BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 listopada 2024

Od Zimorodkowej Łapy

Wbiegła do legowiska wojowników rozglądając się za kimś. Gdy tylko dostrzegła swojego stryja, Kolcolistne Kwiecie, skierowała się w jego stronę. Ostatnio z zauważyła, że ten ma dziwne trudności z poruszaniem się i chyba wiedziała co jest tego przyczyną, więc gdy tylko znalazła chwilę - postanowiła się tym zająć.
- Hej Kolcolistne Kwiecie! - przywitała się z niebieskim. - Zauważyłam, że ciężko ci się porusza, chciałabym obejrzeć twoją łapę. - od razu przeszła do sedna sprawy.
- Nie wydaje mi się, by było tak źle… - stwierdził kocur. - Mogę nią poruszać. - na potwierdzenie ruszył lekko lewą łapą, akcentując to syknięciem bólu.
- Właśnie widzę. Idziesz ze mną do legowiska, bez dyskusji. - powiedziała stanowczo. Pomogła mu się podnieść i zaprowadziła go do legowiska medyków. Gdy ten wreszcie niechętnie przysiadł na mchu jednego z legowisk dla pacjentów, sięgnęła po trochę liści malin, by złagodzić ból przy nastawianiu barku, które musiała przeprowadzić w tym przypadku.
- Mógłbyś przeżuć te liście? - zapytała kocura.
- A muszę? - spytał ten w odpowiedzi, patrząc niechętnie na liście. Jej stryj ewidentnie nie przepadał za ziołami.
- Jak nie chcesz to nie musisz, ale ostrzegam, że na własną odpowiedzialność. Muszę ci nastawić bark, a liście maliny łagodzą ból.
- Jak nie muszę to nie jem. - odburknął tylko niezadowolony i pozwolił zająć się swoją łapą.
Zimorodkowa Łapa przyjrzała się łapie jeszcze raz i zabrała się do roboty. Gdy tylko zaczęła nastawiać niebieskiemu bark, dało się słyszeć coraz głośniejszy syk. Najwyraźniej jej stryj miał zamiar pokazać wszystkim jak bardzo zbędne są zioła. Zimorodkowa Łapa mogła po prostu wepchnąć mu zioła w pysk i gdyby chodziło o co innego z pewnością by to zrobiła. Ale teraz chciała dać kocurowi lekcje, ma niechęć do ziół to niech teraz cierpi.
Udało jej się nastawić bark, a o powodzeniu tej czynności dał znać głośny wrzask Kolcolistnego Kwiecia. Po chwili do legowiska wbiegła Różana Woń, która chwilę wcześniej prowadziła spokojną pogawędkę z Krabowymi Paluszkami i jej oczom ukazała się taka scenka: Kolcolistne Kwiecie z naburmuszono-zbolałym wyrazem pyska i Zimorodkowa Łapa, usiłująca usztywnić mu łapę, którą ten machał na wszystkie strony.
- Co tu się dzieje? - spytała czarna.
- Próbuję mu usztywnić łapę. - ddpowiedziała. - Przestań machać tą łapą, bo nafaszeruję cię makiem na uspokojenie! Mówiłam, przeżuj to przeżuj. Nie zastosowałeś się do poleceń, to teraz cierp.
- To Kolcolistne Kwiecie tak wrzasnął? - spytała niepewnie Róża.
- Tak. - odpowiedziała Zimorodkowa Łapa pośpiesznie kończąc usztywnianie barku kocurowi. - Uparł się że nie zje ziół na złagodzenie bólu, jego problem. - rzuciła.
- Aha… - odpowiedziała na to druga medyczka i wróciła do przyjaciółki na ploteczki.
- I po co ci to było? - spytała się Kolcolistne Kwiecie. - Mówiłam ci, przeżuj liście, a jak medyk coś mówi to znaczy, że chce dobrze. Szczególnie ja, twoja bratanica. Łapa już nastawiona, przeżuj teraz trochę tych liści, chyba, że nadal nie chcesz, złagodzi ból. Zostaniesz na razie w legowisku medyka, wolę cię mieć pod obserwacją. - powiedziała, po czym wyszła, by dołączyć do plotkujących Różanej Woni i Krabowych Paluszków, oraz rozpowiedzieć znajomym tę przezabawną historię. Miała nadzieję, że stryj już więcej nie podważy jej zdania, a jak spróbuje - będzie go to kosztować lub ona straci cierpliwość i wciśnie mu zioła na siłę do pyska.

[507 słów]

[przyznano 10%]
NPC: Kolcolistne Kwiecie, Różana Woń
Wyleczeni: Kolcolistne Kwiecie

Od Mandarynkowego Pióra

Leżała w nocy na swoim posłaniu, patrząc na sklepienie legowiska wojowników. Jej pobratymcy pochrapywali w sennej krainie.
“Zrób to~ Wiem że o tym myślisz”
“Ale że o czym? Skowronek?”
“Skowronkiem to ty możesz się zaraz stać w moich szponach! Chodzi o Syriusza. Naprawdę dobry z niego kandydat…czarno-biały~”
“Chyba sobie żartujesz! Ja i on? Pfft!”
“Słuchaj mnie no księżniczko. Robisz co ci każę, bo inaczej nawet zioła ci nie pomogą~ Ani żaden z tych królewiczów, których sobie wymyśliłaś”
Westchnęła zrezygnowana. Przegrana sprawa. Cicho wstała z posłania. Musiała stąd wyjść nie budząc nikogo. Wzbudziłaby podejrzenia. Ostrożnie stawiała łapy pomiędzy kłębki z współklanowiczów. Ich grzbiety unosiły się miarowo. Zupełnie jakby się połączyli… Jakby gdyby jednego z nich obudziła, wstałby każdy. Po chwili stresującego przemykania, stanęła w wyjściu z legowiska. Nie mogła przejść normalnie wyjściem z obozu, bo strażnik by ją zauważył. Musiała przejść tyłem legowiska. Poczekała aż kot na straży popatrzy w inną stronę i czmychnęła za legowisko. Serce biło jej szybko. Jak stukot łap ścigających się uczniów. Wiedziała, że nie powinna tego robić. Ale musiała. Nagły skok adrenaliny zmusił ją do przeskoczenia przez strumyczek. Musiała tam pójść. Dość szybko udało jej się dojść w okolice Brzozowego Zagajnika. Dopiero wtedy jednak przypomniała sobie o lisach grasujących niedaleko. Do tego teraz była jeszcze mniejsza widoczność spowodowana mgłą. Już miała zawracać kiedy…
- Witaj, damo z rodu nocy...
Z mgły wyłoniła się muskularna sylwetka Syriusza kłaniającego się przed nią. Jego szafirowe oczy zabłyszczały ekscytacją.
- Jestem bardzo rad, iż spotkałem cię dzisiaj, Mandarynkowe Pióro, ale myślę, że dobrym pomysłem jest wejście na drzewo. Tam lisy cię nie dopadną.
Skinęła głową i zaczęła wdrapywać się na najbliższą brzozę. Samotnik oczywiście za nią. Nie martwiła się o czas. Ostrzeże ją, a ona zwykle i tak wcześnie wstawała, więc najwyżej powie, że po prostu obudziła się wcześniej niż zwykle.
- Ostatnio rozmawialiśmy o twoim rodzie. Dzisiaj opowiem więc o swoim - Syriusz najwyraźniej nie rozumiał co miał znaczyć klan więc mu nie przerywała. Ród nocy też może być.
***
Rozmawiali długo. O jego korzeniach, o gwiazdach na niebie, słyszała dużo komplementów. Polubiła go. Oczywiście nie tam od razu pokochała! Na pewno nie tak jak Skowronka… Taka bardziej przyjaźń, ale bardzo mocna.
- Mandarynko, której futro lśni niczym gwiazda polarna, myślę, że powinnaś iść już do domu - uszy widocznie mu oklapły.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś? - zapytała na odchodne.
- Ja zawsze będę tu czekał

Od Mandarynkowego Pióra

Przed akcją z lisami, koniec Pory Zielonych Liści
Była noc. Gwiazdy migotały na niebie układając się w najróżniejsze wzory. Większość członków Klanu Nocy spała. Nie licząc jednak strażnika obozu, był jeszcze jeden kot, który był obudzony. Mandarynkowe Pióro. Srebrna księżniczka Klanu Nocy siedziała za legowiskiem wojowników, obrywając płatki z kwiatów.
- Kocha, lubi, szanuje… - wyliczała, posyłając drobne płatki stokrotki na taflę wody otaczającej obóz. Kiedy oberwała ostatni płatek rzuciła resztę kwiatu na dno, z rozpaczliwym i zirytowanym warknięciem. Wstała, po czym skierowała się w kierunku wyjścia z obozu. Musiała się przejść. Minęła się z wartownikiem, a raczej wartowniczką jaką dzisiaj była Spieniony Nurt.
- Mandarynkowe Pióro…
- Idę się przejść - przerwała jej. Liliowa otworzyła już pysk, ale zanim pomyślała o tym co powiedzieć, srebrna była już na tyle daleko od obozu, że i tak by jej nie usłyszała.
***
Zanim jej napad wściekłości się skończył i naprawdę pomyślała, w którą stronę idzie, była już w Brzozowym Zagajniku. Brzozy szumiały, krzewy szeleściły, a wszystko dookoła spowijał mrok, gdzieniegdzie rozjaśniając się światłem księżyca. Nagle wyczuła obcy zapach. Źrenice zamieniły jej się w szparki, kiedy przypomniała sobie wszystkie opowieści o samotnikach grasujących w tym miejscu. Nie była jednak już uczennicą. Jeżeli był tylko jeden miała szansę na wygraną. W innym przypadku…Wolała nawet nie myśleć. Stanęła w miejscu. Pazury wysunięte, gotowe na atak. Futro na karku stało jak igły u jeża. Usłyszała lekki śmiech. Spojrzała w górę. Na gałęzi jednej z brzóz siedział duży, umięśniony kocur. Lewa strona jego ciała była biała, prawa zaś czarna. Patrzył na nią z góry swoimi szafirowymi oczami.
- Kim jesteś? - zapytała nie ukazując strachu w swoim głosie. Niebieskooki z gracją zeskoczył z gałęzi, lądując miękko na łapach, po czym się ukłonił.
- Och, witam szanowną panienkę. Nie znamy się. Nazywam się Syriusz...

Od Miodu do Cisowego Tchnienia

Miód ciągle kichał, dlatego jego babcia zabrała go do lecznicy. W końcu słyszał, że skoro tam innych leczą, to też może jego wyleczą, co nie? Tak więc przyszedł do legowiska medyków i spotkał swoją mamę, na ten widok się ucieszył, bo teraz już nie przebywała w żłobku, tylko zamiast jej była babcia.
– Mamo! Bo strasznie kaszlę i nie wiem czemu.
Popatrzył na nią, mając nadzieję, że coś wymyśli. W końcu mama była najlepszą medyczką, jaką znał w klanie.
Sortowała właśnie zioła, kiedy przyszedł do niej. Ten mały kociak, który ledwo przeżył poród. Kiedy usłyszała, że jest chory od razu zwęziły jej się źrenice.
– Podejdź tutaj.
Kocurek posłuchał swojej mamy i prędko do niej podszedł. Popatrzył na nią, po czym zapytał.
– Mamo i jak? Da się to wyleczyć?
Popatrzył na mamę z dołu, czekając z zaciekawieniem co następnie zrobi, by go wyleczyć. 
Szybko zbadała syna. To był tylko katar. Na szczęście jeszcze nic gorszego. Szybko podała mu trochę ziół.
– Zjedz to, poczujesz się lepiej.
Popatrzył na to, co dała mu mama, po czym przyjrzał się ziołom.
– A jak to smakuje? – spytał, patrząc dziwnie na zioła, czy to nimi leczono koty? Myślał, że leczy się je czymś smaczniejszym, przykładowo mięsem, ale no, tak patrzył na te zioła trochę się bojąc, jak będzie to smakować.
– Spróbuj to zobaczysz –  zachęciła kociaka.
Popatrzył na to dość wybrednie, po czym zjadł, a gdy tylko przełknął, to aż skręciło go z powodu smaku roślin.
– Ble! Smakuje okropnie. –  trzepał językiem z obrzydzenia, po czym wrócił do normalnej pozycji. – A jak koty mogą to jeść? – spytał.
– Większe koty tak nie wybrzydzają, bo chcą wyzdrowieć. Chcesz trochę miodu? 
Patrzył, słuchając swojej matki. Dorośli byli dziwni, nie mogli po prostu zrobić czegoś smaczniejszego, by wyzdrowieć? Gdyby on miałby być medykiem to robiłby najsmaczniejsze lekarstwa w całym Klanie Wilka! Ale cóż, był tylko na razie mizernym kociakiem, który mieszka w żłobku. Gdy tylko jego matka powiedziała o miodku, ten się od razu oblizał, był w końcu taki pyszny, więc czemu by go nie chcieć.
– Oczywiście!
Ustawił się zadowolony obok matki. Może jak podają zioła to wybrzydza, ale jak ma być coś słodkiego to od razu pierwszy leci.
Cisowe Tchnienie nasączyła kawałek mchu odrobiną miodu i podała kociakowi.
– Masz. A teraz zmykaj do babci.
Kocurkowi powiększyły się oczka z radości kiedy zobaczył miód. Zlizał z mchu oraz się oblizał z dokładnością, by czegoś nie zmarnować, po czym popatrzył na mamę, zanim miał odejść z jej legowiska.
– To pa mamooo! – zawołał, po czym zniknął z legowiska medyka i poszedł w stronę żłobka, gdzie była jego ukochana babcia.
Tymczasem jego matka uśmiechnęła się ciepło śledząc syna wzrokiem.
<Mamo?>
Wyleczeni: Miód

Od Mandarynkowego Pióra CD. Bursztynowego Brzasku

Ostatnio myślała sobie o otaczających ją kotach. Co o niej sądzą, co lubią, z kim mają jakie relacje… Głównym tematem w jej głowie poza wszystkimi kocurami, za którymi szalała, była Baśniowa Stokrotka. Jej starsza koleżanka. Niedawno znalazła sobie kocura, miała ślub… Teraz siedziała w żłobku z kociakami. Taka miała być też jej przyszłość. Przed trzydziestką w żłobku, odchowując dziedziców tronu. Ale skąd ona miała wziąć kociaki? Jej kociaki. Do tego przecież potrzebowała kocura! Czarno-białego! Niestety takich w klanie było mało. A w sumie jedyny był za młody. A propos kocurów właśnie, siedziała w obozie. Chciała sobie tylko normalnie zjeść jakąś płotkę. Ale niestety ostatnio o spokój było jej trudno. Chodziło za nią "paparazzi", wypytując o potwierdzenie plotek dotyczących jej związku z Bursztynowym Brzaskiem. Zazwyczaj kiedy ktoś ją o to pytał, udawała zakochaną dla samej uwagi. Lecz teraz nie potrafiła. Czuła się jakby kocia hydra wbiegła do tego obozu i uznała, że zanim zje swoją ofiarę musi przeprowadzić jej diagnozę psychologiczną oraz dowiedzieć się o jej wszystkich znajomych. Kolorowe pyski kotów migały jej przed oczami. Czarny mieszał jej się ze srebrnym, czasem zupełnie znikając i ustępując miejsca niebiesko-białemu. Wpatrywały się w nią wszystkie kolory oczu, od błękitnego niczym bezchmurne niebo, przez bursztynowy migoczący w słońcu, aż po żywy zielony, niczym liście szumiące na drzewach. Nagle tłum się rozstąpił, ukazując dość drobną sylwetkę pająkoluba, jakim był jej rzekomy partner. Na początku dłubał łapą w ziemi nie wiedząc na kogo spojrzeć, aż nie zaczął gadać.
- Mandarynko, um… Czy nie chciałabyś może wyjść dziś ze mną wieczorem na spacer nad brzegiem morza?
Obecne kotki patrzyły po sobie. Przerzucały wzrok z niego na nią. Zmierzchająca Zatoka, najniższa z zebranych podskakiwała z tyłu, Mandarynka nie wiedziała czy to z ekscytacji czy dlatego, że przez swój wzrost nic nie widziała. Mózg księżniczki wypełniało pytanie. “W co on pogrywa?” chyba naprawdę się w niej zakochał i chciał jej dobitnie dać to do zrozumienia. Ale publiczność nadal czekała na odpowiedź. Uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową, po czym chichocząc cicho odeszła z miejsca zebrania plotkar.
***
Wieczorem kiedy słońce zaczęło zachodzić, spotkała Bursztynka przy wyjściu z obozu. Futro miał ułożone. Nowość. Jednak największym zaskoczeniem dla Mandarynki było to, że na jego futrze nigdzie nie było widać tego pająka, z którym mieszkał od żłobka. Posłała mu życzliwy uśmiech. Bez słowa wyszli z obozu. Kiedy spoglądała jeszcze chwilę przez ramię zobaczyła świrującą Zmierzch, która chyba dostała kręćka z ekscytacji. Srebrna była pewna, że gdyby nie jej chwilowe ostrzejsze spojrzenie, zielonooka na pewno pobiegłaby za nimi. Jakiś czas później doszli na plażę. Chrzęszczący piasek pod ich łapami drapał ją lekko w poduszki. Fale co jakiś czas moczyły ich futra. Słońce było w połowie za horyzontem, wyglądając jak wielka pomarańczowa kula, tworząca lśniące odbicia na pomarszczonej tafli wody. To była jej ulubiona pora żeby tu przychodzić. Te piękne błyski odbijające się od tafli sprawiały, że siostra uczennicy medyczki zapominała o tym, jak tam jest głęboko i co tam może być, dzięki czemu się nie bała.
- No więc… Powiesz coś o sobie? W czym jesteś dobra? Co idzie ci słabiej? To znaczy o ile takie rzeczy w ogóle istnieją! - szybko poprawił się kremowy, krzywo się uśmiechając. Ona jednak nie wyszła z roli. Tak naprawdę zapomniała o graniu jej, ale i tak zachowywała się identycznie. Po prostu dobrze się teraz czuła.
- Hmmm… Jestem mądra, łatwo się uczę, każdy mnie lubi… Dobrze pływam, szybko biegam i świetnie się wspinam...
“Przynajmniej tak słyszałam” dodała w myślach. Wymieniała po prostu coś co kiedyś usłyszała. Sama nie potrafiła dostrzec w sobie niczego specjalnie pozytywnego. “Wiesz Mandarynko…trudno jest dostrzec coś czego nie ma~”. Stanęła jak wryta po czym usiadła na piasku wpatrując się pusto w piasek pod nią.
<Bursztynku?>

Od Zaćmionej Łapy

Zaćmiona Łapa to średniego rozmiaru kotka o żółtych oczach oraz futrze, które wyglądem przypomina dwa koty przecięte na pół. Jedna z połówek kotki jest czarna, zaś druga ruda pokryta licznymi pręgami na ciele. Ten wygląd sprawia, że Zaćmiona Łapa jest jedyna w swoim rodzaju. Wspomniana wcześniej uczennica właśnie przesiadywała w legowisku medyka, gdy nagle do środka wpadł znajomy jej kocurek. Był to Mysia Łapa, świeżo mianowany uczeń, który nie tak dawno dołączył do ich klanu jako kociak. Nim się koteczka obejrzała, ten już rozpoczął swój trening… Dosyć szybko ten czas mija. Za szybko…
— Zaćmiona Łapo! — miauknął kocurek, tylko aby w następnej chwili dopadł go atak kaszlu… Kaszel? Może to tylko chrypka? Jednak nie, gdy koteczka usłyszała, jak w oddali kolejny kot kaszle, ta poczuła się jakby miała zaraz paść na pysk i nie wstać. Epidemia kaszlu, tylko tego brakowało, wręcz wspaniale…
— Mysia Łapo, proszę ciebie, nie mów mi że to jest kaszel… — powiedziała uczennica, patrząc na niego jakby kocurek zabił jej rodzinę, na co ten się zaśmiał.
— Oczywiście, że to kaszel! Właśnie przyszedłem ci o nim powiedzieć! — pisnął uradowany tym faktem. Cóż… Dobrze, że kocur powiedział jej o chorobie, ale dlaczego on jest taki szczęśliwy?
— Dziękuję, że mi o tym mówisz ale dlaczego tak się cieszysz? — zapytała nareszcie, nie mogąc powstrzymać pytania.
— Oh, to oczywiste, Zaćmienie! Jak jestem chory nie muszę trenować, czyż nie? — wyjaśnił kocur, uśmiechając się od ucha do ucha. Fakt, to był powód do szczęścia.
— Okej, muszę ci przyznać rację… To jest powód do szczęścia. — odpowiedziała, cicho się śmiejąc. Ten kocurek miał w sobie to coś co przyciągało innych do niego niczym magnes. To jest dopiero talent. — A teraz mów, co ci dokładnie jest?
— Kaszlę! — odpowiedział krótko, na co kotka musiała się powstrzymać aby nie walnąć głową w ścianę.
— Cóż, tyle to i ja widzę jak i słyszę… — miauknęła krzywiąc się, gdy usłyszała głośny kaszel gdzieś z centrum obozu. Kocurek oczywiście to też usłyszał, gdzie odpowiedzią jego był nerwowy śmiech.
— Kaszle na zielono, to dobrze czy źle? — zapytał, na co kotka westchnęła, czując jednocześnie mieszankę stresu jak i ulgi. Przynajmniej nie pluł krwią, zawsze jakiś plus czyż nie?
— To… Dobrze. Podam ci szybko odrobinę kocimiętki i w mgnieniu oka ci ten kaszel przejdzie… — miauknęła Zaćmiona Łapa wyciągając z magazynku zielono-szaro gałązkę, oraz roślinkę na długiej łodydze z kwiatkami na czubku oraz liśćmi. — Proszę, zjedz to. Podałam ci krwiściąg oraz kocimiętkę, jedno ci wzmocni organizm, a drugie pozbędzie się kaszlu… Może nie będzie to idealne w smaku, ale najważniejsze jest to, że zioło zadziała. — dodała kotka, podając uczniowi zioło pod nos, na co ten je prędko wziął do pyska i zjadł, automatycznie się krzywiąc.
— Eugh… Dziękuję Zaćmiona Łapo… — mruknął, zniesmaczony.
— Do usług. Połóż się teraz na legowisku dla chorych na czas twojej choroby, aby upewnić się, że nie rozniesiesz jej po całym klanie… Później do ciebie zajrzę i gdy będzie potrzeba to podam drugą dawkę. — zakończyła kotka w ten sposób swoją wypowiedź. Mysia Łapa jeszcze raz jej podziękował, a następnie udał się na wyznaczone przez kotkę miejsce w oddzielnej sekcji legowiska medyków.

[504 słowa - trening medyka]

[przyznano 10%]
Event NPC: Mysia Łapa

Wyleczeni: Mysia Łapa

04 listopada 2024

Od Pszczelej Łapy Do Pożarowej Łapy

 Od czasu niefortunnego wypadku kocicy, zaczęła się ona obawiać wody. Unikała zbiorników wodnych, a nawet sam deszcz powodował u niej strach. Mokra substancja nie mogła nawet dotknąć jej futra, a jeśli to zrobiła, to kocica panikowała. Chciała ją ponownie zabrać, odebrać jej życie. Wróciła po nią. Obawiała się jej. Była już na skraju śmierci i mogła poczuć, że nie było to zbyt przyjemne uczucie. Nie chciała tego powtarzać, chociaż w głębi wiedziała, że prędzej czy później ów uczucie powróci. Każdy kot musiał je doświadczyć. Dać się pochłonąć ciemności, aby zagościć na gwieździstym niebie lub bezgwiezdnej ziemi. Jej droga prowadziła do drugiego miejsca i wiedział to każdy członek Klanu Burzy. Przecież była córką Widma. Jaką inną drogą miała iść? Ważkowy Lot wskazał im już właściwą ścieżkę.
 Tego wieczoru zaczęło padać, co zmusiło ją do pozostania w legowisku uczniów. Tylko siłą mógł ktokolwiek wyciągnąć ją z niego. Gdyby tego dnia w wyjściu z legowiska pojawiła się jej mentorka, to ta odmówiłaby treningu. Od czasu rozmowy Ważkowego Lotu z przywódczynią, której niestety była świadkiem, jej relacje z kocicą zaczęły się pogarszać. Zaczęła się jej obawiać, z tyłu głowy mając dalej jej słowa. Jeśli nie chciała jej za uczennicę, to czemu dalej ją szkoliła? Mogła oddać ją w łapy innego wojownika. Nic by ją nie kosztowało, a nawet skróciłaby jej cierpienie. Skróciłaby jej kocięcą nadzieje, że Pszczela Łapa nie ma samych wrogów w Klanie Burzy. Jednak czemu dalej starała się podtrzymać ich relacje, jakby jej słowa nigdy nie dotarły do uszu uczennicy?
 Podniosła uszy, gdy usłyszała czyjeś kroki zbliżające się w jej kierunku. Czyżby Norniczy Ślad powróciła z patrolu i chciała ją gdzieś zabrać? Przeszły ją dreszcze, przypominając sobie o ostatniej konfrontacji z siostrą, a dokładnie jej zakończenia. Uniosła wzrok z ziemi, spodziewając się brązowych oczu, wbijających się w nią, jednak tym razem się zdziwiła. Ruda kocica wkroczyła do legowiska, rzucając jej tylko spojrzenie i układając się na posłaniu blisko kremowej. Była to uczennica Szepczącej Pustki i córka Ognistej Piękności oraz Płomiennego Ryku. Trochę o niej słyszała od Nornicy, jednak nie było to nic specjalnego, co zapadłoby jej w pamięć. Przekrzywiła lekko głowę. Może czas zapoznać się z kimś innym? Znaleźć jakichś znajomych między wrogami? Ale czy oni istnieli? Tego nie była do końca pewna.
 - Pożarna Łapo? - Zaczęła, a gdy wzrok kotki padł na nią, to zawahała się. Jej pomarańczowe ślepia przypominały jej oczy Ważki. - Em… Wróciłaś właśnie z treningu, prawda? Widziałem pogodę i naprawdę nie zazdroszczę. Szepcząca Pustka może być… męczący. - Próbowała rozpocząć konwersację z młodszą uczennicą.

[414 słów]
<Pożar?>

[przyznano 8%]

Od Wisterii

Ostatnimi czasy chaos zapanował w tym domostwie, mówiąc ogółem. Peonia pewnego dnia po prostu znikła, dając kociakom wolną wolę na domyślanie się, co się stało. Wisteria była tym faktem strasznie przejęta, płacząc w futro tatusia, i marudząc na wszystko dookoła. Taka zmiana była zdecydowanie zbyt duża do przyjęcia, toteż Narrator musiał na ten okres “buntu” zostać prywatnym pocieszaczem i poduszką na łezki, dzień w dzień, non stop.
Nie skupiała się na prawdopodobnej rozpaczy rodzeństwa, tylko na własnym smutku – w końcu według wszystkich kocurów (może oprócz Celestyna) była damą tego domu. Toteż wybryki Amfitrty czy paniczne poszukiwania rodzicielki Leta nie równały się z jej potężna rozpaczą, prawda? Parę ostatnich dni spędziła naburmuszona, i nie ukrywajmy – przestraszona, wtulona w ojczulka. Dostał on obowiązek opieki nad małą księżniczką, która mimo protestów, nie chciała go odstąpić nawet na krok. Roniła smutne kropelki w dzień i noc, przepłakując stratę ukochanej rodzicielki. Narrator nie pomagał w dojściu do sedna sprawy, mówiąc ogólnikami i nie dając żadnemu z kociąt konkretnego wytłumaczenia. Wspominał coś o innych dwunożnych, i o powinności nowych wypraw, i wielu innych rzeczach, wszystkich w ten deseń. Nie zrozumiała z tego zbyt wiele, ale jedna informacja zdołała zagnieździć się w jej małej główce; mamusia już nie wróci. Dobry tydzień chowała się za ruda kitą tatusia, podążając za nim, gdzie tylko zdecydował się iść. Nie mogła przecież pozwolić, aby i jego jej odebrano! Czuła się dobrze z kocurem szepczącym do niej miłe słówka, czy przygładzającym futerko na karku. Co by zrobiła bez swojego rycerza? Oczywiście, miała jeszcze dzielnego braciszka – Leto, ale on, a ojciec to jednak nie to samo, prawda? Musiała się nacieszyć bliskością bengala, zanim ten też postanowi ją opuścić. W końcu, to on posiadał przysłowiową “siwiznę oraz zmarszczki”, niosące mądrość i doświadczenie. To on miał prowadzić ją przez świat, gdy zabrakło rodzicielki.
— Czemu chodzisz taka przygnębiona, niemowo ty ma? — dźwięczny, choć rzeczywiście przymulony smutkiem głos Narratora zabrzmiał tuż nad jej uchem.
Wisteria miała wrażenie, że wcale się tym tragicznym wydarzeniem nie przejął. Może wiedział już wcześniej, może Peonia go o tym uprzedziła? Jeżeli tak było, to dlaczego ona, ani jej rodzeństwo nie zostali o tym powiadomieni? Toż to skandal!
Odkładając jednak tą sprawę na bok, koteczka nie była przekonana co do uczuć taty wobec jej mamusi. Musiała przyznać, że gdy cały czar zostania rodzicami opadł, to rudzielec zaczął traktować kocicę bardziej jak przyjaciółkę, niż obiekt romantycznych westchnień. Trochę tego nie rozumiała. Przecież z jego opowieści wynikało, że dama, z którą posiada się dzieci, powinna być wybranką serca, tą jedyną? Uczył ją lojalności wobec bliskich, a sam tych zasad nie przestrzegał.
— Tatusiu, wiesz dlaczego — mruknęła, dramatycznie ocierając łezkę z oka.
— No ja wiem, księżniczko ty ma — polizał delikatnie jej uszka, co sprawiło, że z rudego gardełka wydarł się subtelny chichot — Mam dla ciebie propozycję, droga pani. Raczyłabyś mi towarzyszyć w trudnym zadaniu, które się przede mną kłania?
Pociągnęła noskiem, lekko kiwając łaciatą główką. Akceptowała każdą formę zajęć z bengalem, od zbierania kwiatków po wylegiwanie się na parapecie. Kocur trącił ją nosem, pomagając podnieść się z ziemi i kierując w stronę wyjścia. Zadrżała na zmianę temperatury – w domostwie zawsze było cieplej i przyjemniej, niż na zewnątrz. Widząc, że młoda nie zabrudzone nadążasz za jego krokami, podniósł ją za kark i zarzucił na własny grzbiet. Nakazał trzymać się mocno, po czym kontynuował spacer, wraz z lekko spanikowaną córką uczepioną szyi.
— Gdzie zmierzamy? — pisnęła tuż do jego ucha.
— Obejrzymy zachód słońca — zamruczał — Są iście piękne, zapewniam cię.

npc: Narrator

Od Miodka

 Gdy kocurek przyszedł na świat, zaczął piszczeć, by poczuć pierwszy raz powietrze w swoim pyszczku, jak i z przyczyny strachu, który go otacza. Przyszedł na świat jako przypadek, nie tylko jako kociak, który był zaskoczeniem, ale też jako ten, który był słabszy, a powinien wyglądać, jak większość kociaków po porodzie. Zaczął głośno piszczeć, dopóki nie poczuł przez chwilę takiego samego słabego ciałka jak on, tylko że już zimne, był jeszcze bardziej zestresowany i zaczął coraz bardziej piszczeć oraz doszedł do tego płacz, jednak potem poczuł, że został przeniesiony do brzucha matki, tak więc zaczął spożywać mleko ze spokojem. Gdy tylko młody kociak już się odżywił, to nadano mu imię Miodek, może dlatego, żeby dać mu nadziei albo żeby po prostu osłodzić jakże niedolę życia. Im bardziej jednak przytulony był do brzucha swej matki, tym bardziej nie czuł tego charakterystycznego zapachu swojej matki, jakby to nie była ona? Chociaż może tylko mu się zdawało, w końcu dopiero co się urodził, więc jeszcze nie posiadał żadnej wiedzy o tym świecie, dlatego wrócił do jedzenia. Poczuł dodatkowo jeszcze czyjś język na swojej główce, które dawało mu rodzinne ciepełko, które było dla niego bardzo przyjemne. Brzuch był pełny, a miodek zadowolony, więc po prostu zasnął i dał się porwać w przyjemny sen.



Od Zaćmionej Łapy

Na zewnątrz panowała jeszcze ciemność, gdyż słońce nie wstało. Cały obóz milczał, pogrążony w głębokim śnie starając się zregenerować swoje siły na następny ciężki dzień przepełniony pracą. Pełno kotów odpoczywających na skalnych półkach wypełnionymi gniazdami, które pełniły funkcje legowisk, smacznie spały czekając na pierwsze promienie słońca, które rozbudziłyby cały Klan Klifu. W powietrzu unosił się delikatny zapach wilgoci, który nie raz wypełniał ich skalny obóz. Zdaniem Zaćmienia, był to przyjemny zapach. Zawsze kojarzył się jej on z deszczem i wodospadem, który szczelnie okrywał ich obóz, nie pozwalając komukolwiek się wkraść do środka. Do uszu koteczki docierały różne dźwięki, takie jak szum wodospadu, delikatny śpiew ptaków, który odbijał się echem od skalnych ścian ich obozu, oraz jej własny oddech. Było to dziwne, a momentami nawet i straszne.W jednym z licznych “pomieszczeń”, które znajdowały się w obozie Klanu Klifu przebywała młoda uczennica medyka - Zaćmiona Łapa. Była to średnich rozmiarów rudo-czarna kotka, która wyglądała jak dwa różne koty przecięte na pół i zamienione połówkami, podczas gdy jej oczy były wręcz identyczne. Momentami można było uznać ją za “wybryk natury”. Skulona na legowisku Zaćmiona Łapa niechętnie otworzyła oczy, ziewając i powoli podniosła się z legowiska. Miała ogrom zadań do zrobienia dzisiaj, a tak mało czasu! Chwilę zajęło uczennicy rozbudzenie się, przez ciemność, jaka tam panowała. Kotka wyciągnęła łapy do przodu, rozciągając swoje ciało, cicho przy tym wzdychając na myśl o rzeczach, które musiała dzisiaj zrobić. Pozbierać zioła, pomóc starszyźnie, oraz pewnie pełno innych rzeczy, które będzie musiała po drodze zrobić! Normalnie tragedia! Szczególnie gdy ta, cały dzień będzie musiała się uśmiechać i rozmawiać z kotami tylko po to, aby utrzymać opinię “grzecznej kotki”. Ah… Na co to komu? Zaćmiona Łapa przeczesała łapą futro na klatce piersiowej, nieśpiesznie je wygładzając i doprowadzając do ładu po całej nocy, aż nie uzyskała upragnionego efektu. Chwilkę jej to zajęło, ale nareszcie była gotowa do opuszczenia legowiska.

~ * ~

Gdy ta dotarła już do centrum obozu, zauważyła, że atmosfera za bardzo się nie zmieniła. Jest odrobinę jaśniej niż w środku legowiska oraz szum wodospadu był o wiele wyraźniejszy… Do noska kotki dochodził zapach wilgoci, który od dłuższego czasu bardzo lubiła. Kojarzył jej się on z komfortem lub bezpieczeństwem, a może i z domem. Uczennica obserwowała jak koty z Klanu Klifu powoli wychodzą z legowisk, choć dalej nie było ich wielu. Większość z nich preferowała pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, gdy obowiązki ich nie goniły. Jednak w przypadku Zaćmionej Łapy było odrobinę inaczej, ona nie miała ogromnej listy obowiązków narzuconych przez Liściaste Futro. Może Czereśniowa Gałązka czasami ją goniła, ale czy było to aż tak często? Oczywiście, że nie. Obie z kotek mimo różnych charakterów były wyrozumiałe, jeśli chodzi o ich obie równie mądre uczennice, za co starsza była wdzięczna.
Zaćmiona Łapa przeleciała wzrokiem koty, które powoli rozchodziły się po obozie, choć uwagę jej przykuła znajoma jej kotka. Była to schludnie wyglądająca kocica o futerku przypominającym chmurki, gdyż było one mocno pokręcone… Zaćmiona Łapa, przyglądając się jej walce z pokręconym futrem, podziękowała w myślach swojej rodzinie, że żadne z nich nie posiada loków. Gdyby uczennica musiałaby codziennie walczyć z własnymi kędziorkami, najpewniej by je wyrwała! Po chwili przyglądania się jak starsza walczy z lokami, ta zadecydowała jej pomóc. Zaćmiona Łapa otrzepała swoje futerko przed podejściem, aby wyglądać przyzwoicie, a następnie w podskokach ruszyła do chmury futra - Zagubionego Obuwika.
— Zagubiony Obuwiku! Zagubiony Obuwiku! — zapiszczała kotka, uśmiechając się szeroko do wojowniczki, na co druga odwzajemniła uśmiech. Po dłuższym przyglądaniu się futru Zagubionego Obuwika, Zaćmiona Łapa dostrzegła teraz, ile różnych kolorów mogła ta znaleźć na futerku kotki. Dominował na nim kolor czarny oraz szary, jednak w licznych miejscach widziała przebłyski rudej barwy, co tylko dodawało jej uroku. Mimo iż jej długie loki zakrywały większość ciała, ta dalej dostrzegła drobne uszka kotki, delikatnie wystające z kędziorków oraz te śliczne pomarańczowe oczy.
— Witaj Zagubiony Obuwiku! Potrzebujesz pomocy z futrem? Widzę, że trochę ci się splątało… — dodała młodsza, rzucając następne szybkie spojrzenie na kłęby okrywające wojowniczkę.
— Hm? Ah! Witaj Zaćmiona Łapo. — przywitała się z uśmiechem. — Aż tak widać to ptasie gniazdo na mojej głowie? Cóż, choć możesz się domyślić, to chętnie przyjmę twoją pomoc. Ciężko jest się tym wszystkim zająć samodzielnie bez pomocnej łapy. — dodała, na co odpowiedzią Zaćmionej Łapy nie były żadne słowa, a kolejny szeroki uśmiech oraz energiczne skinienie głowy.
Uczennica medyka długo nie zwlekała z pomocą, zaczęła najpierw od wyciągania wszystkich drobiazgów z jen futra takie jak ptasie piórka, listki, gałązki, oraz ogromna ilość pyłu, przez którą starsza kichała wiele razy, gdy ta wytrzepywała go z bujnych loków kotki, na co ta odpowiadała śmiechem, gdy następna seria kichnięć atakowała Zagubiony Obuwik.
— Ups, wybacz Zagubiony Obuwiku! — zapiszczała Zaćmiona Łapa, gdy kolejne drobinki pyłu spadły na nos wojowniczki. Mimo iż ta nie robiła tego celowo, to rozśmieszało ją to bez końca. Miała jednak nadzieję, że ta nie będzie musiała podawać jej żadnych ziół na cieknący nos po ‘sprzątaniu’ jej futra. Uczennicy brakowało jeszcze kilka listków do wyjęcia, których pozbyła się bardzo sprawnie i bezboleśnie. Gdy wydostała zielone listki, odrzuciła je na bok, pozwalając odfrunąć tam, gdzie pociągnie je wiatr, aby po chwili znów skupić swoją uwagę na lokach kotki. Zaćmiona Łapa musiała jeszcze wyciągnąć ostatnie białe piórko, które wplątało się i odmawiało wyjść. Chwilę jej to zajęło, jednak po poświęceniu odrobiny czasu i kilkunastu włosów ta zdołała je wydostać. Było to bardzo ładne piórko…
— Auć! Skończyłaś już? — zapytała wojowniczka, krzywiąc się, za każdym razem, gdy ta wydostała następną rzecz z jej futra. Gdy na pytanie jej odpowiedziała cisza, ta zwróciła swój wzrok na młodą medyczkę, dostrzegając to, jak ta dokładnie ogląda białe pióro. Huh… Ciekawe, do jakiego ptaka one należało. — Podoba ci się? — zapytała, na co Zaćmiona Łapo pokiwała głową, potwierdzając słowa wojowniczki.
— Bardzo! Wspaniałe piórko, chcesz je? — skomentowała, jednak za nim wojowniczka zdążyła coś powiedzieć, ta zadała jej pytanie, na które Zagubiony Obuwik się zaśmiał, kręcąc głową.
— Cóż, mimo to piórko jest przecudowne, myślę, że ono by bardziej tobie pasowało. — miauknęła uśmiechnięta, po czym delikatnie wzięła pióro od uczennicy, a następnie sprawnie upchnęła je w ogon kotki. Białe pióro cudownie kontrastowało z rudą barwą ogona młodszej, co tylko dodawało jej uroku. — Widzisz? Pięknie jest, bardzo ci pasuje.
— Oh, Zagubiony Obuwiku, bardzo ci dziękuję! Wygląda to wspaniale, dziękuję, dziękuje, dziękuję! Obiecuję, że jak znajdę inne, równie piękne pióro, to ci je przyniosę! — obiecała kotka.
— Dobrze, Zaćmiona Łapo. Trzymam cię za słowo oraz bardzo dziękuję ci za pomoc z moim futrem! Myślę, że już sobie poradzę z układaniem go, dlatego możesz wracać do obowiązków. — powiedziała wojowniczka, ogonem przejeżdżając po grzbiecie młodej szylkretki, podczas gdy ta wbijała w nią swoje spojrzenie z iskierkami w oczach. Była bardzo szczęśliwa z tego spotkania.
— Ah! Oczywiście! Już uciekam, miło mi się z tobą rozmawiało, Zagubiony Obuwiku! — miauknęła, a następnie uciekła z miejsca, wracając do swoich obowiązków.

~ * ~

Zaćmiona Łapa była w środku oglądania ptaków szybujących przy ‘suficie’ jaskini; były to głównie jaskółki. Latały one dookoła, robiąc które kółko? Trzydzieste? Czterdzieste? Cóż, nieważne ile, ważne, że głowa Zaćmienia zaraz się odkręci i odpadnie od tego oglądania ptaków! Słuchała ona ich melodyjnego śpiewu, który przypominał pieśni. Podobały jej się one. Szkoda tylko, że cudowna melodia została przerwana przez dźwięk, który przypominał dźwięki, jakie wydawała Pluskająca Krewetka w ostatnich chwilach. Taki sam śmieszny świst w płucach, jaki tej nocy słyszała. Koteczka rozejrzała się dookoła zakłopotana, dostrzegając, że kotem odpowiedzialnym za ten irytujący dźwięk był kot, z którym nie rozmawiała za często. Uczennica podeszła do Pokrzywowych Zarośli, rzucając kotu pytające spojrzenie.
— Oh, to ciebie ostatnio leczyła Ćmia Łapa? Dziwnie świszczysz. — zapytała, nie owijając w bawełnę. Denerwował ją ten dźwięk, to fakt. Ciekawe tylko czy denerwował on ją ze względu na Pluskającą Krewetkę, a może to sam świst ją denerwował? Cóż, tego już się nie dowiemy. Mimo iż kot został ‘wyleczony’, to ten świst dalej nie zniknął, przynajmniej nie do końca.
— Hm? Uhm... Wybacz, tak to moje płuca. Ostatnio Ćmia Łapa coś mi podała, i to pomogło, ale świst nigdy nie ustał. — miauknęło, odwracając wzrok. Pokrzywowe Zarośla było ciekawym kotem. Wojownicy powinni walczyć za klan i nie bać się życia, ale ono? Ono unika walki jak ognia, a Zaćmiona Łapa momentami zastanawia się, jak ono przeszło szkolenie na wojownika. Hm… Może ma jakieś sekretne kontakty lub przekupiło Srokoszową Gwiazdę? Tą odpowiedź będzie musiała już zdobyć sama od kota, który żył tyle, co wojownik.
— Cóż, jeśli chcesz mogę cię zaprowadzić do Czereśniowej Gałązki, aby coś ci podała na ten świst, bo uszy mi zaraz zwiędną. — powiedziała, i nawet nie zwlekając na odpowiedź starszej postaci, poczłapała do lecznicy medyka, kilka razy oglądając się czy liliowy wojownik za nią idzie.

~ * ~

— Czereśniowa Gałązko! — zamiauczała uczennica melodyjnym głosem, specjalnie przeciągając pierwszą literę ‘E’ w słowie ‘Czereśniowa’ oraz literę ‘O’ w słowie ‘Gałązko. Koteczka robiła to bardzo często by zdobyć uwagę starszej. Czereśniowa Gałązka była w środku sprzątania magazynku, pozbywając się wszystkich starych ziół z niego. Była to czynność, którą często robiła. Czasami wydawało się uczennicy, że sprzątanie magazynku to jej ulubiona czynność, choć mogła się mylić.
— Co jest młoda? — zapytała, spoglądając na uczennicę jej asystentki, tylko po to, aby po chwili dostrzec wyższego kota u jej boku. Dużo wyższego. — A temu, co? — zapytała, krzywiąc się na świst jego płuc.
— Uhm… Wybacz, że zawracam ci głowę, ale ostatnio Ćmia Łapa podała mi coś na oddychanie, i już jest dużo lepiej, ale świst nigdy nie zniknął. — miauknął kot, odwracając wzrok zawstydzony odrobinę, na co Czereśniowa Gałązka westchnęła i wróciła do sprzątania magazynku medyka.
— Zaćmiona Łapo, podasz mu jałowiec? Uczyłam cię o nim ostatnio, więc wiesz, jak zioło to wygląda. Wiem, że się nie pomylisz. Chociaż jak coś pójdzie nie tak, to będę obok. — powiedziała, śmiejąc się delikatnie, gdy zobaczyła jaki przerażony wyraz pyska zaczął malować się na pysku większego kota. — Na co czekasz?
Uczennica skinęła głową, a następnie ruszyła do magazynku, przystając tuż obok Czereśniowej Gałązki, która przejechała ogonem po jej grzbiecie, gdy ta wyczuła jej stres. Lubiła, gdy ktoś ją głaskał ogonem. Było to przyjemne uczucie.
Koteczka po chwili wahania się nad tym, które to było zioło, złapała w pysk gałązkę pokrytą niebieskimi kulkami i ciemnymi listkami, na co Czereśniowa Gałązka przytaknęła głową, potwierdzając jej wybór. Oczywiście wzrok Pokrzywowych Zarośli nie opuszczał jej ani na jedną chwilkę. Zaćmiona Łapa nie potrzebowała wiele czasu, aby podejść do kota i podstawić mu zioło pod pysk.
— Smacznego! — miauknęła kotka, czekając, aż kot zje podane mu lekarstwo. Wiedziała, że koty nie przepadają za smakiem ziół, więc może by coś zaradziła na to? Koteczka zrobiła krótką przerwę, aby ponownie zabrać zioło i delikatnie zamoczyć je w miodzie, który wlany był w małe wgłębienie w skale. Cóż, dobre rozwiązanie. Uczennica po chwili ponownie podała kotu zioło, tym razem posmarowane miodem, na co grymas z pyska wojownika w mgnieniu oka się rozpłynął.
— Dziękuję, Zaćmiona Łapo! — powiedziało, uśmiechając się nieśmiało do młodszej, podczas gdy medyczka poklepała ją po głowie zadowolona z postępów Zaćmionej Łapy. Uczennica robiła duże postępy w tak krótkim czasie, co było czymś imponującym, gdyż nie każdy z medyków przyjmował nową wiedzę tak szybko, jak ona. Nie zajęło to długo wojownikowi, aby ten opuścił lecznice medyków, zostawiając Zaćmioną Łapę i Czereśniową Gałązkę sam na sam.
— Wiesz, że jestem z ciebie dumna? — zapytała medyczka, na co Zaćmiona Łapa delikatnie się zarumieniła na słowa starszej medyczki Klanu Klifu. Zaćmiona Łapa bardzo lubiła miłe słowa lub gesty od innych kotów, czy to było zwykłe ‘Dziękuję’, albo prosty uśmiech na jej widok. Mimo tej panującej pustki, którą czuła o każdej porze dnia i nocy, w takich chwilach ta pustka znikała. Czuła się… Szczęśliwa.
— Ah, Czereśniowa Gałązko! Dziękuję, za twoje miłe słowa, jednak to, co zrobiłam, nie było wyczynem… — powiedziała nieśmiało, kryjąc swoją mordkę za ogonem, z którego wystawało białe piórko.
— Nonsens, zrobiłaś kawał dobrej roboty, moja droga. Powinnaś być z siebie dumna, bo właśnie pomogłaś kotu z naszego klanu. — powiedziała starsza, głosem przepełnionym dumą. — Swoją drogą jak już tutaj jesteś, mogłabyś przynieść Srokoszowej Gwieździe odrobinę tymianku, aby ukoić jego nerwy? Od śmierci Pluskającej Krewetki wydaje się jakiś przestraszony, więc może moje zioła mu pomogą. — powiedziała, a następnie kontynuowała. — Tak właściwie Przyczajona Kania również musiałaby ich trochę dostać… Weź więcej tymianku z magazynku i podaj go im, dobrze słońce? Jak zostanie ci go trochę, możesz odłożyć go do magazynku, a teraz leć! Czas ucieka a jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. — dodała medyczka, czekając na to, aż uczennica złapie dwie dawki ziół z magazynku, co Zaćmiona Łapa prędko zrobiła, nie czekając zbyt długo. Czereśniowa Gałązka posłała jej jeszcze jeden uśmiech, a uczennica opuściła magazynem równie szybko, jak się w nim pojawiła.

~ * ~

Zaćmiona Łapa dzielnie przebierała łapami przez kamienny obóz, dumnie niosąc zioła z magazynku prosto do legowiska przywódcy. Podczas drogi w to miejsce czuła delikatny dreszczyk emocji. Była to mieszanka ekscytacji i stresu jednocześnie, a może i nutka adrenaliny biegła przez jej żyły? Gdy uczennica nareszcie znalazła się przed grotą, stanowiącą wejście do legowiska przywódcy, wzięła duży wdech i wkroczyła do środka. Nie było to ogromne wgłębienie, jednak klimat, jaki tam panował, sprawiał, że kotka wzdrygała się, gdy słyszała, jak kropla wody uderza o skalną podłogę. Atmosfera tam sprawiała, że włosy na karku kotki stawały do góry niczym drzewa przy studni. Dopiero po chwili dojrzała tam sylwetkę znajomego jej kocura.
— Srokoszowa Gwiazdo? — miauknęła, przybliżając się do kocura. — Czereśniowa Gałązka kazała mi przynieść ci zioła... — dodała uczennica, na co odpowiedział jej donośny głos kocura. No tak, czego spodziewać się po przywódcy?
— Nie potrzebuję żadnych ziół, nie jestem chory. Przekaż Czereśniowej Gałązce, aby ta nie wciskała mi ziół, gdy o nie nie proszę. Niech skupi się na leczeniu faktycznie chorych kotów. — odpowiedział oschle, widocznie zirytowany obecnością uczennicy i faktem, iż nasłała ją na niego Czereśniowa Gałązka.
— Ah! Nie nie, to nie są zioła na choroby takie jak kaszel bądź przeziębienie… Czereśniowa Gałązka powiedziała, że dobrze to zadziała na stres i ukoi twoje nerwy. Mówiła, że to ci pomoże. — dodała, nerwowo kuląc ogon. Może powinna się zmyć? Nie chce jeszcze bardziej denerwować kocura. Uczennica na chwilę odwróciła wzrok, aby po chwilę wrócić nim na przywódcę, jednak tym razem zauważyła, że stał się on… Łagodniejszy. Brwi kocura nie były już zmarszczone, a spojrzenie kocura posmutniało.
— Wybacz mi za mój wybuch, Zaćmiona Łapo. Naprawdę doceniam to, że przyniosłaś tutaj tymianek dla mnie, jednak ja go nie potrzebuję. Trochę stresu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. — powiedział kocur, uśmiechając się blado, na co młodsza rozluźniła mięśnie.
— Chodzi o Pluskającą Krewetkę? — zapytała nagle, tym razem nie odwracając wzroku. Rudo czarna istotka czuła jak adrenalina przypływa, a w środku ponownie czuje to ekscytujące uczucie, gdy przywódca przytaknął na jej słowa.
— Tak... — powiedział, jednak gdy zdał sobie sprawę z tego, jak nieschludnie brzmi jego wypowiedź, szybko się poprawił, przedtem chrząkając cicho. — Tak, to Pluskająca Krewetka mnie zamartwia. Słyszałaś już o jej śmierci, czyż nie? Ah, dlaczego ja się pytam… Oczywiście, że słyszałaś. Krzyk kota musiał cię postawić na cztery łapy. — miauknął starszy, spoglądając na uczennicę. — Widziałaś ciało? — zapytał nagle, na co Zaćmiona Łapa zastygła. Czy widziała ciało? Oczywiście, że tak. Przecież to ona odebrała Pluskającej Krewetce żywot, ale czy powinna je widzieć? Jako uczennica medyka powinna widzieć ciało zmarłego czy też nie? Ćmia Łapa go nie oglądała, z tego, co pamięta… Nawet Liściaste Futro odganiała ją od legowiska starszych. Ale czy ona powinna je widzieć? Może skłamać i powiedzieć, że go nie widziała. Gdyby odpowiedziała w sposób inny, pewnie zadano by jej tysiąc pytań, gdyż po zbrodni przy ciele się nie znajdowała.
— Wybacz mi, Srokoszowa Gwiazdo, ale nie widziałam go. Czy były na nim jakieś rany? Chciałam zapytać Liściastego Futra, ale już raz odganiała Ćmią Łapę. Może myśli, że jest to widok zbyt drastyczny dla młodszych? — odpowiedziała na pytanie kocura, wyczekując na jego odpowiedź.
— Hm… Może i dobrze, że go nie widziałaś. Mimo iż ran na nim nie było, czasami może być to widok zbyt drastyczny dla tak młodych oczu. Cieszy mnie to, że Liściaste Futro dba o wasze zdrowie psychiczne. — przywódca powiedział, skanując wzrokiem Zaćmioną Łapę. Jego spojrzenie dalej było łagodne, jednak w nim znajdowało się coś jeszcze, co postawiło na karku uczennicy futerko pionowo do góry.
— Jeśli nie było tam ran, co było przyczyną zgonu? — zapytała, dalej nakręcając temat. Podobało jej się to uczucie, gdy adrenalina pulsowała w jej żyłach.
— Nie wiemy jeszcze. Możliwe, że serce kotki się zatrzymało. Wiesz, że Pluskająca Krewetka była już w podeszłym wieku, więc choroby to nie nowość. Mam jednak nadzieję, że odeszła ona w sposób bezbolesny. — odpowiedział na pytanie kotki Srokoszowa Gwiazda. To był fakt, śmierć powinna być bezbolesna, jednak czy koty, które odwracają się od gwiezdnych przodków, zasługują na nią? Oczywiście, że nie. Gdyby mogła, to sama by podała kocurowi czerwone jagody, odpowiedzialne za kradnięcie żyć kotów, tylko aby oddać go w łapy przodków. Brak wiary w nich ściągnie zagładę na Klan Klifu, ona to czuję.
— Ah… Już daj tu te zioła, nie będę taki. Nie po to tutaj przyszłaś, aby rozmawiać o życiu i śmierci. Zioło mnie nie zabije, czyż nie? — zażartował, a następnie wziął kępkę tymianku od uczennicy. — Powinienem to zjeść czy przeżuć? — zapytał, na co młodsza prędko odpowiedziała, przerywając swój niezręczny śmiech przez ostatni żart kota.
— Przeżuć, jeśli chcesz, aby zadziałało. — odparła, robiąc krok do tyłu, posyłając mu delikatny uśmiech, gdy ten wziął zioło.
— Dobrze, dziękuję ci, Zaćmiona Łapo. Możesz już wracać do swoich obowiązków, dobrze? Zaraz sobie przeżuje to… Coś. Może da mi to takiego kopa, że prześpię cały dzień? Przynajmniej taką mam nadzieję. — zażartował, na co odpowiedzią Zaćmionej Łapy był cichy chichot. — Dobrze, dobrze, już ci głowy nie zawracam.
— Ah! Jeszcze mam jedno pytanie, Srokoszowa Gwiazdo. Czy wiesz, gdzie znajdę Przyczajoną Kanię? Czereśniowa Gałązka wysłała mnie, aby i mu wcisnąć tymianek… — zapytała nieśmiało.
— Hm, on też stanie się ofiarą Czereśniowej Gałązki? No cóż, jak i mnie dopadła to i niech go zapcha ziołem. Myślę, że będzie on przy stosie ze zwierzyną. Powinien wkrótce wyznaczać patrole, więc leć i zmuszaj go do brania ziół. Niech cierpi tyle, co ja, pfft. — zaśmiał się.
Zaćmionej Łapie nie trzeba było dwa razy powtarzać, gdyż ta w mgnieniu oka zmyła się w legowiska ich przywódcy. Dziwny typ…

~ * ~

Z sekundy na sekundę ta znajdowała się coraz bliżej stosu zwierzyny, i tak jak Srokoszowa Gwiazda powiedział, znajdował się tam i jego zastępca. Był to kocur o brązowym futrze pokrytym cętkami oraz charakterystycznymi dla niego białymi plamami pod nosem, przedniej łapie, oraz koniuszka ogona. Zielone oczy zastępcy dzielnie skanowały zebrane dookoła koty. Najprawdopodobniej był w środku wyznaczaniu patroli.
— Pikująca Jaskółko? — odezwał się kocur, zwracając uwagę kremowej kotki, na co ta spojrzała na niego pytająco. — Potrzebujemy, aby ktoś sprawdził okolice studni. Ostatnio jeden z naszych podczas patrolu słyszał tam krzyki. Weź ze sobą Liściasty Wir dla bezpieczeństwa oraz Miedziany Kieł. Pamiętajcie, że waszym zadaniem jest dowiedzieć się, co wydaje te odgłosy, a nie przegonić to coś. Zachowajcie bezpieczną odległość, gdy to znajdziecie. Nie chcemy żadnych wypadków. — dodał zastępca, skanując wzrokiem trzy koty, które były tuż obok niego.
— Widziano tam jakieś ślady? A może coś wyczuliście ostatnim razem? Każda informacja może się nam przydać. — zapytała zielonooka. Miedziany Kieł była urokliwą kotką. Jej futro było w kolorze miedzi, gdzie przebijały się dwa kolory. Ruda barwa, przypominająca płomienie, oraz cynamonowe kolory, których kombinacja przypominała miedź. Oczy wojowniczki były zielone, a przy łapach miała długie, ciągnące się futerko. Ciekawiło to Zaćmioną Łapę, czy ono jej nie przeszkadzało…
— Niestety, nic nie wyczuliśmy, dlatego wysyłamy was. Wierzę, że wojowniczki jak wy poradzą sobie doskonale. Jednak, gdy coś pójdzie nie tak, niech jedna z was przybiegnie tutaj po pomoc. Wyślemy więcej wojowników, aby wam pomóc. Czy jest to zrozumiałe? — zapytał kocur, chociaż czy można zaliczyć to jako pytanie? Ton kocura był… Poważny. Łatwo było się domyślić, jak ważny był ten patrol. Kto wie, czym to było. Może jakieś nieszkodliwe zwierzę, a może zagrożenie dla klanu.
Teraz Liściasty Wir pozwoliła sobie zabrać głos, dumnie prostując się oraz wypinając pierś do przodu. Wojowniczka mimo starszego wieku była dalej bardzo szanowana przez koty w Klanie Klifu. Każdy ją znał z jej wybitnej szybkości, jaką potrafiła osiągnąć, gdy była młodsza. Mimo iż czas kotki ucieka, ta dalej jest pełna życia i chętnie wykonuje swoje obowiązki, dając kotą żyjących na klifie nadzieję na lepsze jutro.
— Przyczajona Kanio, wydaje mi się, że ktoś chce z tobą porozmawiać. — miauknęła starsza szylkretka, wskazując ogonem na młodą koteczkę skrywającą się u boku kota. Była to oczywiście Zaćmiona Łapa, która nieśmiale trzymała kępkę tymianku. Kocur dopiero ją zauważył.
— Oh, Zaćmiona Łapo, witaj. Wybacz, byłem zajęty i nie zauważyłem cię! Potrafisz się dobrze skradać i siedzieć cicho jak mysz, byłaby z ciebie doskonała wojowniczka. — zażartował zastępca, uśmiechając się do młodej medyczki, jednak gdy zauważył zioła w pyszczku Zaćmionej Łapy, szybko się poprawił. — Oczywiście rola medyka tobie pasuje, choć myślę, że odnalazłabyś się wyśmienicie jako wojownik. — dodał, na co Liściasty Wir oraz Pikująca Jaskółka przytaknęły, podczas gdy Miedziany Kieł była zajętą rozmową z wojownikiem. — A teraz, co tam trzymasz? Prezent dla mnie? — dodał, spoglądając na trzymaną przez Zaćmienie gałązkę.
Uczennica rzuciła roślinkę na ziemię, a następnie się odezwała dalej delikatnie zawstydzona przez fakt, że kocur musiał przerywać rozmowę przez jej obecność. Oby nie był zły na nią…
— Ah..- Czereśniowa Gałązka kazała przynieść mi tymianek. Ma pomóc ze stresem, tak słyszałam. Srokoszowa Gwiazda już swoją dawkę otrzymał, dlatego teraz jest to twoja kolej. — miauknęła rudo czarna koteczka, wskazując łapą na zioło, które zastępca właśnie skanował wzrokiem.
— Hm… No dobrze. Mimo, iż za smakiem ziół nie przepadam, wezmę je dla dobra klanu. Może dobrze mi to zrobi, czyż nie? Muszę mieć czysty umysł, aby dalej wykonywać swoje obowiązki. — mruknął, przytakując. — Dziękuję, że mi je przyniosłaś Zaćmiona Łapo. Również przekaż moje podziękowania Czereśniowej Gałązce, doceniam to. — tymi słowami Przyczajona Kania zakończył swoją wypowiedź, pozwalając młodszej odejść. — Ah! Jeszcze jedno, mogłabyś mi przyprowadzić swoją mamę? Potrzebuję dopytać ją o szczegóły ostatniego patrolu, który prowadziła. — dodał, na co Zaćmiona Łapa zastygła, próbując zrozumieć, o co zastępca ją pyta.
— Eh..? Którą mamę? — zapytała zmieszana, przez co na pysku kocura pojawiła się nutka zamieszania, tylko po to, aby mruknąć ciche ‘No tak’.
— Racja… Wybacz młoda, zapomniałem, że Zielone Wzgórze oraz Bożodrzewny Kaprys są… No. Wracając… Przyprowadź mi Zielone Wzgórze, dobrze? — zapytał, na co Zaćmiona Łapa przytaknęła. Racja, wiele kotów zapominało o fakcie, że ta posiadała dwie matki. Uczennica zdążyła jeszcze rzucić kocurowi szybkie ‘Do zobaczenia!’, a następnie zniknęła z jego pola widzenia. Kątem oka jeszcze dostrzegła jak Pikująca Jaskółka, Liściasty Wir oraz Miedziany Kieł wychodzą z obozu pochłonięte rozmową. Oby ich patrol zakończył się sukcesem…

~ * ~

Następną ‘misją’ uczennicy było odnalezienie jej matki gdzieś w obozie. Przyczajona Kania potrzebował jej, aby ta przekazała mu informację o ostatnim patrolu. Ciekawiło ją, co takiego specjalnego jest w tym patrolu. Rudo czarna kuleczka wędrowała przez skalny obóz, czując przyjemny chłód jaskini oraz ciesząc się szumem wodospadu chroniącego ich obóz. Ciekawe jakby ich życie wyglądało, gdyby tego wodospadu tu nie było. Czy Klan Klifu nigdy by tu się nie osiedlił? A może zamiast wody spływającej z klifu, to wejście okrywałyby gęste pnącza? A co gdyby nie mieszkali już na klifie? Co, gdyby obóz im się zawalił i musieliby opuścić ich klif? Czy by ich klan zwał się Klanem Polany? A może Klanem Lasu? Ah, Zaćmiona Łapa miała milion pytań, a tak mało odpowiedzi. Może kiedyś ją wyciągnie od jakiegoś z kotów, kto wie.
Uczennica powoli docierała do legowiska wojowników, z którego właśnie wychodziła Bożodrzewny Kaprys. Rzuciła matce szybkie ‘Cześć’, a później sama wkroczyła do wcześniej wspomnianego legowiska wojowników.
W środku panowała przyjemna ciemność. Było tam dosyć cicho, podczas gdy jedynym dźwiękiem, jaki mogła usłyszeć to ciche szepty kotów rozmawiające ze sobą.
— Słyszałeś, że Zaćmiona Łapa była u Srokoszowej Gwiazdy? Słyszałem, że przyleciała tam z ziołami. Myślisz, że coś mogło się mu stać? — odezwał się jeden z dwóch protektorów. Był to brązowo biały wojownik, któremu brakowało jednej z czterech łap. Po tych słowach kocura napadł nagły atak kaszlu, na co Zaćmiona Łapa pokiwała głową zrezygnowana. No tak, Liściaste Futro oraz Czereśniowa Gałązka informowały już o stanie zdrowotnym kocura. Był to nikt inny jak Kornikowa Kora, który został skazany na objęcie tej ścieżki przez brak przedniej łapy, która nigdy się nie wykształciła do końca. Uczennica medyka mu trochę… Współczuła. Zaćmiona Łapa miała wybór, mogła przecież odmówić, czyż nie? Ale kocur? On tego wyboru nigdy nie miał.
— Tak myślisz, że Srokoszowa Gwiazda się rozchorował? Może to zwyczajny katar? Gdyby było to coś poważnego, pewnie byśmy się dowiedzieli już o tym. — miauknął odrobinę młodszy kocur od Kornikowej Kory. Był to Szary Klif, który również należał do roli protektora. Futerko kocura, jak jego samo imię wskazuje, było szare, zaś obie przednie łapy kocura miały białe ‘skarpetki’. Niestety, podobnie jak w przypadku Kornikowej Kory i jemu jednej łapy brakowało, tym razem tylnej. Z tego, co uczennica zdołała się dowiedzieć, kocur stracił ją w pewnym wypadku… Szkoda jeszcze, że nie wie jakim. Może ubłaga Liściaste Futro bądź Czereśniową Gałązkę, aby któraś z nich puściła parę z pyska i powiedziała jej, co się kocurowi stało w przeszłości? Dopiero gdy młodsza się bardziej zamyśliła, zdała sobie sprawę, jak ciężko w życiu musiał mieć kocur. Brak łapy od urodzenia nie jest jeszcze aż tak zły, gdyż będziesz przyzwyczajony do jej braku, ale gdy stracisz ją w trakcie życia? Zaćmiona Łapa by chyba nie dała rady, gdyby nagle jedna z jej czterech łap została jej odebrana. Czułaby się… Bezużyteczna.
— Kto wie, czy to katar… Może Zaćmiona Łapa nam powie, gdy już podsłuchuje? — odpowiedział nagle kocur, wskazując głową na czającą się kotkę. Ah… Przyłapano ją? Uczennica szybko się zarumieniła i równie szybko odwróciła wzrok od dwójki kotów, na co ci się zaśmiali. Może nie mieli jej tego za złe? Ah, zresztą to oni ją obgadywali, nie ona ich!
— Kto… Ja…? Ah! Na Klan Gwiazdy, w życiu! Ja tylko przechodziłam, a to, że usłyszałam moje imię, było czystym przypadkiem! — usprawiedliwiła się rudo czarna kotka, na co protektorzy wymienili porozumiewawcze spojrzenie między sobą. Oczywiście Zaćmionej Łapie ten prosty gest nie umknął jej uwadze.
— Cóż… Jak już wiesz, o czym ja z Szarym Klifem rozmawialiśmy, może odpowiesz na nasze pytanie? Zgaduję, że wiesz jakie. — powiedział starszy kocur, podczas gdy Szary Klif mu przytakiwał, nie spuszczając wzroku z uczennicy. Czuła ona na sobie dziwną presję, a to uczucie jej się nie podobało.
— Srokoszowa Gwiazda nie jest chory… Czereśniowa Gwiazda jedynie wysłała mnie, aby podać mu coś na nerwy. Powiedziała, że od dłuższego czasu coś go dręczy. — mruknęła młoda medyczka, kopiąc łapą w ziemi zawstydzona uwagą, jaką otrzymywała.
— Hm… Stres powiadasz? Rozumiesz, co to znaczy, Szary Klifie? — odezwał się Kornikowa Kora do towarzysza, gdy ten już wstawał z miejsca. Brązowy kocur chwilę później ruszył jego śladem.
— Ah, miło się rozmawiało z tobą, Zaćmiona Łapo, ale najwidoczniej przywódca nas potrzebuje. Dziękuję, że nam o tym powiedziałaś. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy mogli porozmawiać kolejny raz! — dokończył Szary Klif, posyłając ostatni uśmiech do Zaćmionej Łapy. Nim koteczka zdołała mu odpowiedzieć i również się pożegnać, dwójka protektorów już zniknęła z legowiska. Koteczka cicho westchnęła, a następnie przeskanowała wzrokiem resztę legowiska.
Chwilę jej to zajęło, aby dotrzeć znajomą jej kotkę przez to, jaka ciemność tam panowała, jednak wszędzie pozna te zielone oczy własnej matki.
— Oh, cześć kochanie! Co ciebie tutaj sprowadza słońce? — zapytała ciepło jej matka, a Zaćmienie zbliżała się do kotki, ocierając się o nią głową.
— Cześć mamo! Nic wielkiego, tylko Przyczajona Kania kazał mi ciebie znaleźć. — odpowiedziała na pytanie matki młodsza, na co Zielone Wzgórze pokręciła głową, powstrzymując śmiech.
— No tak, on zawsze coś chce, czyż nie? — miauknęła, a następnie kontynuowała. — Dlaczego on mnie szukał? Chyba niczym sobie u zastępcy nie przeskrobałam, czyż nie? — zapytał kotka, spoglądając na rudo-czarną kotkę.
— Ah! Oczywiście, że nie, mamo. To tylko coś związane z patrolem, tak myślę… Proszę, nie zamartwiaj się tym. — pośpiesznie odpowiedziała kotce jej córka. Nie chciała, aby Zielone Wzgórze się zamartwiała.
— Hm… No dobrze, skoro tak mówisz… A teraz kochanie opowiadaj, jak ci się podoba na ścieżce medyka? Ja z Bożodrzewnym Kaprysem miałyśmy malutkie wątpliwości, przez to, jak żywym i walecznym kociakiem byłaś, ale z tego, co słyszałam, to radzisz sobie wyśmienicie. — miauknęła kotka, uśmiechając się na wspomnienie partnerki.
Oczywiście, Zaćmiona Łapa zastygła. Oh, jak bardzo nienawidziła ona tego pytania… Nigdy nie wiedziała co na nie odpowiedzieć, aby nie zawieść drugiego. Może drugim powodem, dlaczego tego pytania nienawidziła, był fakt, że ta sama nie wiedziała, co ona czuła. Na myśl o zostaniu wojownikiem bądź medykiem czuła… Pustkę. Nigdy nie potrafiła wybrać jednej z dwóch ścieżek, co często ją dręczyło po nocach.
— Ah, mamo! Jest cudownie szkolić się jako medyk! Uczę się tylu ciekawych rzeczy! Codziennie robię coś nowego, a każdy dzień pokazuje mi nowy sposób na leczenie chorób. Wiedziałaś, że tymianek działa uspokajająco? Może potrzebujesz, abym ci odrobinę przyniosła? Słyszałam, że zawsze dobrze jest mieć go odrobinę w legowisku, aby lepiej spać. — zamiauczała koteczka, uśmiechając się do starszej kotki.
— Pfft, dzięki słońce, za troskę, ale stres mnie nie przytłacza. Może starsi się odrobinę gorzej czują po śmierci Pluskającej Krewetki, ale ja? No coś ty! — odpowiedziała na słowa uczennicy medyka głosem przepełniony troską. Koteczka czuła jak ta na nią patrzy, spojrzeniem, które sprawiało, że Zaćmiona Łapa czuła ciepło na sercu. Oczywiście była to miłość kocicy do jej córki.
— Oh, mamo… Mówiłam ci już jak dobrze, że cię mam? Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie. — powiedziała młodsza, wtulając się w futro biało czarnej kotki.
— Haha… No już kochanie, no już. Wydajesz się jakoś mocno roztrzęsiona słodziaku, czy coś się stało? Żaden z uczniów ci nie dokucza, czyż nie? — zapytała nagle, marszcząc brwi. Słowa jej matki sprawiły, że ta musiała odwrócić wzrok. Nie mogła patrzeć na nią, gdy ta chciała kłamać. Czy powinna powiedzieć jej o tym, co się stało z Pluskającą Krewetką? Oh, kotka by ją znienawidziła… Klan by się dowiedział. Już widzi te spojrzenia przepełnione rozczarowaniem oraz obrzydzeniem do tego, co zrobiła kotka. Jej wujek by najpewniej zesłał cały Klan Gwiazdy na jej ogon, aby odpocząć jej nigdy nie dali. A jej mamy? Gdyby się o tym dowiedziały, kotka nie byłaby w stanie spojrzeć im w oczy ze wstydu. Oh… A jej rodzeństwo? Jej bracia oraz mała siostrzyczka? Co by powiedzieli, gdyby dowiedzieliby się, że ich siostra jest przeklętym mordercą? Co by powiedzieli, gdyby odkryli, że wszystko, co koteczka mówiła, było pustym kłamstwem. Uczennica wzięła duży wdech, aby się uspokoić, a następnie się odezwała, spoglądając matce w oczy.
— Spokojnie mamo, nikt mi nie dokucza! Dzisiaj mam wyjątkowo dużo pracy, to może dlatego taka się wydaję. Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz. — uśmiechnęła się do Zielonego Wzgórza.
— No dobrze, Zaćmiona Łapo. Jednak pamiętaj, gdy coś się stanie, zawsze możesz mi powiedzieć. Nikt nie będzie na ciebie zły. — odparła.
— Dobrze mamo, zapamiętam to… Będę już uciekać do obowiązków, nie chcę, aby Liściaste Futro bądź Czereśniowa Gałązka się czymś denerwowały. Pamiętaj, aby pójść do Przyczajonej Kani w wolnej chwili, dobrze? — miauknęła koteczka, rzucając ostatnie spojrzenie swojej mamie.
— Dobrze, zapamiętam. Kocham cię, pamiętaj o tym. — odpowiedziała starsza kotka, uśmiechając się do swojej córki. Mimo, iż nie łączyła ich krew, to więź między nimi była równie silna.
— Ja ciebie też kocham, mamo. Do później! — wymruczała, a następnie zniknęła z legowiska wojowników, pozostawiając kotkę samą.


[5115 słów - trening medyka]

[przyznano 102%]

NPC: Zagubiony Obuwik, Pokrzywowe Zarośla, Czereśniowa Gałązka, Srokoszowa Gwiazda, Przyczajona Kania, Pikująca Jaskółka, Liściasty Wir, Miedziany Kieł, Kornikowa Kora, Szary Klif, Zielone Wzgórze