BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 sierpnia 2023

Od Lisiego Ognika (Lisiaczkowego Puszeczku)

 Lisi Ognik od początku wiedziała, że wrzucanie siostry na głęboką wodę to okropny pomysł. Gdy Aksamitka zmieniła imiona wszystkim członkom klanu, włącznie z sobą, Lis myślała, że wyjdzie z siebie i stanie obok. Żenujące. I mają iść w tym stanie na zgromadzenie? Jakkolwiek kochała Aksamitkę, tak była zbyt infantylna i niedojrzała, żeby spocząć na tak ważnym stanowisku. Rządzenie nie było przecież żadną zabawą, tylko ogromnym obowiązkiem wliczającym do siebie rzeczy takie jak strategia, sojusze, wojny, relacje z klanami, rozwiązywanie problemów i rozpatrywanie spraw wewnątrz klanu. Nie była gotowa na nic z tych rzeczy.
A Srokosz jako zastępca? Serio?
Rada miała durne pomysły, a do władzy wybrała chyba najgorsze możliwe koty. Aksamitkę, która na ten ciężar zdecydowanie nie była gotowa i Srokosza, który, no, nie musiała chyba tłumaczyć. Nie dziwiła się grupowemu niezadowoleniu, jakie przeszło przez klan, gdy tylko zostali obdarowani tym jakże cudownym prezentem w postaci zmiany imion. 
Lisi Ognik cholernie bała się, że Aksamitka powie coś na ten temat na zgromadzeniu. Mieli wszystko. Jakkolwiek gardziła Wilczakami, trzeba przyznać, że sojusz z nimi im się opłacił i zapewnił im stabilną pozycję na arenie międzyklanowej. Ale teraz? Co sobie o nich pomyślą? Wyjdą na słabych, a może komuś wpadnie do głowy pomysł wykorzystania faktu niezbyt ogarniętej politycznie i nazbyt optymistycznej liderki. 
W tej sytuacji zapragnęła znowu znaleźć się w towarzystwie Traszki. Działała prawie jak rozweselacz. Wystarczyło, żeby była obok i Lis zapominała o wszystkich frustrujących sprawach. Zawsze była osobą, która nie przepadała za towarzystwem i lubiła spędzać czas tylko w gronie najbliższych. Ostatnimi czasy nawet rozmowy z rodziną nie były w stanie poprawić jej humoru.
Tak myślała, wchodząc do legowiska medyków. Nie miała czasu zajrzeć do nich wcześniej, ale doskwierający ból przypomniał jej o konieczności wyleczenia się.

Wyleczeni: Lisiaczkowy Puszeczek

Od Stokrotki CD. Piaska

Przed Porą Nowych Liści
Umarła? To nie było zakończenie, które zadowoliło Stokrotkę. Słuchała dalszych słów kremowego kociaka z zainteresowaniem. Stokrotka nigdy nie słyszała o kocie, który potrafi wracać z martwych. "Dlaczego mama nigdy nam o tym nie mówiła? Przecież to super historia!" - pomyślała. Piasek mówił dalej, dzieląc się tą garścią informacji, przekazanych przez starszego.
- Podsłuchiwałaś? - zapytał później. Stokrotka spojrzała na swoje łapy. Kłamać nie chciała, ale Piasek może być zły, a nie wiadomo co zrobi w złości. Nie chciała wylądować u medyka przez to, że powie prawdę. Siedzieli tak w ciszy, dopóki Stokrotka nie odpowiedziała:
- A jeśli powiem, że nie wiem?
Piasek nie zadawał już więcej pytań, a że było późno, to liliowa kotka szybko uciekła do Różnej Przełęczy.
***
Rano Stokrotka znowu siedziała i obserwowała innych. Nie działo się nic ciekawego i jeszcze w nocy słuchała historii o Piaskowej Gwieździe, więc zasypiała na siedząco. Gdy już prawie zasnęła, pod jej łapy przyleciało piórko. Było bardzo ładne. Kotka wzięła je w swoje łapki i rozejrzała się dookoła. Nikt nie szukał piórka, więc wzięła go ze sobą i usiadła obok Doznaje Przełęczy. Bawiła się piórkiem, dopóki nie poczuła na swoim futrze wzroku jakiegoś kota. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła kremowego kociaka, który co chwilę przenosił wzrok na nią i na piórko. Stokrotka domyśliła się, że to on je zgubił. Niechętnie podeszła do Piaska i oddała mu piórko. I wtedy przyszedł jej do głowy pomysł.
- A mógłbyś opowiedzieć mi coś jeszcze o Piaskowej Gwieździe?
- Nie. - odpowiedział i zabrał piórko.
- Ale dlaczego?
- Bo nie mogę z tobą rozmawiać. - wyjaśnił ciszej i pobiegł do Zięby. Stokrotka obserwowała, jak odchodzi. "Czemu nie może ze mną rozmawiać?" - zastanawiała się i zaczęła obserwować drugą rodzinę. Próbując wtopić się w ścianę żłobka, powoli podchodziła bliżej Zięby i jej pociech, by lepiej słyszeć, o czym rozmawiają. Gdy wzrok karmicielki spoczął na niej, kociak zamarł w bezruchu.
<Piasku? Kończą mi się pomysły :'/>

Od Topika

 Uśmiech z pyszczka Topika nie schodził ani na moment. Co go tak uszczęśliwiło? A no opuszczenie żłobka przez wredne kotki, jak i przez Wzburzony Potok. Nastała cisza i spokój, której tak bardzo pragnął pomiędzy napadami gniewu u Gawroniego Obłędu, gdy też przyuważył szylkretkę odwiedzającą kocięta i liliową.
— I co się tak szczerzysz pokrako — wysyczała Kaczuszka, używając określenia zasłyszanego od uczennic. Jej wzrok i mimika pyszczka nie ukrywały tego, że czuje odrazę do swojego brata.
— Mam powód — odparł cichutko poruszając z radością swym ogonkiem, a swoje brązowe oczęta wlepił w gwieździste niebo, na które spoglądał przez otwór w kociarni — Dziękuję Klanie Gwiazdy, że mnie wysłuchaliście — wyszeptał, po czym zawołany przez matkę powoli skierował się do niej.
Nadeszła pora snu.

***

Tak jak na początku nie narzekał na brak innych kociąt, tak w końcu zaczął narzekać, że jednym towarzyszem zabaw, który jak na złość nie chciał się z nim bawić, była Kaczuszka. Uczniowie niechętnie chcieli poświęcać czas małemu kocurkowi. Tylko, gdy trzeba było posprzątać w żłobku ich sylwetki pojawiały się w wejściu. I zaraz po skończonej pracy wracali do własnych treningów. Jednak ten stan braku przyjaciół w podobnym wieku miał się za niedługo zmienić.
Siedział tuż przed vanka spoglądając na nią swoimi wielkimi oczkami. Skoro tu przyszła i rozglądała się po żłobku, czy to oznaczało, że i ona zostanie mamusią? Tak jak jego mamusia została mamusią. Już miał coś powiedzieć do kotki, lecz w tym samym momencie starsza ruszyła naprzód, o mały włos nie przygniatając Topikowi jego biednie już i tak wyglądającego ogonka. Skulił się wystraszony, że czymś uraził starszą kotkę.
A może coś innego stało za jej zachowaniem? Czyżby Kotewka rozpowiedziała wszystkim, że jest pokraką? Tak, ta wstrętna kotka na pewno to zrobiła! Teraz nikt ze starszych kotów nie będzie chciał się z nim zaprzyjaźnić!
Z kącików zaczęły mi spływać łezki,  oddalił się w kąt, gdzie spędził resztę dnia w samotności. Tym razem wesoło nie podbiegł do Tonącego Pasikonika, gdy ta ich odwiedziła. Wymyślił na poczekaniu wymówkę, że boli go brzuch. A potem, że ząb. A gdy matka chciała go zabrać do medyczki zmartwiona tymi wszystkimi dolegliwościami, które cały czas wymieniał, w końcu się rozpłakał. 
— Mamo... Ja chcę mieć przyjaciela — jego płacz i żałosny głos rozbrzmiał na całą kociarnie
— Już cicho Topiku. Cicho, cichutko... — Źródlany Dzwonek starała się uspokoić płaczące kocię, które dopiero uspokoiło się, gdy wypomniała mu, że sam nie lubi krzyku. Zrobiło mu się głupio i zamknął swój pyszczek. — Będziesz na pewno miał przyjaciela kiedyś. — Zapewnienie matki sprawiło, że kocię uśmiechnęło się i pociągnęło noskiem
W końcu nastała noc. Kaczuszka wykopała Topika z jego miejsca u boku liliowej kotki. Rozbudzona malec, dodatkowo będąc obolały, po cichu przeniósł się kawałek dalej. Miał zamiar ponownie odpłynąć do krainy snów, gdy jego wzrok skupił się na śpiącej kotce znajdującej się na samym końcu ściany żłobka. Oddychała rytmicznie. Przyglądał jej tak w ciszy, aż w końcu podniósł się na tych swoich króciutkich łapach i cichutko zbliżył się do liliowej kotki. Wzrok utkwił na jej brzuchu, w którym z tego co się dowiedział, znajdowałyby się kocięta. A tak przynajmniej odpowiedziano jego siostrze, gdy Kaczuszka zadała pytanie dotyczące tego skąd się biorą dzieci. Nie mógł w to uwierzyć, w końcu brzuszek mamy nie był jakiś duży, więc jak by tam się pomieścił. Ale chyba była w tym prawda, bo brzuch Zajęczej Troski był duży, okrąglutki. Rozejrzał się dookoła, po czym delikatnie dotknął brzucha, w którym coś się poruszyło. Z jego pyszczka wydobył się stłumiony przez drugą łapkę krzyk. Wystraszony zerknął na pysk kotki, jej oczy wciąż pozostały zamknięte, ale na pysku pojawił się jedynie grymas. Na szczęście jej nie zbudził.
Przycupnął okrywając się ogonkiem i nachylił ponownie ku brzuchu.
— Cześć wam... Jestem Topik — przedstawił się i zaczął opowiadając swoim przyszłym potencjalnym przyjaciołom o miejscu, w którym przyjdzie im się urodzić. Opowiadał im o tym, że Klan Nocy to jest fajne miejsce, jednak niektóre koty są jakieś takie niemiłe. Przestrzegł ich przed tym by się nie martwiły, gdy Kotewka czy Gąska, nie będą chciały się z nimi bawić. Również polecił na nie uważać i na ich humorki. — Ja się z wami będę bawił — zapewnił. — Zostaniemy przyjaciółmi i będziemy się razem bawić. Kaczuszka nam pozazdrości i też dołączy do zabawy... Klanie Gwiazdy, proszę, aby kocięta były miłe i dobre. I żeby nie były czarno-białe, bo te są wredne — przymknął oczka wyszeptując prośbę do przodków, którzy po śmierci przebywali na Srebrnej Skórze — I lepiej też niech nie będą takie jak ja, czekoladowe. Nie chcę żeby ktoś sprawiał im przykrość. — skinął łebkiem kończąc prośbę prosto z serca porwana przez wiatr do przodków, którzy na pewno go wysłuchają. W końcu jego prośbę o opuszczenie żłobka przez kotki i kocurki wysłuchali i tak też, kilka dni później opuścili kociarnie, przenosząc się do legowiska uczniów.
 Cały spięty ponownie zdecydowała się dotknąć brzucha kotki delikatnie głaszcząc jej futerko, po czym widząc, że ta zaczęła się wiercić, o mały włos się nie przebudzają, tak szybko jak potrafił z powrotem podtruchtał do boku matki chowając się za jej grzbietem. Chyba pozostał niezauważony, bo nikt nie krzyczał na niego. Uniósł głowę, by znowu spojrzeć na przyszłą królowa. Spała, jedynie co to zmieniła swoją pozycję snu. Odetchnął z ulgą, po czym sam ułożył się do snu nie mogąc się doczekać szczęśliwych chwil spędzonych na zabawie z nowymi kociętami, które to już zaraz miały pojawić się w klanie.

Od Zajęczej Troski

Porą Nagich Drzew
Okryte puchem krzewy z trudem przepuszczały ją przez siebie. Parła naprzód, nie zważając na resztę patrolu, która podążała za nią. Nienawidziła Brzozowego Zagajnika, a jak na złość, zawsze tu trafiała. Wciąż miała w głowię wspomnienia przedstawiające dzieło Śnieżnej Gwiazdy, a od tego widoku robiło jej się niedobrze. Nie zamierzała jednak prosić Mgiełki, aby nie posyłała jej więcej w to miejsce. Zajęcza Troska uważała się za odważną wojowniczkę i nie zamierzała dać po sobie poznać, że takie coś ją ruszało.
— Kto normalny kazał nam iść na patrol w taką zimnicę? — prychnęła zza jej pleców złotawa kotka, a liliowa kątem oka dostrzegła, jak ta strzepuje z siebie śnieg.
— Lider, któremu zależy na bezpieczeństwie klanu i tym, aby nie głodował — podsunęła, co spotkało się z niezadowolonym jękiem.
— Gdyby Mgiełka nie była kotką, klnęłabyś teraz gorzej ode mnie — stwierdziła Przyczajony Drozdoń.
— Nie zaprzeczę temu — odparła Zając, spoglądając na otaczające ich z każdej strony drzewa. To w tej okolicy zabiła ojca. Tu raz na zawsze zapewniła własnej duszy spokój i uczyniła siebie ostatnią z rodziny. Rodzice, rodzeństwo — wszyscy prócz niej już nie żyli.
— Możemy już jednak wrócić? — wtrąciła się Pszczela Duma. — Powoli zamarzam — dodała, dygocząc na potwierdzenie swych słów.
Złota ochoczo się z nią zgodziła, a Zając jedynie odwróciła pysk w przeciwną od nich stronę i przewróciła oczami. Wolała się upewnić, że nic podejrzanego nie dzieje się przy granicy, niż potem siedzieć w obozie zmartwiona, że jakaś kolejna nawiedzona banda samotników pędzi ich zabić.
— To wróćcie. Ja jeszcze sprawdzę skrawek dalej. Weźcie tylko zbierzcie to, co upolowałyśmy po drodze — dodała.
Niebieska szylkretka uśmiechnęła się do niej, a Drozdoń wydała z siebie pomruk zirytowania.
— Ale się rządzi. Jej dziewczyny są u władzy i od razu ta się poczuwa — burknęła cicho, co jednak doszło do uszu liliowej. Nie spodziewała się, że ktoś może uważać Mgiełkę i Srokę za jej partnerki, ale nawet ją to rozbawiło.
Choć łapy jej zamarzały, ruszyła w dalszą podróż. Powtarzała sobie, że za swoje poświęcenie i to, iż zaraz przemarznie do szpiku kości, w nocy znajdzie ukojenie i ciepło w pobliżu jej przyjaciółek.
— Chyba cię kiedyś już tu widziałem.
Odskakując w bok od źródła głosu, obróciła się do niego przodem. Nieopodal niej zarysowywał się ledwo widoczny kształt. Białe futro zlewało się z zaśnieżonym krajobrazem, za to jedynym, dzięki czemu widziała przed sobą kocura, był blask zielonych ślepi.
— Słucham? — powtórzyła. — Ciebie nawet nie powinno tu być. To teren Klanu Nocy.
Nieznajomy spojrzał na nią zaskoczony, po czym parsknął rozbawiony śmiechem i rozejrzał się. Dopiero teraz Zając spostrzegła blizny na jego ciele.
— Tak? To gdzie ten klan? — spytał. — Bytuję tu już od dosyć długiego czasu, czyżbyś zapomniała?
Skrzywiła się. Cóż za obrzydliwa jednostka, jakiś kolejny nawiedzony samotnik, tak jak przypuszczała, tylko tacy tu zachodzili.
— Wystarczy króliczy oddech, a zjawią się tu, więc póki masz szansę ujść z tego z życiem, radzę ci uciekać i nigdy więcej tu nie wracać — oświadczyła.
W zielonych ślepiach widziała dumę. Zrozumiała w tym momencie, że tak łatwo go stąd nie przepędzi.
— Nigdzie się nie zamierzam wybrać, a wiesz dlaczego? — mruknął z wyniosłym tonem.
— Bo jesteś głupi?
Kolejna salwa śmiechu uciekła z jego pyska, tym razem zagłuszając jej własne myśli i ten cichy głosik rozsądku, który podpowiadał jej, że szansę ma marne i powinna stąd uciekać.
— Niekoniecznie z tego powodu. Przyszedłem po swoją zemstę — rzekł, na co ona jeszcze bardziej się skrzywiła.
— Nie wiem, o czym mówisz. Jeśli jesteś z tamtej grupy, co tu wcześniej bytowała, to zmartwię cię, ale się spóźniłeś. Oni już nie żyją — rzuciła.
— Teraz to i ja nie wiem, o czym gadasz — odparł zmieszany, a po chwili jego pysk pokrył szeroki uśmiech. — Moja sprawa tyczy się ciebie. Dziwne, że nie pamiętasz, chociaż to, co pokrywa mi teraz mordę, mogło mnie z lekka zmienić. Poza tym byłaś wtedy dużo młodsza, ale jestem pewien, że to byłaś ty — mruknął, postępując o krok bliżej w jej kierunku. — Byłaś tu kiedyś. Towarzyszył ci czekoladowy kocur, ale gdy cię zaatakowałem, uciekł. Zabiłbym cię, ale w porę uratował cię jakiś bury dziad.
Otępiała zawiesiła na nim wzrok.
Uderzyła w nią fala wspomnień. Była uczennicą, ledwo co się tu przeprowadzili, a u władzy był jeszcze Rudzikowy Śpiew. Funkcje jej mentora pełnił Bażancie Futro, a na patrole musieli ciągnąć ze sobą jej ojca, który zachowywał się jak skończony wariat. Na moment została z nim sama i właśnie wtedy zaatakował ich ten sam samotnik, który teraz stał przed nią.
Zdradziecka Rybka uciekł, zostawiając ja na śmieć i gdyby nie nagłe zjawienie się Bażanta, zginęłaby wtedy, w tym miejscu, w którym teraz była, mogłyby co najwyżej leżeć jej szczątki.
— Musisz bardzo nie szanować życia, skoro wróciłeś tu po takim czasie, wiedząc, że znowu spotka cię to sa...
— Oh zamknij się, głupia. Widzę, że jesteś sama. Widzisz to, co zdobi mi pysk? Jesteś temu winna.
Powoli zaczęła cofać się w stronę obozu. Zaczynało się robić znacznie bardziej niebezpiecznie, niż się spodziewała. Wiedziała, że nie da sobie sama rady w starciu z wyższym i masywniejszym kocurem.
— I teraz dopiero uciekasz? — mruknął ze szczerym rozbawieniem.
Nie odpowiedziała mu, tylko odwróciła się i rzuciła pędem. Topiła się w śnieżnych zaspach, ale ani na moment nie myślała o zatrzymaniu się i odwróceniu, aby sprawdzić, jak radzi sobie jej przeciwnik.
Nagle łapy skrzyżowały jej się ze sobą. Poleciała na pysk, a mróz całkowicie przeszył jej ciało. Chciała szybko wstać, ale coś dopchnęło ją do ziemi. Ciężar nad jej grzbietem nie pozwalał jej się ruszyć.
— Ty... Ty szujo! — pisnęła.
— Nie martw się, to zaboli tylko przez chwilę. — Usłyszała nad uchem, nim nie poczuła bólu w okolicach karku.

***

Nie zginęła. Nie zabił jej.
Za to uczynił jej o wiele większą krzywdę. Długo leżała w śniegu, choć kocur porzucił ją spory czas temu. Nie była jednak już tą samą Zajęczą Troską, która wkroczyła na teren Brzozowego Zagajnika. Teraz czuła się okropnie. Obrzydzona własnym ciałem, obrzydzona całym światem.
Zapomniała o bólu fizycznym. Mróz przestał jej przeszkadzać. Za to to, co czuła we wnętrzu, było o wiele gorsze. Upokorzenie. Utrata godności, honoru, szacunku do samej siebie...
Nie miała już nic.

***

W końcu resztki chęci przetrwania zmusiły ją do zebrania sił i powrotu do obozu.
Nikomu nic nie powiedziała. Od razu zaszyła się w legowisku i schowała pysk w łapach. Była żałosna. Nienawidziła siebie coraz bardziej.
Bo z każdą chwilą coraz bardziej uświadamiała siebie, co się stało.

***

Czuła się źle. Z jednej strony była ciągle głodna, a z drugiej każdy posiłek z trudem przechodził jej przez gardło. Musiała się czymś zatruć, bowiem coś zdawało się ciążyć jej na żołądku. Z trudem doczłapała się do leża medyków, gdzie obecnie zastała tylko rudą kotkę, jak zwykle krzątającą się pośród intensywnie pachnących ziół.
Przedstawiła swój problem, pozwalając uzdrowicielce na przebadanie jej. Była wdzięczna losowi, że nie mają kocura na tym stanowisku. Po tym, co przeszła, wolałaby paść wycieńczona chorobą, niż dać mu się wyleczyć.
— Zajęcza Trosko. — Powaga, z jaką wypowiedziała jej imię, zmartwiła ją. — Spodziewasz się kociąt.
Brzmiała na równie zaskoczoną, co liliowa. Choć w tej drugiej momentalnie coś pękło. Jej duma, jej godność, jej honor — to wszystko rozpadło się, tworząc z jej wnętrza ruiny śmiałej wojowniczki, którą do tej pory była.
— Nie. — Tylko tyle była w stanie wyrzucić z siebie, słysząc jej słowa. Czuła się co najmniej, jakby ktoś wydał wyrok na jej życie. I w tym momencie była nawet zdania, że groźba śmierci byłaby lepsza.
Strzyżykowy Promyk zamrugała zmieszana, zerkając na nią.
— Przepraszam, ale co "Nie"? — spytała niepewnie.
— Nie chcę tego — wyszeptała, momentalnie zamykając oczy i blokując chmarze łez możliwość ujścia na wierzch. — Nie chcę ich w sobie. Zabierz to. Zabierz — powtórzyła, czując, jak coraz bardziej szczypie ją pod powiekami. — Nie potrzebuję tego. Klan ma dużo młodych.
Ruda medyczka milczała przez chwilę, najpewniej analizując jej słowa w dosyć wolnym (zdaniem Zając) tempie. Vanka nie dała jej jednak dojść do słowa. Zwyczajnie wstała i bez jakiegokolwiek pożegnania opuściła leże medyków.
Czuła wstręt wobec własnego ciała. Wobec tego, na co pozwoliła, by się z nią stało. Była za mało silna, aby się obronić. Albo inaczej.
Była po prostu słaba.
Nienawidziła siebie. Nienawidziła jeszcze bardziej kocurów. Odkąd w jej życiu zagościła Sroczka, wyrzuciła z głowy myśl, by kiedykolwiek mieć kocięta. A teraz? Teraz jej koszmar uciekł z jej snów i odnalazł szansę na zaistnienie w rzeczywistości.
Świat raz po raz pluł jej prosto w pysk.

Od Kruchej

 Jej nowe miejsce było… samotne. Nie podobało jej się bycie tutaj bez żadnego towarzystwa. Nie podobało jej się, że nie pozwalali jej już wykonywać obowiązków. Przeciągała trening Sówki pod jej opieką, jak tylko mogła, by teraz dostać postawioną granicę, gdy jej ciąża zaczęła być widoczna; tak naprawdę była już wcześniej, ale jej futro skutecznie pomagało jej się z tym kryć przez wiele wschodów słońca. Zawsze pilnowała, by podziękować towarzyszącym im wojownikom za pilnowanie ich bezpieczeństwa, bo, jako że Sówka była jedyną uczennicą na zwiadowcę, nie miała pary. Teraz musiała oddać ją pod opiekę Gęgawie. Nie był złym wyborem. Sama go poleciła. Ale martwiła się, tak czy siak, bo tak długo koteczka była jej odpowiedzialnością.
Tutaj nie było też nic, by zająć myśli. Mogła tylko siedzieć i pasożytować. Rozmyślać o wszystkim, co stało się w jej otoczeniu i w pewnym stopniu przez nią. Powstrzymywać wybuchy płaczu, co było trudne, gdy nie było czym się rozproszyć.
Do środka weszła Sadzawka, z dumnie podniesionym ogonem. Krucha szeroko uśmiechnęła się na jej widok, wstając.
— Cześć.
Otrzymała sztywne skinienie głowy w odpowiedzi. Cisza, która między nimi zapanowała, była gęsta, niekomfortowa. Spojrzenie wlepiane w nią wcale nie było przyjemniejsze.
— Jak dzieci? Twój powrót do normalnego życia? — zagadnęła pół żartobliwie. Zabawne, że tak wymieniły się z mentorką miejscami.
— Dzieci świetnie. Bardzo uzdolnione. 
— To świetnie! — zaszczebiotała.
— Ale. Mój biedny Padlina bardzo przeżywa wygnanie Larwy. — poinformowała i Krucha miała wrażenie, że wyczuwa w tym wyrzut. Otworzyła lekko pysk i nerwowo oblizała się po nim, dobierając słowa.
— Pewnie jest mu z tym trudno. — potwierdziła ostrożnie, uciekając przy tym spojrzeniem.
— Owszem. Stracić brata z takiego powodu… Z jego relacjami rodzinnymi to duża strata. 
Przytaknęła, ignorując niewypowiedziane oskarżenia. Pewnie sobie je wymyślała. Projektowała swoje wyrzuty sumienia na słowa Sadzawki.
— Dali ci coś przynajmniej w zamian? Było to opłacalne?
Zatkało ją. Gdy usłyszała te słowa, serce zabiło jej raz mocniej, by potem jakby całkiem zamilknąć, uciec wyżej, pojawić się jako gula w gardle. Wydała z siebie dźwięk jakby dławiona. Całe powietrze uciekło jej z płuc.
Wiedziała? Domyślała się? Czy to była aluzja? Nigdy jej nie wspominała o tym, co było w mieście. Czy zbadała jej przeszłość i chciała ją teraz wykorzystać? Upokorzyć i doprowadzić do wygnania?
— P-proszę? — załamał się jej głos, który z bólem i ledwo przecisnęła przez gardło, z szeroko otwartymi oczami.
— Pytam, czy było warto wywoływać ten konflikt, tylko po to, by lizać dupę liderowi.
Kremowa skurczyła się pod ciężarem jej słów. 
— Nic- nic takiego nie miałam- — zaplątała się we własnych myślach, chowając głowę głębiej w ramionach, przyciskając kończyny bliżej siebie — Chciałam im tylko pomóc, skąd miałam wiedzieć…
— Mogłaś się nie zgadzać! — plunęła od razu, po chwili jakby namysłu - choć Krucha miała dziwne wrażenie, że przyszła tutaj z gotowymi wyrzutami i tylko rozdzielała je czasowo - dodając — Czy może się nie zgadzałaś w ogóle? Naćpali cię na jakimś ich spotkaniu? Kryjesz ich? Albo sama ich zastraszyłaś. Co na nich znalazłaś? Zmanipulowałaś Agresta, by zdradził Kuklika?
Położyła uszy, po chwili spuszczając głowę, przebodźcowana i osaczona przez te wszystkie oskarżenia. Nie był to… temat, o którym bura powinna tak mówić. Z taką lekkością, prawdopodobnie wręcz prześmiewczo, chwilę pod płaszczykiem troski. Jakby nie spotkało to ich zastępczyni. Sama sugestia, że mogła coś takiego zrobić, sprawiła, że czuła się brudna i ciężka, że mdliło ją i chciała zniknąć. Nie mogła wiedzieć, co czuła Fretka; jej samej w końcu to nie spotkało, bo na wszystko się zgadzała. Ale wątpiła, by wyszła z tego taka, jaka była wcześniej. Nie znała jej, ale wątpiła i tak. Widziała efekty takich wydarzeń wiele razy, nim tu dotarła i przestała być tym przypadkowym świadkiem pojawiającym się w złym momencie.
Także nie rozumiała, czemu miałaby zrobić coś takiego. Czemu Sadzawka nawet i tym pomyślała? Czemu jej to mówiła? Nawet Larwa, ten sam Larwa, który w pierwsze spotkanie popchnął ją i sypnął piaskiem w oczy, nie poleciał tak daleko z teoriami. Co takiego jej zrobiła, by na to zasłużyć? Nie mogła nic sobie przypomnieć, co mogłoby sprowokować takie zachowanie. Zapewne odreagowywała tylko ból partnera, nie mając tego naprawdę na myśli. Mogła to znieść, ale nie sprawiało to, że czuła się mniej zraniona. Wręcz czuła łzy cisnące się jej do oczu. Jak zwykle zbyt brała to wszystko do siebie. A mimo tej świadomości nie mogła przestać zastanawiać się. Czemu teraz bura przyszła do niej? Minęło długo od tamtych wydarzeń. Chciała ją w potrzasku, z którego nie ucieknie?
Mrugnęła, mając pustkę we wspomnieniach z ostatnich paru… parunastu? uderzeń serca. Powoli przypomniała sobie, co się działo, że było to realne, pod wpływem zapachu złości i stresu. Wzięła głęboki wdech, mając nadzieję, że nie ten odruch był słyszalny razem z drżeniem, które wyczuwała. Na pewno było ono słyszalne. Ale mogła przynajmniej siebie okłamywać.
— Sadzawko. Czy mogłabyś wyjść? Proszę, jestem zmęczona. I jest późno. Możesz wrócić jutro, ale pewnie Padlina potrzebuje bardziej towarzystwa niż ja. — poinformowała cicho, z zaciśniętymi powiekami, modląc się, by jej głos brzmiał tak pewnie, jak chciała.
Bura prychnęła, sądząc po odgłosach, machając wściekle ogonem, ale odchodząc, żegnając się z przedrzeźniem jej imienia. 
Wypuściła powietrze, po czym dała sobie moment na kilka uspokajających liźnięć po swoim futrze. Podniosła głowę, upewniając się, czy poprzednia karmicielka wyszła, spojrzeniem napotykając zamiast niej plecy szylkretki, która agresywnie machała ogonem, prawdopodobnie patrząc ku legowisku wojowników, gdzie tamta zniknęła. Pewnie wolałaby być tam. Próbowała przekonywać Agresta, że nie ma potrzeby na ochronę dla żłobka, gdy jest w nim tylko ona, ale się nie dał namówić na odwołanie decyzji. W końcu pilnowano już wejścia do obozu, chodzono grupami lub parami, omijały ją dodatkowe patrole zwiadowcze, na które ją ciągnęło. Byli chyba bezpieczni. Ochrona legowiska lidera była jeszcze uzasadniona, bo był przywódcą. Ale jej? Jedyne co czuła to wyrzuty sumienia, że nie może nic zrobić i zajmuje wojownika przed robieniem pożytecznych rzeczy. Nie dziwiła się, że liliowa była zła. Przynajmniej na pewno w którymś momencie ktoś ją zamieni i nie będzie musiała tego robić.
— Mleczyk? — zagadnęła cicho, z chwiejnym z niepewności uśmiechem, patrząc teraz gdzieś w przestrzeń, gdyby kotka zamierzała się odwrócić, by nie, na ledwo odróżniane w mroku liście kaliny, nabierających pewnie koloru na wiosnę. By nie musieć spotkać jej spojrzenia. — Przepraszam, że musisz tu stać. I dziękuję. Jakoś ci potem to wynagrodzę. 
Chwilę czekała na odpowiedź, ale gdy cisza nie została przerwana przez inny dźwięk niż szuranie ogona, odwróciła się plecami do wyjścia i powoli, zbyt mocno naciskając językiem, zaczęła myć swoją sierści, chcąc pozbyć się tych wszystkich odczuć.

31 lipca 2023

Od Szczekuszki cd. Ginu

Uśmiechnęły się pierwszy raz od dłuższego czasu. Poszło jeszcze łatwiej niż myślały! Jednak czasem nie doceniały swojej inteligencji dostatecznie. Ten głupek nawet się nie zawahał przed powiedzeniem tak! Może i był wrogiem, ale obecnie nie musiała się o to martwić, gdyż to ona wyraźnie sprawowała władzę w tej relacji.
Niestety oczywiście gdy przyszli dwunożni to ten pajac od razu do nich poleciał, jak jakiś lojalny sługa. Nie podobało jej się to. Kiedyś mogło stać się to dla niej problemem… Musi zająć się tym później. 
— Szczekuszko, chodź spróbować! — zawołało Skaza, oglądając się na nie.
Z niezadowoloną miną zbliżyły się do misek, teraz napełnionych czymś, co według wielkoludów pewnie miało być jedzeniem. Westchnęły, po czym nieprzekonane spróbowały małego kawałka. Musiały coś jeść, by rosnąć w siłę. 
Zamrugały szybko. O dziwo ta potrawa nie była najgorsza. Właściwe to… nawet jej smakowała. Wzięły ogromny gryz, zaraz przełykając i biorąc następny. 
— I jak? — zapytało, oglądając się na nie z pyskiem całym pobrudzonym od pokarmu 
— Wyjątkowo da się zjeść — odburknęła dla niepoznaki. — Ale pośpiesz się z tym jedzeniem, ja mam zamiar zaraz zacząć ten trening. 

***

Wyskoczyły w kierunku mentora. Trenowali dzisiaj walkę, więc zamierzała przetestować pare ruchów bitewych, które sama zaprojektowała w myślach. 
Skaza uskoczyło w bok i wystawiło przed siebie łapę, chcąc je odepchnąć tym sposobem. Nie trafiło nią jednak tam gdzie miało, przypadkowo uderzając uczennicę w oko. 
Szczekuszka wskutek tego szczeknęła zaskoczona. Zatrzymała się i schyliła, odruchowo opuszką dotykajc powieki, pod którą znajdowało się łzawiące ślepie. 
— Przepraszam, przypadkowo! — pisnęła bura. — Nic ci nie jest?
Czarna spojrzała na nią spod jednego oka. Proszę, proszę. Na początku niby tak nieporadnie pokazywała jej tą walkę, a teraz nagle wyskoczyła z takim czymś. I po tym jeszcze niewinnie pytała się czy wszystko ze Szczekuszką w porządku. Trzeba jednak było mieć odwagę, żeby działać w tak śliski sposób… 
Intrygujące. Niby tyle mieszkali ze sobą w jednym domu, a ona nadal nie potrafiła rozgryźć jak działał ten jego wielki łeb, wyraźnie zepsuty w wielu miejscach. 

***

Drgnęły, gdy poczuły krótki dotyk czujejś łapy na swoim grzbiecie. W księżycowej poświacie stał Skaza, robiąc na nie wielkie oczy. 
Skrzywiły się, wybudzone ze snu. Jak on tutaj w ogóle wszedł? To był ich regał do odpoczynku. Specjalnie wybrały taki najwyższy i najbardziej schowany w rogu, aby nikt tutaj nie przychodził. 
— Mógłbym może spać tutaj, jedyną noc tylko? — Spuścił wzrok. — Śniły mi się niefajnie rzeczy. 
Szczekuszka zmarszczyła brwi. Pozwolić mu? Z jakiej okazji niby? Z drugiej strony było tutaj sporo miejsca, gdyby ułożyło się daleko od niej, pewnie ledwo wyczuwała by jego obecność. 
— Możesz. Minimum dwie odległości ogona ode mnie — zgodziły się, nie wiedząc czemu. — Ale jak przekroczysz tę granicę lub zaczniesz chrapać to cię stąd zrzucam — zagroziły, wcale nie zastanawiając się jakby wyglądało ciało takiego Skazy po upadku z tej wysokości. 
Bura z wdzięcznością kiwnęła głową i ułożyła się w bezpiecznym odstępie. Czarna natomiast z wetchnieniem oparła głowę na łapach, myśląc. 

***

Ostatnio, gdy próbowała upolować ryjówkę, wpadła w zaspę śnieżną. Wydostała się z niej w miarę szybko, ale potem jeszcze siedzała na mrozie szukając gryzonia w puchu, wreszcie jakimś cudem go znajdując i kawałkami połykając na miejscu. Przez to wszystko okazało się, że… odmroziła sobie pośladki. Nawet nie zorientowała się, iż to to na początku. Myślała po prostu, że ból jest spowodowany intensywnymi ćwiczeniami, a śwąd w tym samym miejscu jest przypadkowy i zaraz jej przejdzie. Natomiast kiedy straciła czucie w całym zadzie, wszyscy stało się jasne i zaczęła się martwić. Bezwłosi szybko zrozumieli, że coś jest nie tak i ponownie zawiezili srebrną do kliniki. 
Szczekuszka jednak wróciła czując się znacznie dziwniej niż zazwyczaj. Od razu po wizycie poszła spać, a gdy odzyskała przytomność odkryła, że nie ma futra na części brzucha. W dodatku z łysego fragmentu wystawały jej dwa drobne, czarne… sznurki?
— Co to ma być — syknęła na Skazę, czując jak powoli wraca jej energia. Energia do bycia agresywnym. 
— Och, też coś takiego miałom! — powiedziało jakby to coś nie stanowiło żadnego powodu do bardzo poważnego niepokoju. — Te sznurki to one zanikły po jakimś czasie i futerko też odrosło. 
— Ale po co to jest. — Obrzydzona odwróciła wzork od swojego brzucha, nie mogąc już dłużej na to patrzeć. 
— Nie wiem, nigdy nad tym się nad tym nie zastanawiałom tak właściwie. — Wzruszyło ramionami. — Ale skoro nasi właściciele o tym zdecydowali, to na pewno było to w dobrym celu! Tylko po prostu uważaj na siebie. 
Szczekuszka przewróciła oczami. Rzygać jej się chciało od tych jego przemówień. Miała tylko nadzieję, że nie wyjedzono jej czegoś ze środka, a potem zaszyto dla niepoznaki. Czuła się okropnir niekomfortowo z myślą, że ktoś mógł tam jej grzebać, a już szczególnie gdy byli to ci zbrodniarze.
Nagle postawiła prosto uszy, słysząc coś w rodzaju skrzypienia gumy. To podejrzane, dwunożni przecież przed chwilą wyjechali gdzieś swoim potworem. Ukradkiem zerknęła na Skazę, który także wydawał się zaskoczony. Zaraz doszedł nich odgłos otwierania drzwi tarasowych, a następnie ciężkich kroków, kierujących się ku wnętrzu domu.
Bura zrobiła wielkie oczy i natychmiast schowała się pod łóżkiem, wskazując ogonem, by czarna ułożyła się obok niej. Srebrna jednak ani drgnęła z miejsca. Coś po prostu… kazało im iść przed siebie. Najpierw zrobiły jeden krok, a potem puściły się pędem, zafascynowane co takiego ujrzą w miejscu przy szklanych drzwiach.
Kiedy wyszły zza rogu, ich oczami ukazał się nieznany dwunożny w czarnym stroju. Wyrzucał
rzeczy z najbliżeszej komody w błyskawicznym tempie. Szukał czegoś? Ale czego szukać, jak tutaj nic nie było? W każdym razie miała nadzieję, że coś zabierze ich „właścicielom”, tak jak oni zabrali ją z jej domu. Należało im się. 
Zamarła, gdy bezwłosy niespodziewanie się zatrzymał i wlepił w nią swoje oczyska. Nie odwracał wzroku przez kilka uderzeń serca, po czym na szczęście wrócił do poprzedniej czynności. 
Moment później Szczekuszka z satysfakcją zarejestrowała, że jej skulony współlokator stanął przy ich boku. Oczy im błysły, dostrzegając, że wyjście na taras pozostało uchylone. Od razu ruszyła w tamtym kierunku, nie zastanawiając się ani na chwilę. Przerażony arlekin pisnął coś za nimi, ale one nie zwracały na to uwagi. W końcu skoro ten dwunożny zostawił jedne drzwi otwarte, może zostawił także i drugie! 
Zimno buchnęło im w pysk, kiedy wyszły na zewnątrz. Pokryta szronem trawa zdecydowanie nie była przyjemna dla opuszek. Jednak nic teraz się nie liczyło, prócz tego co ujrzały przed sobą. Tylna furtka w ogrodzeniu była otwarta! 
Parsknęły na ten widok z niedowierzaniem. Niemożliwe, niemożliwe! Nareszcie znów będą wolne, nareszcie będą mogły powrócić do swojej rodziny! Pójdą na poszukiwania razem ze Skazą i znajdą ich wszystkich! Wszystko będzie tak jak dawniej, a one ukończą trening pod okiem swoich utalentowanych matki oraz babci. 
Uśmiechnęły się chyba najbardziej szeroko i radośnie w całym swoim życiu. Z tego ogromnego szczęścia na moment zapomniały, że powinny ukrywać emocje. Odwróciły się do współlokatora, chcąc entuzjastycznie zachęcić go do podążenia za nimi. Nie mogli przecież zmarnować takiej cudownej okazji!
Jednak gdy ujrzały wyraz pyska burego, powoli opuściły swój dotychczas wysoko uniesiony ogon. Co tym razem było nie tak? Czemu wyglądo na tak zaniepokojone? 
— Chodź ze mną! — krzyknęły do niego z nadzieją. — Jesteśmy wolni!
Aczkolwiek arlekin nadal wpatrywał się w nią osłupiały. Nawet nie zszedł z tarasu, by do nich dołączyć. Wcześniej tryskające iskrami oczy czarnej, momentalnie zasnuły się mgłą.
— Nie chcesz… nie chcesz zostać?
To pytanie było jak dostanie metalową blachą prosto w twarz.
Sapnęły, nie spodziwając się, że Skaza kiedykolwiek wywoła w nich takie… uczucie. Miały wrażenie jakby żołądek opadł im na sam dół, a wszystkie mięśnie natychmiast napięły się w defensywie.
Po prostu nie mogły w to uwierzyć. Po tym wszystkim, co przeżyli, on jeszcze śmiał proponować takie rzeczy? Szczekuszka pozwoliła mu obok siebie przebywać, pozwoliła mu nawet spać na swoim regale, powoli zaczynała znosić niektóre z jego dziwactw, a ono w zamian potraktowało je w taki sposób?! Dobrze wiedziało jak nienawidziły dwunożnych. Na samą sugestię zostania z nimi miały ochotę wymiotować. A ono tak zwyczajnie się o to zapytało? O dalszy pobyt w domu zbrodniarzy, którzy odebrali jej rodzinę? O dalsze przebywanie w niewoli, w której nigdy nie mogłaby zaznać prawdziwego szczęścia?
Powinna była wiedzieć. Powinna była wiedzieć, że zawsze wolał ich od niej. Tych cudownych właścicieli, zaradnych w każdej czynności i potrafiących zapewnić im wszystko, w przeciwieństwie do srebrnej. Może nawet to całe „bycie miłym” arlekina istniało tylko po to, żeby przypodobać się wiecznie pragnącym pokoju dwunożnym. A w ogóle nie wynikało z… jego zwykłej chęci.
Po co ona właściwie się nad tym zastanawiała? Aktualnie to i tak nie miało już żadnego znaczenia. Skoro tak bardzo ich kochał i chciał zostać z nimi na wieczność, to ona da mu to czego pragnie. Łaskawie się odczepi i ono już nigdy więcej jej nie zobaczy.
— Myślałem, że może moglibyśmy…? Czy nie? — dowiedziało zestrsowane po dłuższej chwili ciszy. — Dwunożni na pewno–
— W porządku — przerwała im, sycząc. — Gnij sobie z własnymi katami w udekorowanym więzieniu, skoro tak bardzo ci na tym zależy — warknęły. — Nie obchodzi mnie co się z tobą stanie! — wydarła się do nich na koniec, odwracając się na pięcie i zaraz potem przekraczając próg ogrodzenia. 
I tak oto skończyła. Wolna, ale nadal nieszczęśliwa.

<Skaza?>

[1489 słów]
[Przyznano 40%]

Wyleczeni: Szczekuszka


Od Wiru (Wirującej Łapy) CD Kawczej Łapy (Kawczego Serca)

*dawno temu*
Ugh! Czemu one nie mogły dać jej spokojnie posiedzieć na Kawce! To był JEJ pomysł! Ona powinna być pierwsza. Zasyczała, po czym rzuciła się w stronę Kotewki, która zaczęła całe to przepychanie się swą chęcią wyczyniania wygibasów na grzbiecie ich starszej kuzynki. Pożałuje!
— Kawka jest moja! – warknęła, usiłując zrzucić siostrę z uczennicy. Ta jednak tym razem nie dała się tak łatwo zepchnąć, a ostatecznie vanka połączyła siły z Gąską i zepchnęły pomarańczowooką z grzebitu córki Paskudy. Ta upadła na ziemię, wzniecając nieco pyłu. Wściekła zaczynając się podnosić zgromiła wzrokiem dwie kotki, które teraz walczyły z Pianką. To był dobry moment…
Zaczęła ponownie wspinać się na kotki, a gdy te już miały zwalić liliową z czarnego grzbietu, Wir ponownie wykorzystała ich nieuwagę i zepchnęła je. Jednakże wtedy właśnie Pianka skorzystała z taktyki dymnej i mimo swego miłego usposobienia zepchnęła młodą rozproszoną arlekinkę.
— AAAA! — zawarczała wściekła Wir która znalazła się przy pozostałych czarnych kotkach. — Pianka!
— Przepraszam! — miauknęła od razu biało-liliowa kicia — Kawko, szybko, w nogi! — krzyknęła od razu z entuzjazmem. O dziwo Kawcza Łapa posłuchała i wystrzeliła jak z procy z młodą kotką wczepioną w jej grzbiet. Trzy pozostałe kulki od razu zaczęły je gonić, ale nie miały szans z dorosłą uczennicą. Miały za krótkie, serdelkowate łapki.
— A niech to! — powiedziała niezadowolona Kotewka, marszcząc nos.
— Popieram — mruknęła Gąska.
— To wszystko wasza wina! — warknęła natomiast Wir, rzucając się na siostry. I tak oto rozpoczęła się walka mini futrzaków.
***
Nie mogła uwierzyć, że to był ten dzień. Że dzisiaj miały właśnie zostać uczennicami. Sroczy Lot wylizała je dokładnie, by dobrze prezentowały się na ceremonii. Gdy już były gotowe i miały wychodzić ze żłobka, Sumik podszedł do niej.
Dymna uniosła zdziwiona brwi, bo kocurek niósł coś w pyszczku.
— Hej… — zaczął niepewnie kociak, z którym była chyba najbardziej zżyta poza rodzeństwem — To dla ciebie — powiedział, po czym włożył jej kwiatek za ucho. Był fioletowy.
Lubiła fiolet.
Właśnie zaczęła się pora nowych liści. Kocur musiał mieć wyjątkowe szczęście albo dużo szukać, że znalazł kwiatek w takim właśnie kolorze.
— Dzięki — powiedziała o dziwo nie tak chłodno jak zwykle, z wdzięcznością wyczuwalną w głosie dla tych, którzy ją lepiej znali.
Kocur skinął jej głową. Nim zdążył cokolwiek dodać, choć nie zdawało się, iż miał taki zamiar, kotka podeszła do swego posłania po czym wyciągnęła coś z niego.
— A to jest dla ciebie — powiedziała. O dziwo Sumik zajmował w jej sercu miejsce specjalne. Był jedną z niewielu osób spoza rodziny do których tak się zbliżyła. Mimo ich trudnych charakterów i kłótni, jakoś się dogadywali i rzadko żywili do siebie nawzajem urazę, nawet po większych sprzeczkach. To była chyba… pierwsza przyjaźń nie rodzinna jaką Wir zawarła… huh… nawet ona nie zdawała sobie sprawy, jak ważny był w jej życiu Sumik aż do teraz.
Co dała Wir niebieskiemu kocurkowi?
Żuka. Wiedziała, że miał już zasuszoną ważkę, więc żuk może też mu się spodoba? Był on lśniący i miał niebieskie pokrywy skrzydłowe. Nie wiedziała, jak umarł. Liczyło się to, iż uznała, że będzie dobrym prezentem dla Sumika.
Kocur zdziwił się nawet bardziej niż ona, gdy dostała swój prezent. Mruknął słowa podziękowania, chwytając żuka między łapy i oglądając go dokładnie. Po chwili jednak jego matka przerwała im, mówiąc, by się pospieszyli. Na dodatek do uszu Wir doszło wołanie Sroki i reszty rodzeństwa, więc arlekinka szybko wybiegła ze żłobka.
Za nią udali się zaś synowie Wzburzonego Potoku i sama liliowa, bo mieli mieć mianowanie zaraz po czwórce sióstr.
Gdy stanęły przed obliczem ciotki, Mglistej Gwiazdy, Wir rozpierała duma oraz uczucie, które rzadko pojawiało się u niej w takiej ilości. Ekscytacja, która sprawiała, iż jej serce dudniło, a puls raz za razem przyspieszał. Tylko w jej oczach widoczne było, jak podekscytowana jest i to nie w pełnej krasie. Uniosła dumnie podbródek, czekając na słowa liderki, chcąc już, już teraz dowiedzieć się kto zostanie jej mentorem lub mentorką!
<Kawcze Serce? :3>

Od Nocnej Łapy do Pierzastej Łapy

- Przecież musi być jakiś sposób! - miauknął Pierzasta Łapa zdeterminowany.
- Nie. Nie nadaję się do tego. Nigdy nie będę walczyć. Po prostu… nie potrafię. - odpowiedziała.
- Każdy potrafi. Musimy się tylko postarać. Możesz znaleźć swój własny, oryginalny sposób na walkę. - odpowiedział dziarsko.
- Ja nie potrafię walczyć. Nie mam siły w łapach, a ćwiczenia siłowe sprawiają, że mam skurcze. - pisnęła z rozpaczą.
- Nie pozwolę Szakalej Gwieździe cię wywalić z klanu! Poza tym mam pomysł. Myślałem o tym całą noc. - odpowiedział. Nocka podniosła główkę. Wiedziała, że to nie ma sensu, ale warto było posłuchać.
- Jaki? - odpowiedziała siląc się na zainteresowany ton.
- Jesteś szybka. Mam pomysł na walkę dla ciebie, ale musisz dużo pracować. Musisz zadrapywać i uciekać, drapać i uciekać, rozumiesz? Musisz być szybka i zwinna. Jeśli cię złapie, to koniec. Już się nie wyrwiesz. Ale jeśli zadasz mu kilka głębokich ciosów osłabnie i wygrasz. Wystarczy jedna walka, a potem całe życie spędzisz na polowaniu i pomaganiu Kuniej Norce. Ale postaraj się. Obiecujesz? - zapytał.
- To nie ma sen- zaczęła.
- Przestań! Inaczej cię wygnają! - zawył. Nocka popatrzyła na niego zaskoczona.
- Okej. - powiedziała.
- Próbujemy. Pamiętaj, że to ma polegać na szybkości. Gryziesz, odskakujesz. Możesz wymyślać sobie własne manewry i triki. Na przykład… no nie wiem… przetoczysz się pod brzuchem, zadrapiesz i uciekniesz. - zaproponował brat. Nocka poczuła przypływ ciepłych uczuć do niego.
- Dziękuję! - pisnęła i znienacka skoczyła na jego grzbiet. Ten z łatwością przewrócił ją i przygwoździł do ziemi.
- Nie tak. Drap i odskakuj, a nie walcz tak, jak uczył cię Gronostajowy Taniec. - powiedział. Nocka schowała pazury, zadrapała i odskoczyła, ledwo unikając łapy brata. Przykucnęła, wystrzeliła w powietrze, w locie drasnęła go w bok i wylądowała. Jej zadrapanie było mizerne, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
- Przepraszam! - pisnęła patrząc na zadrapanie. - W to może dać się infekcja, potrzeba… - zaczęła.
- Nieważne. W każdym razie, to już był manewr! Tylko musisz go doprecyzować. - pochwalił ją. Nocka przytuliła się do brata.
- Dziękuję, że mi pomagasz. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. - pisnęła mu do ucha.
- Jesteś moją siostrzyczką. Będę ci pomagać. To co, jeszcze raz? - zapytał, a Nocka pokiwała głową.
<Pierzasta Łapo<3?>
[341 słów]
[Przyznano 13%]

Od Uroczego Księżycusia

Była coraz bliżej zwierzyny. Ptak nawet nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Zaczęła biec. Już miała wyskoczyć w powietrze, kiedy tylna łapa obsunęła się jej na korzeniu. Wygięła się pod straszliwie dziwnym kątem. Rozległ się zgrzyt, a Uroczy Księżycuś poczuła przenikliwy ból. Zacisnęła szczęki starając się nie pisnąć. Bardzo bolało! Nie wyobrażała sobie, żeby coś mogło tak boleć! Podeszli do niej członkowie patrolu. Prószący śnieg spojrzał na nią przestraszony. Otoczyli ją i rozmawiali zmartwieni. Z ich pomocą kotka podniosła się. Opierając się na barku Łaciatej Mordeczki.
- Wszystko w porządku, Księżycowy Blasku? - zapytała się jej. Lubiła ją za to, że nazywała ją normalnie, jej starym imieniem. Nie lubiła tych nowych. Uroczy Księżycuś brzmiało bez sensu.
- Tylna łapa mnie boli. - stęknęła.
- Lepiej chodźmy z tym do naszych medyczek. - odpowiedziała prowadząc ją. Doszli do obozu, a kotka zaprowadziła ją do legowiska medyczki.
- Siostrzyczko! Co ci się stało? - zawołała zmartwiona siostra.
- Tylna łapa. - pisnęła z bólem.
- Widzę. Zaraz się tym zajmę. - zniknęła na chwilę, a Uroczy Księżycuś położyła się na posłaniu. Stęknęła z bólu, kiedy Liściasta Łapusia majstrowała coś przy jej tylnej łapie.
- Skręcona. - stwierdziła.
- To źle? - zapytała.
- Będzie dobrze, ale musisz wypoczywać. Spróbuj jej nie nadwyrężać. - odpowiedziała jej Czereśniowa Gałązka. Uroczy Księżycuś pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Jasne. Dziękuje wam. - odpowiedziała. Została jeszcze chwilę w legowisku medyczki wypoczywając.

Od Listkowej Łapusi

Siedziała sobie w legowisku medyka, odpoczywając po wyprawie na zbieranie ziół. Niektóre rośliny już urosły, więc można było je zrywać. Umyła łapy i wyciągnęła się, ziewając. Gdy usłyszała kroki, odwróciła się zaciekawiona. Kroki się zbliżały i robiły głośniejsze, aż w końcu z tunelu prowadzącego do jaskini wynurzył się Dzwoneczkowy Hałasik. Na pysku kocura widać było skrzywiony grymas. Gdy zobaczył Listkową Łapusię, podszedł do niej i od razu został obdarzony przyjaznym uśmiechem.
- Cześć, Dzwoneczku! - miauknęła kotka. - Oj, no tak, nie lubisz, jak Cię tak nazywam. - za późno sobie przypomniała. - Po co przyszedłeś?
- Źle się czuję. To znaczy, tylko boli mnie brzuch, jestem tutaj dla pewności. - te słowa przypomniały uczennicy medyczki, że Dzwoneczkowy Hałasik miał niestrawność. Dobrze pamiętała, jak kazała mu przyjść, gdyby źle się poczuł.
- No dobra. Poczekaj chwilę, jagódki Ci dam. - wyjęła ze składzika jagody jałowca i podała kocurowi odpowiednią ilość. Podsunęła mu je pod łapy i nakazała zjeść bez marudzenia. Gdy pacjent to zrobił, z uśmiechem go pożegnała, chociaż była trochę zawiedziona, że już odchodzi.
***
Pluskająca Rybka weszła do legowiska, a wraz z nią pręgowany, kremowobiały kocur. Listkowa Łapusia ze zdumieniem i podziwem wzięła głęboki wdech, gdy rozpoznała pacjenta. Przed nią stał Nieśmiały Podgrzybuś. Dawniej znany jako Grzybowa Ścieżka, a jeszcze wcześniej, jako Grzybowa Gwiazda. To byłby dla niej wielki zaszczyt, wyleczyć byłego lidera Klanu Klifu.
- Co się stało? - miauknęła do Pluskającej Rybki. - Mogę pomóc?
- Tak, przydasz się. - na szczęście Listkowej Łapusi, medyczka pokiwała głową. Na pysku uczennicy pojawił się szeroki uśmiech. - Nieśmiałemu Podgrzybusiowi wbiło się szkło w łapę. Jestem zajęta, więc zostawię Cię samą. Dasz sobie radę, prawda?
- Oczywiście. - kotka pokiwała głową, odprowadziła Pluskającą Rybkę wzrokiem i odwróciła się do starszego. Podeszła do niego i omiotła wzrokiem wszystkie jego łapy. - W której jest szkło? - spytała dla pewności. Zgodnie z jej przewidywaniami kocur podniósł prawą, przednią łapę.
- W tej. - miauknął, a Listkowa Łapusia chwyciła łapę i przyjrzała się uważnie. Zobaczyła mały kawałek czegoś srebrnego. Odwróciła się i poszła do składziku po potrzebne zioła. Wróciła do byłego przywódcy i spojrzała na niego poważnie.
- Na początku będzie bolało. Ale tylko przez chwilkę. - szybkim i zdecydowanym ruchem wyciągnęła szkło. Nieśmiały Podgrzybuś skrzywił się lekko, ale nic nie powiedział. Uczennica medyczki przeżuła szybko liście dębu, które wcześniej przygotowała. Obłożyła małą ranę gęstą papką i dokładnie owinęła pajęczyną. - Musisz oszczędzać łapę. - miauknęła, gdy skończyła.
- Dobrze. - odparł starszy. - Mogę już iść?
- Tak. - pokiwała lekko głowa, odprowadzając kocura do legowiska starszych.
Wyleczeni: Nieśmiały Podgrzybuś, Dzwoneczkowy Hałasik
[400 słów]
[wyleczenie postaci NPC]
[Przyznano 21%]