No i stało się najgorsze. Niebieski uczeń dostał pracę w kamieniołomach. Prawie. Dryfująca Łapa nie przespała ani sekundy w poprzedniej nocy. Był co najmniej nie do zniesienia. Rozpromieniony Skowronek, mający już dość opieki nad uczniem, który już dawno powinien być wojownikiem, został jego sędzią. Wyrokiem był…cały księżyc wymian legowisk. I kleszcze starszych. Bez pomocy. Bez możliwości narzekania na zjawiska pogodowe, brzydki zapach czy smak, marudzenie starszych i takie tam. Inaczej kolejny księżyc katorżniczej pracy. No i oczywiście brak kolacji. Gałęzatka samo nie wiedziało, co było gorsze. Czuł się jak grzesznik odkupujący swoje grzechy. Czy coś w tym rodzaju. Tego dnia oprócz wyciągania kleszczy starszym miał wymienić też zużyte legowiska w żłobku. To chyba właśnie ich nie lubiła najbardziej. Najgorzej jak jakiś kociak ślinił się przez sen, a czasem nawet gorzej… Idąc tam, było przygotowane na wszystko. Nawet na ścięcie. W końcu w każdej chwili jego ogon mógł zostać zaatakowanym przez bandę rozweselonych, pełnych energii kulek. Jeszcze nie tak dawno żłobek opuściło troje kociąt. Mogło się wydawać, że żłobek opustoszał. Jednak nie w Klanie Nocy. W końcu mieli też czwórkę innych kociąt. I Złocistego Widlika! Dryfująca Łapa kochała brata z całego swojego serduszka, choć nie zawsze wiedziała jak mu to okazać. Bywał jednak często w żłobku, więc może to wystarczało. Zdarzało się nawet, że te rozweselony kulki jej brata zaczepiały też Gałęzatkę. Niebieski nie zawsze był oczywiście z tego powodu zadowolonego, ale jak mógł być zły na takie maluchy? Z jednej strony uwielbiał tu bywać, a z drugiej…tyle hałasu. Podszedł do brata z lekkim uśmiechem.
— Dzień dobry Gałęzatko. Znowu tutaj? — zapytał kocur.
— Zgadza się — miauknęło ze słabym uśmiechem. — Skowronek miał mnie dość i skończyłem…tak jak skończyłem — zaśmiało się gorzko.
— Wiesz, właściwie to mu się nie dziwię… — mruknął cicho, a Gałęzatka przewróciła tylko oczami, zaczynając swoją pracę.
Gdy już prawie kończył w, rogu żłobka zauważył kogoś jeszcze.
“Uczennica?” pomyślał przez chwilę, jednak pokręciło głową. Postanowił więc podejść bliżej. Zjeżyło lekko futro, prędko rozpoznając w kotce nikogo innego, jak Fląderkę. I choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że po prostu nie lubił kotki, to w rzeczywistości nic do niej nie miał. Po prostu trochę się jej wystraszył. Bardzo normalne. A przynajmniej w taki właśnie sposób sobie to tłumaczył…
— Dzień dobry Fląderko — mruknęła cicho, mając nadzieję, że kotka nie będzie miała nic przeciwko krótkiej rozmowie. Szybko jednak zaczęła się denerwować, więc zaczęła przestępować z łapy na łapę, patrząc gdzieś w bok.
— Dzień dobry? — miauknęła cicho kotka, kierując swój wzrok w stronę złotookiego.
— Cz-Czy mogłabyś kawałek się przesunąć? — zapytał, a kotka przechyliła lekko głowę jakby pytająco. — Legowiska — wyjaśnił krótko.
Dryfująca Łapa wyrzuciło zepsute legowisko, układając nowe.
— Spokojnie nie ma w nim żadnych cierni — mruknął cicho, odsuwając się na wystarczającą odległość. — Dziwne, że każą ci tu być. Chociaż cię karmią? Kot z błota… Rany jaka bzdura. Że niby koty z ognia są bezpieczniejsze? — zaczął cicho, korzystając z tego, że Widlik akurat zajmował się kociętami. — Zajmujesz tu tylko miejsce. Nie neguję słów Mandarynkowe i Gwiazdy, ale to trochę…głupie — stwierdził jeszcze ciszej. — Tylko jej tego nie mów, proszę! Ja chcę jeszcze dostać jedzenie… — miauknął nagle błagającym tonem.
<Fląderko?>
[511 słów]
[Przyznano 10%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz