BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 sierpnia 2023

Od Lew CD. Piaska

 Piasek był żałosny. Z każdym kolejnym dniem przekonywała się, że jej brat, gdyby nie jego futerko i podobieństwo do przodkini nie różniłby się od plebsu. Nie mógł się zachowywać tak jak Lew i Iskierka? Dobrze, że mama go nie widziała w tej sytuacji, bo by nie usiadł na tyłku do końca życia, za to że przynosi taki wstyd. Już lepiej ta głupia Gepardzia Łapa się zachowała, jednak nie śmiała tego przyznać. Czuła złość na uczennicę, że to nie ona wyszła ze żłobka z płaczem, tylko jej brat łkał błagając, żeby ruda nie zostawiła go. Ile jeszcze miała spędzić księżyców na próbach zrobienia z Piaska rudego, który swoim istnieniem nie obraża innych rudych kotów? Miała ochotę palnąć go w ten jego zapłakany pysk, którym się ocierał o jej futerko mocząc je, lecz zmieniła swój następny ruch. Łapką delikatnie przejechała po jego pleckach przyciągając go bliżej do siebie i zaczęła mu szeptać do ucha.
— Jak na pierwszy raz poszło ci całkiem nieźle wiesz... — odezwała się melodyjnie gładząc jego kremowe futerko, po czym przeniosła wzrok na Iskierkę chcąc by ta też wyraziła aprobatę wobec ich głupiego braciszka
Cętkowana zamrugała kręcąc łebkiem, że nie chce tego mówić, w końcu co tu było chwalić? Ich kochany braciszek zawalił sprawę. 
I on miał robić za tego wybrańca? No bez jaj!
— Naprawdę?
— Tak, Piasku. Dobra robota. — przytaknęła mu i kitą otarła jego załzawiony pyszczek. Uśmiechnęła się słodko, i takim samym tonem kontynuowała: — Udało ci się ją przegonić, widzisz? Nie ma jej. Może teraz nie płakała jak ją wyzywałeś, ale przy następnym razie jak nic wybiegnie stąd z płaczem i schowa się w jakiejś dziurze, w której spędzi resztę dni swojego i tak już żałosnego życia. No już, nie płacz. Chyba, że chcesz rozgniewa mamę. A tego chyba nie chcemy Piasku, hm? — spytała, a na samo wspomnienie o gniewie matki zauważyła jak jej braciszek się spiął i niepewnie podniósł spojrzenie na Lew, która mu się uważnie przyglądała — Nie powiemy jej o tym co tu miało miejsce. Tylko musisz obiecać, że poprawisz się i następnym razem doprowadzisz tę łajzę, bądź inną do płaczu.
— Obiecuję! Następnym razem uda mi się.
— Świetnie! Bo... pamiętasz, że jeśli będziesz nas zawodził to cię zostawimy? — miauknęła przypominając mu wcześniejsze słowo, którymi go już nie raz straszyła. Może warto było go odtrącić na kilka dni? Może wtedy z jego ust by padły okropne słowa, które pragnęła usłyszeć? Wypowiedziane z pewnością i wiarą w ich moc. — Zobacz, Iskierka już chyba zastanawia się nad tym czy cię wciąż kocha i nie powinna cię już w tej chwili zostawić. Nie jest tak cierpliwa jak ja.
— Lew... — odezwała się Iskierka wpatrując się w swoją siostrę karcąco, ta nie miała zamiaru przestać manipulować ich małym ukochanym braciszkiem. Spojrzała się na swoją siostrę wymownie, chcąc, aby ta grała przez chwilę złego glinę. 
— Oh! Wybacz, miałam tego nie mówić na głos! — odezwała się i teatralnie zakryła łapką pyszczek. Przy okazji puściła jej oczko, którego kocurek na całe szczęście nie dostrzegł. Był zajęty już czymś innym, co innego zaprzątało mu umysł. — Ale spójrz, nie możemy być aż taka surowa dla Piaska. Musimy go cierpliwe uczyć by nie zawiódł nas, ani naszych rodziców i dziadka. A przede wszystkim woli Piaskowej Gwiazdy! — mówiąc to otarła się pyskiem o puszyste kremowe futro podłamanego kocurka
— Ale ileż można? — zmieniła ton głosu, świetnie. Zbliżyła się ku nim, podchodząc pokręciła łebkiem i siadła naprzeciwko skulonego Piaska, który powstrzymywał łzy. Posłała mu ciepły uśmiech i dotknęła jego łapki. — Zmęczona już jestem tymi ciągłymi naukami... a ty nie jesteś Lewku?
— Jestem — westchnęła odsuwając się od brata, który zaczął skakać przerażonym wzrokiem po obydwu kotkach i zrobił krok naprzód ku nim, tak jakby najmniejsza odległość między nimi dobitnie dała mu do zrozumienia, że został sam. — Piasku. To ostatnia szansa. Musisz doprowadzić jakiegoś nierudego do łez. Pokazać mu gdzie jest jego miejsce. Uświadomić mu, że jest nikim więcej, jak zwykłym pełzającym robakiem, którego z łatwością możesz zgnieść... Masz czas na to do momentu aż nie ukończymy sześciu księżyców i nie opuścimy żłobka, więc jeszcze trochę czasu ci pozostało na to — oznajmiła Lew, a jej źrenice się zwęziły — Lepiej się pośpiesz.
Skończyły się żarty. Piasek musiał udowodnić swoim siostrom, że w jego żyłach płynie krew Piaskowej Gwiazdy. Musiał pokazać, że jest prawdziwym rudym znającym swoją wartość, a nie pomyłką, wstydem w ich rodzie.

<Piasku? 👹>

Od Pianki (Spienionej Łapy) CD. Kotewki (Kotewkowej Łapy)

 Pianka przestawiła ciężar z łapy na łapę, rozglądając się ukradkiem po żłobku. Jej wzrok padał wszędzie, tylko nie na jej siostrę i na leżącego przed nimi robaka. Tak naprawdę jej chwila zawahania trwała jedynie parę bić serca. Brak odpowiedzi nie był opcją. Tym bardziej, że cisza oznaczałaby stwierdzenie, że Sroczy Lot nie jest ładna. Oj, a jak dalekie byłoby to od prawdy! Pianka całym swoim małym serduszkiem była pewna, że jej mama jest absolutnie najpiękniejsza i najbardziej olśniewająca z wszystkich kotek Klanu Nocy.
 Nie spoglądała bezpośrednio na Kotewkę, ale i tak czuła na sobie jej spojrzenie. Zmarszczyła nosek i wypaliła:
– Mama jest o wiele ładniejsza od Wzburzonego Potoku. To prawda.
Trzepnęła ogonem po ziemi, smakując słowa formujące się na jej języku. Rozejrzała się po żłobku, upewniając się, że znajdują się daleko poza polem słyszenia starszej kotki. Na szczęście stała ona do nich tyłem, gdzieś po drugiej stronie żłobka. Jej liliowe futro ledwo wyróżniało się na tle połaci. Siana, mchu i chwastów nieznanego pochodzenia.
– I? – dociekała Kotewka, unosząc brew. Wyglądała, jakby była zaledwie krok od tupania nóżką. Chociaż były podobnego wzrostu, Pianka miała wrażenie, jakby jej siostra nad nią górowała. Przełknęła ślinę. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Może to uratowałoby ją od nieuchronnej odpowiedzi. Kotewka jednak cały czas przed nią stała, a ziemia nie wyglądała jakby miała ją pochłonąć. Dużo siły zajęło jej powstrzymanie chęci cofnięcia się do tyłu. 
– To tyle. Mama jest najpiękniejsza z wszystkich kotek w Klanie Nocy, więc naturalnie… inne kotki nie dorównują jej do pięt.
– Czyli uważasz, że Wzburzony Potok jest brzydka, hm? Obleśna, okropna, jak ten robaczek, o – prawie śpiewającym głosem dodała od razu Kotewka, cały czas mając na nią baczne oko. Najwidoczniej dużą satysfakcję sprawiało jej wyciąganie tego typu słów z Pianki. Choć nadal wykrzywiała pysk i mrużyła oczami, jej wargi nieznacznie uniosły się w uśmieszku. Ot, tak delikatnie. Wręcz niezauważalnie. Pianka przejechała po niej wzrokiem. Zanotowała do siebie, że jej siostra wyglądała pięknie, nawet z tak nieprzyjemnym skrzywieniem pyska. Było to dla niej coś osobiście zdumiewającego. 
– Tak – wreszcie wydusiła z siebie. Kotewka jednak nadal miała wlepiony w nią wzrok. Pianka nie była pewna, czego konkretnie od niej oczekiwała. Większego przekonania? Nie potrafiła go w sobie zebrać. Przygryzła język. Po chwili namysłu dodała, ledwo otwierając pysk – a jej futro wygląda jak stare siano, wasze jest o wiele ładniejsze.
Triumfalny wyraz przejął pysk Kotewki. Stała na tyle blisko, że i tak zrozumiała każde jej słowo. Tym razem jej pysk wypełnił prawdziwy uśmiech:
– Dziękujemy Pianko, za twoje szczere zdanie, które oczywiście podzielam w całości.
Nawet kiedy kotka wreszcie zostawiła ją w spokoju, Pianka nadal nie potrafiła dobrze przełknąć śliny. Odchrząknęła, wpatrując się w robaka. Wił się we wszystkie strony. Przebierał nóżkami. Nie była na tyle blisko Wzburzonego Potoku, by żałować, że tak niemiło ją nazwała. Żadna z nich nie była jej fanką (chociaż Pianka tą myśl trzymała w ciemnym zakątku umysłu). W takim razie dlaczego ten moment wrył jej się w głowę? Czuła na sobie wzrok siostry, mimo tego, że ta była już od dawna pochłonięta w rozmowie z Gąską. Pianka w myślach wyrzucała z siebie cały czas te same słowa. Z czasem urosły one do olbrzymich rozmiarów, uciskając jej klatkę piersiową.
Brzydka. Obleśna. Okropna. 
Spojrzała na swój ogon. Ledwo widoczny na tle starego siana pokrywającego żłobek. Uderzenie serca. Poczuła się niewygodnie we własnej skórze.

Księżyce mijały w zaskakującym tempie, a każdy wschód i zachód zdawał się przychodzić szybciej niż poprzedni. Żłobek stał się za duży, by pomieścić ciągle rosnące kotki. Cztery córki Sroczego Lotu to było o cztery za dużo dla Wzburzonego Potoku, co kotka przekazywała im bardzo dosadnie każdego kolejnego dnia. Na szczęście dla niej, wraz ze zmieniającym się krajobrazem, zmieniły się również rangi kotek i wszystko, co było im znane. Zanim Spieniona Łapa mogła to wszystko przekalkulować, siedziała już w swoim nowym legowisku. Odetchnęła głęboko. Wydech ulatujący z jej pyska stał się biały. Nadal nie mogła od tego przywyknąć.
– Ahhh, tak. Jak dobrze. Czy wy też macie wrażenie, że ten mech jest jakiś wygodniejszy? – westchnęła z zadowoleniem Kotewkowa Łapa, przeciągając się w swoim legowisku.
– I jest tu o wiele więcej miejsca – dodała Wirująca Łapa, która ostatnie kilka chwil spędziła na dokładnym rozejrzeniu się po ich nowym miejscu zamieszkania. Koniec końców usiadła obok Pianki i Kotewki, choć jej wzrok nadal błądził dookoła w kontemplacji.
– No dobra, ale widziałyście legowisko wojowników? O, tam, zaraz obok nas. Prawie je widać między trzciną. Oni to mają dobrze… – mamrotała Tuptająca Łapa z okiem przyklejonym do ich ściany. –  Gdyby tylko nie ta Makowe Pole. Już tak niewiele dzieli mnie od rangi wojownika… 
Wir uniosła na nią sceptycznie brew i prychnęła:
– Niewiele? Na razie nawet nic poważnego nie zaczęłyśmy robić na treningach. Trochę teorii, to tyle.
– Być może, ale jesteśmy już bliżej, niż dalej. Mam nawet trudniej niż wy. Ale okropna mentorka czy nie, i tak wiadomo, kto będzie pierwszy. Ja. Mglista Gwiazda dostrzeże prawdziwy talent.
Kotewka i Wir w tym samym czasie spojrzały się na nią sceptycznie. Następnie rzuciły sobie bardzo wymowne, porozumiewawcze spojrzenie. Pianka nie mogła powstrzymać rozbawionego uśmiechu na ten widok. Wszystkie w tym samym czasie otworzyły pysk, by jakoś to skomentować, ale Kotewka jakimś cudem ubiegła całą trójkę:
– Sroczy Lot jest moim mentorem. Hmm, kto tutaj ma największe szanse na bycie pierwszą, drogie siostrzyczki? Zastanówmy się. 
Na dźwięk imienia swojej mamy wszystkie z powrotem zamilkły. Trudno było negować ten argument. Nie żeby którakolwiek chciała to zrobić. Jeśli ktoś miał być najlepszym mentorem, to w ich oczach była nim Sroczy Lot. Niezaprzeczalnie. Mimo to nad dyskusją nadal nie została postawiona kropka. Nic dziwnego, skoro całe ich krótkie życie wypełnione było marzeniem nad życiem wojownika, nowym imieniem i życiem. Tak różnym od tego w żłobku. Każdy chce, by jego marzenie spełniło się możliwie jak najszybciej.
– Najfajniej byłoby, gdybyśmy skończyły trening w tym samym czasie – wtrąciła wreszcie Spieniona Łapa, uśmiechając się ciepło do swoich sióstr i starając się załagodzić ich duchy pełne chęci rywalizacji. – Wtedy mogłybyśmy razem przeżyć nasze pierwsze czuwanie. Ach, jak miło by było! Tak właściwie to nie musimy aż tak się śpieszyć. Wolałabym, żeby ten moment przyszedł wraz z ciepłą pogodą… inaczej któraś z nas mogłaby się przeziębić…

<Kotewkowa Łapo?>

[1012 słowa]
[Przyznano 40%]

Od Pierzastej Łapy CD. Nocnej Łapy (Rozwydrzonej Łapy)

 Oddalili się od siebie na kilka kroków. Widząc, że Nocka nieco się kuli, uśmiechnął się do niej szeroko.
– Hej, hej, spokojnie! – wymruczał. – Dopiero co zaczęliśmy, a tobie udało się już zrobić postęp. Parę takich treningów i jestem pewien, że Gronostajowy Taniec będzie pod wrażeniem.
Najwidoczniej dodało to jej otuchy, bowiem Nocna Łapa wyprostowała się, zaś na jej pysku pojawiła się determinacja. Dobrze. Piórko pomyślał, że jeśli kotka będzie w siebie wątpić, to w ogóle jej się nie uda. Wiara w siebie była podstawą, a jeśli ona sama na razie nie bardzo na siebie liczyła, to jej brat po prostu będzie musiał dwa razy bardziej manifestować.
– Jestem goto–
Nie skończyła, bowiem Pierzasta Łapa rzucił się w jej stronę. Stwierdził, że przeciwnik nie będzie na nią czekał... No i chciał się odegrać za jej wcześniejszy atak znienacka. Uśmiechając się zawadiacko, próbował ją przewrócić swoimi długimi łapami. Nocna Łapa pisnęła, jednak szybko przeturlała się na bok, o mały włos unikając jego ataku.
– Nie zatrzymuj się! – skarcił ją. – Jesteś zwinna – wykorzystaj to i od razu po uniku zaatakuj.
Kiwnęła na jego słowa głową, rozstawiając swoje łapy i lekko je zginając, by przygotować się na szarżę Piórka. Ten jednak zamiast celować w jej przód, postanowił podejść do niej od boku, żeby wziąć ją z zaskoczenia. Zauważył, jak jej oczy rozszerzyły się w dezorientacji, jednak szybko się ogarnęła. Tym razem wyskoczyła przed siebie, po czym prędko obróciła się, aby nie stać tyłem do swojego brata. Ten, nie będąc tak szybkim, nie zdążył jeszcze się zatrzymać. Nocka bez wahania to wykorzystała – wystrzeliła przed siebie, mijając kocura za jego zadem... I łapiąc go za ogon! Pociągnęła. Choć nie miała za dużo siły, to wystarczyło, by zachwiać jego i tak już słabą równowagę. Długowłosy zaplątał się we własnych łapach, aby zaraz zaryć pyskiem o ziemię, wzbijając w powietrze kurz. Zakasłał, nieco zdezorientowany, a gdy tylko przetarł swoje oczy, zobaczył nad sobą sylwetkę Nocnej Łapy. Jej łapa znajdowała się tuż nad jego nosem, zaś należące do niej pazury połyskiwały niebezpiecznie na słońcu. Ostatecznie schowały się, ale kocur i tak dostał od niej delikatnie w nos.
– Widziałeś to, widziałeś?! Udało mi się! – podskoczyła.
– Brawo – odpowiedział, podnosząc się i uśmiechając do niej. – Szczerze nie spodziewałem się takiej zasadzki. Dobre zagranie!
Pierzasta Łapa otrząsnął się z brudu, tym samym brudząc swoją siostrę. Zachichotał w reakcji na jej burknięcie, jednak zaraz nieco się skrzywił, zerkając na zadrapany przez nią bok.
– Co powiesz na to, żebyśmy wrócili do obozu? Przez to wszystko trochę zgłodniałem, no i przydałoby się coś z tym zrobić… – mówiąc to, wskazał na swoją ranę.


< Nocna Łapo? >
[423 słów]
[Przyznano 16%]

Od Wypłosza

*bardzo dawno temu*

Oczekiwał na pojawienie się Blanki, bardzo niezadowolony. Spóźniała się. Czyli jednak go wystawiła? Mógł się tego spodziewać. Dlaczego w końcu miałaby się z nim spotykać? Był przecież tylko brudnym kaleką, a ona? Ona żyła niczym królowa. Miała wszystko podstawione pod nos, nie cierpiała głodu, jej sylwetka była dobrze odżywiona, a kości nie wystawały jej spod skóry, jak to było w jego przypadku. 
Nagle dojrzał jak czyjś bengalski kształt wyleciał zza rogu. Blanka zwolniła, uspokajając oddech i spokojnym krokiem z niewymuszoną gracją do niego podeszła. 
— Przepraszam za spóźnienie — miauknęła spuszczając uszka. 
Był... Zaskoczony, że się pojawiła. Już tracił nadzieję i posłał ją na straty, a tu... Miła niespodzianka. 
— Co cię takiego zatrzymało? — zwęził oko, chcąc dowiedzieć się, dlaczego tyle jej zeszło. 
— Musiałam iść inną drogą, bo tam gdzie zwykle chodzę kręcił się jakiś podejrzany samotnik — wytłumaczyła, podchodząc bliżej.
Czy był w stanie jej uwierzyć na słowo? Wystraszyła się jakiegoś kota? To brzmiało... Głupio. No dobra... Może była w tym jakaś uzasadniona reakcja. Niektórzy bywalcy Betonowego Świata z łatwością skrzywdziliby samotną pieszczoszkę. 
— Nie wierzysz mi? Przecież przyszłam. Nic się nie stało. 
— Przyszłaś i całe szczęście. Jeszcze chwila, a skierowałbym swoje kroki do twojego domu — I mówił to na serio. Praktycznie gdyby nie te jej nagłe pojawienie się, był gotów sprawdzić czy przypadkiem te potwory, z którymi mieszkała jej nie uwięzili. 
— Niepotrzebnie. Przecież mówiłam, że przyjdę. To, że się spóźniłam nie jest ważne. 
Nie było ważne? Chyba naprawdę nie pojmowała jak wielką wagę odgrywał tu czas. Przez to, że nie udało jej się dotrzeć szybciej, mieli mniej czasu, aby spędzić tą chwilę razem. 
Wstał i podszedł do niej, chcąc jej pokazać, że on uważał inaczej. 
— Jest. Bo nie mamy wiele czasu dla siebie, bo mieszkasz u tych... stworzeń. — Skrzywił się. 
Ile by dał, aby Blanka porzuciła pieszczochowanie i do niego wróciła. Byłoby jak za dawnych księżyców. Tylko oni, we dwoje. Życie od razu stałoby się prostsze, bo mieliby siebie. 
— Wiesz, że życie na ulicy nie jest dla mnie... — odpowiedziała mu.
Tak... Wiedział. W końcu odkąd Bylica ją porwała, ta marzyła tylko o jednym; aby uciec i powrócić na wygodne salony, gdzie nie straszny jej głód czy też ból. 
— Wiem, Księżniczko. Szybko byś tutaj zginęła. Dobrze, że masz mnie — szepnął, licząc na to, że mimo wszystko kocica przemyśli tą sprawę. Przecież udałoby im się dożyć sędziwego wieku, gdyby mieli w sobie wsparcie. 
— Gdybyś zniknął w ogóle nie wychodziłabym z domu — mruknęła.
— A świat jest taki piękny dla kogoś kto nie zna się na życiu. — Uśmiechnął się krzywo. — Niedaleko stąd osiedliła się dziwna kotka. Podobno widzi duchy — podzielił się zasłyszaną plotką z pieszczoszką.
Ostatnio wiele wyłapywał ciekawych informacji, kiedy to mógł liczyć na swoich przyjaciół. Ta dwójka zawsze miała coś niecodziennego do przekazania, co wskazywało na to, że w Siedlisku Wyprostowanych niczego nie dało się ukryć. 
Blanka uniosła uszy na nowe wieści. 
— Serio? Myślałam, że duchy to opowieści dla małych kociaków... Albo wystrzelonej Bylicy. Ta też mogłaby je widzieć — skomentowała to wszystko.
— Możemy do niej pójść w odwiedziny — zaproponował, ponieważ uznał to za wspaniały pomysł, aby sprawdzić, czy plotki były tylko plotkami, czy może było w nich jakieś ziarno prawdy. Samotne poszukiwania kocicy nie były jednak dla niego. A jego koledzy na pewno by go wyśmiali słysząc jego propozycję. 
— Bylicy czy tej drugiej? Bo albo ucieknę, albo się zgodzę — miauknęła. 
— Tej drugiej. — Pokręcił łbem. Zapomniał, że Blanka nie wiedziała co działo się z tą staruchą. Może to i dobrze... Nie chciał jej martwić tym, że ta go ścigała z tą całą swoją zapchloną rodzinką, by go ubić jak psa. 
— To chodźmy. Czemu nie — zgodziła się, a on posłał jej uśmiech. 
Wspaniale. No to czas w drogę. 

***

Kierowali kroki przed siebie, a on ciągle miał na nią oko. Nie potrafił przestać się w nią wpatrywać. Uznawał to za piękny sen, który w każdym momencie może nagle się skończyć. Znów byli razem. Tak jak dawniej...
— I co tak zerkasz? Nie ucieknę przecież... Dopóki nie zaczniesz zachowywać się... dziwnie — dodała, zrównując z nim krok. 
— Ja? Zachowuje się dziwnie? Od kiedy? 
— Od zawsze. — Wzruszyła ramionami. — Od czasu do czasu zdarzają ci się takie odpały. 
Nie potrafił ukryć uśmiechu, który zaraz wypłynął mu na pysk. Lubił się z nią droczyć. To było przyjemne słyszeć jej głos.
— Ranisz me serce. Nie jestem dziwny — zapewnił, bawiąc się dalej w tą wymianę zdań. 
— Wcale, a wcale. Ale na igraszki ze mną i nikim innym to jesteś chętny "bo tak", co? To wcale nie dziwne, hm? — Spojrzała na niego wymownie. 
— Nie. To wcale nie jest dziwne. Dziwne za to jest to twoje wnikanie w nieistotne sprawy. — Trzepnął uchem, rozglądając się na moment po otoczeniu. Musiał w końcu poza rozmową z Blanką, sprawdzać czy kierowali kroki w odpowiednim kierunku. Do tej wariatki był kawałek drogi. Niestety. 
Usłyszał jej prychnięcie, ale nie słuchał co ona tam mu biadoliła pod tym swoim uroczym noskiem.
— Daleko jeszcze? — w końcu dotarło do jego ucha.
— Jaśnie panią bolą łapki? Może zatrzymać się na odpoczynek i dać wody, co? — zadrwił. 
Mógł się spodziewać, że Blanka zacznie narzekać. Sama przyznała, że nie wychodziła z tego swojego domu w ogóle, a to z jego powodu teraz przemierzała brudne uliczki Betonowego Świata. 
— Nie, dziękuję. Miała być niedaleko, a idziemy i idziemy — zauważyła.
— Jest niedaleko, ale ty nie dasz rady przejść skrótami, bo nie są za przyjemne dla księżniczki. — Uśmiechnął się do niej zaczepnie. I w sumie miał rację. Wątpił, aby bengalka chciała przeciskać się przez kanały i brudzić swoją jakże pięknie pachnącą sierść czyimiś szczynami. 
— Myślisz, że nic nie potrafię, bo nie żyje w śmietniku? Wiesz ty co? Idziemy skrótami. Już — rzuciła władczo.
Ona naprawdę nie wiedziała na co się porywa. Musiał to zobaczyć. 
— Jak sobie życzysz słońce, za mną — Poprowadził ją do najbliższej studzienki kanalizacyjnej, która była uchylona. Znał ją dzięki okolicznym kotom, które często z niej korzystały, by przetransportować się szybko i niepostrzeżenie na drugi koniec miasta. — Musisz tam wskoczyć. Będzie cuchnęło — przestrzegł ją przed tym. 
— Żartujesz sobie. Myślałam, że chodzi o jakieś płoty, ogródki, a nie... ścieki. — Odraza wymalowała się na jej pysku. 
— Mówiłem, że to nie dla księżniczki, ale sama się uparłaś — przypomniał jej o tym, wskazując, że winna była tu ona sama. Teraz nie było jednak odwrotu. Skoro wcześniej tak pragnęła skrótu, to nie będzie mu przecież tu wybrzydzać. Nie mieli całego dnia! Chciał dojść do staruchy i dowiedzieć się jaka czeka go przyszłość. 
— Mogłeś mi powiedzieć, że będziemy musieli iść kanalizacją! 
— To teraz wiesz. Wskakuj. Obiecuje, że nie ma tam szczurów — miauknął, chociaż jeżeli chodziło o te stworzenia to było to pojęcie względne. Wszakże w kanałach istniał pewien gang, który się z nimi rozprawiał, lecz zawsze gryzonie mogły powrócić. Wolał jednak nie straszyć pieszczoszki, bo jeszcze się w ogóle rozmyśli i go tu zostawi. 
— I nie da się inną drogą? Też skrótową? — zapytała z nadzieją w oczach. 
— Tylko ta droga prowadzi najszybciej tam gdzie chcemy iść — odparł, pozostając nieugięty w swej decyzji. 
— Jeśli mnie okłamujesz i będziemy w tym ścieku więcej niż byśmy szli, to nie zobaczymy się więcej tak szybko — zagroziła mu.
— Mi też nie podoba się ta droga, ale jest najszybsza. Obiecuje — zapewnił, zeskakując na dół. 
Nie miał co na nią czekać. Albo zejdzie, albo nie. Mówiło się trudno. Na szczęście lądowanie nie było twarde tak jak przy bardzo odległym spotkaniu z Bylicą, gdzie też wturlał się do ścieków, aby ratować swoje życie. Miał sprawne trzy łapy, a skoro żył z nimi już tak długo, nie martwił się, że go zawiodą pod tym względem. Już i tak sukcesem było to, że nauczył się z nimi biegać, co zajęło mu połowę życia. 
Zadarł łeb czekając na Blankę, która została na górze. Liczył uderzenia serca, ale nie zawiódł się na niej. Kotka zeskoczyła na dół, robiąc zniesmaczoną minę. 
— Obrzydliwe — skomentowała całe to zejście. 
Nie potrafił powstrzymać śmiechu i pozwolił mu się wydostać z pyska, który poniósł się echem po tunelu, w którym skończyli. 
— Owszem. Uważaj, aby nie wdepnąć w wodę, bo twoi Wyprostowani szybko wygonią cię na dwór — Otarł się o nią, prowadząc przez tunel. 
Mógłby przysiąc, że kotka oszczędziła sobie uwag, pewnie uważając, że skory byłby wrzucić ją w cuchnącą ciecz. I w sumie... Możliwe, że by tak było. 
Bengalka podążała za nim, jednak ciemności i najróżniejsze dźwięki zaczęły powoli podnosić jej futerko na grzbiecie. Dostrzegł to, strzepując uchem. Zapomniał, że przecież była pierwszy raz w takim miejscu. Pewnie się bała. 
— Nie bój się. Szczury tu już nie chodzą, walają się tylko ich trupy. Jak zobaczysz różowe drażetki, nie jedz ich — przekazał przestrogę o truciźnie, którą zostawiali w tych okolicach Wyprostowani. 
I że niby oni są mili i przyjaźni? Nigdy w to nie uwierzy. Każdy pieszczoch miał coś nie tak z łbem, skoro żył pod jednym dachem z takimi potworami. 
— Ta... Dzięki... Jakbym miała jeść tu cokolwiek — rzekła dość martwo, starając się wstrzymywać oddech. 
— Niektórzy to robią i kończą jak szczury. — Skręcił za róg. — To tu. — Wskazał na światełko w tunelu. Szybko przecisnął się przez szparę i wyszedł na świeże powietrze. Blanka ruszyła jego śladem, otrzepując się z piasku i poprawiła swoje futerko. 
— Nie będziemy więcej chodzić kanałami. Wracamy normalnie — postanowiła. 
Naprawdę zabawnie się oglądało taką piękność brodzącą w smrodzie. Szkoda, że nie chciała skorzystać z tej drogi na powrót. 
— Jak chcesz księżniczko. Dla widoku ciebie w tym miejscu, było jednak warto. Cudownie śmierdzisz — skomplementował ją, uśmiechając się pod nosem z drwiną. 
— Jesteś okropny... i cuchniesz — stwierdziła Blanka, rozglądając się po otoczeniu. — Gdzie teraz?
— Tędy — Wskazał kierunek, ponawiając wędrówkę ku kryjówce samotniczki.

***

W końcu dotarli do nory tej całej wiedźmy czy jak jej tam było. Powietrze w tym miejscu było... Także przesiąknięte jakimś smrodem. Takim starczym co gryzł go po nosie. 
— Też tu cuchnie — skomentował to, stając przed dziurą, w której podobno mieszkała. 
— Przynajmniej nie tak bardzo jak tam. Myślisz, że jest w środku? — zapytała jego towarzyszka, zaglądając do środka. 
Ale była odważna! A wcześniej to się cykała tego samotnika, który kręcił się pod jej domostwem! Widać było, że przy nim była jakaś hop do przodu. Nie wiedział czy to dobrze. Przecież w walce nie miałby szans jej nawet uratować! Czy ona widziała w jakim był stanie?!
— Pewnie tak. Zakadza się ziółkami. Nie boisz się? — zapytał chcąc poznać jej opinię w tej sprawie. 
— Raczej nie jest groźna, co? 
— Kto ją tam wie? Jest opętana, tyle wiadomo... — odpowiedział jej akurat w momencie, gdy z dziury dobiegł jakiś dziki odgłos. Nagle z ciemności wyłoniła się para ślepi. Błysnęły jasno i złowrogo, powodując, że oboje cofnęli się od tej przedziwnej mieszkanki. 
— Chyba nie powinniśmy pojawiać się bez zapowiedzi... — stwierdziła Blanka, przełykając ślinę. 
Widząc, że ta chcę dać dyla, tak jakby nagle cała odwaga ją opuściła, stanął za bengalką, by uniemożliwić jej ucieczkę. Nie po to szli aż tutaj z końca miasta, by teraz uciec z podkulonym ogonem! I to jeszcze, gdy przez połowę drogi szli przez kanały! 
— Nie wracamy bez przepowiedni, Księżniczko. 
Blanka pisnęła czując, że nie ma już odwrotu, gdy czarna kocica wypełzła ze swej jamy. Nieznajoma rzuciła się niemal na nich, łypiąc swoim ślepiem przeżerającym ich duszę. Po chwili milczenia chuchnęła na nich, a z jej pyska wydobył się ziołowy zapach. Okrążyła i obrzuciła piaskiem, by ostatecznie mruknąć coś pod nosem i zasiąść przed kotami. 
— Czegoż szukacie, podróżnicy? Mam wszystko czego wasze dusze mogą zapragnąć, albowiem widzę przyszłość i przeszłość. Widzę wasze lęki i pragnienia. Przenikam przez zwierciadła waszych dusz i mam odpowiedzi, których szukacie. Problemy z humorem, zdrowiem, a może szukacie sposobów żeby pozbyć się innych trudności czy przeszkód. Pytajcie, a odpowiedź dostaniecie. Za pewną cenę, oczywiście.
Blanka obrzuciła dziwną kotkę niepewnym spojrzeniem.
— Chcesz pierwszy? — mruknęła do Wypłosza cicho.
— Ty chciałaś tu przyjść, więc ty pierwsza — miauknął, trącając ją pyskiem zachęcająco. Był ciekaw o co takiego mogła zapytać tą staruchę taka pieszczoszka, która miała wszystko czego tylko zapragnęła. 
— Ale to ty zaproponowałeś żebyśmy tu przyszli... — starała się go przekonać do zmiany zdania. 
— No nie odwracaj kota ogonem Księżniczko. Ale dobrze. Wiedźmo znasz sposoby jak by nie zrobić kociąt tej młodej damie? 
Czarna kocica już otwierała pysk, gdy Blanka położyła po sobie uszy 
— Wypłosz! — syknęła, nie dając samotniczce dojść do słowa.
Co ona tak się piekliła? Przecież to było całkiem dobre pytanie! Skoro nie chciała z nim kociąt, bo bała się je ubić, to może istniały sposoby, aby ich w ogóle nie posiadać?
— Mów — zwrócił się do czarnej. — Ona przewrażliwiona, też pewnie jest tego ciekawa.
— Abstynencja, wstrzemięźliwość — zaczęła czarna kotka, na co Blanka uśmiechnęła się zwycięsko, z nie małą ulgą
— Widzisz? — Wskazała na staruchę łapą, jakby miał już odpowiedź na swoje pytanie. 
— To najlepszy, jednak nie jedyny sposób na nie kłopotanie sobie pięknej główki małymi pokrakami podczas wspólnych czułości. Oczywiście, że znam sposoby. Ale nie oddaję swojej wiedzy za darmo — zaskrzeczała kotka, na co Blance aż opadły uszy. Już przeczuwał jak bengalka liczy na to, aby nie było ich stać na takie informacje. Przewrócił oczami. 
— A jaka jest cena? — zapytał niezbyt zadowolony z jej słów. 
— Jedzenie. Czego innego się spodziewałeś. Znajdź mi coś do jedzenia, a dostaniesz swoją odpowiedź. Ja w tym czasie zajmę się twoją młodą damą — mruknęła czarna, przekrzywiając łepek 
— Nie jestem jego! — zniesmaczona Blanka położyła po sobie uszy
— Więc po co wam moja wiedza? Chociaż co ja tam wiem, młodzi są teraz inni niż za moich czasów. Teraz w głowie wam tylko jedno, nieważne kiedy i z kim. Przynajmniej bachorów nie chcecie, tyle dobrze. Małe pełzacze tylko denerwują duchy w okolicy.
— Wypłosz nie idź. Słyszałeś, abstynencja, i tyle. Najlepszy sposób, dziękujemy za poradę. — Skinęła samotniczce głową i już chciała iść kiedy to ją zatrzymał. 
— Nie chcę abstynencji. Zostań z nią. Nic ci nie zrobi. Jest stuknięta, ale nie niebezpieczna, zaraz wrócę — to powiedziawszy odszedł.
Musiał znaleźć jakieś żarcie, a zlękniona pieszczoszka tylko by mu przeszkadzała. Zresztą... Widział już, że Wiedźma była niegroźna. Miał nosa do wyczuwania niebezpieczeństwa, a starucha prócz bycia szaloną wariatką, raczej nie zaliczała się do krwiożerczych istot. 
— Wypłosz! — zawołała za nim Blanka, jednak ten nawet się nie odwrócił. 
Czarna zmierzyła ją spojrzeniem, po czym zakręciła i wróciła do swojej nory
— Jak mi przyniesie jedzenie nie mam prawa mu odmówić. Coś za coś, skarbie. Chyba, że znajdziesz więcej, wtedy mogę trzymać buzię na kłódkę. Inaczej - nasz kliwnt nasz pan, moja droga. — przekazała jej. 
Blanka przeklnęła pod nosem i po chwili kręcenia się w kółko także poszła szukać jedzenia.

***

Przybył z jedzeniem do starej uduchowionej. Żyjąc na ulicy udało mu się poznać niektóre miejsca, które były warte odwiedzenia. Dlatego też wracał z dość niezłą zdobyczą. Była nią reklamówka pełna skrzydełek, które ktoś z Dwunożnych wyrzucił, bo jego potomstwo stwierdziło, że fuj. Obserwował to z oddali i korzystając z zamieszania, przewrócił metalowy kosz i zaciągnął pokarm, nim jakiś inny samotnik, by go wyczuł. Liczył na to, że to starczy na opłatę tego babsztyla. 
— Oto moja zapłata. — Rozejrzał się zauważając brak pewnej istoty, która z nim tutaj przyszła. — A gdzie Blanka?
— Odwróciłam się, a twojej gołąbeczki nie było. Może odleciała albo zabrały ją duchy. Nie wiem, odwróciłam się — mruknęła kocica, rozglądając się po niebie. Dopiero gdy wróciła wzrokiem na ziemię i zobaczyła siatkę skrzydełek jaką Wypłosz przyniósł, uśmiechnęła się szeroko, szczerbatym uzębieniem. — Ślicznie, ślicznie. Zaraz wróci. Raczej nie poszła daleko. Może za potrzebą, kto wie.
Rozejrzał się niezadowolony po otoczeniu. Głupia. Przecież jak nikt ktoś ją porwie. 
— Wrócę z nią. A spróbuj tylko mnie okantować jak wrócę. Jak okaże się, że ci nie zapłaciłem, to sam przerobię cię na skrzydełka, że te twoje duchy ci nie pomogą, jasne?
— Tak, tak...  — mruczała kotka, prawdopodobnie nawet nie słuchając co kocur miał do powiedzenia. Zanurzyła tylko głowę w siatce, licząc dzisiejsza zdobycz. 
Westchnął i zaczął rozglądać się za bengalką. No gdzie ona mogła być? Schowała się? A może wróciła do domu? Nie... Raczej wątpił. Przecież bałaby się go tu zostawić. Nie znała przecież drogi. 
Blanka tym czasem nurkowała w śmietniku, próbując wyciągnąć coś, co przypominało całkiem spora resztkę hamburgera dwunogów, gdy ją przyuważył. 
— Blanka! Miałaś się nie oddalać! — Pokuśtykał do niej niezadowolony. 
Kotka zamarła, słysząc głos Wypłosza. Z sierścią pokrytą jakimiś papierkami, wyciągnęła głowę z kosza. W pysku trzymała kartonowe pudełko z kanapką w środku.
— To już nie księżniczko? — mruknęła, odkładając hamburgera na ziemię.
— Naprawdę zgłodniałaś? Właśnie w tej chwili? Wracamy do wariatki. Już. Nim ktoś cię porwie.
Eh co on z nią miał. Musieli jak najszybciej wrócić do samotniczki nim ta zapomni, że w ogóle u niej był. Widać było, że miała coś nie tego ze łbem, ale nie po to przytargał tyle żarcia, aby wrócić do siebie z niczym. Skoro już tyle zmarnowali na nią czasu, liczył na odpowiedzi. 
— Oh, nagle się martwisz o moje dobro? — fuknęła bengalka, wywracając oczami. — Mam lepszy pomysł, może do niej nie wrócimy, co? Jest stuknięta, na pewno zapomni, że u niej ktoś w ogóle się dzisiaj pojawił.
— Nie. Zapłaciłem jej już. Chodź Księżniczko. Może wywróży ci z łapy szczęście — miauknął, popychając ją w stronę kryjówki staruchy.
— Nie chcesz może jej wspomóc charytatywnie? Tak bardzo ci zależy na tej odpowiedzi? Proszę cię, Wypłosz, nie potrzebujesz tego. — Zaparła się łapami. — Jeśli tak się martwiłeś o mnie, że specjalnie tu przyszedłeś, to nie będziesz słuchał tej wariatki — starała się go przekonać. 
Nie za bardzo rozumiał, dlaczego nagle zmieniła zdanie. Przecież zgodziła się z nim pójść i to on miał zadać pytanie, a teraz co? Tchórzyła? Nie pojmował jej zachowania ani trochę. 
— Co ci tak naglę odbiło? To tylko ciekawość. Może pomogę tym damą w potrzebie, jeżeli dostaną brzuch? To warta uwagi informacja. Nie trzęś zadkiem, bo cię tu zostawię — zagroził, mając dość sprzeczania się z nią jak z małym kocięciem. 
Blanka wzięła głębszy wdech, by uspokoić nerwy. 
— Dobrze, idziemy... — wciąż nerwowym krokiem udała się w stronę nory, chwytając jeszcze hamburgera, tak na wszelki wypadek.

C.D.N.

Od Rozwydrzonej Łapy CD. Gęsiego Wrzasku

 Nie mogła. Niczego nie czuła. To zdarzyło się zbyt szybko. Jeszcze wczoraj była uczennicą, która nareszcie zaczynała łapać o co chodzi w walce, a dzisiaj była pośmiewiskiem całego klanu. Nie potrafiła tak żyć. Jednak, kiedy Gęsi Wrzask mówił o wypadku Kuniej Norce momentalnie się zjeżyła i wytrzeszczyła oczy. Od razu przypadła do pozycji łowieckiej, którą według jej oceny była całkiem dobra. W końcu zamiast walczyć polowała, bo tylko to potrafiła. Poczuła jak łapa z góry przyciska ją do ziemi. Zagryzła wargę, aby nie wrzasnąć z bólu. Zgodnie z poleceniami Gęsiego Wrzasku przysunęła się niżej do podłoża. Rana na pysku coraz bardziej ją piekła.
- Ty chyba naprawdę chcesz, żeby Kuniej Norce coś się stało, prawda? - zapytał. Nie, ty tego chcesz! Nie ja! Bała się. Tak bardzo się bała, że spełni swoją groźbę.
- Nie, proszę. - chlipnęła cichutko.
- To weź się do ćwiczeń! - wrzasnął jej do ucha. Czarna skuliła się do jeszcze mniejszych rozmiarów, a po chwili ponownie przypadła do pozycji łowieckiej. Nienawidziła go. Nienawidziła Gęsiego Wrzasku, jednak spełniała wszystkie polecenia. Co jakiś czas dostawała łapą po pysku albo gdzieś indziej, ale nie protestowała. Skoro taka była cena do zapłacenia, to Nocka była gotowa. Dostała te kary, ale da radę je wytrzymać. Zapracuje na ponowne uznanie w klanie. Musi to zrobić. Udało jej się coś złapać, mimo że łzy rozmywały jej obraz. Ponownie przestraszyła się, kiedy Gęsi Wrzask powiedział jej, że będzie walka. Starała się nie okazywać tego jak bardzo jest przerażona.
- Zaatakuj mnie, zapchleńcu. - powiedział te słowa z obrzydzeniem, jakby sam dotyk Nocki go brudził. Pokiwała głową. I zaatakowała go. Był przygotowany i chciał ją przygwoździć do ziemi, ale nie dał rady, bo uczennica umknęła ledwo unikając ciosu jego pazurów. Skakała i unikała. Można by powiedzieć, że tańczyła i walczyła jednocześnie. Skoro on wysunął pazury to ona też mogła. Pląsała unikając jego ciosów. Zamiast skupiać się na sile, odbiegała nawet na kilka długości lisa i wracała. Przejechała mu pazurami po boku i poczuła jak jego pazury zahaczają się o jej skórę. Czmychnęła z raną na grzbiecie. Kiedyś to jednak musiało się skończyć. W końcu Gęsi Wrzask załapał jej taktykę. Tym razem udało się jej umknąć tylko dlatego, że atakowała jego tył. Nagle coś jej się przypomniało. Skoczyła i z całej siły pociągnęła go za ogon. Uśmiechnęła się w duchu, kiedy mentor się przewrócił. Po chwili jednak to ona leżała na ziemi, a nad sobą widziała jego wściekłe oczy. Nie przewidział takiej taktyki, ale teraz już nic jej nie uratuje. Nie odważyła się zapytać, czy dobrze jej poszło. Bo znała odpowiedź. Poszło jej okropnie.
- P-przepraszam. - wydukała. - Z tę ranę i w ogóle… - pisnęła.
- Oh, to? To nic takiego. Mam dla ciebie dużo gorszą informację. To jest po trochu taktyka Burzaków. Naszych największych wrogów. A gdzie się tego nauczyłaś? Na zgromadzeniu? Toczyłaś jeszcze jakieś inne bójki? - zapytał przeciągając ostatnie słowa. Był wściekły. Widziała to.
- Nie! To nie tak! Pierzasta Łapa mnie tego nauczył! - zawołała protestując.
- Hmmm, czyli on też ma dostać karę? - zapytał.
- N-n-nie! To nie on mnie uczył, sama na to wpadłam! - krzyknęła jeszcze bardziej przerażona. Spojrzała w górę, jednak słońce świeciło jasno i nigdzie nie widziała gwiazd, które mogłyby jej pomóc. W co ona się wplątała? Obiecała sobie, że teraz już będzie grzeczna. Już nie będzie się wychylać, będzie robić wszystko, co jej rozkażą. Będzie dobrze…

<Gęsi Wrzask?>
[547 słów]
[Przyznano 21%]

Od Gęsiego Wrzasku do Pajęczego Splotu

 Na przodków… Jak mu się nie chciało. Liliowy kocur przeciągnął się leniwie, odwracając na drugi bok w swoim legowisku. Chłód już nie spał, czuł to po jego ruchach języka na policzku pointa. Czyżby się nie domył? Mało ważne… liczyło się tylko to, że mieli czas dla siebie a on bezczelnie mógł chować pysk w białym futrze tego szajbusa.
— Gęś… wstawaj… — szepnął mistrz, łaskocząc go końcówką ogona po nosie. Gęś obruszył się, zakrywając pysk łapami. Mistrz czy nie, nie będzie go tu jakiś burak budził. Też coś.
Czyste chamstwo w klanie wilka.
— Nie. Daj mi spokój. Idę spać dalej… — opierniczył go, na czym świat stoi, nim ostentacyjnie odwrócił się do partnera dupą. Ten jednak nie dał za wygraną, stanął nad nim, łapiąc młodszego kocura za ucho. 
Ten, totalnie zbity z tropu, drgnął zaskoczony. Ktoś z wojowników wydał z siebie odgłos wymiotów, miał jednak to gdzieś, dopóki inny frajer nie zaczął wrzeszczeć.
— Idźcie w krzaki! Nikt nie chce waszych zalotów oglądać!
— Po prostu przyznaj, że mi zazdrościsz, stara ropucho! — warknął w stronę Jaszczurki, która urażona, odwróciła pysk w drugą stronę.
I dobrze, to wręcz pewne, że im zazdrości.
— Wstawaj, wstawaj. Dzisiaj klan trenuje — zamruczał Chłód, ocierając się o jego policzek. Gęś stęknął niezadowolony, mimo wszystko ruszając się ze swojego legowiska. Był wczesny ranek, chciał jeszcze odpocząć, zamiast latać jak idiota i lać się po pyskach z innymi. 
Marne życie, oj marne.
Trochę im zajęło czasu zorganizowanie wszystko, czemu Gęś się tylko przejmował. To całe bycie mistrzem… to nie dla niego, cieszył się więc, że Szakal nie wpadła na genialny pomysł “ofiarowania” mu tego tytułu. Zdecydowanie za dużo roboty.
— Kogo mi dasz dzisiaj do wstępnego sparingu? — zamruczał, obserwując resztę wilczaków.
— Pajęczy Splot
Gęsi Wrzask utkwił swój wzrok w młodym wojowniku, marszcząc nos. Cóż, będzie ciekawie…

< Pajęczy Splocie? >

Od Gęsiego Wrzasku do Nocnej Łapy (Rozwydrzonej Łapy)

 Wracał ze zgromadzenia ostro wyprowadzony z równowagi. Miał nadzieję, że Chłód zabierze jego muszelkę, bo jak nie… gówniara dostanie porządne lanie i w zębach mu ją przyniesie. Jadowita Żmija również nie szczędziła sobie uszczypliwości względem uczennicy, której przyszłość… cóż, nie pisała się w zbyt kolorowych barwach.
Gęsi Wrzask już miał zamiar o to zadbać.
Gdy dotarli do obozu, młoda została wrzucona do legowiska uczniów, skąd nie pozwalali jej wyjść ani na krok, dopóki w obozie nie zjawiła się sama Szakal wraz z resztą klanu.
— Zaraz przyjdę, weź przypilnuj to coś — mruknął Gęsi, a Jad uniosła brew zaciekawiona. — Mam dla niej małą niespodziankę — zamruczał, oblizując pysk. Kocica szybko podłapała jego myśli, uśmiechając się paskudnie. Kiwnęła mu łbem, dając liliowemu wolną łapę do rozmowy z liderką.
— To znowu ja — zaczął, włażąc do jej legowiska bez dzień dobry czy cmoknij mnie w zad. — Znalazłem rozwiązanie twojego problemu. Daj mi tę wronią strawę pod opiekę a ja… już ją naprostuję.
Szakal milczała, lecz jej wyraz pyska zdradzał, że jest ostro zamyślona. No tak, kocica nie była idiotką, dobrze wiedziała, że Gęś sam z siebie by się nie zgodził do charytatywnej roboty. To nie było w jego stylu. MUSIAŁA być jakaś druga strona medalu.
— Tylko jej nie wykończ, potrzebujemy wyszkolonych wojowników — mruknęła spokojnie, zrzucając z siebie resztę nerwów tej parszywej nocy.
— Ależ moja droga… co najwyżej ząb wybiję — uśmiechnął się pod nosem. Szakal dobrze wiedziała, do czego pił, lecz tylko skinęła mu łbem, dając pozwolenie na wyjście z legowiska.

~*~

Plan zadziałał, dostał tę zapchloną niewdzięcznicę na ucznia. Zamierzał przemaglować Rozwydrzoną Łapę tak, że zapomni, jak się nazywa. Szakala Gwiazda zapewne wiedziała, jakich… metod nauczania kocur będzie używać, bo jednak sama z nim trenowała, jednakże ku uciesze liliowego, kazała mu po prostu jej nie zabić lub nie połamać łap.
— Rusz się. Zaspałaś — rzucił oschle, nawet nie mając zamiaru bawić się w jakieś urocze dzień dobry, czy też inne cholerstwo.
— Czekam przy wejściu do obozu. Masz dwa uderzenia serca, żeby się tam znaleźć.
Warknął, a jego ogon smagnął powietrze. Oj już on ją naprostuje. Rozwydrzona Łapa pociągnęła nosem, chowając pysk w łapach, lecz Gęś miał to gdzieś. Po prostu wyszedł, przypominając jej, że ostro oberwie, jeśli każe mu czekać.
Jego źrenice zwęziły się, gdy dostrzegł, jak kotka próbuje skręcić do legowiska Kuniej Norki. Na jej szczęście zrezygnowała z tego pomysłu i podreptała wprost do czekającego na nią wojownika.
— Co Szakala Gwiazda mówiła o kontakcie z Kuną?
— Ż-że jest z-zakazany…
— Chcesz mieć pysk obdrapany z drugiej strony?
— N-nie…
— Tak, jak myślałem. Rusz się, za mną.
Słyszał, jak kotka pociąga co jakiś czas nosem, co wskazywało na to, że płacze. Gęsi Wrzask miał to jednak w głębokim poważaniu, niech sobie ryczy. Zasłużyła na to, co ją spotkało, gdyby żyła za czasów Mrocznej Gwiazdy…
Szli wydeptaną ścieżką przez innych wojowników. Kocur szukał odpowiedniego miejsca, gdzie będzie chociaż trochę otwartego terenu. Między drzewami dostrzegł potworną przełęcz. Idealne miejsce do treningu.
— Pozycja łowiecka. Już — zażądał, gdy tylko postawili łapy na otwartym terenie. Kotka popatrzyła na niego, załzawionymi ślepiami wahając się. — Ojej… moja droga chyba nie chcesz, żeby Kuniej Norce zdarzył się mały… wypadek, prawda? — szepnął, owijając ciało uczennicy ogonem.
— N-nie… N-nie chcę! — pisnęła przerażona a Gęś miał niemalże pewność, że z jej oczu poleciały kolejne łzy. Uśmiechnął się zwycięsko. Zacmokał niepocieszony, łapiąc ją za pysk.
— Więc rób, co ci każę, inaczej ta stara wariatka dołączy do tych waszych gwiazdek. Rozumiemy się!? Pozycja łowiecka. Jazda!
Puścił ją, pozwalając odsunąć się od niego na kilka kroków. A niech spróbuje tylko uciec, to zobaczy, do czego jest zdolny. Skończy gorzej, niż wronia strawa, jeśli tylko się odważy.

< Rozwydrzona Łapo? >
[597 słów]
[Przyznano 11%]

Od Spienionej Łapy do Zajęczej Troski

 Pianka wystawiła język, smakując płatki śniegu. Gdyby ktoś parę księżyców temu opowiedział jej o widoku, który zobaczy dzisiejszego ranka, z trudnością by mu nie uwierzyła. Nawet teraz trudno było uwierzyć, kiedy małe, białe śnieżynki wirowały na wietrze. Niektóre z nich opadały na ziemię. Inne przyklejały się do futra. Uśmiechnęła się szeroko. Nagle fakt, że przez chłód zwiędła jej kolekcja kwiatków, przestał się liczyć. W końcu kto nie chciałby mieć lśniących kryształków w futrze? 
– Spieniona Łapo – usłyszała nieopodal znany jej już głos. Odwróciła głowę, by dostrzec Zajęczą Troskę zmierzającą w jej kierunku. Otrzepała futerko, by jakkolwiek się prezentować i uśmiechnęła się do starszej kotki. –  Długo na mnie czekałaś?
Pokręciła głową i odpowiedziała:
– Nie, dopiero teraz wyszłam z legowiska. Jestem tu wcześniej, bo nie chciałam spóźnić się na pierwszy trening.
Tak naprawdę nie mogła być pewna jak długo tu stała, gdyż przez cały ten czas wpatrzona była w śnieg. Nawet jeśli odmarzałby jej już nos, nie powiedziałaby o tym Zajęczej Trosce. Po pierwsze niebo było jeszcze czarne, a obóz ledwo widoczny. Miały spotkać się dopiero o pierwszych promieniach słońca, dlatego jej mentorka w żadnym wypadku się nie spóźniła. Była nawet chwilkę przed czasem. Dlatego nie czekała na nią per se, a na mrozie znajdowała się z własnej, nieprzymuszonej woli.
– No dobrze, skoro tak mówisz. W takim razie idziemy – powiedziała Zajęcza Troska, po dokładnym przyjrzeniu się swojej uczennicy. Nawet jeśli przejrzała przez jej słowa, to nijak tego nie skomentowała. Zamiast tego ruszyła już w kierunku wyjścia z obozu. Pianka wiernie dotrzymywała jej kroku, cały czas z pogodnym wyrazem pyska. Wątpiła, by ta mina mogła z niej zejść, nawet jeśli wyglądała głupio. Wreszcie zacznie swój trening! Trudno było opisać towarzyszące temu uczucia. Miała wrażenie, jakby niosły ją, kiedy podążała za mentorką. 
– Co będziemy dzisiaj robić? – spytała po dłuższej chwili milczenia. 
Cisza ta nie była niezręczna, nawet jeśli ciągnęła się za nimi aż od obozu. Pianka skupiła się na obserwowaniu otoczenia. Chłonęła wszystkie dźwięki, widoki, zapachy. Starała się zapamiętać każde drzewo i krzew. Każdą dziurę, wzniesienie, czy zamarzniętą kałużę. Wątpliwym było, czy faktycznie zapamięta każdą tą poszczególną rzecz. Jednak ona na to nie zważała. Wolała być krok do przodu przed losem. Co gdyby ktoś je zaatakował, a ona musiałaby powiadomić o tym kogoś z obozu? Znajomość drogi powrotnej mogła okazać się bardzo wartościowa. Albo gdyby któraś z jej sióstr się zgubiła? Z drugiej strony o tym akurat wolała nie myśleć.
Dla innych mogła na taką wyglądać, ale nie była głupia. Nasłuchała się nieprzyjemnych opowieści od wojowników, a jej mama parokrotnie zwracała uwagę na niebezpieczeństwa czyhające poza obozem. Mimo uśmiechu i rozmarzonego wzroku, jej uszy cały czas były postawione. Co nie zmienia faktu, że nawet gdyby usłyszała coś niepokojącego… cóż, chyba zrozumiałym jest, że pewnie nie rozpoznałaby niebezpieczeństwa. Świat zewnętrzny dla nowo mianowanej Spienionej Łapy był ciągle niezrozumiały.
– Przejdziemy się trochę po naszych terenach. Pokażę ci z kim graniczymy, najważniejsze miejsca do zapamiętania, może trochę poćwiczymy rozpoznawanie zapachów – odparła wojowniczka, cały czas nie zwalniając kroku. Po krótkim namyśle, dodała – w końcu wychowywała cię Sroczy Lot, pewnie sporo już umiesz, co?
Wymawiając to imię, jej pysk przeszył delikatny uśmiech, który rozpłynął się wraz z podmuchem wiatru. Był to pierwszy raz, kiedy Pianka zobaczyła jak się uśmiecha. Po kilku biciach serca nie była już pewna, czy jej się to nie przewidziało.
– Oh, tak. Mama jest bardzo mądra. Mówi dużo ciekawych rzeczy – potwierdziła od razu, kiwając z zapałem głową. Mimo jej pogodnego tonu głosu, poczuła małe ukłucie w serduszku. Wbrew słowom Zajęczej Troski, tak naprawdę mogła jedyne na palcach jednej łapy wyliczyć, ile razy na dłużej niż chwilę wpadła do nich mama. Będąc jej uczennicą, Kotewka na pewno spędzi z nią o wiele więcej czasu, niż Pianka kiedykolwiek.
Odrzuciła od siebie tę myśl. Była tutaj teraz ze swoją własną mentorką, która również była bardzo miła i na pewno była świetną wojowniczką. 
– W takim razie pewnie niektóre rzeczy będą dla ciebie tylko powtórką.
– Mam nadzieję – zaśmiała się cicho Pianka.
– W razie gdybyś czegoś nie wiedziała, zawsze możesz pytać. Jesteś tu po to, żeby zostać świetną wojowniczką i ja ci to umożliwię – dodała jeszcze szybko jej mentorka. 
Pianka pokiwała na to głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że sporo rzeczy nie wie i najpewniej o dużą ilość rzeczy będzie musiała się dopytać. Była przyzwyczajona do odzywania się kiedy o czymś nie wie, nawet jeśli Wzburzony Potok rzadko okazywała się pomocna. Jej cierpliwość danego dnia kończyła się często wraz z pierwszym świtaniem.
 – Okej. Zbliżamy się do jednej z granic – oznajmiła Zajęcza Troska parę długości lisa później. W pewnym momencie drzewa zaczęły się przerzedzać i aktualnie stały na otwartej przestrzeni. Wiatr przyjemnie smagał je po karkach.  – Widzisz może coś, co pozwoliłoby ci dowiedzieć się, z kim tutaj graniczymy? Albo czujesz? Jakieś zapachy?
Na jej pytanie zamknęła na chwilę oczy. Wciągnęła nosem powietrze i otworzyła pysk, chcąc je posmakować. Najbardziej wybijał się zapach drzew iglastych, a także ptaków. Jednak niewiele jej to mówiło. U nich również sporo było drzew i czasami na stosie widziała ptaki. Zmarszczyła brwi. Otworzyła oczy, licząc na to, że znajdzie jakąś odpowiedź. Długo nie musiała się rozglądać.
– Klan Klifu! – wypaliła na widok klifu w oddali. Był trudny do zobaczenia, ledwo widoczny za mgłą i opadającym śniegiem, ale mimo to znajdował się tuż przed nimi. Jednak teraz nie wiedziała jak mogła go na początku nie zauważyć. Jego kształt rysował się wyraźnie na tle białego nieba.
– Brawo, Spieniona Łapo! – Zajęcza Troska kiwnęła głową z aprobatą. Pianka uśmiechnęła się. Była to pierwsza pochwała od nowej mentorki, dlatego wiedziała, że zachowa ją w serduszku. – Ich zapachu nie można pomylić z niczym innym. W żadnym wypadku nie możesz pójść tam, gdzie będzie cię on otaczał z każdej strony. Wyryj go sobie w głowie i nigdy nie zapomnij. Sosny, ptaki, trochę śmierdzącej tchórzliwości, to właśnie Klifiacy. Chodź, jeszcze mamy sporo do zobaczenia.
Na te słowa ruszyła przed siebie, przedzierając się przez głęboki śnieg. Za to Pianka została, starając się zrobić dokładnie to, o co ją poprosiła. Dopiero kiedy była pewna, że zapach pozostał jej w głowie, przyspieszyła, by dogonić kotkę.
Reszta treningu przebiegła im sprawnie. Słońce dopiero zaczynało górować, a one już dawno zostawiały za sobą granicę z Klanem Burzy. Szły sobie spokojnie wzdłuż oblodzonego brzegu. Czasami pojawiała się między nimi nagła cisza, kiedy starsza kotka zdawała się czegoś (lub kogoś?) nasłuchiwać. Pianka jej nie przerywała, bo nie była chętna na osobiste spotkanie z jakimś niepożądanym gościem. Cisza jednak bardzo szybko się rozpływała. Zazwyczaj wypełniana była bardziej lub mniej ważnymi informacjami o życiu w klanie.
– …tak właśnie brzmi Kodeks Wojownika – tłumaczyła Zajęcza Troska, odgarniając na bok gałęzie i pozwalając swojej uczennicy przejść. – Ale nie martw się, jeszcze go powtórzymy. Na pewno go zapamiętasz.
– Zajęcza Trosko, naprawdę wiesz bardzo dużo rzeczy! Cieszę się, że zostałaś moją mentorką – wymamrotała Pianka. Dopiero po paru biciach serca zdała sobie sprawę z tego, jak pewnie śmiesznie zabrzmiała. Mimo tego chciała jej jakoś okazać swój podziw i nie wiedziała co innego zrobić, oprócz ubrania go w słowa. W tym była najlepsza.
– Oj, nie słodź mi tutaj. Do czegoś zobowiązuje tytuł wojowniczki – odparła jedynie, uśmiechając się krzywo pod nosem. Nagle o czymś jeszcze pomyślała i przewróciła oczami. – Chociaż… uwierz mi, mogłaś trafić o wiele gorzej. Na przykład na taki Sarni Tupot. Uh, kocury.
Pianka nijak tego nie skomentowała. Z natury nie była chętna do obgadywania współklanowiczów. A już na pewno nie wyższych rangą. Dlatego zamiast odpowiedzieć, skupiła się na otoczeniu. Szły wzdłuż zamarzniętej rzeki, porośniętej kępami trzciny. Szur, szur. Tylko je było tutaj słychać. Tafla wody lśniła w promieniach słońca, nieruchoma i cicha. Za nią rozciągało się jeszcze więcej drzew i krzewów. Pomiędzy nimi dostrzegła cienkie, białe pnie, bujające się na wietrze. Ledwo widoczne na tle śniegu.
– A tam, co tam jest? Nie czuję zapachu innych klanów – zagadnęła, wskazując w tamtym kierunku.

<Zajęcza Trosko?>
[1279 słów]
[Przyznano 40%]

Od Makowego Pola CD. Gąski (Tuptającej Łapy)

 Spojrzała z góry na kociaka, który na nią wpadł. Ostatnio jakoś tak jej właziły pod łapy te pijawki, które zmajstrowała sobie Sroczy Lot. Dalej nie wiedziała jak do tego doszło, a nikt nie chciał nawet tego wyjaśnić. Przecież głupia nie była, by uwierzyć wojowniczce na słowo, że to jej rodzone. Może i czarno-białe, ale gdy je przytargała były zdecydowanie za duże na bobasy. 
Słysząc komplement, napuszyła się dumnie, stając tak, aby jej blask był znacznie lepiej widoczny. Przejechała językiem parę razy po futrze, aby je wygładzić i uśmiechnęła się do kotki.
— Wiem. Cieszę się, że nawet taki kociak jak ty to dostrzega. Sekretem jest dokładne czyszczenie. Chociaż ja uważam, że piękno idzie w genach, a moja uroda darowana jest od samego Klanu Gwiazdy.
— Och, pani też lubi być czysta? Ja nie cierpię, gdy mam brudne futerko — powiedziała Gąska, siadając dumnie.
— O! Widzę, że wyrasta z ciebie prawdziwa dama. To dobrze. Chętnie podziele się swoją wiedzą na temat ułożenia sierści. — Uśmiechnęła się, ponieważ wychodziło na to, że młode pokolenie nie było spisane na straty. Klan Nocy potrzebował więcej takich maluchów jak ten szkrab. 
— Musze teraz jednak iść. Obowiązki wzywają — pożegnała się z Gąską i odeszła do swoich spraw. 

*** 
*przed zgromadzeniem*

Dostała uczennice, córkę zastępczyni i nie mogła wytrzymać z oburzenia. Jej imię godziło w dumę prawdziwej kotki. Przecież Gąska musiała tak cierpieć z powodu bycia jakąś Tuptającą Łapą! Brzmiało jak imię dla niedorajdy życiowej i pokraki pokroju Błotnistej Plamy - o zgrozo jej dawnej uczennicy. Czemu musiała zawsze dostawać pod swoje skrzydła takie jednostki? Czy Mglista Gwiazda pluła jej tym w pysk? To oburzające! Tyle w końcu robiła dla tego klanu, a on odwdzięczał się płci pięknej w taki sposób. 
Przybyła na miejsce zbiórki, oczekując na młodą dame. Liczyła, że się nie spóźni. Nie chciała mieć powtórki z zabawy i wytargać ją za uszy siłą, jak jej poprzednicznę. 
— Jestem! — usłyszała jej markotny głos.
Uniosła brew. Coś jej się nie podobało? No ciekawe co... Na razie jednak musiała dzieciakowi wyjaśnić pewną kwestie nim wyruszą na trening.
— Z takim nastawieniem to wojowniczką nie zostaniesz — skomentowała, marszcząc pysk. —  Co do twojego imienia... Liczę, że Mglista Gwiazda się ogarnie i ci je zmieni, bo wstyd na cały klan jak nic. Że też ci to uczyniła, to oburzające. Dlatego na naszych treningach będziesz Gęsią Łapą, tamto zdrobnienie nie przejdzie mi przez gardło. Brzmi jakby wymyśliła je nie nocniaczka, a ta cała Aksamitna Chmurka, odklejona zastępczyni z Klanu Klifu — prychnęła, ponieważ wiele rzeczy się nasłuchała o niej podczas ostatniego zgromadzenia. Miała czujne uszy, chociaż wydawało się, że jedyne czym się przejmuje w życiu to wygląd. 
— No chyba, że udowodnisz mi, że na nie zasługujesz, to zwracam honory. Moja ostatnia uczennica była takim beztalenciem, że nie dziwiłam się, że dostała takie paskudne imię jako uczeń, ale ty? Córka Sroczego Lotu? Żałosne. Współczuję ci bardzo kochana. Dobra. Koniec gadania. Idziemy — to powiedziawszy wstała i skierowała się z uczennicą na trening. 

<Gąsko?> 

[479 słów]
[Przyznano 9%]

Od Rumianku CD. Stokrotki

 Gdy tylko kociak dostrzegł to, jaki nieporządek panuje przy ich posłaniu, to nie mógł przejść obok tego obojętnie. Pióra rozwalone na około wraz z mchem, który służył im jako zabawki. Nie mógł więcej na to patrzeć, więc zabrał się za układanie. Starał się ułożyć wszystko tak, aby robiło to jakiś sens. Mech w jedno miejsce, a pióra w inne. Nie było to łatwe zadanie, jednak starał się wkładać w to wszystkie siły, jakie miał. Przez to, że był tak bardzo skupiony na zadaniu, to nie zauważył Stokrotki, która przyniosła mu pióro, które uciekło mu spod łap. Kiedy kocica zauważyła, że ten nie zareagował na jej przybycie, to postanowiła się odezwać.
 - Co robisz? - Głos kotki był czymś niespodziewanym i przestraszył Rumianka. Odskoczył, przy okazji rozwalając swoją pracę. Uspokoił się, kiedy dojrzał przed nim jego siostrę. Odetchnął z ulgą, a jego wzrok powędrował na pióra pod jego łapami. Teraz musiał zaczynać wszystko od nowa!
 - A raczej robiłam. - Powiedział kociak. - Układałam piórka i inne zabawki, jednak wystraszona wszystko zepsułam! I teraz muszę wszystko zaczynać od nowa. - Odsunął się od piórek, które teraz leżały porozwalane przed nim. Westchnął tylko cicho. - A ty, co tu robisz?
 - Znalazłam piórko, które Ci wypadło! - Po tych słowach kocica położyła przed nim piękne pióro, które znalazła niedaleko kocura. Dla niego było warte tego rozwalenia innych piór!
 - Dziękuje! - Krzyknął, powracając do układania piór. - Chcesz mi pomóc? Mogę Ci pokazać jak zrobić to dobrze!

<Stokrotko?>