzięcznych pomyleńców.

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Szakalego Szału

 Siedział wyprostowany i ze spokojem oglądał to, co działo się po wojnie. W obozie leżały truchła poległych, które po kolei obmierzał spojrzeniem. Szczególną uwagę zwrócił na Truciznę - miał problemy ze szkoleniem, ale końcowo wyrósł na dobrego kultystę. Niestety nie miał zbyt dużo czasu, by służyć duchom Mrocznej Puszczy. 
Legowisko medyków było zatłoczone. Leżeli tam ranni w ciężkich, lekkich czy średnich stanach. Miał nadzieję, że Gęś i Kuna szybko się nimi zajmą. I tak stracili dużo kotów. Przygotowywał się już do odprawiania pogrzebów ku czci tych, którzy oddali swoje życie za Klan Wilka. Jedynym kotem, który nie zasługiwał na godny pochówek, była Wścibski Nochal.
— Wybacz, Mroczna Gwiazdo, że ci przeszkadzam. — Nie spodziewał się widoku złotej. Upuściła pod jego łapami skrawek futra. — jednakże obawiam się, iż doszło do zdrady. Wojownik o imieniu Pustynna Róża jest martwy, a mimo tego nie nosi zapachu naszych wrogów jak reszta zwłok. Dodatkowo nigdzie nie widzę Nocnej Tafli. Twoi poddani potwierdzili brak obecności tej kotki.
Przyjrzał się dokładnie sierści, która spoczywała na wojowniku. Wszędzie by ją rozpoznał. Oczywiście, że mogła należeć do Nocnej Tafli. Zastanawiał się, gdzie była, ale sądził, że jej zwłoki zawiruszyły się na polu bitwy. Skinął głową.
— Jesteś bystra — pochwalił ją. — Mogłem się spodziewać zdrady po tym ścierwie. Chociaż nie ma niepodważalnego dowodu, myślę, że futro ubarwione podobnie do Nocy, jej nagłe zniknięcie i brak charakterystycznego zapachu to wystarczające powody, by okrzyknąć ją zdrajczynią. Tak też myślałem. Nie pasował mi fakt, że nigdzie nie mogłem dostrzec Nocnej Tafli. Weź to ciało i połóż je pod pniem, Szakal.
Mógł tylko dostrzec szybkie skinięcie głowy, gdy mistrzyni ruszyła w kierunku jednego z ciał. Kilka kotów nad nim czuwało, ale ziemska tęsknota musiała poczekać. Były ważniejsze sprawy. 
Wskoczył na pień i zaczekał, aż Szakal doniesie ciało, chwytając je za kark.
— Klanie Wilka! — zawołał donośnie. — Niech wszyscy, oprócz tych poważnie rannych, zbiorą się pod miejscem zebrań klanu. Mam dla was sprawę niecierpiącą zwłoki.
Wszystkie koty natychmiastowo zaczęły się schodzić. Stokrotkowa Polana wskoczyła na pień, towarzysząc mu u jego prawego boku. Chłód zajął swoje miejsce przy pniu, bacznie obserwując tłoczące się koty.
— Przekażcie to, co teraz powiem, swoim rannym współklanowiczom, którzy nie mogli tutaj być — rozkazał. — Dzięki waszej mistrzyni, Szakalemu Szału, odkryliśmy zbrodnię, jakiej dopuściła się członkini Klanu Wilka.
Najpierw rozlegały się pojedyncze szmery, którymi potem zaraził się cały tłum. Omen przerwał rozmowy, podnosząc znów głos.
— Na wojnie poległ Pustynna Róża. Pomijając to, kim dla was był, bo sami dobrze to wiecie, walczył na wojnie, co również wynagradza wszelkie słabości. Zamordowała go Nocna Tafla. Zdradziła nas, walczyła przeciw własnemu klanowi, a potem jak ostatni tchórz uciekła z pola bitwy. Dlatego zaklinam was, żebyście natychmiastowo do mnie zgłaszali, gdybyście ją zobaczyli. Gdziekolwiek. Każdy, kto ją zobaczy, ma obowiązek ją zabić. Nie obchodzi mnie, czy zamierzacie być przy tym okrutni, czy oszczędzić jej cierpień i zabić ją szybkim przegryzieniem tchawicy. Jeśli czyjeś oko ją namierzy, ma być martwa. W takim wypadku ciało przynieście tutaj, by każdy mógł podziwiać, co dzieje się ze zdrajcami.
Koty wymieniały między sobą zaniepokojone spojrzenia. Gdy Omen zeskoczył z miejsca przemówień, tłum zaczął się rozchodzić, ale napięcie wcale nie ustało. Zwrócił się jeszcze do Szakalego Szału.
— Kiedy patrzę na to, co zrobiłaś, myślę, że nie możesz mnie już niczym zaskoczyć. Ale za każdym razem pokazujesz mi, że się mylę. W ostatnim czasie zrobiłaś dużo dobrego. Nie jestem ślepy na pożytecznych wojowników. Nagradzam tych, którzy poświęcają się dla siły i potęgi Klanu Wilka. To też ci wynagrodzę.

<Szakal?>

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Psiej Pokory (Źródlanego Dzwonka)

 Szli przez las w poszukiwaniu kolejnej i ostatniej na tę noc ofiary. Mroczna Gwiazda miał już zawracać pochód, gdy o obecności innego kota w pobliżu zaalarmowało ich żałosne zawodzenie kocięcia. A gdzie i kocię, tam prawdopodobnie i matka; pokierował koty w stronę dźwięku. Szli w odpowiednich odstępach, żeby nie dać potencjalnej ofierze uciec. Gdy ciemna sylwetka matki niosącej za kark ślepe i bezbronne jeszcze kocię ujawniła się kultystom, van skinął głową w kierunku Psiej Pokory.
— Zabij ją — wyszeptał do niej.
Nocniaczka wzdygnęła się, ale po krótkim bezruchu ruszyła do przodu. Skoczyła na samotniczkę, gładko ją mordując, nim zdążyła zorientować się co się stało czy odczuć lęk.
Nie wzruszył go ten widok. Jedynie popatrzył się na Błękitny Ogień.
— Weź dzieciaka, nie zabijaj. Idziemy do Puszka — miauknął, nie wyjaśniając nawet, kim owy Puszek jest.
*uwaga, brutalne opisy walki i przemocy*

Od Nastroszonego Futra

Skrzywił pysk, patrząc na niebieską, która nic sobie nie robiła z fochów syna. Nie miał pojęcia czy się przyzwyczaiła czy co, ale nie reagowała już tak jak pamiętał to w dzieciństwie. 
Przygarbił się, kiedy z jej pyska zaczęła lecieć litania do Klanu Gwiazdy. Widząc, że milczał, wojowniczka dała mu kuśtańca w bok, mierząc surowym spojrzeniem. 
Westchnął niczym męczennik, podchwytując rytm tak dobrze znanej mu melodii. Potrafił to recytować z zamkniętymi oczami, tak został przeszkolony przez matkę w tym aspekcie. 
Zadowolona kocica, nie przerywając modlitwy, zapatrzyła się w gwiazdy. Lśniły w jej oczach prawdziwą gorliwością. 
Jedno cisnęło mu się na pysk, gdy ją taką widział - wariatka. Zmuszała go do wiary w coś co jego zdaniem nie istniało. Zastanawiał się czy to piekło kiedykolwiek się skończy. 
— ... Ku chwale Klanu Gwiazdy — zabrzmiał ostatni wers, a następnie niebieska przygładziła mu odstającą sierść na łbie. 
I do tego też w zasadzie przywykł, chociaż wciąż nie lubił, gdy robiła to publicznie. Miał dość słuchania śmiechów, że był maminsynkiem. Wcale to nie była prawda! Po prostu... Taka była kara za jego głupie zachowanie. Kotka pilnowała go niczym kocię, obawiając się, że jeżeli spuści go z oczu, to zacznie mordować co popadnie. Nie było z nim przecież tak źle. Dzięki Strzyżykowemu Promykowi nieco zapanował nad swoją krwiożerczą naturą. Spotkania z medyczką były bardzo, jakby to ujęła matka, zdrowe. Potrafił w porę się powstrzymać przed agresją, a irytacja na osobniki płci przeciwnej nieco osłabła. Tak jak radziła ruda, nie schodził do ich poziomu, ignorując przez większość dnia i nocy. To działało, ponieważ nie zauważył, aby przez ostatni księżyc Zajęcza Troska czy Sroczy Lot mu się naprzykrzały. Ten chwilowy spokój zdawał się złudny. Mimo to... natrętne poczucie pustki i tego, że czegoś mu brakowało w życiu, nie odchodziło, a rosło z każdym dniem. 
— No i widzisz jak chcesz to potrafisz — z rozmyślań wyrwała go Tulipanowy Płatek, która skończyła pielęgnować mu futro. 
Tak... Nieco się zatracił, stawiając wszystko na jedno - ignorowanie spraw, które mogłyby podnieść mu ciśnienie. A może się poddał? Czy to możliwe, że złapał go taki stan, gdzie było mu już wszystko jedno, co działo się z nim i klanem? 
— Mhm... — mruknął markotnie, co nie uszło uwadze niebieskiej. Nic nie uchodziło. Zdawało mu się, jakby miała jakiś instynkt, który informował ją o tym, że z jej dzieckiem nie było zbyt dobrze. 
— Coś cię trapi? Wiesz, że możesz wszystko powiedzieć mamusi — zaczęła. 
— Ugh... Nie mów tak... To siara... — nie pamiętał już któryś raz upominał kotkę w tej sprawie. Chciał mimo wszystko zachować jakieś resztki godności, które mu pozostały. 
— Mam ci przypomnieć o tym, że nie powinieneś wstydzić się matki? 
— Słyszę to codziennie — miauknął, dając jej do zrozumienia, że wie o co chodzi i aby nawet się nie wysilała w tym temacie. Tulipan miała jednak to do siebie, że była uparta, tak jak i on. Musiał mieć to po niej, lecz przez to oboje byli w patowej sytuacji. Ktoś musiał ulec i odpuścić. Czy to dziwne, że to właśnie on był tym pierwszym?
— No... Czuje, że moje życie nie ma sensu. Brak mi... przygód. Każdy dzień jest taki sam. Daliowa Gwiazda zaciąga nas na jakąś głupią wojnę... Nie chcę tracić życia czy zdrowia dla niej i Źródlanego Dzwonka. To absurd, aby poświęcać tyle dla jakiejś kotki. — Przygarbił się, ale nie na długo, ponieważ łapa wojowniczki naprostowała mu grzbiet, że ponownie się wyprostował. 
— Nie garb się słońce. Sądziłam, że rozmowy z medyczką ci pomagają — zauważyła. — Wracasz z nich szczęśliwy. — nie skomentowała tematu wojny, jakby nie chcąc otwierać niepotrzebnej, burzliwej dyskusji. Tak jakby jego humor i tak nie był już parszywy.
— No tak... Nieco tak... Ale nadal to nie to czego pragnę. Chciałbym być wolny mamo. Móc decydować o sobie — zwierzył się jej, na co ta przytuliła go do swojej piersi. Zrobiło mu się miło i przymknął oczy, wtulając się w jej futro. Znów czuł się jak takie małe kocię, które wylewało na nią łzy, bo nie radziło sobie z życiem. 
— Pamiętaj, że jesteś wolny, gdy rozmawiasz z przodkami i słuchasz się moich słów — usłyszał jej głos przy swoim uchu.
To było... dziwne. Nie takich słów oczekiwał.
— Um... No nie wiem... To przeczy chyba pojęciu wolności... — No bo skoro się jej słuchał, to nie był niezależny. Miała nad nim kontrole, a kontrola nie równała się wolności.
— To najprawdziwsza wolność kochanie. Nie akceptujesz jej i przez to cierpisz.
Czy miała rację? I tak mu to jakoś nie leżało. A zresztą przecież się jej słuchał. Inaczej nie przychodziłby na poranne i wieczorne modlitwy, tylko obraził się na zawsze, nawet nie reagując na jej upomnienia odnośnie postawy. Chociaż to robiło się już dziwne, że gdy widział matkę od razu jego sylwetka się prostowała, jakby w obawie, że ta przyuważy jego niestosowny chód.
— Akceptuje... przecież... 
— Nie szczerze. Pamiętaj, że przede mną nic nie ukryjesz — przypomniała mu o tym fakcie. 
No tak... Bo kotka nie miała nic innego do roboty, tylko obserwacje każdego jego kroku. Chociaż zdawało mu się, że robiła to nieco mniej niż po tym, jak zdradził jej swoją niezbyt moralną pasje. Czyżby zaczęła mu ufać w tej kwestii? A może to on nie zauważał jej wzroku, bo nie zwracał uwagi na otoczenie? 
— Jak sobie radzisz jako ojciec? Nie widzę byś odwiedzał kocięta. — Posłała mu niezbyt zadowolony z tego faktu wzrok, zmieniając temat. 
— Odwiedzam — skłamał. — Zajmuje się nimi...
Jego pysk został zaraz uniesiony przez łapę matki, która wbiła w niego spojrzenie. Skulił się na to wewnętrznie, kładąc po sobie uszy. Dlaczego taki mały gest powodował w nim takie skrajne uczucia? Obawiał się jej złości? Zawodu, który zaraz zabrzmi w jej głosie? Kolejnej sztuczki, po której poczuje się winny? 
— Nie kłam. Matki się nie okłamuje. To dopiero wstyd, a ty przecież nie chcesz mnie zawodzić, prawda? — Wiedziała gdzie uderzyć, aby ruszyć jego sumienie. Rzeczywiście... I tak raczej nie uwolniłby się od niej, gdyby nie odpowiedział. A tak przynajmniej nie będzie mu truć o to tyłka. 
— N-no... Paskuda... Nie pozwala mi i tak ich odwiedzać. Wpadła we wściekliznę. Rzuca się na każdego... — zaczął się tłumaczyć, będąc po części zły na siebie, że przejął się słowami wojowniczki i głos mu zadrżał. Tak nie powinien zachowywać się silny kocur! Bać się matki! To dopiero wstyd! 
— Pogadam z nią. Tak dłużej być nie może. Słyszałam, że broni młodych, ale ty jesteś ich ojcem i powinieneś być obecny w ich życiu. — Wypuściła z łap jego podbródek, przez co pomasował się po tym miejscu. Może i nieco wyrósł i nie był mały, ale to i tak nie przeszkadzało kocicy na takie zagrywki, co go niejako peszyło. Ale nie był o to na nią zły. Przywykł do tego, że traktowała go wciąż jak kocię. 
— Mamo... Proszę... Sam to ogarnę — powiedział, nie chcąc, aby ta załatwiała sprawy za niego.
Niebieska zastanawiała się chwilę nad tymi słowami, ale pokiwała w końcu głową. Możliwie, że jednak jakąś wiarę jeszcze w niego miała. 
— Ale pamiętaj, że w razie czego jestem w stanie ci pomóc. Chodź... Czas spać, zrobiło się późno. — Wstała, kierując kroki ku legowisku wojowników. 
Racja. Noc była ciemna i po obozie mało kto się szlajał. Tylko oni byli tacy nienormalni, aby stracić tyle cennych uderzeń serca snu na modlitwy do Klanu Gwiazdy. 
Ruszył za Tulipan, wchodząc do środka legowiska. Masa ciał walała się w spokojnym śnie. Ominął łapy co niektórych, które walały się na wszystkie strony, tarasując przejście, po czym szybko ułożył się obok matki. Tak, jakoś tak coraz częściej wybierał ją na swoją poduszkę, ponieważ nie chciał ciągle zamęczać siostry. Miała swoje sprawy, a dodatkowy ciężar w postaci jego łba, na pewno nie byłby tym o czym marzyła. A Tulipanowy Płatek nie miała oczywiście nic przeciwko. Nawet się z tego cieszyła, bo rano mogła go od razu wyciągnąć na poranną modlitwę, którą zwykle wymawiał jeszcze śpiąc.
Umościł się wygodnie przy kotce, starając zapomnieć o zbliżającej się wojnie, bowiem myśli zaczęły z powrotem latać mu na te tematy. Jednak na jego szczęście, sen nadszedł dość szybko. 

*** 

Coś go obudziło. Mianowicie jakaś srebrna kulka. Otworzył zaspane oczy, patrząc się zaskoczony na syna, który już radośnie otwierał swój pysk, aby go powitać, budząc przy tym każdego kota w legowisku, ale w porę zatkał mu narząd mowy łapą. 
— Cicho — ziewnął szeroko. Miał wiele pytań co tu robił, ale jego język był strasznie ociężały. Sen znów spływał na powieki, a małe ciałko Makrelka zostało przyciśnięte do jego szyi oraz łba, gdy objął go kończynami. 
I tak wielki kociak został poduszką swego ojca, który na powrót wrócił do spania. Było to ciężkie, bowiem malec się wiercił, a jego westchnięcie pełne bezsilności rozległo się dość głośno przy jego uchu.
— Tato... — wyjęczał mu. 
Ech...No i miał za swoje. Paskuda znów ignorowała swój matczyny obowiązek wychowawczy. Uchylił lekko powiekę, wpatrując się w niezadowolony pyszczek kocurka. 
— Hm? — mruknął jedynie czując, że jeszcze chwila i znów porwie się w świat snu. 
— Bo ja mam dziewczynę, wiesz? — Te słowa go rozbudziły i aż zamrugał. Uniósł łeb, posyłając brzdącowi zadowolony uśmieszek. No. Widać, że wdał się w niego, mały łobuz. Potarmosił go po główce, mrucząc. 
— Bardzo dobrze. 
— Jest bardzo fajna, to też wiesz? — zapytał, a on pokręcił głową. Nie znał w końcu miłosnych podbojów syna, lecz czuł się dumny z tego, że młody już zaczynał... I to jeszcze w podobnym wieku co on! Niesamowite. Rzeczywiście był jego dzieckiem. 
— Jak się nazywa? — Musiał dowiedzieć się, kto został ofiarą Makrelka i ocenić czy kotka nie zrobi mu krzywdy albo co gorsza, nie jest jakąś ideologiczną, zapatrzoną w siebie babą, którą zniszczy mu dziecko. 
— Ryjówka! Jesteśmy razem... — zamyślił się, licząc w głowie jak długo byli parą. — Prawie cały dzień! 
No to go zaskoczył. Sądził, że to było coś... dłuższego, a tu proszę. Nie cackał się widać. 
— Jestem z ciebie dumny, synu. — Uśmiechnął się zadowolony, ocierając się łbem o potomka. W zasadzie... To w takim wypadku nie miał nic przeciwko, by maluch spędził z nim czas. Udowodnił mu, że zasługiwał na jego uwagę, dlatego też odgonił sen i spędził ten poranek z dzieckiem. Gorzej sprawa miała się z matką, która widząc wnuka, zaczęła wkładać mu bzdury do łba o Klanie Gwiazdy, a ten zdawał się w to wierzyć. 

*** 

Wyruszył na wojnę. Może i wcześniej narzekał, że nie chciał brać w tym udziału, lecz gdy tylko jego kły zagłębiły się w ciele wroga, a metaliczny smak krwi otoczył podniebienie, zaczął czerpać z tego chorą radość. O tak... Spuścił na wolność swoją mroczną duszę, nie mając litości. Każdy krzyk kotki czy kocura powodował u niego przyjemne dreszcze na grzbiecie. Był pierwszy raz drapieżnikiem, a nie ofiarą. Wyżywał się na tych osobnikach, wyobrażając sobie swoich oprawców. To nic, że ci mu nic nie zrobili, a był to jedynie rozkaz Daliowej Gwiazdy. Cieszył się. Bardzo. 
Wyrwał kawał futra wojowniczce, która przeraźliwie wrzasnęła. I na tym zakończyły się próby Strzyżyk, by go zmienić, uspokoić. Zwierz dorwał się do ofiary i nie zamierzał z tego rezygnować, nasycając swój język krwią. Była cudowna, wspaniała, a uderzenia wroga nie robiły na nim wrażenia. Wpadł w trans... trans, który pochłonął go doszczętnie. 
Nie miał pojęcia kiedy ucichły krzyki, kiedy w ogóle wrócił do domu. Nadal jego umysł znajdował się na polu bitwy. 
Gdy matka powitała go żywego, musiała doznać wielkiego szoku, bowiem szczerzył się radośnie, jak gdyby nareszcie po tylu księżycach udało mu się spełnić marzenie. Był wolny, był sobą. Krew na jego pysku i łapach. To był on. Ten prawdziwy. Ten, który chciał jedynie brać, słyszeć cierpienie w głosie ofiar i błagania o litość. 
— Na Klan Gwiazdy jak ty wyglądasz! — powiedziała z niepokojem w głosie. 
— Było wspaniale — rzekł zamiast odnieść się do jej słów, jak gdyby ktoś zaćmił mu umysł jakąś kocimiętką. — Mamo... Odkryłem pasje... To było cudowne. Nasyciłem swój głód krwi. Szkoda, że tego nie widziałaś. Nie mieli ze mną szans. Uciekali z przerażeniem... 
Matce nie podobały się jego słowa. Było to widoczne na jej pysku, na którym szok mieszał się z niepokojem. Podeszła bliżej, omiatając wzrokiem jego futro, sprawdzając jak bardzo jej dziecko ucierpiało. Jakoś... nie zwracał uwagi na rany. Ból odszedł zastąpiony przez ten wspaniały posmak walki...
— Nie chcę słyszeć tych głupot. Chodź. Trzeba cię umyć i opatrzeć. — Pociągnęła go w stronę gdzie znajdowała się zapracowana medyczka. 
Strzyżykowy Promyk musiała się zdziwić z jego dobrego humoru, ale tego nie skomentowała. W końcu Tulipanowy Płatek była obok, oczekując aż ruda zrobi z nim porządek. 
Musiał jednak przyznać... że z chęcią by to powtórzył. 

*** 

Siedział w rzece. Tak. W rzece! Czuł się przez to jak taka namoknięta kaczka. Niebieska wojowniczka zaciągnęła go tu w jednym celu... By oczyścić go z grzechów. 
Ile razy by nie tłumaczył matce, że wszystko z nim w porządku, ta upierała się przy swoim. Dlatego tak skończył. Aby nie jazgotała mu nad uchem. 
— Czy to konieczne? — burknął do niej niezadowolony. 
Sądził, że skoro jej przyjaciółka zmarła na wojnie, ta popadnie w rozpacz i przez to jej kontrola nad nim dobiegnie końca. Mylił się. Kocica wręcz jeszcze bardziej go od siebie uzależniała, co bardzo mu się nie podobało... Nie wiedział czy kierował nią matczyny instynkt czy co... A nie... Twierdziła, że to co sobą zaprezentował na wojnie było niegodne gwiezdnego dziecka. Nie zdziwiłby się, gdyby uważała go za opętanego przez te całe mroczne lasy, czy jak to się zwało.
— Oczywiście. Masz jakieś obiekcje? — Uniosła brew, na co tylko odwrócił wzrok. Przynajmniej nie było świadków tego, jak się upokarzał... 
— Zaczynaj. Chcę mieć to za sobą...
Tulipanowy Płatek chrząknęła, po czym posłała litanie do Klanu Gwiazdy o oczyszczenie jego duszy ze wszelkiego zła. To z jaką powagą do tego podchodziła sprawiało, że chciało mu się śmiać. Nie uszło to uwadze wojowniczki, która tylko posłała mu srogie spojrzenie.
— Z woli Klanu Gwiazdy oczyszczam cię tą wodą. Niech zmyje każdy grzech, niech natchnie cię światłością i wiarą... — to powiedziawszy zanurzyła mu na moment łeb w wodzie. 
Gdy się wynurzył, musiał wyglądać na świętego, bowiem jego wiecznie stercząca sierść oklapła, nadając mu iście obcego wyglądu. Nie poprawiło mu to jednak humoru. Wręcz... boczył się na kocice jak kociak. 
— Już po wszystkim — dodała zaraz, kierując się na brzeg. Wstał, otrzepał się i ruszył za nią ociężale. 
— I naprawdę sądzisz, że to mi pomoże? — rzekł nieprzekonany. 
— Oczywiście. Klan Gwiazdy na pewno nie byłby zadowolony, gdybyś przeszedł na stronę zła. Nie powinni cię już kusić. Chodź. Pomożesz mi pozbierać kwiatki na grób Popielatego Świtu. Pewnie jej się spodobają... — Skierowała kroki na cmentarzysko, gdzie grzebano martwych. 
Nie mając wyjścia ruszył za nią. 

*** 

Jego matka zwariowała. Siedzieli razem, odmarzając tyłek w śniegu, a on musiał śpiewać pieśni ku chwale martwych kotów, w których istnienie nie wierzył. Co w tym dziwnego, skoro robił to od wielu księżyców? A otóż to, że wojowniczka go speszyła, przez co aż poczerwieniał pod sierścią. Że on ładnie śpiewał? Że polepszył się i nie brzmiał już jak dogorywający trup? Że zaczął się starać? 
Aż go zatkało. Nie potrafił nic z siebie wykrztusić, jak gdyby coś utknęło mu w gardle. Nawet mróz nie był mu straszny, bo szybko zrobiło mu się gorąco. 
— Nie mów tak... — zapiszczał. — To nic cudownego... To straszne! Babieje na starość. — Złapał się aż za głowę. 
Czy tak będzie wyglądać do końca jego życie? Podlizywanie się martwym bytom, ku radości matki? Nawet nie zauważył kiedy przestał fałszować. Robił co mógł, aby pokazać swoją niechęć do tego typu rzeczy, ale... Ale zapomniał. Czy matka robiła to specjalnie? Usypiała jego czujność?!
— Przesadzasz — miauknęła, nie przejmując się jego paniką. No tak. Łatwo jej było mówić. Dla niej to było normalne. Na pewno z radością widziała go śpiewającego pieśni ku chwale Klanu Gwiazdy u swego boku. 
— Wcale nie, ja... — nie dokończył, bo jej łapa nagle pojawiła się na jego pysku.
— Już ciii... Kontynuujmy modlitwę. — I niczym w transie, zaczęła wgapiać się w niebo, czekając aż wznowi słowa. 
Nie chciał tego robić. Mdliło go na samą myśl, że to jeszcze nie koniec. 
— Mamo... Już robi się za jasno... Muszę iść na patrol, polowanie, więc dzisiaj Klan Gwiazdy musi poczekać.
— Naprawdę uważasz, że obowiązki są ważniejsze od przodków? — skarciła go spojrzeniem. — Modlitwa musi być wypowiedziana do końca. Wtedy dzień i łowy będą pomyślniejsze. 
Normalnie czuł się tak, jakby gadał do drzewa. Nic ją nie ruszy. Nic, a nic... 
Nie mając wyjścia westchnął cierpiętniczo, po czym ku jej radości kontynuował tą torturę, aż nie poczuła się spełniona. Wtedy też szybko dał nogę z obozu, mijając zaskoczonego Skrzeczącego Pyska, który rzucił do niego, że nie wiedział, że umiał śpiewać. Nie odpowiedział mu na to, jedynie paląc się pod futrem ze wstydu. Chciał się zapaść pod ziemię i już nigdy z niej nie wychodzić. 

*** 

Nienawidził Daliowej Gwiazdy. Tak bardzo nienawidził. Wpatrywał się w martwe ciało matki, której oddech na zawsze uleciał z ostatnim tchnieniem. Samotnicy zrobili na nich zasadzkę, w którą liderka ich wprowadziła. Sam nie brał udziału w tej akcji, ale żałował. Może wtedy... Może wtedy udałoby mu się ją ochronić. Nie musiałby teraz patrzeć zaskoczony na jej nieruszające się ciało, nie czułby tego potwornego bólu, który rozrywał mu pierś. To było niesprawiedliwe! Dlaczego? Dlaczego ona? Przecież nie zrobiła nic złego. Była zawsze uważana za świętoszkę... 
Płakał, płakał rzewnie i długo, nawet nie zwracając uwagi na otoczenie. Kątem oka widział Mglistą Zatokę, którą ta wieść również zaskoczyła. Nie wiedział co teraz. Co teraz miał zrobić? Tulipanowy Płatek zawsze była przy nim. Wychowywała i może w wielu przypadkach była denerwująca, a ich kłótnie czasem niosły się po obozie, ale... To była jego mama. Kochał ją i teraz gdy odeszła nie potrafił się odnaleźć w nowej rzeczywistości. 
Przynajmniej Daliowa Gwiazda zdechła. Nie potrafił jednak z tego się cieszyć, ani z wiadomości, że nowa liderka mianowała jego siostrę na zastępcę. Era kotek trwała w najlepsze. Nic się nie zmieniło. I nie zmieni. Wątpił, aby Mgiełka wprowadziła zmiany. Wiedział doskonale, że zadawała się z tymi nazifeministkami, które chciały podzielić ich klan na te lepsze samice i tych gorszych samców. A najlepiej to, aby im służyli jak niewolnicy. 
Wbił pazury w ziemię, dusząc szloch i przełykając łzy. Można powiedzieć, że to matka trzymała go w klanie. Ile razy miał ochotę uciec, zostawić przeszłość za sobą i żyć tak jak zawsze pragnął? Niebieska gasiła w nim tą chęć przygód, zawracała na ziemię. A teraz... teraz gdy jej nie było... Mógł spełnić swoje marzenie. Mógł zacząć żyć na nowo. Z czystą kartą. Jak tylko miał to powiedzieć siostrze? Przeczuwał, że kotka nie będzie zadowolona. Możliwe, że orzeknie, że był zdrajcą i jeszcze skaże go na śmierć. Jeżeli już miał opuścić Klan Nocy to szybko. Nie chciał jednak zostawiać bliskich bez informacji. Chociaż... czy miał jakichś bliskich? Skrzeczący Pysk zginął, Turkuciowe Skrzydło dziwnie się zachowywał, no i był wciąż tylko dzieckiem, a Strzyżykowy Promyk? Medyczka mu pomogła, ale wierzył, że zaakceptuje jego decyzję i nawet w niej pomoże. Swych dzieci, jak i ich matki nie liczył. Widział co działo się w klanie. Jak jego córki były oddane w łapska popleczników Zajęczej Troski. Uważał, że prędzej czy później ta ich szkodliwa ideologia i je dopadnie. Nie chciał żyć w takim klanie. Nigdy. W życiu. Nie da się upokarzać co krok. Nic go tu nie trzymało. Szkoda mu było jednak Makrelowej Łapy. Syn nie zasługiwał na takie życie, ale wierzył, że sobie poradzi. Widział, że z niego taki lizus. Nie był skażony tak bardzo jego słowami jak sądził. Błotnista Plama dopilnowała tego... 
Wtulił nos w sierść matki, dalej płacząc, a w głowie kłębiło mu się coraz więcej myśli. Czy naprawdę to zrobi? Czy naprawdę chciał zostawić klan i żyć sam na nowo? Tak... pragnął tego z każdym porankiem, każdą modlitwą do Klanu Gwiazdy, z każdym spojrzeniem Sroki i Zając, z każdym rozkazem głupiej liderki, która przejęła władzę siłą i z każdym biciem serca. Był pewien, że jeżeli tu zostanie to oszaleje. Oszaleje i skończy ze sobą. Atmosfera tu była toksyczna, a koty w klanie fałszywe. Umierał z każdym dniem coraz bardziej... 
Czy będzie żałował? Wątpił. Nie zamierzał ginąć za taki klan. Już wolał być panem swojego losu. Chciał sam decydować o tym co słuszne, a nie wykonywać rozkazy wariatek. 
Podjął decyzję. 

Od Niedźwiedziej Siły

 *dawno temu, gdy w Klanie Klifu szalała zaraza, a Niedźwiedź wyruszył po lek i prawie zginął*

Tylko cud sprawił, że udało mu się doczołgać do wyjścia z nory. Liczył na to, że matka pojawi się jak los zesłany z nieba i go uratuje. Musiała czasem wracać na stare śmieci. Nie wierzył, że całkowicie opuściła to miejsce. Tak się jednak nie stało. Przeleżał tam całą noc i przeżył. Nie mógł jednak tu zostać. Musiał albo odszukać starszą kocicę albo czym prędzej wracać do Klanu Klifu. Teraz nie chodziło o bezpieczeństwo społeczności, do której przynależał, ale o jego życie. A to... Było na pierwszym miejscu. 
Wypełzł na światło słoneczne, mrużąc oczy. Miasto budziło się powoli do życia. Jedyne co był w stanie zrobić, by nie wykrwawić się na miejscu bardziej, to zalepić rany pajęczyną, która na szczęście gęsto ścieliła legowisko matki. Możliwe, że to ocaliło go od całkowitej utraty tego cennego płynu. Wiedział przecież, że gdy wypłynie wszystko, to taki kot nie miał szans, aby z tego wyjść. 
Czerwona smuga ciągnęła się za nim, niczym pogrzebowy całun, gdy sunął niczym dżdżownica po gruncie. Umysł dalej trawiła gorączka, zasnuwająca mu myśli. Jak w tym stanie cokolwiek zrobi? Opadał z sił, a świat się rozmazywał. 
Na skraju świadomości zaczołgał się jeszcze parę kroków, aż jego drżące łapy odmówiły mu posłuszeństwa. Padł na beton, wzniecając z niego niewielki tuman kurzu i piasku. Tak miał zginąć? Otoczony metalowymi koszami i smrodem ciężkiego miasta? 
Ledwo usłyszał trzask, jaki rozległ się obok niego. 
Czyiś donośny, prawie makabryczny śmiech doszedł do jego uszu. Para czarnych łap stanęła mu przed nosem, a gdy resztkami sił uniósł łeb, jego zmęczonym ślepiom ukazał się szeroki uśmiech, ociekający nie współczuciem, nie litością, a zadowoleniem mieszającym się z satysfakcją. Pysk smoliście czarnego kocura zdawał się wypowiadać jakieś komendy, jednak Niedźwiedzia Siła już nie usłyszał, co takiego kocur przekazywał zebranej obok grupie, która jakby znikąd otoczyła rannego.

***

Niedźwiedzia Siła, chociaż osłabiony, mógł poczuć na swoich ranach kojące okłady, przytwierdzone roślinnymi bandażami i świeżą pajęczyną. Obmyty z krwi i w ciepłym pomieszczeniu, gdzie nie tykał go wiatr ni chłód.
— Budzi się.
Wśród żywych, kocura powitało to puste, beznamiętne stwierdzenie. Bez ulgi, bez radości. Jednak jaką uciechę przyniosło pewnemu kocurowi, który niczym kat siedział nad łbem rannego, pożerając go diabolicznym ogniem swoich ślepi. 
— Wrócił z zaświatów! — gromki śmiech rozległ się nad jego uchem. — Prosto pod moje łapy! — Czarny kocur oblizał się, odsuwając od rannego. — I co? Któż cię tak załatwił, Misiek, że z podkulonym ogonem musiałeś się półżywy czołgać do starego leża matulki?
Zamrugał, ponieważ nie wierzył swoim oczom. To był sen? Uniósł łeb, rozglądając się po otoczeniu, po czym skupił spojrzenie na Entelodonie. Był tu. Namacalny. Toż było aż dziwne. Uratował mu życie? Sam Pan Miasta, wielka szycha znana w tych okolicach do takiego stopnia, że każdy bał się wypowiadać jego imię, uratował mu życie. Znali się a jakże. Nie raz i nie dwa był wykorzystywany przez dawnego szefa, by pomógł grupie czarnego. Znał plotki o tym, że pragnął go mieć w swoim gangu, lecz Rybitwa stanowczo odmawiał takiego układu. W tamtych czasach był niczym łakomy kąsek, którego pragnięto odkupić, bo jedyne czym był to niewolnikiem. A teraz... Teraz się to zmieniło. Wraz ze zdradą do jakiej się dopuścił i ucieczką w dzicz. Odnalazł wolność i cel życia, który sądził, że już dawno utracił.  
— Raczej z leża... — sprostował jego wypowiedź. — A kto? Rybitwa. Kara za me grzechy — Skrzywił się z bólu, powoli się unosząc, lecz łapy się pod nim ugięły i skończył z powrotem leżąc. — Dziękuję za ratunek i łaskę, panie.
Kolejna salwa śmiechu opuściła gardło Entelodona, gdy usłyszał odpowiedź Niedźwiedzia. 
— Toś mu nieźle musiał podejść do gardła, że załatwił cię tak, że ja sam musiałem cię leczyć — zamruczał, by zaraz znów nachylić się nad burym. Oblizał pysk, pozbywając się kropelek śliny, które zafrunęły tam podczas wieśniackiego rechotu. Kocur z szerokim, nienaturalnym uśmiechem popatrzył klifiakowi prosto w oczy i z wyrazem pyska trudnym do odgadnięcia rzekł: — Zdechłbyś, Niedźwiedziu. Nawet ty zdechłbyś jak szczur, gdybym nic nie zrobił. Zapamiętaj to. Mam nadzieję, że Kostucha nie pozwoliła ci zapomnieć zasad panujących w moim mieście?
— Pamiętam. Nie śmiałbym zapomnieć. Winien ci przysługę — Położył po sobie uszy. Wpadł w jeszcze większe bagno niż przypuszczał. Trzeba było tu nie wracać. Ale... ale strach o ukochaną był silniejszy niż strach przed starym światem. Korciło go, by zapytać o matkę, ale wiedział, że za informację zapłaci. Nie miał na to czasu. Nie wiedział też czy właściwe będzie proszenie go o kolejną pomoc. Czuł jak sznur Pana Miasta zakręca mu się powoli na szyi.
— Nie wróciłbym do Betonowego Świata, gdyby sprawa nie była nagląca. Zdaje sobie sprawę, że postąpiłem jak głupiec, lecz zrobiłem to z pełną świadomością i wiedzą co mnie tu czeka. Dlatego też nie lękam się i wywiąże z prawa.
— Dobrze... — niski, zamyślony charkot dobył się z gardła samotnika. — Cieszę się, że nie postradałeś zmysłów  do tego stopnia, by bez powodu szukać guza. Cóżesz to za sprawa cię nagli, że postanowiłeś odwiedzić starych przyjaciół? — zapytał zaciekawiony Entelodon, sprawiając, że Niedźwiedzia Siła czuł się jak na przesłuchaniu. Przy wejściu zgromadziło się kilka ciekawskich kotów, które na ten moment odganiała czerwonooka kotka, która z poirytowaniem zamiatała długim ogonem ziemię.
Zerknął w stronę gapiów tylko na chwilę. Przywyknął do składania sprawozdań. Teraz był w nieco gorszym stanie, ale dalej jego głos miał w sobie jakąś wyszkoloną nutę.
— Choroba. Dlatego szukałem matki. Nie znam tej rośliny. Nie przykładałem do tego takiej wagi, mieszkając tutaj, lecz tam... gdzie przyszło mi żyć, nie wiedzą nic o tej dolegliwości. Chodzi o ropiejące oczy. Musze zdobyć na to lek... Dlatego zaryzykowałem swym życiem, by tu wrócić.
— Ha! — zakrzyknął kocur, najwidoczniej rozbawiony wyznaniem Niedźwiedzia. — Lek na ropiejące oczy? Po toś wrócił, żeby prawie zdechnąć na ulicy? — rechotał, obchodząc go dookoła. — Dobre, dobre... aż jestem ciekaw, co tam znalazłeś za miastem, że takie to ważne dla ciebie... — zamruczał gardłowo, a w jego ognistych oczach zatańczyło zastanowienie. Przysiadł na chwilę i bębniąc pazurami, wbił skupione spojrzenie w Niedźwiedzia. Oblizał po tym pysk, jakby specjalnie kazał rannemu kocurowi czekać na swoją decyzję. 
— Pomogę ci — rzekł w końcu. — Dam ci leki, które potrzebujesz. Nie za darmo, oczywiście. Będziesz mi winny przysługę. Kolejną. Będziesz na moje zawołanie te dwa razy. Nie ważne, jak trudne będzie zadanie.
Skinął wolno głową. Zdawał sobie sprawę, że będzie mu to winien. Cieszył się jednak z tego, że ten zgodził się mu pomóc, chociaż praktycznie mógł go już teraz wyrzucić na zbity pysk i żądać spłaty. Przynajmniej nie będzie zmuszony szukać matki... Kto wie czy starucha by mu pomogła. Jeżeli nie zmieniła się przez te wszystkie księżyce, to musiałby ją przycisnąć do tego, by mu dała te zielsko.
— Oczywiście, Entelodonie. — Pochylił pokornie łeb. — Wykonam wszystko czego zapragniesz. Mój lider będzie równie wdzięczny za okazaną łaskę. Zdaje sobie sprawę, że u nas są inne... tradycję. Nie powinien mieć problemu z tym, bym cię wspomógł jako spłata tak wielkiego dla naszej społeczności długu.
Z czarnego gardła wydobył się ciężki, niski rechot, a pomarańczowe ślepia zdawały się błyskać z zadowolenia. 
— Oby. Twój lider ma chorych podwładnych, więc wiesz, że nagła zmiana zdania, stchórzenie, źle by się skończyło dla twojej grupy — zamruczał Pan Betonowego Świata, by zaraz wyprostować grzbiet. — Ateno, skarbie, przynieś naszemu gościowi tego, co sobie zażyczył — polecił z "czarującym" uśmieszkiem, na co biała kocica wywróciła oczami. Zaraz wróciła z niewielkim pakunkiem, który Entelodon chwycił i zamachał Niedźwiedziowi przed nosem.  — Weźmiesz jak odzyskasz siły, dzieciaku. Uważaj następnym razem, martwy mi się nie przydasz — kocur oblizał się, po czym wyszedł, rozpędzając grupkę gapiów przy wyjściu.
Został sam z ranami, które wciąż szczypały go do takiego stopnia, że powrót do Klanu Klifu będzie dla niego wyzwaniem. Nie chciał jednak nadużywać gościny kocura. Wiedział kim był, a zostanie tutaj mogło zakończyć się dla niego wieczną niewolą pod jego symbolem. Nie był w stanie tego zrobić Aksamitce i ją porzucić. Dlatego też miał nadzieję, że Entelodon odezwie się do niego w tej sprawie najlepiej... nigdy. Ciężko było jednak sprawić, aby samotnik zapomniał o danym słowie, zwłaszcza że uratował mu życie, co nie mieściło się w zakresie jego kompetencji. 
Podniósł się ciężko na łapy, ale nie był w stanie wstać. Syknął pod nosem, ponieważ tak jak samotnik mówił, jeszcze nie doszedł do siebie. Może jeszcze tutaj nieco odsapnie, a gdy tylko zorientuje się o porze dnia, wyruszy do domu. 
Prawda była jednak taka, że nie zdobył się na to, póki Atena nie stwierdziła, że mógł ustać na łapach. 

***

Od tamtej pory minęło mnóstwo księżyców. Entelodon nie zgłosił się do niego, aby spłacić przysługę. To były dobre wieści, ponieważ narodziło mu się potomstwo, które zawracało mu głowę do takiego stopnia, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Nigdy nie przypuszczał, że zostanie ojcem i przyjdzie mu wychowywać córki. Jednakże... Cieszył się z tego jak ułożyło mu się życie. W Betonowym Świecie nie byłoby mu to dane. A tutaj? Natrafił na raj, prawdziwy raj, no i prawdziwą miłość, czyli coś co od zawsze uważał za bujdę. Jednakże wiedział, że przeszłość go prędzej czy później dopadnie. Można było to zauważyć na przykładzie Rybitwy, który upomniał się o niego, gdy tylko przekroczył próg dawnego domu. Wierzył, że i Pan Miasta w końcu zażąda spłaty długu. Tylko... Czy będzie gotów zrobić dla niego coś, po czym nie będzie potrafił spojrzeć Aksamitnej Chmurce w oczy? 

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Puszka (Jeleniego Puchu)

 Kultyści szli przodem, on zaś zamykał pochód. Słyszał głośny warkot rudego kierowany w stronę jego popleczników. Teraz musieli bardziej uważać, ale przeciw dużej grupie kocur nie mógł nic zdziałać.
Dopiero, gdy kultysci zbili się w gromadę, po kilku uderzeniach serca van wyłonił się zza drzew, stając na czele gromady i wpatrując się z wysoko uniesioną brodą w zdziczałego jeńca. Rudy Burzak syczał na koty, które zebrały się nad jego terenem. Jego oczy lśniły niepohamowaną agresją. Szczerzył kły, obserwując uważnie każdy ich najmniejszy ruch, jakby był gotów oderwać im wszystkim łapy, gdyby tylko je do niego wyciągnęli. Nagle jednak tłum się rozstąpił, a widok Mrocznej Gwiazdy sprawił, że położył po sobie uszy. Jego wrogie syki ucichły i jedyne co robił to wpatrywał się w kocura z szybko bijącym sercem. Przed nim szli kolejno kultyści. Sosnowa Igła, a obok przyjaźniący się Stokrotkowa Polana i Trójoka Wrona. Nieopodal Gęsi Wrzask z synem. Do uszu przywódcy dotarł warkot i syk prawdopodobnie należący do rudego.  Dopiero, gdy tłum jego popleczników rozstąpił się, by ujawnić swojego przywódcę, wyłonił się spośród nich Mroczna Gwiazda. Lider zauważył, że na jego widok rudzielec spotulniał. Van napuszył się, wpatrując się z kpiną i odrazą w siostrzeńca Rysiej Pogoni. Nieważne, ile będzie musiał utrzymywać tego tutaj kota. Będzie czekać na Burzaków tak długo, aż się nie zjawią. Aż ich przeklęta zastępczyni nie przekroczy granicy, by mógł zatopić w niej swoje kły i nie pozwolić, by ta haniebna zmora objęła przywództwo. Żaden członek rodziny tej nadętej ropuchy nie mógł żyć. Albo ulegną, albo zdechną jak robactwo. Uwagę vana przyciągnęła ziemia wyglądająca na świeżo rozkopaną.
— Co to ma być? — warknął, spoglądając na jeńca, który zerknął okiem w stronę ziemi, uginając łapy i kuląc się przed postawą lidera wilczaków. Drżał na ciele, aż wydobył się z jego gardła odgłos zakrztuszenia. Parsknął, oblizując nos. Spojrzał na swego pana ze strachem, kładąc się całkowicie na ziemi, zasłaniając swoją wygłodzoną posturą ziemię. Przywódca wysunął kły. Skinął głową Gęsiemu Wrzasku, który z automatu ruszył za liderem. Van wskoczył do dołu. Widział, że rudy drżał. 
— Odsuń się — rozkazał warkotliwie, gdy podszedł już do cętkowanego.
Rudy odsunął się natychmiastowo spod jego łap, przyklejając się do ściany dołu najdalej jak to możliwe od ich dwójki. Obserwował ich uważnie, łapiąc spazmatycznie oddechy. Jednak... Ani drgnął, chociaż skapująca ślina i rozchylony pysk wskazywały na to, że był o włos od wgryzienia się w ich futro. Na widok jego cieknącej śliny lider stanął łapą na miejscu przykrytym rozkopaną ziemią i spojrzał na cętkowanego.
— Co tam jest?
— Tup... Tłup... Ość... Ko...Kość. Dawno. Ty dać... — mówił dość niezrozumiale i ciężko, oblizując pysk. — Kic, kic — dodał zaraz.
Van prychnął. Gdyby to były tylko kości, ten nie byłby tak nerwowy.
Odkopał dół, znajdując z zaskoczeniem futro, które musiał tu pozostawić Puszek. Spojrzał się jeszcze raz na kocura, a potem na dół - i znów, na kocura i dół. Wyszczerzył zęby, chociaż wymagało od niego pewnego sprytu, żeby użyć takich pozostałości jako czegoś, co ułatwiłoby mu przeżycie.
— Zabierz mu to — miauknął Gęsi,  a ten wykonał polecenie, zabierając futro z dołu. Van natomiast zbliżył się do Jelenia ściśniętego w rogu dołu i skoczył na niego, zaciskając mocno kły na jego grzbiecie i szarpiąc, czując strumień krwi w swoim pysku. Jeleń natychmiast wrzasnął cierpiętniczo, zaciskając oczy z bólu. Pysk wykrzywił mu się, a z gardła uciekł żałosny jęk. 
— Nie! Zostaw! Zostaw. Ja wszystko. Wszystko. Złobie wszystko. Zostaw kic, kic. Błagam. Ty mi ał, ał. Wszystko. A ja kic, kic. Błagam — miauczał mu w panice, tak jakby kocur zabierał mu ostatnią krople wody, która umożliwiłaby mu przeżycie. — Kic, kic nie złe. To nie jeść. — skomlał do niego.
— Wszystko, mówisz? — zamruczał. — Dobrze. Zgodzę się... Na razie. Ale nie licz, że to futro zostanie z tobą na długo. 
Odwrócił się i skoczył, a z pomocą kilku kultystów, którzy złapali go za kark i wciągnęli, ustanął na powierzchni, patrząc z dołu na Puszka.
— Do zobaczenia, przyjacielu. Niedługo tu wrócę — zamruczał, oddalając się od tego miejsca.

<Jeleń?>

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Goryczkowego Korzenia

 Wszedł do legowiska akurat w momencie, gdy zapłakana Goryczkowy Korzeń rozmawiała ze swoją matką. Widząc go, Irga odsunęła się od swojej córki i podeszła do niego, mrucząc szeptem.
— Cała zapłakana. Nie chce drugiej ciąży. Tylko wyrzuty sumienia sprawiają, że próbuje zrobić cokolwiek dla kultu.
Mroczna Gwiazda westchnął głęboko.
— Można się było tego spodziewać. Ciąża jest jej obowiązkiem, a ja nie chcę trzymać w żłobku płaczących karmicielek. Porozmawiam z nią.
— Tylko ostrożnie.
Wyminęła go jednak i zniknęła, stapiając się z tłem obozowiskowego zamieszkania. On za to zbliżył się do płaczącej Goryczki i zauważył, że ta spojrzała na niego kątem oka, a potem odwróciła szybko wzrok, poprawiając się w siedzeniu.
— Twoja matka mówiła mi, że masz opory z kolejną ciążą.
Łapy złotej zadygotały nieznacznie.
— Nie chcę was zawodzić — wyszeptała półgłosem. — Proszę tylko o kolejną szansę.
Lider uniósł brew.
— Goryczko, dostałaś tych szans już bardzo dużo. Wiesz o tym.
Wojowniczka spuściła wzrok, ale nie odpowiedziała. Zatem van kontynuował.
— Powinnaś być w jeszcze gorszej pozycji niż Kunia Norka i jesteś tego bardzo dobrze świadoma. Irga była wobec ciebie bardzo cierpliwa. Aż nadto. Ale nie będziemy dłużej ci ugadzać, jasne? Jesteś słaba i nie możesz mieć do mnie pretensji, że ci to mówię, bo stwierdzam tylko fakt. Ale możesz zrobić chociaż minimum, żeby się na coś przydać. Na razie jesteś tylko pasożytem o zaniżonych umiejętnościach. Byłem łaskawy, Goryczko, że nie wyrzuciłem cię z klanu. Jesteś wojowniczką, a uczniowie przewyższają cię wiedzą i siłą. Wiesz, co to znaczy. Nie będę tolerować w Klanie Wilka takiej słabości. To źle o nas świadczy.
— P-postaram się, Mroczna Gwiazdo. Zrobię co w mojej mocy.
— Już pokazałaś swoje "starania". Nie chce ci się nawet zrobić czegoś tak prostego jak zerwanie relacji z Kuną, a my chcemy tu mówić o godnym reprezentowaniu Wilczaków — prychnął. — Nie widzisz, jak zawodzisz twoją matkę? Wychowała cię, poświęciła dla ciebie swoje życie, a ty na starość nawet nie sprawisz jej radości w postaci wnuków. Skoro Stokrotkowa Polana potrafiła to zrobić, to ty również.
Pojedyncza łza spłynęła z Goryczkowych oczu.
— Przysięgam, że to nie była moja wina. Nie chciałam, żeby to się tak skończyło!
Ale Mroczna Gwiazda spojrzał na nią tylko z chłodnym rozczarowaniem i odwrócił się, pozostając głuchym na jej wezwania.

<Goryczka?>

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Chłodnego Omenu

 Van uniósł brew, spoglądając na tą dwójkę z politowaniem. Gdyby to był syn z kimkolwiek innym, to oboje leżeliby na mchu ledwo żywi, ale że Chłód był w towarzystwie zięcia, to ojciec tylko pstryknął pazurem w czoło Chłoda.
— Macie szczęście, że jestem w dobrym humorze, bo oboje byście mieli przechlapane  — miauknął ironicznie, po czym spojrzał na Gęś sugestywnie. — Powinieneś pilnować tego imbecyla, Gęsi Wrzasku. Widać, że mój syn móżdżek dalej ma mały jak mysz...  Bądź głową w tym związku, bo chociaż ty jedyny jesteś porządny. A ty będziesz mi wymieniać mech w tym legowisku — zwrócił się do potomka, na co on położył po sobie uszy, zacisnąwszy pysk, nie chcąc kłócić się z kocurem. Machnął niezadowolony ogonem, co zostało zauważone przez jego partnera, który posłał mu zmartwione spojrzenie. 
— Oczywiście, teściu. Nie musisz się o nic martwić. Chłodny Omen jest ze mną bezpieczny — zapewnił go. 
— Nie jestem już kocięciem — prychnął, mordując wzrokiem tą dwójkę. — A mech ci zmieniam zawsze i to z własnej woli, ojcze. Nie potrzebuje do tego "kary", by się za to zabrać.
Lider skrzywił się.
— Zajmujesz się pierdołami zamiast czymś ważniejszym. Nie po to cię mianowałem na mistrza, żebyś odwalał robotę za uczniów, gdy nie musisz — miauknął i wyszczerzył się na słowa Gęsi. — Bezpieczny to jedno, ale ktoś musi dbać o to, żeby nie wpadł na nic głupiego. Może od twojej obecności iloraz inteligencji mu się magicznie zwiększy.
Chłód wbił wzrok w łapy, obserwując jak końcówka jego ogona chodzi to w prawo, to w lewo. 
— Chodź, Gęsi Wrzasku. Mamy obowiązki do wykonania — zwrócił się do partnera, nagle wstając i opuszczając legowisko swojego ojca. Point za to westchnął głośno, przeprosił raz jeszcze lidera i ruszył za nim.

* * *
Mroczna Gwiazda skupiony był na samotniku, który jeszcze chwilę temu wkroczył na ich tereny. Chwilę poświęcił na to, żeby go przesłuchać, czemu towarzyszył grzechot kości za każdym razem, gdy lider przykładał mu z całej siły za niesatysfakcjonujące odpowiedzi.
— Co sobie myślałeś, wchodząc tutaj? — ton głosu lidera był spokojny i zrównoważony, ale brzmiała w nim nuta groźby informująca obcego, że powinien modlić się o szczęście.
— Nie miałem złych zamiarów, ja tylko...
— Granice były oznaczone — przypomniał spokojnie Mroczna Gwiazda i wysunąwszy pazury, spoliczkował samotnika. Krew zaczęła obficie sączyć się z jego policzka, czemu towarzyszył wrzask. — Obyś miał lepsze wytłumaczenie.
— Chciałem zapolować! Chciałem tylko zapolować! — uderzenie natychmiast pobudziło przerażonego do gadania, ale tymi słowami nieświadomie jeszcze bardziej zaprzepaścił swoje szanse na ratunek. Omen zamachnął się i wymierzył mu perfidny cios, po którym samotnik zachłysnął się i zakaszlnął, wypluwając z siebie krew. Wymierzył kolejny cios - tym razem słychać było szczęk łamanych kości.
— Czyli nie dość, że wtargnąłeś na nasze tereny, to podkradłeś nam zwierzynę? — czarny van podniósł głos. — Myślisz, że rośnie na drzewach?
— Nie, ja...
Ale było już za późno na wytłumaczenia. Omen zamachnął się po raz ostatni w głowę samotnika, by po chwili zacząć szarpać jego ciałem. Końcowo puścił go, pozwalając, by krew broczyła z jego ciała, a ten powoli się wykrwawiał.  
Oprócz reszty kultystów przyglądali się tej krwawej masakrze Chłodny Omen i Gęsi Wrzask. Ten pierwszy ze spokojem, a nawet znudzeniem, bez zbędnych uczuć, drugi zaś z szaleńczym uśmiechem.
— Mroczna Gwiazdo będę mógł wykorzystać jego szczątki do badań? — zwrócił się do lidera medyk. 
Gęsi już od kilku dni miauczał mu o tym, że chciałby zacząć testy.
Van musiał przyznać, że był zadowolony z medyka. Uzdrowiciele z innych krajów wiedzieli tylko jakich ziółek używać na dane przypadłości, ale większość z nich zemdlałaby na myśl o grzebaniu we flakach. Mroczna Gwiazda miał dość tego typu medyków. Gęsi Wrzask nadawał się idealnie - był w stanie nauczyć się kociej anatomii na podstawie badania trupów. Na coś te pasożyty się przynajmniej przydawały po śmierci.
— A co ty chcesz badać? — wtrąciła się Sosnowa Igła. — Smaki? 
Szczurzy Cień zwiesił bardziej łeb, nawet nie patrząc w ich stronę. Zatopił się we własnych myślach. Nie było z nimi Irgowego Nektaru. Kotka nie była już młoda i zaczęła bardziej skarżyć się na stawy, które ją pobolewały. 
— Nie? — prychnął do niej point. — Nie pojmiesz tego swoim mysim móżdżkiem.
— Oczywiście, Gęsi Wrzasku. Im więcej praktyki, tym lepiej — odparł Mroczna Gwiazda na uprzednie pytanie Gęsiego Wrzasku z takim spokojem, jakby co najwyżej jadł śniadanie, a nie napastował jakiegoś kota. Zignorował natomiast niepotrzebne wtrącenie Sosny, nie dając kotce atencji. Van tylko przez moment zatrzymał wzrok na Szczurze, który zdawał się być jeszcze bardziej nieobecny, niż kiedyś. Gęsi Wrzask zaś ucieszył się na te słowa, oczekując na zgon jego przyszłej ofiary. Omen dostrzegł tylko, że Gęś miauczał coś na ucho Chłodnemu Omenowi, jednak syn nie odpowiedział na to, strzepując uchem, co go zaskoczyło. Wzrok dalej miał utkwiony w szamotającej się postaci, która błagała o litość. 
— Dalej jesteś zazdrosny? — zapytał zdumiony point, ponieważ od sytuacji w legowisku minęło dość sporo czasu. 
— Nie. Czemu miałbym? Nuży mnie ten dzień. Jestem po treningu — wyjaśnił partnerowi cicho syn, podczas gdy Szczurzy Cień wbijał w niego spojrzenie, co nie uszło uwadze lidera.
Point zmrużył oczy jak gdyby nie wierząc w zapewnienia Chłodu.
— Mroczna Gwiazdo? Niech Chłodny Omen go zabije. Dawno jego pysk nie był przybarwiony szkarłatem, zaraz zapomni jak to się robiło — rzucił do lidera zięć, na co dostał od syna chłodne spojrzenie. 
Czarny van skinął głową na słowa Gęsiego Wrzasku, odsuwając się, dając Chłodowi przestrzeń.
— No dalej. Zobaczymy, czy stchórzysz jak za dawnych lat? — rzucił z przekorą, kątem oka oglądając wciąż samotnika, który szarpał się w konwulsjach. Chłód jednak spojrzał na ojca zimnym wzrokiem, po czym podszedł do rannego samotnika. Dyszał ciężko i widać było, że powoli godził się z tym co ma nastać. Rudzielec chwycił ofiarę za gardło, zaciskając na nim swoje zęby i jednym ruchem wyrwał kawał mięsa. Krew trysnęła mu w pysk, a ciało wydało ostatni swój dech, nieruchomiejąc. Wypluł mięso z pyska, gdzieś na bok, wracając na swoje miejsce. Gęś uśmiechnął się do niego pokrzepiająco, trącając go łapą. 
— Ktoś ci wsadził kija do tyłka? — zapytał, widząc jego pozbawioną emocji minę. 
— Nie mam nastroju na żarty — odpowiedział mu tylko na to Chłód, wpatrując się w ciało. — Jest zabity, możesz sobie posprawdzać co chcesz. 
— Obraził się, kompletnie jak kocię — miauknął lider w wyjaśnieniu do Gęsiego Wrzasku i skinął medyko-wojownikowi głową w kierunku truchła. — Przyda ci się do sekcji zwłok. Przy okazji Kuna też może go spożytkować. Nigdy nie widziałem, by grzebała w ciałach, a co to za medyk, który się tego brzydzi lub boi?— od razu tego zarządził. A co do Chłodu,  van nie wątpił w to, że syn bez zawahania zabije samotnika. Jednakże jego istnie dziecięce zachowanie było wręcz żenujące, nie zamierzał się jednak tym przejmować.
Chłód nie dał się ponieść emocjom i nie skomentował jego słów, obserwując jak jego partner podchodzi do zwłok i zaczyna w nich coś majstrować.  Siedział tylko w ciszy przyglądając się temu, ignorując toczące się rozmowy kultystów.
— Co zrobimy jak klan odkryje nasze istnienie? Coraz nas więcej — zwrócił siędo niego syn, by zwrócić mu uwagę na ten drobny szczegół.
— Nic — odparł, nie patrząc nawet na syna, skupione na widoku Gęsi grzebiącego w trupie. — Będziemy czekać. Wiara w Mroczną Puszczę rozprzestrzeniła się po całym klanie. Coraz więcej kociąt ją wyznaje. Coraz więcej kotów chce poznać prawdę. Wyznawcy Klanu Gwiazdy już stają się mniejszością, więc jeśli ktokolwiek się dowie, to nic z tym nie zrobi. Fanatyków zabijemy, a reszta nie będzie miała wyboru. 
— Prawda. Powoli rośniemy w siłę. Jastrzębia Gwiazda musi być zadowolony. Klan Wilka bardzo zmienił się przez te wszystkie księżyce — mruknął rudy, biorąc głębszy oddech. — Zacząłem przygotowania do wojny. Nie dziękuj. Będziemy wiedzieć, gdy wróg zaatakuje.
— Zaatakuje niebawem. — Lider nie odrywał wzroku od pointa, przypatrując się jego pracy ze skupieniem, jakby rozważał, co powiedzieć. — Będziemy mogli liczyć na pomoc Klanu Klifu. Ich lider wydaje się być uległy i niezbyt zapoznany w polityce. Zrobi to, co podyktuję, bo tylko to się mu opłaca — zamilknął na chwilę. — Lamparcia Gwiazda był opętany przez dusze z Mrocznej Puszczy.
Zdumienie pojawiło się na pysku wojownika i instynktownie spojrzał na przywódcę, by zaraz zacisnąć pysk i wrócić do obserwowania partnera. Wyprostował się bardziej, jak gdyby ta sytuacja nie miała miejsca. 
— Jak widać nasi sojusznicy z zaświatów nam pomagają — zauważył. — Trochę szkoda, że Klan Klifu się od nich uwolnił i zmienił władzę. Ciekawe co takiego się stało z ich poprzednim liderem... — myślał na głos. — Będziesz chciał spotkać się z Grzybową Gwiazdą, aby doprecyzować plan? Powinni wiedzieć jak się zachować, skoro mają nas wesprzeć.
Omen skinął głową.
— Tak. Będę musiał omówić z nim, co i jak. Ale muszę wziąć pod uwagę wszystkie możliwości. Wojna jest nieprzewidywalna, o ile Burzacy nie wykażą się zaburzoną koncepcją strategii — chciał odwołać się jeszcze do poprzedniego władcy Klifiaków, dlatego wziął oddech, mrucząc pod nosem z zastanowieniem. — Lamparcia Gwiazda był najlepszym przyjacielem twojej biologicznej matki. A ona była morderczynią. Sądziłem, że sam z siebie czcił Mroczną Puszczę, ale wychodzi na to, że ktoś przejął kontrolę nad jego ciałem. I właściwie... To się zgadza. Lampart z jakiegoś powodu wiedział, że czczę Bezgwiezdną Ziemię. Już wtedy coś zaczęło mi śmierdzieć.
— Umówię was na spotkanie —  syn zwrócił się jeszcze do jego pierwszych słów, by zaraz zmarszczyć brwi na kolejne. — Myślisz, że to był Jastrzębia Gwiazda? — zapytał. — Albo ktoś inny... — zmienił zdanie. — Najwidoczniej jesteś już znany w Mrocznej Puszczy na taką skale, że nawet inne duchy starają się z tobą skontaktować. — Położył po sobie uszy.
Mroczna Gwiazda pokręcił głową.
— Mój mentor nie ma potrzeby kontaktowania się ze mną w cielesnej formie. Gdy ma mi coś ważnego do przekazania, zsyła na mnie sen. Nigdy nie był zainteresowany ponownym życiem, pomaga nam czasami w zaświatach, ale nie przepada za mieszaniem się w świat żywych. Poza tym powiedziałby mi, gdyby to był on — obrócił pysk, spoglądając na syna. — Ktokolwiek to był, znał Rysią Pogoń. Musiał pochodzić z Klanu Klifu, albo przynajmniej o niej słyszeć. Nie musiał żyć za jej czasów, bo duchy mogą obserwować żywych — na ostatnie słowa syna uniósł brew. —  Cóż, to zaszczyt, że zwróciły na mnie uwagę. Być może jestem kimś w rodzaju pośrednika. Jesteśmy jedyną większą grupą, która wyznaje Bezgwiezdną Ziemię. Dajemy im siłę, więc oni traktują nas jak sojuszników.
Rudy van pokiwał na to jedynie głową.
— Może Lamparcia Gwiazda mówił coś Grzybowej Gwieździe? Skoro ten wiedział o jego opętaniu... Zawsze można go podpytać, skoro wydaje się niekompetentny... W zasadzie... Uważasz, że doszło tam do przewrotu? Dziki Kieł w końcu był zastępcą, a nagle ni stąd ni z owąd, pojawia się taki Grzyb... Może udaje takiego nieporadnego?
— Grzybowa Gwiazda sam wydawał się niezbyt zaznajomiony z decyzjami poprzedniego lidera. Pytał się mnie, czy coś ustalaliśmy — wyjaśnił. — Ale jeśli dobrze ugryzę temat, może coś z niego wyciągnę. Nie sądzę jednak, by duch w ciele Lamparta powiedział coś komuś tak niekompetentnemu w zakresie spraw politycznych. Co do Dzikiego, był mimo wszystko w podeszłym wieku, ale to podejrzane, że zniknął dopiero teraz, po zakończeniu panowania poprzedniego lidera. Jeśli Grzyb coś ukrywa, to nie może być głupi, więc nie pociągnąłbym go za język.
— Zawsze można spróbować... — mruknął syn, po czym podniósł się i otarł o ojca z uśmiechem. — Już późno, idę do obozu. Jutro wszystko ogarnę, a ty możesz podziwiać opasły tyłek swojego zięcia dalej — mówiąc to, spojrzał na pointa, który bardziej tylko się wypiął, przypatrując się jakimś częściom kota z uwagą. Rudy nie ruszył się jednak, chociaż łapy widocznie go do tego paliły. — Mogę? — zapytał o zgodę lidera.
Mroczna Gwiazda zamruczał głośno, gdy ten się o niego otarł, a na jego pytanie skinął tylko głową.
— Możesz. Ale znajdź czas na odpoczynek. Chcę mieć swojego syna, a nie trupa.  A co do Gęsiego, posiedzę z nim i dopilnuję, żeby jego opasły tyłek nie stał się jeszcze bardziej opasły. Oboje macie dużo do roboty.

<synu?>

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Cedrowej Łapy

 Przechodząc koło sterty, napotkał jedną z młodszych uczennic. Cedrową Łapę - od razu ją rozpoznał. Chociaż nie była nikim nadzwyczajnym, podążył za nią wzrokiem, gdy odeszła, by skonsumować zabraną przez siebie zwierzynę. Podszedł do kotki, która przebywała obok swojego brata, Jabłoniowej Łapy. Nie dojrzał tego dnia ani Buka, ani Rzecznego Wiru. Często wychodzili we dwójkę, ale lider się tym zbytnio nie interesował. Za to chciał nieco porozmawiać z ich wychowankami, skoro wojowników nie było w obozie. Był zaciekawiony plotkami o rzekomym innowierstwie tej grupki, która niezbyt dawno dołączyła do Wilczaków. Sam odczuwał pewnego rodzaju powiązanie do podobnych rzeczy; pochodził przecież z sekty, która wyznawała wiarę zupełnie inną od tej klanowej. Wierzenia Mrocznej Gwiazdy były przecież synkretyczne - Mroczna Puszcza i dawni bogowie rządzący siłami natury wykluczały się, ale mimo to lider nie zapomniał o starych zasadach. Kierował się prawami natury, które stanowiły jego kodeks moralny. Był ciekaw, co przynieśli za sobą przybysze - czy była to kolejna słodziutka i żałosna religia niczym Klan Gwiazdy, a może przekazywała jakiekolwiek wartości.
Usiadł naprzeciw dwóch uczniów.
— Miałem okazję usłyszeć rozmaite wieści o tym, że wy i wasi... opiekunowie wyznajecie inną wiarę. Zatem opowiedz mi o niej. Powiedz o wszystkich szczegółach. Chcę wiedzieć, na czym stoję w kwestii waszych wierzeń — oblizał pysk. Kolejni wyznawcy najświętszej pseudo-moralności wierzący, że każdy jeden kot powinien obdarzać się wzajemną miłością nie byli mu potrzebni. Chciał realistów, którzy nie boją się wykonywać rozkazów.


<Cedr?>

Od Mrocznej Gwiazdy CD. Zwiędłego Hiacynta

 — Czego ode mnie potrzebujesz? Nie sądzę, żebyś zwracał uwagę na jakiegoś burzaka z własnego, dobrego serca — powiedział nagle rudy wojownik. — Cokolwiek planujesz, nie uważam obóz za dobre miejsce do rozmów. Tym bardziej, gdy zaroiło się tu nagle tyle kotów. 
Mroczna Gwiazda na moment zamyślił się, gdy na jego pysku przebłysło zawahanie. Nie planował rozmawiać z nim o niczym ważnym, a także nie bał się, że któryś Burzak mógłby to wykorzystać, jednak nie podobało mu się, jak ten młodociany wojownik kręcił, lustrując go wzrokiem. Doprawdy interesujące. Nad czym się zastanawiał? Czego taki wielki, okropny potwór jak on miałby szukać u przypadkowego rudzielca z Klanu Burzy?
— Chyba nie sądzisz, że jakiś młody wojownik ucieknie Ci sprzed łap, prawda?
Van zmierzył go zainteresowanym spojrzeniem, a po chwili ciszy parsknął dostojnym śmiechem.
— Cóż, sądzę, że gdyby przeszło ci to przez myśl, umarłbyś szybciej, niż przypuszczasz. Jak to mówią prawa natury? Ucieczka jest zawsze najgorszym wyjściem. Bo w chwili, gdy zaczynasz biec, stajesz się ofiarą, Zwiędły Hiacyncie.
Rudzielec nie spuszczał z niego wzroku.
— Czego szukasz? — powtórzył pytanie, które zadał wcześniej.
Tym razem van odpowiedział bez owijania w bawełnę.
— Szukam kogoś, Zwiędły Hiacyncie. Nie czegoś — powiedział. — Ale wątpię, że dasz mi to, czego chcę. Wolę jednak upewnić się, że żadnemu Królikojadowi nie przyjdzie do łba się zbuntować. Nie jestem wrogiem. Naprawiam to, co zepsute i słabe. Was zawsze do tego ciągnęło. Próbujecie odkupić winy dawnych liderów poprzez zgrywanie ofiary. Bo w końcu to Klan Wilka jest tym złym agresorem... — Westchnął teatralnie. — Chcę jednak, abyś odpowiedział mi na kilka skromnych pytań. Wyjdziemy teraz z obozu. Zachowuj się spokojnie i nie próbuj nawet próbować na mnie gwałtownych ruchów. Jestem cierpliwy, ale nie chciałbyś nadszarpnąć moich nerwów.
Burzak wydawał się lekko zaskoczony faktem, że van właśnie z nim chciał porozmawiać na osobności.
— Myślę, że o atak z mojej strony nie musisz się martwić.
Lider skinął głową i opuścili obozowisko, kierując się na rozległe otwarte tereny przestrzelone gdzieniegdzie wrzosami lub mniejszymi krzakami. Dopiero, gdy znaleźli się na stosunkowo odpowiedniej odległości, podniósł głos.
— Pytam ciebie, bo to ty napatoczyłeś się mi pod łapy, ale rozglądałem się już po obozie i myślę, że dużo z Burzaków musi mieć na ten temat minimum wiedzy. Jednak nie radzę ci mnie okłamywać. Doszły mnie słuchy, że to właśnie u was zagościła wojowniczka imieniem Łasiczy Skowyt. Wiesz o okolicznościach, w jakich dołączyła? Kamienna Gwiazda ot tak ją przyjęła, ciężarną, z wrogiego klanu?

<Hiacynt?>