BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 lipca 2019

Od Cienistej Łapy CD. Mokrej Blizny

Trochę trwała przyjemna cisza, a dwa koty leżały, wygrzewając się w słońcu. Nagle do ciemnej wpadł pewien pomysł. Odwróciła głowę w stronę Mokrego.
- A patrzyłeś kiedyś w niebo? - zapytała, patrząc się z ciekawością na kocurka. Sama nigdy tego nie robiła, ale wydawało jej się to takie przyjemne.
- Codziennie je widzę - odparł i przewrócił głowę, patrząc w przesuwające się chmury.
- Ale jak to? - zdziwiła się.
- No jak wychodzę na patrole, widzę niebo, jak na polowanie, to samo i nawet teraz.
- Ale nie o to chodzi! - parsknęła Cień - czy patrzyłeś, nie wiem w chmury za dnia, a gwiazdy w nocy... - kotka zamyśliła się - ja nigdy, ale to musi być takie cudowne!
- Masz racje - odpowiedział po chwili namysłu.
- To... Może... - niepewnie zaczęła czarna - popatrzymy teraz? Skoro i tak nie mamy, co robić w obozie? - zaproponowała, myśląc o wilczym i tym, że może czekać w obozie, ale odrzuciła szybko te myśli i skupiła się na "teraz".
- Okej - spokojnie odpowiedział kocurek.
Oba koty ułożyły się wygodnie i patrzyły na przemijające chmurki i na niedaleki zachód słońca. Cienista czuła się wspaniale, leżąc tak pod rozwartym niebem i wypatrując kształtów na niebie.
- Patrz! - krzyknęła do Mokrej Blizny - ta chmura wygląda jak ogień!
- Ja widzę tam pyszczek kota.
- Nie, to otwarta paszcza wilka, który mówi "zaraz cię zabiję!" udała głos zwierzęcia. Po zakończonej "scence" zachichotała, patrząc na kocurka, ten spojrzał na nią i też się uśmiechnął.
- O, a tamta - zaczął syn Żurawinowego Krzewu - wygląda jak taki kurczaczek!
- Hm.. Nie, wydaje mi się raczej, że to potwór.
- Gdzie ty tam widzisz to ludzkie urządzenie?
- Nie, nie potwora, że na kółkach, ale takiego z olbrzymią głową, jakby miała mu zaraz pęknąć! - kocurek przekrzywił głowę w dezorientowaniu.
- Jak sobie chcesz - rzekł po chwili zamyślenia.
Oboje leżeli potem w ciszy, aż słońce skutecznie zniżało się do linii horyzontu.
- Mokry? - kotka zaczęła kolejny temat - A gdzie znika słońce w nocy?
- Hmm... Słyszałem, że topi się w wielkiej wodzie - zaczął, zaciekawiając kotkę - albo coś takiego - obojętnie rzucił potem.
- Może... A nie myślałeś, żeby to sprawdzić?
- Wielka woda nie jest na terenie naszego klanu, więc chyba nie.
- No tak... - zamyśliła się.
Leżeli tak, aż do pojawienia się pierwszych gwiazd na niebie, po czym kocurek zasugerował, by wracać. Cień stwierdziła, że nie będzie już robić problemów i zgodziła się z kotem ze starszą rangą. W końcu i tak sama była już zmęczona, więc marzyła tylko o jednym-spać. Ruszyli więc w drogę powrotną, a gdy dotarli na miejsce, pożegnali się i udali każdy do swojego legowiska.

~*~

Następny dzień zapowiadał się ładnie i Cień była na swoim treningu. Chwilę zapolowała, po czym miała wraz z Drżącym Oddechem trenować walkę.
- Zaatakuj mnie! - po raz kolejny dzisiaj słyszała głos mentorki. Kotka skupiła się i nie zdradzając ciałem czasu ataku, skoczyła na kotkę i już miała dostać łapą do jej szyi, gdy ta ją odepchnęła.
- Nigdy nie patrz, tam, gdzie chcesz atakować. Twój wzrok może cię zdradzić - oschle udzieliła informacji starsza. Nagle niedaleko nich przechodził Mokra Blizna.
- Mokra Blizno! - zawołała Drżący Oddech, budząc się z zamyślenia - chodź i pokaż Cienistej Łapie, jak się walczy - widać było na pyszczku kocurka niepewność, ale mimo to podszedł do miejsca, w którym trenowała Cienista.

<Mokry?>

Od Zlepionej Łapy C.D Koziej Łapy

Liliowy kocur uśmiechnął się niezręcznie, musząc przywołać wspomnienie dzisiejszego treningu. Chociaż, czy można to było nazwać treningiem? Księżycowy Pył był tak podejrzanie wesoły, że Zlepiona Łapa zaczynał się martwić jego stanem zdrowia, więc chciał zajrzeć do medyków i podrzucić mu jakieś zioło na uspokojenie. Lśniące Słońce stwierdził jednak szorstkim głosem, że "temu debilowi już wystarczy" i rzucił Sokolemu Skrzydłu tak znaczące spojrzenie, że Zlepiona Łapa od razu wyszedł. Chyba wolał nie zastanawiać się nad tym, co tutaj zaszło.
– W... W sumie, to nic. Znaczy, Księżycowy Pył chciał po-porozmawiać, ale był ja-jakiś taki wesoły i w... w ogóle – wzdrygnął się na wspomnienie swojego ojca w tym stanie, na co Kozia Łapa przechylił głowę na bok.
– Wesoły? Nasz zastępca, znany lepiej, jako "dajcie mi wszyscy spokój"? – dopytał, patrząc na Zlepioną Łapę. Ten pokiwał powoli głową, nadal wracając myślami do owego "treningu".
– Też się z-zdziwiłem – mruknął liliowy. Zaraz jednak stwierdził, że jego mentor buc to nie był najlepszy temat do rozmów. W końcu chyba każdy wiedział, że Zlepek nie przepada za swoim ojcem, a nawet, jeśli nie, to podejrzewał, że się go boi. (A wcale tak nie było! No, może trochę...) W każdym razie młody klifiak uśmiechnął się krzywo. – A tobie ja-jak minął dzień?
Kozia Łapa wzruszył ogonem.
– Ach... Byłem tu i tam, ze Śnieżną Łapą – stwierdził, uśmiechając się lekko. Zlepiona Łapa przytaknął lekko.
– Och, tak. W-widziałem, jak wychodziła na patrol – stwierdził. Teraz jednak przeszło mu przez myśl, że może skoro Kozia Łapa spędził tyle czasu u medyków wiedział, o co chodzi z dziwnym zachowaniem Sokolego Skrzydła, które ten czasem objawia. No i może wiedział też, co Sokół dał wcześniej jego ojcu. Właściwie, to nie szkodziło spytać, prawda? – H-hej, Kozia Łapo, w-wiesz może, co właściwie wyrabia Sokole Skrzydło. J-jest trochę dziwny, cza-czasami.
Właściwie, to Zlepek lubił Sokoła. Niebieski zawsze pozwalał mu pomagać sobie w leżu medyków i był taki miły! Dlatego właśnie liliowego martwiło jego zachowanie.

< Kozia Łapo? >

Od Łzawego Tańca C.D Światła

Łzawy Taniec czuła się niemalże, jakby sama była kociakiem. Przez ostatnich kilka dni wszystko, co widziała, było dla niej zupełnie nowe i niezwykłe. Widziała, jak wiele kociąt przewijało się przez Klan Nocy, ale obserwowanie, jak jej własne maluchy powoli się rozwijają sprawiało, że czuła się, jakby pierwszy raz widziała jakiekolwiek maleństwa. W jej oczach zalśniły łzy, kiedy obie koteczki otworzyły oczy. Maleńka Światło, odczepiając się od ogonu starszej o kilka uderzeń serca siostry, wtuliła się w nią, a Łzawy Taniec pociągnęła nosem. Niewielka koteczka podniosła głowę i spojrzała na powoli rozklejającą się królową.
– Och? To nic – zapewniła córka Żurawinowego Krzewu, patrząc na niewielki pyszczek jednej ze swoich latorośli. – Mama jest po prostu bardzo szczęśliwa – mruknęła, uśmiechając się ciepło. Bura kocica spojrzała w kierunku Ognistego Kroku, koło którego po powrocie z porannego patrolu położył się jej partner, Dębowe Futro i poczuła ukłucie bólu. Wiedziała, że nawet gdyby nie pokłóciła się z Horyzontem, nie byłoby go teraz obok, ale mimo wszystko czuła żal, że nie przeżywa tego wszystkiego wraz z nią. Nawet, jeśli bardzo ją zdenerwował, to... Przecież to ich kociaki. Ich obojga.
Nieważne. Jeśli będzie się tym zamartwiać, straci całą radość z obserwowania swoich dwóch uroczych kluseczek, a wtedy, to dopiero obrazi się na niebieskiego! W międzyczasie dostrzegła, że jej dzieci zdążyły już ponownie zasnąć i westchnęła cicho. Właściwie, to noworodki nie robiły niczego, oprócz spania i jedzenia. Ale z drugiej strony, czego ona oczekiwała? Przecież te maluchy niedawno opuściły jej brzuch!
Usłyszała, jak łapy odbijają się od podłoża i po chwili ponownie dostrzegła swojego młodszego brata, Bobrzą Łapę.
– Witaj, śpiochu – mruknął ten, uśmiechając się do kocicy.
– I kto to mówi? – Łzawy Taniec przewróciła wymownie oczami, bowiem tuż przed nią stał obraz senności i lenistwa we własnej osobie. Ileż razy musiała tykać tego grzdyla łapą, nim ten raczył się podnieść? Możliwe, że nie jest w stanie zliczyć.
– Hej! Chcesz ode mnie informacji, czy nie? – zapytał niebieski, a Łezka niemalże natychmiastowo przybrała przyjaźniejszy wyraz pyska.
– Och, oczywiście, że chcę wiedzieć, co mój kochany braciszek dowiedział się od tego... Kocura – przed ostatnim słowem miała miejsce długa przerwa, podczas której młoda matka myślała, jak określić Horyzonta. Nie chciała go wcale obrażać przy swojej rodzinie, jeszcze pomyślą, że nie umie sobie znaleźć nikogo porządnego.
Nie, żeby umiała.
Bóbr przybrał poważna minę i ulizał swój ogon, po czym odparł spokojnym, oficjalnym tonem.
– Dobrze, cieszę się.
I właśnie w tym momencie z Łezki uleciała cała złość. O to bowiem wykapany Horyzont, we własnej postaci, został odegrany przez terminatora tak wiernie, że poczuła się tak, jakby był obok. Na jej pysk wstąpił ciepły uśmiech.
– Dziękuję, Bobrza Łapo – mruknęła ciepło i liznęła kocura w nos, na co ten skrzywił się.
– Fuj – mruknął cicho, zaraz jednak na jego pyszczek wstąpił uśmiech. – Pójdę już. Nasza matka oczekuje mnie na treningu.
Łzawy Taniec skinęła głową, posyłając mu jeszcze jeden, serdeczny uśmiech. Gdy kocur wyszedł, mała Światło odezwała się niezgrabnie.
– Bobel! – zawołała, a Łezo spojrzała na nią zdumiona. Powiedziała imię Bobra. Trochę niezgrabnie i w ogóle, ale i tak! Poczuła, jak duma wypełnia jej serce, aby zaraz ustąpić miejsca... Zazdrości. Hej, jej brat właśnie ukradł jej pierwsze słowo jej córki!
– Nie, nie, nie Bóbr. Mama. Ma-ma – naprostowała Łezka, jednak Światło zdawała się być bardziej przekonana do poprzedniego słowa.
– Bobel! Bobel!
Łezka westchnęła cicho, uśmiechając się jednak delikatnie. Lepszy "Bobel", niż "Holyzont", prawda?
Jednak mimo wszystko, chciałaby być pierwsza.

< Światło? >

01 lipca 2019

Od Kasztanowej Łapy

Kasztanowa Łapa przypadł do trawy i zaczał tropić. Jego mentorka skradała się za nim, szylkretowa kotka była cicho, jednak młodziak czuł jej zapach. Lekko skulił uszy, słońce paliło go w półdłigie futerko. Zaczął wąchać, po jakimś czasie poczuł królika. Opuścil ogon i zaczął podkradać się bliżej nic nie spodziewającego się zwierzątka. Długo uche stworzenie rozejrzało się po otoczeniu, wkońcu jego wzrok padł na terminatora. Ofiara rzucila się do ucieczki, on zaś jak na komendę pobiegł za brązowym zającem. Stworzenie uciekło kocurkowi zostawiajac go stojacego samotnie. Świetlisty Potok podeszła bliżej swojego ucznia.
- Następnym razem Ci się uda- powiedziala zimnym tonem siadając. Kasztan spojrzał na nią wzrokiem mówiącym "serio?". Jego mentorka odpowiedziała jedynie jednym spojrzeniem.
Ponownie zaczął wąchać, wyczuł mysz. Może stworzenie nie wykarmi kilku kotów, ale wystarczy na obiad dla jakiegoś starszego. Szare stworzonko obgryzało nasionko cicho chrupiąc. Kasztan podszedł bliżej i zabił zwierzatko jednym, celnym ugryzieniem. Czując głód pożarl zwierzątko.
- Pierwsze polujesz dla klanu, później dla siebie- przypomniała mu szylkretowa kotka.
- Wiem- odpowiedział płowy mitted. Przymknął oczy i oblizał pyszczek. Jeszcze chwile delektował się smakiem piszczki. Przymknął oczy z zadowolenia, mysz była przepyszna! Już po chwili wracali z polowanka do obozu z dwoma zającami w pyskach. Kasztan, aż dyszał ze zmęczenia. Wciąż pamiętał czasy, kiedy był pieszochem. Pamiętał Tiny i Piernika oraz swoje rodzeństwo.

Od Lisiej Gwiazdy CD Niezapominajkowej Łapy

Kocur zmarszczył gniewnie brwi, widząc przed sobą obraz tej małej, upierdliwej cholery, która od momentu, kiedy bezczelnie wtargnęła do ich obozu, działała lisiastemu jedynie na nerwy. Dosłownie każdy mięsień jego ciała ledwo powstrzymywał się, od rzucenia na kotkę i wbicia zębów w jej gardło.
- Zmiataj stąd, smarkulo - i jakby na potwierdzenie swych słów, strzepnął ogonem, uderzając ją prosto w nos. Liliowa kupa kudłów popatrzyła nań zszokowana. Bo przecież jak to? Jak ten rudy brak śmiał ją uderzyć prosto w nos!
- Uważaj bo powiem o tym wszystkim - odgryzła się, by na koniec uśmiechnąć zawadiacko.
- Jakby mnie to obchodziło, dzieciaku - westchnął cicho, zaczynając się już nudzić całą tą zabawą w kotka i myszkę - Albo wiesz co? Dawaj, leć. Poskarż się nawet Księżycowi. Oni i tak nic mi nie zrobią. Poza tym... nawet nie wiem, jakim cudem trzymam tego niedojdę na stanowisku zastępcy. Jedyne co potrafi to wyłazić gdzieś z Lśniącym i nawijać o tej całej Nów, czy jak tam ta się nazywała - wywrócił oczami, odwracając się na pięcie, po czym kontynuował rozmowę z Martwym Cieniem.
*~*
Niezapominajka była upierdliwa, męcząca i dosłownie przyprawiała każdego w klanie klifu o ból głowy i chęci mordu. Nawet kochana Wschodząca Fala kazała ostatnio jej zająć się czymś innym, bo ją już głowa boli. Co gorsza, bo oprócz wkurzania całego klanu, ta mała gaduła uczepiła się Lisa niczym rzep psiego ogona. Na próżno rudzielec starał się ją spławiać, ta i tak wracała niczym głupi bumerang Sokki. Postanowił jednak w końcu to jakoś wykorzystać. Może zbliżając się do niej, zdobędzie większą przychylność klanu burzy?
Rudy kocur obszedł dookoła liliową kotkę, po czym zamruczał gardłowo, ocierając się o jej policzek.
- Jesteś pewna, maleńka? Ze mną... No wiesz, byłabyś silniejsza - zaśmiałem się cicho, po czym liznął ją za uchem.
- Nie zapędzasz się czasem Lisia Gwiazdo? Jak mniemam, masz partnerkę oraz dzieci - fuknęła córka Księżycowego Pyłu, po czym polizała futerko na swojej klatce piersiowej.

- Oh... Ona? Ta nędzna kupa futra nie jest problemem - machnął ogonem, siadając na wprost członkini klanu burzy.

< Niezapominajko? >

Od Koziej Łapy

- No, młody, wstawaj. - zaczął Sokole Skrzydło, po czym usadowił się niedaleko półki skalnej z ziołami. Koza kiwnął głową, po czym najpierw wsparł się tylnymi nogami, później lewą przednią i w końcu postawił prawą na ziemi. Przeszedł parę kroków i... nic. Nic ciekawego się nie stało. Ani nie czuł bólu, mógł normalnie chodzić (no, normalnie to trochę za dużo powiedziane, bo kocur chodził odrobinę pokracznie), a po zdjęciu opatrunku na jego łapie zostały tylko niewielkie zgrubienia po złamaniu.
- Świetnie. - miauknął ucieszony Sokolik, widząc, że jego i Lśniącego kuracja przyniosła długo wyczekiwane efekty. - Zegnij tylko łapę parę razy i może spróbuj przyjąć pozycję łowiecką. Jak ci się uda i nic cie nie będzie bolało za mocno, to będziesz mógł wracać do legowiska uczniów.
Kózka kolejny raz skinął głową i wykonał polecenia medyka. I znowu - nic. To oznaczało, że wyzdrowiał i będzie mógł wrócić do trenowania. Wspaniale.
- Nie będziemy cię tu dłużej trzymali. Mykaj do partnerki i znajomków się im pochwalić, a ja idę porozmawiać z Lisią Gwiazdą. - powiedział spokojnie Sokolik, a stanąwszy w wyjściu z legowiska dodał jeszcze jedno. - O, no i uważaj jeszcze, żeby jej nie przeciążyć, bo znowu tutaj wrócisz.
- Dobrze, będę uważał. - miauknął syn Dzikiej Zamieci. - I dziękuję za wyleczenie mnie.
- Nie ma sprawy, Kózko. W końcu takie nasze zadanie, nie? - zaśmiał się krótko Sokół, po czym wyszedł na rozmowę z liderem. Koza podziękowawszy również Lśniącemu Słońcu, dosyć szybko ulotnił się z leża medyków. Całkiem dobrze było u nich leżeć, jednak cieszył się, że w końcu będzie mógł spać u boku Śnieżnej Łapy i siedzieć wieczorami razem z nią, Mglistą Łapą i Zlepioną Łapą. Gdy tylko pokazał swoje liliowe futerko w legowisku terminatorów, został bardzo ciepło przywitany przez bengalkę.
- Jak dobrze, że już wyzdrowiałeś! - zamruczała radośnie Śnieżka, ocierając się o bok partnera. - Nic cię już nie boli? Będziesz mógł już normalnie trenować?
- Nie boli i wygląda na to, że tak. - odpowiedział Kózka, jednak przy ostatnich słowach mina mu nieco zrzedła.
No właśnie, będzie musiał wrócić do treningów z Lisią Gwiazdą. Kozia Łapa nie widział się z nim, odkąd złamał łapę i bał się reakcji lidera. Bał się również, że Lis da mu mocno w kość na treningu. Niby księżyc to niezbyt długi czas, ale jednak przez ten okres nie mógł w ogóle trenować. No cóż. Zobaczymy, jak się to rozwiąże.

Od Koziej Łapy CD Mglistej Łapy

oh, boi, ale to się dawno działo

Boki Koziej Łapy unosiły się i opadały w swoim własnym rytmie. Spał dosyć spokojnie, ale płytko, a sen nie przynosił mu nic więcej niż odpoczynek po kolejnym ciężkim dniu. Nagle, poczuł na swoim boku piekący ból, który prędko wyrwał go z objęć morfeusza. Czy to zrobił Baran? A może Lisia Gwiazda? A co jeśli jakiś klan napadł na obóz?! Prędko otworzył oczy i zobaczył wystraszoną i drżącą Mglistą Łapę z szklanym spojrzeniem. Widok trzęsącej się ze strachu kupki niebieskiego futra dosyć mocno zaskoczył Kózkę.
- J-Ja...-wyjąkała Mgiełka. - Przepraszam! - pisnęła, kuląc się na swoim legowisku i zakrywając pyszczek i głowę łapami. - N-nie chciałam!
- No... nic się nie stało, chyba. - mruknął Kozia Łapa, po czym oblizał zranione miejsce. - Wszystko dobrze? Wyglądasz na... wystraszoną.
Mglista Łapa nic nie odpowiedziała. Pewnie śnił jej się koszmar czy coś. Jeśli kotka nie chce o tym mówić, to nie. Koza miał tylko nadzieję, że szybko się uspokoi i oboje zapomną o tej sytuacji. Gdy wciąż nie doczekał się odpowiedzi o niebieskookiej, westchnąwszy cicho, wstał i udał się do legowiska medyka, by Sokole Skrzydło opatrzył jego zadrapanie.

***

Liliowy bicolor siedział w wejściu do legowisku medyków, obserwując pozornie spokojne życie kotów z obozu. Łapa już go aż tak nie męczyła, a nuda nie doskwierała aż tak bardzo - było parę rzeczy, umilających mu czas. Chociażby regularnie odwiedzający go przyjaciele, uczenie się ciekawostek o ziółkach od Sokolego Skrzydła i Lśniącego Słońca oraz Śnieżna Łapa, jako jego partnerka. Bengalka aktualnie opierała się o jego bok i razem cieszyli się własną bliskością. W takich momentach Koza miał wrażenie, że nie mógłby być szczęśliwszy. Tyle marzył o tym, by właśnie tak trwać u boku Śnieżki, nie martwiąc się tym, co Baran sobie pomyśli, albo czy Lisia Gwiazda nie ochrzani go za "zachowywanie się jak kociak". Kozia Łapa polizał czule kotkę po głowie, a co ta zachichotała. Koza uśmiechnął się ciepło, słysząc jej piękny głos. Chwilę jeszcze tak sobie siedzieli, gdy syn Głuszcowej Łapy dojrzał niebieską kotkę podchodzącą do nich.
- Cześć, Mglista Łapo. - miauknął radośnie Koza na powitanie kocicy. Mgiełka uśmiechnęła się delikatnie i usiadła przed parą. Śnieżna Łapa jedynie zmierzyła ją wzrokiem od koniuszka palców do czubka głowy, po czym przysunęła się jeszcze bliżej liliowego i zmrużyła oczy. Pręgowana dziko kotka widząc reakcję partnerki swojego przyjaciela, spojrzała najpierw na Śnieżkę, potem na Kozę pytająco.
- Mój. - odezwała się w końcu Śnieżka, liżąc Kozę ostentacyjnie po policzku. Z początku zawstydzony i zaskoczony uczeń Lisiej Gwiazdy nie bardzo wiedząc, o co chodzi kotce, w końcu po chwili wykonał ten sam gest, po czym dodał z czułością w głosie:
- Moja.
Śnieżka najwidoczniej ucieszyła się, słysząc to krótkie słowo, a Mgiełka wciąż nie wiedziała, o co chodzi dwóm zakochanym gołąbkom.

< Mglista Łapo? >

Od Wroniej Łapy CD Pstrągowego Pyska

Wrona razem z Pstrągowym Pyskiem czekały przy wyjściu z obozu na Rozżarzony Popiół i Kaczy Pląs, starsza kotka zrzędziła pod nosem coś o tym, że nie wytrzyma w takim towarzystwie całego patrolu i na pewno prędzej skoczy któremuś z kocurów do gardła. Za to jej uczennica nuciła sobie pod nosem i rozradowana kołysała się na boki. Entuzjazm ten nie uszedł uwadze Pstrąga, która pacnęła ogromnym ogonem podopieczną w grzbiet, na co ta nieznacznie się skuliła i przestała się bujać. W tym momencie właśnie nadszedł biało-rudy wojownik, a chwilę po nim nadbiegł młodszy Kaczy Pląs. Najmłodsza posłała nowo przybyłym ciepły, radosny uśmiech, który szybko odwzajemnili. Rozżarzony Popiół ruchem głowy nakazał kotom wyjść z obozu i ruszyć za nim. Kocur szedł pierwszy, przecierając leśne, zarośnięte ścieżki i raz na jakiś czas zatrzymywał się by na zmianę z Kaczym Pląsem zaznaczyć granicę terytorium Klanu Nocy, mimo że nie byli patrolem granicznym, nic złego nie było w tym, żeby jeszcze mocniej brać sobie do serca tą czynność. Bura kocica człapała za nim, co jakiś czas nasłuchując szmerów i szelestów w pobliskich krzakach. Blisko jej boku bardzo skupiona dreptała uczennica, jej krok był sztywny i sztucznie cichy, ponieważ młodej bardzo zależało by nie spłoszyć w żaden sposób potencjalnego śniadania o którym tak bardzo teraz marzyła. Pochód zamykał młodszy kocur, który co chwilę próbował zabawić swoje towarzystwo żarcikami i opowiastkami. Śmiała się z nich głównie tylko Wronia Łapa, która ciągle zapominała również o cichym poruszaniu się, więc jej szuranie sprawnie płoszyło wszystko co tylko nadawałoby się do zjedzenia.
- Przymknij się, bo twoje burczenie irytuje mnie bardziej niż paplanie Kaczego Pląsu - warknęła mentorka Wrony, nawet nie odwracając się w jej stronę - Miałaś sobie coś sama upolować żebym mogła sprawdzić czy jesteś aż taką niedojdą jak mi się wydaję. Jazda w krzaki i przynieś coś - Warknęła posyłając podopiecznej poganiający wzrok, czarna kotka zdała się go nawet nie zauważyć tylko bez żadnego słowa sprzeciwu wskoczyła w gęste zarośla.
Lekkim, wyciągniętym truchtem poruszała się po lesie, starając się jednak nie odchodzić za daleko, by nie zgubić drogi powrotnej, a co za tym idzie, nie kazać długo czekać reszcie patrolu. Nagle usłyszała szmer po swojej prawej i niczym spetryfikowana stanęła w miejscu. Przysłuchała się uważnie i wciągnęła powietrze głęboko, mając otwarty pysk. Dobrze znała ten zapach ze swojej rodzinnej stodoły. Pstrągowy Pysk nie nauczyła jej jeszcze poprawnej postawy, więc postanowiła iść na żywioł i po prostu dać się ponieść swojemu własnemu, naturalnemu instynktowi łowcy. Zgięła przednie i tylne łapy, by jej brzuch był zaraz nad ziemią i znów zaczęła nasłuchiwać żeby tylko wyłapać jak najwięcej odgłosów gryzonia. Kiedy mniej więcej znała jego pozycje, zaczęła powoli sunąć w jego stronę, by po chwili wyskoczyć wysoko i przyszpilić go pazurkami do brudnego podłoża.
- Mam cie! - wykrzyknęła uradowana i dobiła mysz jednym uderzeniem. Wzięła ją do pyska i puściła się dzikim pędem przez las nie zważając na wystające korzenie i kamienie, przez co parę razy o mało nie wywinęła kozła. Zapach patrolujących kotów czuła już z daleka, a kiedy usłyszała głośny szum rzeki wiedziała już, że udało jej się nie zgubić, mimo że była to jej pierwsza samotna wyprawa po lesie. Odbiła się od twardego gruntu i zrobiła potężny, wysoki sus nad kolczastym krzewem i wylądowała przed Pstrągowym Pyskiem. Pech chciał, że ścieżka po której się w tej chwili poruszali była piaszczysta i dość wąska, więc uczennica zaraz po tym jak wypuściła gryzonia z pyska i chciała pochwalić się nim przed mentorką, zaczęła czuć, że jakoś tak ucieka jej grunt pod łapami. Minęła chwila, a Wronia Łapa sturlała się z dość sporej górki i pewnie gdyby nie gładki kamień, którego się w porę złapała, wylądowałaby w rwącej rzece, z której na pewno trzeba by było ją wyciągać. Trzęsąca się czarna kotka podciągnęła swoje ciało, wchodząc na głaz i spojrzała na trójkę kotów z której każdy był przygotowany już by biec i ratować najmłodszą przed utonięciem. Rozżarzony Popiół szybko otrząsnął się i westchnął ciężko, przymykając ślepia, a Kaczy Pląs uśmiechnął się pod nosem, po czym zachichotał.

< Pstrągowy Pysku? >
to najgorsze opowiadanie w mojej blogowej karierze elo

Od Świetlistego Potoku cd. Błękitnej Cętki

Był to jeden z tych wietrznych, z nagła pochmurnych dni, które zjawiają się znikąd w środku ciepłego lata, jakby jakiejś nadnaturalnej sile zabrakło w zapasach słońca i dobrej pogody. Silny wicher hulał po łąkach, wypełniając powietrze nieustannym wizgiem i szumem; tak jak i zahartowane źdźbła nadmorskich wzgórz, mierzwił też sierść dwóch kotek skazanych na polowanie w tych zniechęcających warunkach. Świetlisty Potok wzdrygnęła się z zimna, nadciągającego nad ich dom prosto znad otwartego morza, i uniosła głowę, by w tym wzburzonym oceanie trawy odnaleźć swoją przyjaciółkę. Wśród smaganych wiatrem łodyżek Błękitna Cętka przypominała nieregularną srebrną plamkę. Szylkretka wiedziała, że coś planuje. Chociaż nie polowały bezpośrednio obok siebie, a szalejąca wichura skutecznie utrudniała komunikację, to gdy ramię w ramię wychodziły z obozu, wyłapała u młodszej kotki zdenerwowanie – a może ekscytację? Cokolwiek to było, miała podstawy przeczuwać, że coś się szykuje, i to coś prawdopodobnie związanego z nią samą. Szybko zauważyła, że posiada zbyt niewiele informacji, by wydedukować coś jeszcze, a więc jako osoba praktyczna nie zaprzątała sobie tym dłużej głowy i zwyczajnie czekała, mechanicznie podkradając się do kolejnych ofiar i w zależności od wyniku podejścia zakopując je lub przyglądając się, jak uciekają. Nie myślała o niczym w szczególności – weszło jej to już w nawyk, takie nicniemyślenie podczas polowania. Było zajęciem niezwykle pustym i przez to z natury nie mogło być przyjemne, ale i nie bolało; nie pozostawiało miejsca natrętnym traumatycznym wspomnieniom. Pustka była jedynym miejscem, w którym można się było schować przed drapieżczym światem. Gdyby mogła pozostać tam na zawsze, zgodziłaby się bez wahania. Zauważyła, że niebieska macha do niej ogonem, i posunęła w jej stronę. Ocierające się o jej ciało źdźbła wyginały się za nią niczym kilwater. – Kończymy już? – Wiatr porywał jej słowa, zanim jeszcze w pełni wydobyły się z jej pyska. W jakiś sposób zdołały jednak dotrzeć do uszu Błękitnej Cętki, która kiwnęła głową. Świetlista powtórzyła jej gest na znak, że zrozumiała, po czym zawróciła, by odgrzebać upolowane przez siebie zdobycze. Przeczucie, że przyjaciółka ma co do niej jakieś ukryte zamiary, wróciło ze zdwojoną siłą. *** – Dlaczego ten królik pachnie ziołami, Błękit? – W jej wnętrzu już zaczynała rodzić się nieufność. Spojrzała niebieskiej prosto w oczy, usiłując odnaleźć tam odpowiedź. – Wiesz, podejrzewam, że się w czymś wytarzał… – Zdradzała ją mowa ciała. Być może zdolności konwersacyjne nie były najlepsze, ale mogła się poszczycić czymś w rodzaju biegłości, jeśli chodziło o wychwytywanie takich niuansów. W milczeniu uniosła łapę, by odsunąć od siebie podejrzane jedzenie, jednak przyjaciółka czym prędzej ją powstrzymała. – No, dobra! Nafaszerowałam go ziołami na twój smutek, szczęśliwsza? Drgnęła. Wcale nie spodziewała się czegoś takiego. – Burzowe Serce ci na to pozwolił? – Podejrzliwość w jej głosie zastąpiło niedowierzanie. – Prawdę mówiąc, to… nie ma o niczym pojęcia… – Myśli szylkretki skłębiły się niczym owcze futerko; nie miała pojęcia, jak zareagować. Błękit… chciała jej podać zioła? Bez jej wiedzy, ba, bez konsultacji z medykiem? Przed oczami mignęły jej możliwe konsekwencje takiego działania. Nie chciała ich doświadczać na własnej skórze. Czy przyjaciółka rzeczywiście chciała zrobić coś takiego? Poza tym… czy naprawdę wyglądam aż tak źle? – Wiesz co? Mam pomysł! – Poczuła jej dotyk na swojej łapie. Przez ułamek sekundy wahała się, czy jej nie cofnąć. – Zjemy obie! Mi… mi też jest ciężko po śmierci Laska – Błękit zadrżała i otarła pysk, po czym spróbowała się uśmiechnąć, choć nie wyszło to najlepiej. Świetlista zamrugała. Przeniosła zagubione spojrzenie z przyjaciółki na rozdartego królika i z powrotem, nie mogąc podjąć decyzji. A nie chodziło tylko o to, co powinna teraz zrobić; nie wiedziała przecież nawet, jak miała się czuć. Chyba powinna się zdenerwować? Cóż, tak pewnie zrobiłaby większość kotów na wieść, że bliska osoba bez ich świadomości zamierzała podjąć takie radykalne kroki… Ale nie mogła się na to zdobyć. Nie, kiedy widziała, w jakim stanie jest sama Błękitna Cętka. Widziała łzawy błysk w jej oczach, zanim odwróciła głowę, słyszała delikatne drżenie w jej głosie, a w jej mowie ciała dostrzegła ślady głębokiego smutku. To wszystko było znajome, boleśnie znajome, bo czasem odnajdywała to w sobie samej. Niebieska chciała jej tylko pomóc, tak, jak zawsze. Ale teraz musiała dźwigać swój własny ciężar i nie starczało jej już sił. Powoli pochyliła głowę i zatopiła zęby w pachnącym mięsie. Zioła miały dziwny, lekko gorzki posmak. Przełknęła. To, że nie tylko ona ma tutaj problemy, dotarło do niej wyraźnie; czuła się winna. Chciała wesprzeć córkę Białej Sadzawki, jak ona zawsze wspierała ją, ale nie wiedziała, jak. Nie miała pojęcia, co robić; czuła się jak kilkuksiężycowe kocię, które po raz pierwszy znalazło się na zewnątrz bez swojej matki. Mogła tylko powoli przeżuwać królika, by na końcu rzucić cichym: – Dziękuję.

***
Nikt nie zwrócił uwagi na szczupłą kotkę, która cichutko prześlizgnęła się w pobliże legowiska medyka. Nic dziwnego; nie było tu wielu, którzy zainteresowaliby się jej obecnością, a ona sama ostrożnie wybrała odpowiedni moment, w którym ci właśnie nieliczni znajdowali się poza obozem. Obrzuciwszy polanę ostatnim, czujnym, ale sprawiającym wrażenie spokoju spojrzeniem, odwróciła się i powoli wsunęła pod głaz, gdzie Burzowe Serce zwykle przyjmował chore lub zranione koty. Odczekała kilka uderzeń serca. Nikt nie wołał, nikt nie nadchodził. Nie zauważyli jej lub nie uznali jej zachowania za odbiegające od normy. Dobrze. Nie znała się na ziołach, jednak te, które kilka dni temu wybrała Błękitna Cętka, potrafiła odróżnić po zapachu; po kilku wizytach w aromatycznym legowisku nauczyła się też rozpoznawać ich wygląd. Odnalezienie ich wśród stosów innych roślin nie zajęło jej wiele czasu; doświadczenie podpowiadało jej, gdzie zostały ułożone, tak, że nie musiała polegać na węchu, który w obliczu takiego natężenia zapachów – zarówno otaczających ją ziół, jak i jej własnego, nabytego przez wytarzanie się w lawendzie – stawał się bezużyteczny.. Zgrabnym ruchem chwyciła po kilka listków i natychmiast przełknęła. Zaczną działać za godzinę, może pół. Wtedy zawoła swojego ucznia na trening i może dzięki temu uda jej się go przeżyć. Ostrożnie opuściła legowisko i na powrót wymknęła się z obozu, by udać się na spacer. Pół godziny... Wytrzyma.
***
Kolejne wschody słońca mijały bezpowrotnie. Nie przynosiły one ze sobą – mooże poza śmiercią Złotej Melodii – żadnych większych smutków i nie wyglądało na to, by czarne scenariusze, które kreśliła w myślach Świetlista, miały się w najbliższym czasie ziścić. Wręcz przeciwnie; Kasztanowa Łapa radził sobie coraz lepiej, aż wreszcie pewnego dnia Błękitna Cętka oznajmiła, że zasłużył na mianowanie. Szylkretową wojowniczkę zalała w tamtym momencie taka fala ulgi, że omal nie zbiła jej z nóg. Prawdę mówiąc, nawet tego dnia, już po tym, jak Kasztanowy Szpon odbył milczące nocne czuwanie, dalej chodziła lekko otumaniona. Koniec mordęgi. Wreszcie nie będzie musiała nikogo uczyć, pouczać, poprawiać i powtarzać całej sekwencji kolejne trzydzieści razy. Mogła wrócić do luźnych, spokojnych, samotnych polowań, nie martwiąc się tym, czy kiedykolwiek uda się zrobić wojownika z kocurka, którego los pokarał taką niekompetentną mentorką. Nie będzie musiała spotykać się, rozmawiać z kimkolwiek, odganiać wżerającego się w nią stresu za pomocą ziół... Nie była wolna. W tamtym momencie osiągnięcie wolności nie było możliwe. Nadal błąkała się we mgle, której mleczna trucizna nie odstępowała jej na krok; jednak jeżeli w ten sposób opiszemy jej trudności, to mianowanie Kasztanowej Łapy można przyrównać do wąskiego promyczka słońca, który zdołał przedrzeć się przez ponure obłoki i spocząć na jej zmierzwionym futrze. Promień słońca. Kropla ciepła, krótka chwila ulgi. Niedługo się skończy, ale teraz jest dobrze. Zrobiła się nieco bardziej rozmowna. – Wiesz co – miauknęła w zamyśleniu, wbijając wzrok w błękitne niebo, kiedy razem z Błękitną Cętką siedziały na skraju obozowej polanki – gdyby to nie stanowiło problemu… Mogłabyś powiedzieć Brzoskwiniowej Gwieździe, żeby nie dawała mi już więcej uczniów? – Jesteś pewna? Wytrenowałaś już dwóch i popatrz, jak dobrze ci poszło! – Błękit wskazała łapą Orli Trzepot, który właśnie przechodził nieopodal, na co Świetlista westchnęła. – I to, jakim cudem to się udało, do dzisiaj jest jedną wielką zagadką – mruknęła w odpowiedzi. – Mówię serio. Oczywiście, gdyby się nie dało, to… Ale no, wiesz przecież, że tego nie znoszę. Poza tym, ostatnio jakoś nie czuję się najlepiej, i... – Dobrze, dobrze, nie musisz się tak tłumaczyć! Pewnie coś uda się zrobić. – Niebieska uśmiechnęła się, ale zmierzyła przyjaciółkę czujnym spojrzeniem. – I jak to nie czujesz się najlepiej? Może powinnaś dać się zbadać Burzowemu Sercu? – Nie, nie. – Zbyła reakcję cętkowanej machnięciem głowy. – To nic takiego. Zresztą pewnie teraz już tak będzie. – Wbiła wzrok w nieistniejący punkt gdzieś za horyzontem, po czym westchnęła krótko i dodała ciszej: – W końcu starość, nie radość, nie? – Że co!? Wypraszam sobie! – Nie zdołała uniknąć nagłego ciosu łapy. Zaskoczona obróciła głowę, tylko po to, by natrafić na pełne zgrywanego oburzenia spojrzenie Błękitnej Cętki. – Jesteś pięć księżyców starsza ode mnie, kupo futra! O jakiej starości ty mówisz!? – Czekaj, nie o to mi… – wydukała, z początku zmieszana; pojęcie kryjącego się w tym żartu zajęło jej pewną chwilę. Od następnego przyjacielskiego pacnięcia nie uchyliła się naumyślnie i w dramatycznym geście nakryła pysk łapą. – Aaa, nieee, poddaję się. Wybacz mi, zastępczyni. Oczywiście jesteś piękna i młoda niczym wiosenny kwiatek. Błękit roześmiała się głośno, a Świetlista wyprostowała się, zadowolona z osiągniętego efektu. Ostatecznie nieczęsto się zdarzało, żeby rozbawiła kogokolwiek swoimi marnymi zdolnościami aktorskimi. A właściwie, to… chyba nie zdarzało się to nigdy. – Ale i tak, ostatnio rzeczywiście wyglądasz lepiej. – Polizała futro na piersi, po czym rzuciła jej ciepłe i nieco zaciekawione spojrzenie. Niedawno zauważyła, że humor niebieskiej zauważalnie się poprawił, szczególnie, jeżeli porównać go do poziomu, na jaki posłała go utrata Leśnego Cienia. Nie miała pojęcia, co było tego przyczyną, ale w żadnym razie nie zamierzała narzekać, skoro to coś spowodowało zmiany na lepsze. – Stało się coś miłego? Podniosła głowę i przymknęła oczy, delektując się ciepłem słońca. <Błękit?>

Od Jemioły (Owczej Łapy) C.D. Pstrągowego Pyska

Owa, wcześniej wspomniana chwila, dłużyła się dla Jemioły. Nieco poruszyła koniuszkiem ogona, odczuwając zarówno stres jak i zmęczenie oraz strach. Przecież nie wie co też te dzikie koty zrobią z nią, jak jednak zdecydują się na odrzucenie jej prośby o pomoc. Musiałaby wtedy z powrotem wrócić do Puszki i Bratka, a nie miała pewności, czy w ogóle do niech trafi! Cała ta podróż do Złotych Traw nie zapadła jej w pamięć. Minęło trochę od dnia ich ostatniego pożegnania, więc raczej nie dałaby rady wytropić ich za pomocą węchu, który również do najlepszych nie należał - w końcu po co w domu węch, kiedy wszystko się dostawało bez potrzeby używania zmysłów? 
— Masz bardzo ładne futerko. Przypomina trochę owcze — odezwała się w końcu Żwirowa Gwiazda, a kąciki jej ust uniosły się nieco w ciepłym uśmiechu. — Pstrągowy Pysku, daj jej coś do jedzenia i zaprowadź ją do legowiska starszyzny. Zadecyduję, co z nią zrobić. Wronia Łapo, natomiast ty idź i zbierz dla niej troszkę mchu, dobrze? — poleciła, po czym kiwnęła głową na znak, że mogą już odejść. Na pyszczku srebrnej pieszczoszki pojawił się radosny uśmiech. Nie był on spowodowany jedynie komplementem ze strony ślicznej szylkretki, ale i faktem, że pozwoliła jej tu zostać!
— Bardzo dziękuje słońce, twoje futerko również jest bardzo ładne. Naprawdę, nigdy takiego nie widziałam — przyznała szczerze i zmrużyła niebieskie ślepia w przyjaznym wyrazie. Kąciki jej pyszczka same unosiły się ku górze, chociaż doskwierało jej okropne zmęczenie! Miała odejść do jakiegoś legowiska starszych? Nie no, aż taka stara nie była! Ile to ona tam miała...Rok? Oj już po roku skończyła liczyć, jednak zdecydowanie była młodziutka i zdrowa jak rybka. Duża i nieco okrągła rybka, ale takie się tez pewnie w naturze zdarzają. Skłoniła się delikatnie, po czym ruszyła u boku burej wojowniczki i jej uczennicy w stronę stosu martwych zwierząt leśnych, którymi to...pewnie się żywiono. Sama Jemioła, podczas podróży obok Grzmiącej Ścieżki, zmuszona była zjadać myszy. Nie była z siebie najbardziej na świcie zadowolona, jednak! Czego też się nie robi dla przetrwania. 
— Tylko uważaj na siebie kwiatuszku podczas zbierania tego mchu dobrze? — miauknęła nim Wronia Łapa się oddaliła i posłała jej promienny uśmiech. Jest tu jedynie gościem, żaden dziki kot nie powinien się za nią narażać.Kto wie, co może się przydarzyć koteczce podczas zbierania tejże roślinki?
— Spokojnie Jemioło, to tylko mech — rzuciła na odchodne kotka i zniknęła srebrnej z oczu. Wtedy dopiero kotka przyczłapała za Pstrąg, stając u jej boku i przyglądając się stosikowi. Nigdy by się tego po sobie nie spodziewała, jednak na sam widok i zapach tych wszystkich dobroci lasu, aż jej ślinka pociekła i zebrała w masowej ilości w jej pyszczku. Myszy, ptaki i inne pyszności wyglądały tu zdecydowanie bardziej okazale niż zwierzyna przy Drodze Grzmotu. A co się dziwić, niebieskooka jakby była taką pulchną myszką, sama by nie chciała mieszkać przy takim miejscu jak tamto! 
— Hej, weź sobie coś do żarcia — mruknęła, trącając Jemiołę nosem w bark. — Wybierz co tylko chcesz, pewnie jesteś cholernie głodna, co? —
Czując delikatne szturchnięcie w bark, ze strony cętkowanej, burej kotki, Jemioła się wzdrygnęła i zamrugała, wyrwana z rozmyśleń. Zaburczało jej w brzuchu jak na zawołanie i uśmiechnęła się kiwając okrągłym łebkiem. Pstrągowy Pysk trafiła w dziesiątkę!
— Ach, masz rację, słońce, jestem strasznie głodna! — miauknęła pieszczoszka, zbliżając się do stosu. Przez chwilę przyglądała się martwym zwierzętom, aż w końcu zwróciła się z powrotem do Pstrągowego Pyska. — Nie będzie problemem, jeśli poczęstuję się tą dorodnie wyglądającą myszką?
— Nie będzie to żaden problem, po prostu jedz — odpowiedziała, po czym wzięła sobie jakąś rybę i usiadła pod jednym z krzewów okalających obóz. Była pieszczoszka nie pozostała w tyle i chwile po Pstrąg, chwyciła wcześniej wspomnianą mysz i...w kilku kłapnięciach już owej piszczki nie było. Oblizała się i zamruczała zadowolona. To była najlepsza mysz, jaką w ogóle kiedykolwiek jadła! A nie jadła ich za wiele, jednak ta, była wyjątkowa. Już otwierała pysk, by zapytać czy można już iść, ale dostrzegła, że bura wojowniczka, która ją tu sprowadziła nadal je. Polizała się pośpiesznie dwa razy po piersi i grzbiecie, po czym przysiadła i oczekiwała. Nie musiała długo czekać, by zostać spiorunowana ostrym spojrzeniem niezadowolonej kotki. Cóż, na pewno Jemioła dawno zostawiłaby w spokoju nową koleżankę, by już jej nie przeszkadzać, ale nie miała zielonego pojęcia, gdzież to legowisko starszych się znajduje! Po szybkiej wymianie zdań między kotkami, została zaprowadzona w skromne progi najstarszych kotów w całym klanie, które nazywano tu starszyzną. Wiedziała, bowiem została w tym poprawiona, kiedy przez przypadek nazwała ich staruchami. Nie chciała być nie miła! Po prostu...tak jej się powiedziało. Mech, który miała przynieść Wronia Łapa już czekał, co dojrzała chwilowa samotniczka i uśmiechnęła się. Trzepnęła delikatnie uchem na słowa Pstrąg, która rozmawiała z jakąś starszą kotką, po czym wdała się w rozmowę z naprawdę przyjaznym kocurem, zapominając o otaczającym ją świecie! 
— Jak mi miło was poznać słoneczka! A więc ja trafiłam tu dzięki.... — i tak gadała aż do momentu w którym padła ze zmęczenia, kuląc się pomiędzy Rybim Ogonem i Bursztynową Bryzą, z szerokim i zadowolonym uśmiechem. Znalazła tymczasowy azyl, jej nowy, chwilowy dom.

***parę dni później***

Kilka wschodów i zachodów słońca minęło, nim pulchniutka pieszczoszka ustała przed Żwirową Gwiazdą wsłuchując się w jej słowa. Rybi Ogon oraz Bursztynowa Bryza, tak jak obiecali zajęli się wprowadzeniem młodziutkiej w całe te klanowe obyczaje, zwyczaje i takie tam. Jemioła musiała przyznać, że brzmiało to bardzo skomplikowanie, tym bardziej temat tych...Zmarłych przodków, znajdujących się na niebie. Jednak z zapewnień starszych wynikało, że jeszcze zdąży się nauczyć ponieważ zacznie trening. Nie potrafiła im odmówić i przerwać, uświadamiając ich że jedynie na chwile tu przyszła - nie miała serca tego robić! A teraz stała i...ponownie zmieniano jej imię. Już nie była ani Maniusią, ani Jemiołą. Była Owczą Łapą. Pewnie za sprawą jej futra, a nie śmiesznego wypadku jeszcze sprzed czasu dołączenia w szeregi Klanu Nocy. Pyszczek srebrno-niebieskiej pręguski wręcz zdawał się świecić radością. Mimo nieprzychylnych spojrzeń niektórych kotów, ta nadal pewnie stała i spoglądała to na Rybi Ogon, to na Wronią Łapę. 
— Owcza Łapa? Jak ładnie! — zamruczała z zadowoleniem i zerknęła na podchodzącego wojownika, który dziwacznie się nachylił w jej stronę. Zamrugała parę razy niezbyt wiedząc co robić — Wszystko dobrze kochaniutki? — dopytała posyłając nie wiele starszemu od niej kocurowi troskliwe spojrzenie. Może niedowidzi?
— Powinnaś się z nim zetknąć nosami skarbie! — szepnął Bursztynowa Bryza rozbawiony, kiedy to Jemioła, teraz Owcza Łapa wydała ciche ''ochhhhh' dobrze dobrze!' i w końcu zetknęła się nosami z mentorem. Teraz powinna zacząć trening, coś o czym mówili jej starsi. Zamiast zaczęcia nauk, została otoczona przez znajome jej już pyszczki, które skandowały jej nowe imię, a ta odczuwała rosnącą w niej dumę. Owcza Łapa, Owcza Łapa! Wtedy podeszła naburmuszona Pstrągowy Pysk, jednak dlaczego? Niebieskooka rozejrzała się i dojrzała wiele kotów, które niechętnie spoglądały w jej stronę czy szeptały między sobą. Rozumiała je, przecież była nadal obca! Przyzwyczają się, na pewno. Trzeba być dobrej myśli.
— Widzisz Pstrągowy Pysku? Zostałam ten no, uczennicą! Czy jakoś tak. Nauczę się jeszcze słoneczko, zobaczysz — obiecała, posyłając promienny uśmiech w stronę wojowniczki. Teraz, zaczyna się nowy rozdział w jej życiu. Może to przez ten trening, dzikie koty pomogą jej wrócić do domu? Kto wie. Na ten moment jednak kicia nie chciała wracać, dopóki ni nauczy się wszystkiego co tylko jest jej potrzebne. Co...chyba trochę jej zajmie, ale kocur który ma sprawować nad nią opiekę, wydawał się sympatyczny, więc...co może się stać?


<Pstrąg?>