BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.
Wąsatkowa Łapa wpatrywała się w swojego tatę ze szczerym zdziwieniem. O czym on majaczył? Przecież ona miała oba oczka, a w dodatku wszystko ze wzrokiem było u niej w porządku – a przynajmniej tak jej się wydawało. Co prawda kilka kotów wspominało już o tym, że jedno ślepie gdzieś od niej ucieka, jednak nigdy nie zwracała na to większej uwagi. Myślała, że każdy widzi tak samo, jak ona. Że każdy przed oczami, zamiast wyraźnych sylwetek kotów, dostrzega jedynie kotopodobne plamy w różnych kolorach, które nieraz zlewały się ze sobą.
— Tato? — odezwała się niepewnie, wpatrując się z dezorientacją w Pustułkowy Szpon. Jej łapy zadrżały; koteczka przełknęła ciężko ślinę i położyła po sobie uszy, jak to miała w zwyczaju. Niczego już nie rozumiała. Chciała do mamy, do siostry. Chciała do tamtej ciasnej, zatęchłej nory, w której się wychowała. W której spędziła pierwsze księżyce życia i w której po raz pierwszy wywróciła się podczas zabawy z Kobczykiem.
— Słucham cię, Wąsatko — odparł czekoladowy, prowadząc ją dalej, w głąb nieznanych dla niej terenów Klanu Wilka. Uczennica rozglądała się na boki, obserwując wszystko jak przez mgłę. Czy to źle, że tak widziała? Czy w rzeczywistości wszystko miało ostrzejsze zarysy? A jeśli tak… to co tak właściwie oznaczało “ostrzejszy zarys”?
— Ale ja nie jestem inna, prawda? — odezwała się nerwowo, wypuszczając z pyszczka obłoczek pary. — Nie różnię się niczym od moich rówieśników, tak? Tato? Przecież każdy widzi tak samo, jak ja. Nie mam żadnych ograniczeń. Inne uczennice… one… one przecież… przecież są takie same? — zaczęła łkać, przytłoczona własnymi myślami.
Nie wiedziała już, co powinna czuć. Nie chciała być słabsza. Nie chciała borykać się z problemami. Nie chciała starać się dwa razy bardziej. Chciała być taka jak inni uczniowie. Pustułkowy Szpon musiał kłamać. Musiał zmyślać, by tylko zmusić ją do cięższej pracy na treningach.
— Tato… ja obiecuję, że będę się przykładać podczas szkolenia! — chlipała dalej. — Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!
W końcu Pustułkowy Szpon zatrzymał się gwałtownie, tak że Wąsatka niemal na niego wpadła. Zatrzymała się o kocięcy krok dalej od tylnej łapy wojownika, wciąż pociągając nosem. Spojrzała na skrawek pyska swojego taty i dostrzegła… nic. Jedynie pustkę. Jakby jej słowa wcale do niego nie dotarły – a może dotarły aż za bardzo, wystarczająco, by odebrać mu mowę. Faktycznie, niektóre pytania zadawane przez młode koty, które jeszcze nie wykształciły w sobie żadnego filtra, potrafiły przytłoczyć nawet rosłych wojowników.

* * *

Wąsatkowa Łapa siedziała przed legowiskiem uczniów, wpatrując się w swoje łapy. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że taka Makowa Łapa, Cykoriowa Łapa czy Aksamitkowa Łapa widziały lepiej, niż ona, przez co musiały mniej przykładać się do treningów. Nie ograniczało ich żadne uciekające oko. Widziały wszystko tak, jak miały widzieć naturalnie, jak zostały do tego stworzone.
Gdy Wąsatka myślała o tym, że nigdy nie doświadczy życia tak, jak one, serce ściskało jej się z żalu, aż kłuło ją w klatce piersiowej. Dlaczego los ją tak pokarał? Dlaczego akurat ją? Nie było to na tyle proste jak w przypadku Grubego, gdzie wystarczyło ulepić mu nowy pysk z ziemi, oj nie. W tej sprawie nawet Wąsatkowa Łapa była bezsilna. Nie mogła w żaden sposób pozbyć się tego oka, czy go naprawić, nie sprawiając tym samym sobie niewyobrażalnego bólu.
Poza tym nawet jeśli jakoś by się go pozbyła, wciąż byłaby inna niż wszyscy. Wciąż tylko jedno oko miałaby sprawne, działające. Jedno zamiast dwóch. Skaranie Przodków.
A może ona specjalnie taka się urodziła? Może koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wiedziały, że tylko ona, dzięki sile swojej woli, poradzi sobie z trudnościami? Że właśnie ona da radę? Lubiła tak o tym myśleć, bo pomagało jej w zmotywowaniu się do nauki. Pustułkowy Szpon wspomniał jej kiedyś, że każde działanie ma swój cel. Że Przodkowie są nieomylni i dla każdego pojedynczego kota, który w nich wierzy, posiadają jakiś plan.
Nim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, przerwał jej głos Cykoriowej Łapy:
— Hej. Wąsatka, mam rację? — spytała, rozsiadając się obok niemal tak, jakby kumplowała się z czarno-białą przez całe swoje życie.
Młodsza odsunęła się od niej trochę, instynktownie, wciąż pamiętając, jak czekoladowa syczała na nią i prychała, gdy próbowała jej pomóc. Czego mogła od niej chcieć tym razem? Skoro taka była samodzielna i dumna, to po co przybłąkała się właśnie do Wąsatki?
— Wiesz, chciałam ci… podziękować — mruknęła, choć było słychać, że z niemałym trudem to słowo przeszło jej przez gardło. — Cisowe Tchnienie mnie obejrzała. Byłam chora na biały kaszel, ale na szczęście już mi lepiej, wiesz? — mruknęła, uśmiechając się do Wąsatkowej Łapy. — Nie wiem, czy odważyłabym się pójść do medyka, gdyby nie twoje natrętne przekonywania. Ognikowa Słota to straszna ignorantka… Nie zauważyła, że coś było ze mną nie tak. Kazała mi ćwiczyć i ćwiczyć, aż zaćwiczę się na śmierć. A o pomocy ze strony innych mogłam sobie tylko pomarzyć — fuknęła Cykoria.
Czarno-biała zachichotała cicho pod nosem. Może mimo wszystko czekoladowa wcale nie była taka zła? Miewała swoje humorki – o czym młodsza zdążyła się już przekonać – ale z drugiej strony wydawała się materiałem na koleżankę.
— Ojej! To brzmi strasznie — stwierdziła Wąsatka. — Ja bardzo lubię swojego mentora, bo to mój tata. On mnie rozumie, wiesz? Robi wszystko, bym dorównała wam umiejętnościami… — kontynuowała, nieco rzewliwie, spuszczając wzrok. Żałoba za tym, czego nie mogła osiągnąć, wciąż była rozpalona w jej sercu.
Cykoriowa Łapa poklepała ją ogonem po nasadzie ogona, jakby chciała ją pocieszyć.
— Nie martw się, Wąsatko. Niczym się od nas nie różnisz — zapewniła ją pręgowana. — A tak właściwie… powiedz mi, Pustułkowy Szpon to serio twój tata? Ciągle mnie to zastanawia! Przecież nie urodziłaś się tutaj, prawda? Kim w takim razie jest twoja matka? — zapytała nagle, co wybiło młodszą z rytmu.
— Huh? — odparła, przekręcając głowę, wyraźnie zbita z tropu. — Ależ oczywiście, że Pustułek to mój tata! Ja… wcześniej mieszkałam ze swoją mamusią, ale potem zgubiłam się, gdy szłam śladami taty. Na całe szczęście, gdy prawie utonęłam, uratował mnie i zabrał ze sobą do Klanu Wilka! — opowiedziała Cykorii, poruszając wibrysami.
— Czyli Pustułkowy Szpon spotykał się z jakąś kotką spoza Klanu Wilka? — wydedukowała. Właściwie, to miała rację. Z historyjki Wąsatki wynikało, że czekoladowy kocur musiał związać się z jakąś samotniczką i posiadać z nią kocięta, co przecież było wbrew kodeksowi.
— No… — odparła niepewnie uczennica, spuszczając wzrok. — Czy to źle? Nie ukarzecie za to taty, prawda? — dopytała, zlękniona. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, to by Pustułkowemu Szponowi coś się stało. To jedyny członek rodziny, który jej pozostał, ponieważ nie wiedziała już, gdzie znajdowała się Mewa ani Kobczyk. Kotki właściwie rozpłynęły się w powietrzu, a tata nie chciał jej do nich zaprowadzić, często wymyślając ku temu różne wymówki, które z czasem zaczynały ją frustrować.
— Raczej nie. Wiesz, większość kotów w klanie raczej ci nie wierzy, że Pustułkowy Szpon to naprawdę twój ojciec. Uważają, że jesteś znajdką — wytłumaczyła jej czekoladowa, wzruszając lekko ramionami.
Wąsatkowa Łapa od razu podniosła się na cztery łapy, jeżąc futro na karku. Zmarszczyła czoło, nadymając policzki z oburzenia, jakby to słowo dogłębnie dźgnęło ją w serce.
— Wypraszam to sobie! — fuknęła, patrząc gniewnie na Cykoriową Łapę. — Pustułkowy Szpon to mój tata i jest to najpewniejsza rzecz w moim calusieńkim życiu! Naprawdę, wiele mi można zarzucać, ale nie to, że nie jestem biologiczną córką Pustułka! — upierała się, a jej głos lekko zadrżał, podczas gdy pomarańczowooka patrzyła na nią ze zdziwieniem.
— Dobra, wyluzuj. Ja ci wierzę — oznajmiła, uśmiechając się przyjacielsko do młodszej kotki. — Powinnaś się cieszyć, że inne Wilczaki uważają, że żeś to wszystko zmyśliła. W przeciwnym razie twój tata mógłby zacząć nosić imię… Tajemniczy Kochaś, czy coś w ten deseń — zaśmiała się, jednak Wąsatce wciąż do śmiechu nie było. Jej tata był szlachetnym wojownikiem, a nie żadnym Tajemniczym Kochasiem!

* * *

Młódka właśnie rozmawiała ze swoją nową znajomą – Cykoriową Łapą – gdy nagle kątem oka dostrzegła, że do obozu z porannego spaceru wracał Pustułkowy Szpon. Trzymał w pysku świeżo upolowaną piszczkę, przez co Wąsatka dała czekoladowej kuksańca i mruknęła z dumą:
— Widzisz, jaki mój tata jest fajny? Upolował zwierzynę podczas takich ciężkich warunków! Ty pewnie tak nie potrafisz, co? — zaczęła się z nią przekomarzać.
Pręgowana przewróciła oczami, prychając pod nosem.
— Proszę cię! Każdy wojownik musi umieć upolować coś, nawet w Porze Nagich Drzew. Inaczej byśmy z głodu pozdychali, bo jeden kot nie da rady wykarmić ponad trzydziestu głodnych pysków — stwierdziła, na co zaś Wąsatka również przewróciła oczami.
— No dobra, dobra. Ale wciąż musisz przyznać, że umiejętności mojego taty są na wysokim poziomie! — fuknęła, wpatrując się w czekoladowego kocura, który właśnie odkładał upolowaną piszczkę na stos.
— Bez jednego oka to na pewno — bąknęła Cykoriowa Łapa.
“Dobra, koniec tego” – pomyślała młodsza, podnosząc się z miejsca. Szturchnęła starszą koleżankę nosem.
— No wstawaj! Chodź, pójdziemy się przywitać z moim tatą! — ogłosiła Wąsatka, uśmiechając się szeroko.
Pomarańczowooka podniosła się powoli, a potem dała się poprowadzić uczennicy do czekoladowego wojownika.
— Tato, tato! — wołała Wąsatka. — Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, mimo iż wiedziała, że oba koty zapewne doskonale znają swoje imiona. W klanie ciężko było kogoś nie znać. — To moja nowa koleżanka! — zwróciła się do wojownika, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie dokończyła, gdyż Cykoriowa Łapa delikatnie ją pchnęła.
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką — poprawiła ją pręgowana, mierząc Wąsatkę zawstydzonym wzrokiem. — Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!

<Tato?>

[1687 słów]

Od Gąbczastej Perły CD. Klekoczącej Łapy

— Jesteś głodny? Mogę nam coś przynieść — zaproponowała Gąbka, uśmiechając się do kocurka. — Może i już nie biegasz po drzewach i nie pustoszysz rzek, ale jeść i tak musisz.
— Nie, dziękuję... Nie czuję się za dobrze — burknął. — Potrzebujesz jeszcze ode mnie czegoś?
— Nie, nie... Odpocznij — powiedziała nieco zmartwiona asystentka. — Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Nie odpowiedział. Wyminął ją, aby zaszyć się na swoim mchu.
Jego reakcja trochę zdziwiła Gąbczastą Perłę. Kocur zachowywał się jakoś niemrawo, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, ale tłumaczyła to sobie tym, że jeszcze minie trochę czasu, nim przyzwyczai się do swojej nowej posady. Nim się obejrzy, będzie się czuł pośród ziół tak, jak ryba w wodzie – była o tym niemal pewna. To była dla niego wielka zmiana i zrozumiałe jest, że niełatwo będzie mu się przestawić na naukę czegoś kompletnie innego. Tym bardziej że gdyby nie zmienił rangi, najpewniej lada dzień doczekałby się mianowania, które teraz znajdowało się jeszcze daleko poza zasięgiem jego łap.
Dymna po wejściu do lecznicy położyła się na własnym posłaniu, zwijając się w ciasny kłębek. Powoli zapadała już noc i coraz mniej światła wdzierało się do środka, zostawiając wnętrze w półmroku. Brązowooka ziewnęła przeciągle, czując przyjemne zmęczenie, gdy zarysy rzeczy na zewnątrz powoli zanikały, ustępując miejsca ciszy i ciemności. Czuła, że tej nocy dobrze jej się będzie spało, a rano obudzi się wypoczęta i gotowa do przeprowadzenia kolejnego treningu dla Klekoczącej Łapy.

* * *

Gąbczasta Perła porządkowała zioła w składziku, podczas gdy Klekocząca Łapa leżał wciąż w swoim posłaniu. Nie drgnął od samego ranka, a mimo tego dymna widziała, jak jego oczy czujnie śledziły każdy jej ruch. Mrużył je czasem, jakby udawał ledwo żywego. Zdarzało mu się też kaszlnąć co jakiś czas, wyraźnie na pokaz, gdy wiedział, że czarno-biała na pewno to usłyszy. Nieraz pociągał też nosem, jakby licząc na to, że Gąbka w końcu spyta, co mu dolega.
Medyczka była jednak zbyt zajęta ogarnięciem wszystkiego podczas Pory Nagich Drzew. Jeśli Klekocząca Łapa by chciał, to sam wziąłby dla siebie jakieś zioło. Nie był w końcu już takim nowicjuszem – znał kilka roślin i ich właściwości, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo poświęciła trochę czasu, by wkuć mu wiedzę do łba.
Nagle do lecznicy weszła Porywisty Sztorm. Gąbczasta Perła już chciała wstawać, lecz wtedy usłyszała głos Różanej Woni:
— Układaj dalej te zioła. Ja się nią zajmę — oznajmiła, znikając asystentce z pola widzenia.
Dymna wymamrotała tylko coś pod nosem, wciąż skupiona na sortowaniu. Wtem do jej uszu dotarły kroki – za lekkie na Różaną Woń. Uczeń podszedł do niej znienacka, zbyt cicho, jakby wiedział, że Gąbka będzie łatwiejsza do omamienia, niż jej mentorka.
Klekocząca Łapa wyglądał marnie. Był zgarbiony, cały drżał. Dymna spostrzegła, że już od kilku dni jego szorstki język nie przejechał po jego futrze. W dodatku te smutne oczy, pociąganie nosem i stanie tak, jakby jego łapy z trudnością utrzymywały wagę jego ciała.
— Gąbczasta Perło… — mruknął cicho, starając się brzmieć chrapliwie.
Medyczka uniosła brew do góry, wpatrując się w jego pokaz z cisnącym się na pysk uśmiechem.
— Nie wiem, czy będę w stanie iść na to spotkanie… — mówił dalej, ściszając głos.
Asystentka zmarszczyła czoło, patrząc na Klekoczącą Łapę z żalem.
— Czyżby dopadł cię smutny nastrój? Nie martw się, nie każdemu wiedza medyczna przychodzi od razu. Ważne, by się nie poddawać — stwierdziła, unosząc kąciki ust w uśmiechu. — Jeśli boisz się, że pokażesz się przed innymi medykami w złym świetle, to muszę ci powiedzieć, że nie masz się o co martwić. Chętnie pomogę ci wyczyścić futerko — mówiła dalej, widząc, jak końcówka ogona Klekoczącej Łapy zaczyna drgać z nerwów.
— Nie… To nie będzie konieczne — odezwał się, nim Gąbczasta Perła zdążyła się na nowo rozgadać. — Nie… nie jestem smutny. Tylko… — urwał na moment, wyraźnie się wahając — …chyba dopadło mnie jakieś choróbsko. W Porze Nagich Drzew o to nietrudno — próbował ją przekonać, jednocześnie wciąż charcząc i kaszląc co trzecie słowo.
Czarno-biała coś przeczuwała, że młodziak chciał tylko wywinąć się od pójścia na spotkanie, ale jeszcze nie miała co do tego pewności.
— W takim razie mogę podać ci trochę ziół na wzmocnienie, co? Powiedz mi, co dokładniej cię boli? Może masz gorączkę? Mamy jeszcze trochę czasu, nim będziemy musieli wyruszyć. Dam ci może liście stokrotki, może trochę krwiściągu. Co myślisz? — zaproponowała, odpowiadając kocurkowi z przesadnym, wręcz teatralnym zmartwieniem w głosie. — Ten dzień jest dla ciebie naprawdę ważny. Zresztą nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie i Różanej Woni. Jeśli zmęczysz się po drodze, mogę cię nawet nieść na plecach na zmianę z Różą — ciągnęła, uciekając wzrokiem w bok, jakby błądziła nim po swoim umyśle, przepełnionym milionem kreatywnych rozwiązań na to, by uczeń jednak poszedł z nimi na spotkanie.
— Nie ma po co… — odezwał się czarno-biały, spuszczając wzrok. — To dla mnie żaden problem, bym posiedział trochę w obozie…
— Ale zioła musisz wziąć — oznajmiła twardo, wyjmując ze składziku kilka roślin na kaszel i wzmocnienie.
Klekocząca Łapa cofnął się o krok, widząc wiązkę w pysku medyczki.
— Na pewno muszę to brać? — zapytał niepewnie, zatrzymując wzrok na roślinach. — Myślę, że wystarczy sam odpoczynek i choroba sama przejdzie…
Asystentka pokręciła stanowczo głową, upuszczając przed Klekoczącą Łapą kilka ziół.
— Każdy tak mówi, a potem przychodzą do mnie koty na skraju śmierci — parsknęła, biorąc do łapy krostawca. Był na wzmocnienie, owszem, ale miał to do siebie, że był ohydny w smaku. Gąbka uśmiechnęła się, tym razem już zupełnie bez cienia litości, widząc, jak Klekoczącej Łapie futro jeży się na grzbiecie. — To? To krostawiec — wyjaśniła, kładąc go tuż przed uczniem. — Poczujesz się po nim o niebo lepiej, Klekotku. Tylko go zjedz, no już — poleciła mu.
Przez moment siedzieli w ciszy. Czarno-biały wpatrywał się w zioło, jakby było jego wyrokiem.
— Śmiało, Klekotku. Albo to zjesz, albo pójdziesz z nami na zgromadzenie — zagroziła mu, jednak bez gniewu, wiedząc dobrze, że młody nie zamierzał tak łatwo wycofywać się ze swojego planu.
W końcu spostrzegła, jak z bólem serca wziął do pyska krostawiec i zaczął go przeżuwać, jednocześnie wykrzywiając swój pysk z obrzydzenia. Co za pech, że akurat tak okropnie smakujące zioło działało świetnie na koty w takim stanie, jak Klekocząca Łapa.

* * *

Zgromadzenie medyków

“Coś dużo dziś tych mianowań” – pomyślała, spoglądając wymownie na Różaną Woń i czekając, aż medyczce przypomni się o tym, by oficjalnie nadać swojej podopiecznej tytuł asystentki medyka i nowe imię. Właściwie to stare nowe imię. Choć w oczach medyków z innych klanów wciąż mogła być Gąbczastą Łapą, Nocniacy od dawna zwracali się do niej Gąbczasta Perła.
Gdy Róża skończyła gratulować Jagnięcemu Ukłonowi i Wełnistej Mszycy, powstała z miejsca. Dymna także się podniosła, a jej wąsy poruszyły się w geście ekscytacji, której nie potrafiła już dłużej ukrywać. Czuła się niemal jak młode kocię, mimo że na karku miała już trochę księżyców.
— Ciężko uwierzyć, że tej nocy Klan Gwiazdy powita trójkę kotów ich nowymi imionami — stwierdziła czarno-biała, omiatając wzrokiem wszystkich zgromadzonych. — Gąbczasta Łapa także udowodniła, że jej wiedza jest na poziomie wyszkolonego medyka, czym zasłużyła sobie na oficjalne wstąpienie w nasze szeregi — kontynuowała, tym razem kierując spojrzenie ku swojej uczennicy.
Gąbczasta Perła aż wstrzymała na moment oddech.
— Ja, Różana Woń, medyczka Klanu Nocy, wzywam moich wspaniałych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyka i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele przyszłych księżyców — wypowiedziała formułkę. — Gąbczasta Łapo, czy przysięgasz podążać ścieżką medyka, trzymać się z dala od wszelkich walk oraz wojen, oraz nieść pomoc innym kotom, nawet za cenę własnego życia?
Gąbczasta Perła miała wrażenie, że całe swoje życie czekała właśnie na ten moment. To był ogromny zaszczyt – zostać przyjętą w szeregi medyków.
— Przysięgam — odparła bez zawahania się, a w jej głosie pobrzmiewała pewność i duma. Uśmiechnęła się subtelnie do swojej mentorki.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Gąbczasta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Gąbczasta Perła. Klan Gwiazdy docenia twoje zaangażowanie i cierpliwość wobec chorych oraz wita cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Nocy — zakończyła.
Brązowooka od dawna wiedziała, jak miało wybrzmieć jej imię podczas ceremonii, a mimo to poczuła się tak, jakby usłyszała je po raz pierwszy. W jej oczach błysnęła iskra uradowania, gdy odwróciła się, by rozejrzeć się po pyskach innych medyków. Teraz już nic nie mogło odebrać jej tego miana. Miana medyka Klanu Nocy.
Niedługo potem wszyscy medycy dotknęli nosami tafli wody, a chłód przeszył ich zmysły. Ich powieki stały się ociężałe, powoli opadając, aż w końcu zamknęły się całkowicie. Jeden po drugim, medycy zapadali w głęboki sen.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Różana Woń i Gąbczasta Perła znalazły się na wybrzeżu. Pomiędzy palcami mogły wyczuć drobiny mokrego piasku, a w uszach dźwięczały nie tylko fale, ale i odległe krzyki rybitw. Medyczki przez chwilę mogły się rozglądać i chłonąć ładny, spokojny widok. Gdy jednak skierowały wzrok ku horyzontowi, trudno było nie zauważyć ciemnych chmur nadciągających zza klifów. Niebo przecięły dwie ciche błyskawice, jedna po drugiej. Odgłos grzmotu, który nadszedł po kilku uderzeniach serca, zatrząsł ziemią, wybudzając je ze snu.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Gąbczasta Perła podniosła gwałtownie głowę do góry, a wtedy zauważyła, że wraz ze swoją mentorką wybudziły się jako pierwsze. Reszta kotów jeszcze spała, pogrążona w zupełnej ciszy. “Ciekawe, co im się śni” – myślała, jeszcze zanim uderzyła w nią fala frustracji. Cała radość z mianowania już minęła, jakby wypłynęła z niej strużką. Co miał oznaczać ten sen? Dlaczego był taki krótki, dlaczego skończył się tak szybko? Co zapowiadały te błyskawice znad klifu? Czy oznaczały wojnę z Klanem Klifu, a może coś zupełnie innego?
Dymna wyprostowała się, owijając ogon ciasno wokół łap, próbując zebrać myśli. Przez moment wpatrywała się pusto w taflę wody, jakby szukając w niej jakiegoś znaku od Klanu Gwiazdy. Czegokolwiek więcej niż burza i dwie ciche strugi światła, przecinające niebo. Czy tym razem Przodkowie pragnęli, by zakiełkowała w niej nienawiść do Klifiaków? Już wystarczyło jej tych kłótni z Szepczącą Hipnozą i innymi młodziakami, których pyszczki zdobiły te paskudne… niebieskie… oczy.
Przełknęła ślinę, odwracając wzrok od sadzawki, jakby nawet nie chciała patrzeć na Gwiezdnych. Różana Woń obserwowała ją pytająco, ale mimo to Gąbczasta Perła milczała. Jej umysł nie mógł wymyślić, czego mógłby dotyczyć ten sen. Może tak naprawdę nie miał żadnego ważnego przekazu? Nie, nie… na pewno miał. Dwie błyskawice – coś musiało z nimi być. Dwa, dwa… Może chodzi o Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę? Czy Przodkowie chcieli jej tym przekazać, że ta zdrajczyni i jej wcale nie lepszy chłoptaś uciekli do Klanu Klifu?
W takim razie następne zgromadzenie na wyspie może być zabawne. Jeśli Mandarynkowa Gwiazda wygłosi ich imiona, opisze wyglądy, to Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością zrozumie, że trzyma w azylu nieprzewidywalną uciekinierkę.
W końcu inne koty zaczęły się wybudzać. Spotkanie powoli dobiegało końca.

* * *

Dymna wracała do obozu wciąż nieco zamyślona i nieobecna. Maszerowała tuż przy Różanej Woni, podczas gdy słońce powoli wzbijało się coraz wyżej i wyżej na jasnoniebieskie niebo. Atmosfera, jaka panowała wokół, wcale nie pomagała jej w rozbudzeniu się – wręcz przeciwnie, zdawała się jeszcze bardziej ją usypiać. Dookoła prószył śnieg, który chrzęścił kotkom pod łapami. Było tak mroźnie, tak surowo, że jedyne, czego teraz pragnęła, to zaszycia się w legowisku i odsapnięcia. Z całą pewnością nie zamierzała po powrocie męczyć Klekoczącej Łapy, niech ma.
Powoli zaczynała zauważać, że kocur nie jest zbyt przekonany do posady jako medyk, ale było już za późno. To, co się stało, już się nie odstanie. Klekotek wyrośnie na mądrego uzdrowiciela i wkrótce żal z niego wyparuje, gdy będzie musiał skupiać się na ciągle żalących się kotach, a nie młodzieńczych smutkach. Czasem bycie kotem z królewskiego rodu oznaczało poświęcanie się – na jego rzecz, a także na rzecz Klanu Nocy. Nikt nie pozwolił im wybrać, czy chcą urodzić się w takiej rodzinie, a nie innej, a mimo wszystko musieli znosić tego skutki. Ale jeśli Gąbczasta Perła i wszyscy jej poprzednicy w końcu pogodzili się z takim układem spraw, to czarno-biały, silny i ambitny kocur także da sobie radę. Miał to we krwi.
Kotki w końcu wkroczyły do obozu, obie trochę zaspane i wyczerpane po podróży. Przywitały ich zaciekawione spojrzenia pobratymców, jednak obie odpowiadały jedynie milczeniem. Sen nie był na tyle niepokojący, by musiały z nim spieszyć do Mandarynkowej Gwiazdy. Mógł mieć właściwie tyle znaczeń, że na razie nie warto było o nim opowiadać przywódczyni, bo tylko jeszcze bardziej poplątałyby się we własnych przemyśleniach. Dymna miała tylko nadzieję, że Klan Gwiazdy naprawdę nie zesłał im przepowiedni rychłej śmierci w postaci zwykłych dwóch błyskawic. Przodkowie nie byli może zawsze zbyt łaskawi, ale okrutni też nie byli. Nocniacy pielęgnowali wiarę w Klan Gwiazdy; ci nie mieli im prawie nic do zarzucenia. Wszyscy starali się najlepiej, jak mogli, by żaden zdrajca nie zawitał w progach ich obozu.
Gąbczasta Perła weszła cicho do lecznicy, dostrzegając, że Klekocząca Łapa już nie śpi. Ułożyła się na posłaniu obok niego, zamykając na moment ociężałe powieki. W umyśle pojawiły się obrazy tej burej samotniczki, a także bandy jej latorośli. Wzięła kilka głębokich wdechów, jakby próbowała oczyścić myśli, po czym zagaiła cicho:
— Klekocząca Łapo?
Czarno-biały przez moment siedział cicho, ale dymna mogłaby przysiąc, że czuła jego spojrzenie na swojej skórze.
— Hm?
To uznała za sygnał, by kontynuować.
— Kojarzysz Niedźwiedziówkę i te jej dzieci, czyż nie? Ta samotniczka dołączyła niedawno do Klanu Nocy pod pretekstem, że spodziewa się kociąt. Cóż, nie okłamała nas. Ostatnio Mandarynkowa Gwiazda ogłosiła, że jej mentorką ma zostać Wężynowy Kieł — mówiła spokojnie, otwierając powoli ślepia. — Martwię się o to, że Wężyna nie przekaże Niedźwiedziówce wszystkiego o Klanie Gwiazdy, wiesz? To bardzo ważne, by ta samotniczka przestawiła się na wiarę w Gwiezdnych Przodków, bo inaczej… nie wiadomo, co przyjdzie jej do głowy.
Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała już twardszym tonem:
— Byłabym wdzięczna, gdybyś zajrzał kiedyś do żłobka i spróbował doedukować tych dzikusów na temat tego, w co tu wierzymy. Miej na nich oko, dobrze?

<Klekocząca Łapo?>

[2237 słów]

Wyleczeni: Porywisty Sztorm