— Tu jesteś! Ile można cię szukać po obozie! Myślałem, że wreszcie uciekłeś, albo porwał cię jakiś jastrząb, czy inny ptak! — usłyszał w pewnym momencie. Nagle cały jego świat wrócił do normalności, a Wiciokrzew tak jakby ocknął się z transu. Wzdrygnął się i spojrzał na swoje łapy. Po pewnym czasie udało mu się rozpoznać głos kota, który do niego wołał.
— P-przepraszam, ja na-naprawdę nie-nie c-chciałem znikać na t-tak dłu-długo — wymamrotał pod nosem. Rozmawiał oczywiście ze swoim mentorem – Rokitnikiem. Wojownik miał co do tego, że dosyć łatwo i często się niecierpliwił, a tym bardziej w stosunku do swojego ucznia. Nic więc dziwnego, że tak prędko chciał odbyć z nim trening.
— Nie udawaj! Ja dobrze wiem, że ty tylko uciekasz od obowiązków, robisz to specjalnie! Robisz to tylko po to, aby mi dokuczyć, prawda? — warknął w jego stronę. Te słowa zdziwiły Wiciokrzewa. Przecież on nic nie zrobił, on nie chciał być niemiły! Bardzo szanował swojego mentora, traktował go jako autorytet, a przynajmniej czasami tak robił, głównie ze strachu.
— Dlaczego to robisz? — zapytał ponownie. Liliowy nie wiedział co odpowiedzieć, więc po prostu milczał.
— Nie ważne. Idziemy na trening. Czas nauczyć się jak tworzy się legowiska na gałęziach drzew, abyś w końcu mógł się do czegoś przydać. Jeśli okażesz się w tym, chociaż tak dobry, jak inni, to być może będziesz miał zaszczyt zrobić legowisko Sajgonowi i Muszce — zakpił ze swojego ucznia, który na te słowa również nie odpowiedział, a jedynie przytaknął.
Oba koty ruszyły w stronę pobliskiego lasku, bo to właśnie drzewa były potrzebne do nauczenia się tej umiejętności typowej dla członków Owocowego Lasu. Tam prawie każdy kot wiedział jak z różnych patyków, kwiatów, kawałków mchu i innych dupereli stworzyć przytulne i wygodne posłanie. Wiciokrzew bardzo podziwiał te koty, biorąc pod uwagę to, że jeden z nich musiał wytworzyć także i legowisko dla niego.
— Najpierw musisz zebrać wszystkie potrzebne rzeczy. Potem złożyć z nich wytrzymałe legowisko, a ostatnim krokiem jest wspięcie się na drzewo i zaczepienie go na gałąź, tak, aby bardzo mocno się tam trzymało. To właśnie od tego, jak stworzysz legowisko, będzie zależeć życie i zdrowie innego kota, więc dobrze ci radzę, abyś się do tego przyłożył — wytłumaczył chłodnym i oschłym głosem. Wiciokrzew skinął głową, po czym zniknął gdzieś w krzewach, szukając różnych materiałów. Najpierw zebrał całkiem sporą ilość patyków, a potem wrócił z nią do mentora.
— I-I co te-teraz? — zapytał niepewnie. Miał wrażenie, jakby mentor oczekiwał od niego, że ten już będzie posiadał wiedzę jak stworzyć posłanie. Może powinien już mieć tę umiejętność? Może owocniaki rodziły się już z nią we krwi? Czuł się głupio z faktem, że sam by sobie nie poradził z tym zadaniem. Rokitnik przewrócił oczami.
— Pomyśl sobie, jak ptaki budują gniazda i spróbuj to odwzorować na większej skali! Musisz zbudować szkielet legowiska, wyłożyć je patykami, a potem pozatykać wszelkie dziury mchem i liśćmi, jasne? — wytłumaczył, choć po jego tonie można było stwierdzić, iż był zirytowany. Wiciokrzew nie do końca zrozumiał instrukcji przedstawionej mu przez burasa, ale wiedział, że musi coś z nią zdziałać. Wziął patyki do łap i zaczął układać z nich okrąg, próbując sklecić z tego wszystkiego coś, co chociaż trochę przypominałoby posłanie. Szło mu jednak dosyć marnie, co nie umknęło uwadze Rokitnikowi.
— No co ty robisz! Weź się bardziej postaraj! — syknął z wyrzutem w stronę swojego ucznia. “Dlaczego on cały czas ma do mnie problem!” pomyślał. Gdyby miał w sobie, choć krztynę odwagi, to pewnie krzyknąłby teraz burasowi prosto w pysk to, co myśli – zamiast tego położył po sobie jedynie uszy i ponownie pochylił się nad patykami. Łapy mu się trzęsły, robiło mu się już ciepło. W końcu jednak jego starania zaczynały przypominać posłanie. Odetchnął z ulgą, gdy Rokitnik nie spoglądał już na niego z pogardą.
— T-to ja pój-pójdę po inne rze-rzeczy — stwierdził, a na jego licu pojawił się nerwowy uśmiech. Przechadzając się po lasku, zabierał ze sobą mech, źdźbła trawy, a nawet i drobne piórka. Znowu powrócił w to samo miejsce, na którym w nienaruszonym stanie leżało jego posłanie. Zaczął dokładać do niego różne ozdoby, tworząc tym samym spójną całość. Po skończonej pracy odsunął się od swojego dzieła, w jego oczach błysnęła duma. Rokitnik nie był jednak pod wrażeniem.
— Może być. Teraz musisz wspiąć się na drzewo i przymocować je do gałęzi — stwierdził. Uczeń chwycił posłanie w zęby i wysunął pazury. Nigdy nie był za dobry we wspinaczce. Był pod presją ze strony swojego mentora, nie mógł się cofnąć. Zaczął powoli piąć się coraz wyżej i wyżej, a Rokitnik podążał za nim. W końcu Wiciokrzew się zatrzymał, łapiąc się jedną łapą za gałąź. Ostrożnie położył na niej legowisko, próbując jakoś je przymocować do wystających z niej witek. Nagle usłyszał trzask – i to bardzo głośny. Przeraził się na tyle, że stracił przyczepność i runął w dół wraz z posłaniem. On upadł jako pierwszy i choć spadł na cztery łapy, nie uniknął obrażeń. Od razu przeszył go ból, który rozchodził się od prawej łapy. Dostrzegł mroczki przed oczami, przez chwilę nawet zapomniał, jak ma na imię. Miał wrażenie, jakby brakowało mu tchu. Poza tym dostrzegł też, jak wytworzone przez niego posłanie spada i rozpada się na wiele kawałków.
— Ty niezdaro! — warknął Rokitnik, podchodząc do swojego ucznia.
— Ani się waż zbliżać się do legowiska medyka, gdy tylko wrócimy do obozu! Za głupotę się płaci, więc teraz musisz odbyć swoją karę za bycie takim wrzodem na ogonie! — dodał. Wiciokrzew słyszał tylko niewyraźne krzyki ze strony burasa, nie potrafiąc się skupić. Cóż, przynajmniej wiedział już, jak się robi posłania.
***
Był już późny wieczór, słońce niemalże całkowicie było już schowane za horyzontem, klanowe tereny oświetlając jedyne nikłym blaskiem. Wiciokrzew był zmęczony po ostatnim treningu z Rokitnikiem. Spał. Spał, śnił, dopóki ze snu nie wyrwał go okropny, przeszywający ból w łapie. Natychmiast otworzył oczy, czując jak kręci mu się w głowie. Usiadł, przez chwilę nawet nie wiedząc, kim jest i gdzie obecnie przebywa. Jedyne, o czym myślał to o kłującym bólu w jednej z łap, który rozchodził się po jego ciele. Z paniką w oczach wygramolił się z posłania i ześlizgnął po pniu drzewa. Kuśtykając, nawet przez głowę nie przeszła mu myśl, że Rokitnik byłby wkurzony, gdyby znalazł Wiciokrzewa w legowisku medyków. Teraz kocura nie interesował fakt, że jego czyny mogły nieść za sobą jakieś konsekwencje. Czuł się tak, jakby jego ciało samo pchało go do szamanki. Był wręcz zdesperowany. Swoją prawą łapę stawiał na podłożu bardzo ostrożne, ale też i krzywo, nienaturalnie. Doczłapał do pustego legowiska medyka, w którego cieniu siedziała liliowa, cętkowana kotka. Wystraszona stanem kocura, od razu do niego podbiegła.
— Na wszechmatkę! Coś się stało? — spytała, zaciągając Wiciokrzewa do legowiska. Dokładnie zaczęła go oglądać, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na obolałej łapie.
— Jak do tego doszło? — szepnęła, pochylając się nad kończyną.
— S-spadłem z… z drze-drzewa — pisnął, podnosząc łapę do góry, Świergot po chwili pokręciła głową.
— Jest zwichnięta — westchnęła, na co Wiciokrzew odwrócił od niej głowę. “Rokitnik mnie zabije! Nie może być zwichnięta, to by oznaczało, że nie mogę przecież chodzić na treningi! Och, Rokitnik mnie zabije, zabije mnie!” pomyślał, a jego ogon zaczął drgać nerwowo.
— Zaraz przyniosę ci trochę bzu, wszystko będzie dobrze — zapewniła go, prędkim krokiem podchodząc do składziku z ziołami. Wróciła, mieląc kilka listków w pysku. Ruchem głowy nakazała Wiciokrzewowi usiąść, co ten bezwłocznie wykonał. Następnie nałożyła papkę z bzu czarnego na jego łapę, a potem owinęła ją pajęczyną, tworząc tym samym opatrunek.
— Jak bardzo cię boli? — spytała z troską. Liliowy przez chwilę milczał.
— Ty-tylko t-trochę — zapewnił ją. Kotka jednak nie do końca mu uwierzyła, przez co uczeń spróbował postawić łapę na ziemi. Ból ponownie przeszył jego ciało, a on wydał z siebie cichutki pisk.
— No nic. Siadaj na posłaniu, musisz trochę tu przeleżeć — zaleciła, a następnie ponownie podeszła do składziku, tym razem wyciągając z niego kilka ziarenek maku. Położyła je przed poszkodowanym.
— Zjedz je. Uśmierzą twój ból — poleciła. Kocur niepewnie schylił się po ziarenka, dokładnie je obwąchując. Nie był pewien co do tego, czy w ogóle powinien je brać. Wiedział jednak, że szamanka mu nie odpuści. “Przecież chce dla mnie dobrze, prawda?” pomyślał, łykając mak. W jego głowie zaczęły pojawiać się obawy przed złością jego mentora. Nie zdążył jednak zbyt bardzo się nakręcić, gdyż ziarenka maku skutecznie go znużyły. Wiciokrzew położył się na posłaniu, a wkrótce i zasnął, nie czując już bólu w prawej łapie.
***
Wiciokrzewa obudziły czyjeś krotki. Nie zdążył się nawet zbyt dobrze wybudzić, a już podniósł się na cztery łapy. Futro na jego karku delikatnie się zjeżyło. Wyglądał tak, jakby właśnie obudził się z jakiegoś koszmaru – prawda jednak była taka, że po prostu okropnie bał się tego, że Rokitnik zaraz do niego podejdzie i na niego nakrzyczy.
— Jak się spało? Chyba niezbyt dobrze — spytała Świergot, podchodząc do swojego podopiecznego. Liliowy owinął ogon wokół swoich łap i spuścił głowę. W tym momencie do legowiska zawitał kolejny kot, który, na całe szczęście, nie był Rokitnikiem, a tylko biednym, schorowanym staruszkiem. Oczom ucznia ukazał się czarno-biały kocur z łysymi plackami na ciele. Szamanka od razu do niego podbiegła.
— Oj, Bryzo! Chyba powoli zamieniasz się w Cierń, co? Następnym razem przyjdź do mnie wcześniej, zamiast na ostatnią chwilę —
— Poczekaj, zaraz przyniosę ci jakieś zioła — mruknęła z troską w głosie, odwracając się od starszego kocura. Świergot powoli podeszła do składziku z ziołami, a liliowy bardzo cicho i ostrożnie za nią podążył, snując się za nią jak cień. Chciał coś powiedzieć, ale głos całkowicie utknął mu w gardle. Siedział tylko skulony obok szamanki, wpatrując się w tył jej głowy, licząc na to, że odwróci i sama domyśli się, o co mu chodzi. W końcu cętkowana spojrzała w jego stronę, a gdy tylko skrzyżowała z nim wzrok, uśmiechnęła się ciepło.
— Hm? Coś się stało, Wiciokrzewie? — spytała, podchodząc do młodszego kocura. Uczeń opuścił głowę, zastanawiając się jeszcze raz nad tym, czy na pewno chcę zadać kotce pytanie. Chciał spełnić swoje marzenie o zostaniu medykiem, o pomaganiu kotom i o posiadaniu nieskończonej wiedzy na temat ziół. Bał się jednak, że Cierń i Rokitnik bardzo źle na to zareagują, że zaczną go przezywać, że zaczną go ignorować… “To tylko krótki kurs z ziół, przecież nie zmieniam całkowicie ścieżki, prawda? Nic się nie stanie” zapewniał się w myślach. Przełknął slinę.
— B-bo… m-może chciałaby P-Pani… opowiedzieć m-mi trochę o… — zaczął, lecz nie skończył, czując, jak coś zaciska mu się na gardle. Przez chwilę przez umysł przebrnęła mu myśl, że to jego własny mentor podszedł tu teraz do niego i chwycił za szyję. Wiciokrzew obejrzał się gorączkowo za siebie, jednak nie dostrzegł żadnego innego kota oprócz czarno-białego, wyłysiałego staruszka. Wziął głęboki oddech, ponownie zwracając się do szamanki.
— O zio-ziołach! — wypluł w końcu. Świergot wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia, jednak po chwili ponownie na jej licu pojawił się ten sam, ciepły i troskliwy, wręcz matczyny uśmiech. Uczeń położył po sobie uszy, czując, jak ciężar jego własnych słów wbija go w podłoże. “Czy zrobiłem coś źle?” pomyślał, kładąc się na ziemi i zakładając sobie łapy na oczy.
— No jasne! Cieszę się, że jakiś kot wreszcie interesuje się ziołami. Nie zostało mi już wiele księżyców życia, a nie ma kto objąć moje stanowisko. Kto wie, może kiedyś uratujesz ten klan przed tragedią! — mruknęła żartobliwie. W jej głosie nie było słychać ani trochę złośliwości, co bardzo zdziwiło liliowego ucznia. Wstał on chwiejnie na łapy, jego oczy były zaszklone. Nie spodziewał się takiej reakcji ze strony kotki, był raczej przygotowany na krzyk i śmiech z jej strony. Przynajmniej… przynajmniej właśnie tak zareagowałby Rokitnik na jakiekolwiek jego pytanie. Jakim cudem Świergot była inna? Była zupełnym przeciwieństwem tych wszystkich kotów, z którymi Wiciokrzew rozmawiał na co dzień. Była miła.
Szamanka wyciągnęła ze składzika kilka ziół, kładąc je przed liliowym uczniem. Rozłożyła je na podłożu tak, aby żadne z nich nie dotykało siebie nawzajem. Odchrząknęła.
— Łysienie Bryzy musiało zacząć się od podrażnionej skóry. Nic wielkiego, nieprawdaż? Podrażnioną skórę można wyleczyć trybulą — stwierdziła, wskazując na jedno z ziół.
— Skrzypem
— Suchymi liśćmi dębu
— Korzeniami żywokostu
— A także aksamitką — skończyła wymieniać. W oczach Wiciokrzewa błysnęła iskierka zaciekawienia. Tak bardzo cieszył się, że dzięki szamance jest w stanie, choć połowicznie spełnić swoje marzenie. Był tak zainteresowany słowami Świergotu, że nazwy ziół zapamiętał od razu, tak, jakby już urodził się z tą wiedzą. Wpatrywał się w różne listki i zawiniątka leżące przed nim jeszcze przez chwilę, zanim cętkowana kotka nie zebrała ich do kupy za pomocą łapy.
— A teraz przenieśmy je do Bryzy. Nie powiem, że nie, ale w jego przypadku jest już trochę za późno na leczenie. Możemy tylko sprawić, aby nie wyłysiał całkowicie! — zacichotała, jednak ton jej głosu wskazywał na to, że była tym faktem delikatnie zasmucona. Wiciokrzew chciałby ją pocieszyć, ale nie był w stanie się odezwać, nieważne jak bardzo chciał to zrobić – coś po prostu go przed tym powstrzymywało. Może to i nawet lepiej, nawet we własnej głowie nie mógł ułożyć sobie słów pocieszeń. Po prostu posłusznie poszedł za kotką, która zaczęła opatrywać łyse skrawki na ciele starszego kocura. Uczeń przyglądał się temu wszystkiemu z boku. Wszystko wydawało się takie przyjemne i spokojne, liliowy kocur wreszcie mógł powiedzieć, że jest radosny i szczerze się cieszy. Nic co dobre jednak nie trwa wiecznie – w końcu Rokitnik wparował do legowiska. Na pysku burasa widać było niezadowolenie i gniew. Kocur od razu wbił swoje palące spojrzenie w ucznia, który wzdrygnął się i zrobił kilka kroków w tył, chowając się za Świergot.
— Wiciokrzew! Co ja ci mówiłem o przychodzeniu do legowiska medyków? Wyrywaj stąd, ty, ty głu- — krzyknął, podchodząc do liliowego. Był wściekły, jednak gdy napotkał wzrok cętkowanej kotki, trochę się uspokoił. Rokitnik polizał się kilka razy po piersi.
— Rokitnik, proszę cię, mów ciszej. Wiciokrzew to tylko dziecko, a poza tym nie zrobił nic złego. To dobrze, że przyszedł i powiedział mi o bólu łapy, inaczej mogłoby się to przerodzić w coś o wiele gorszego — mruknęła do niego. Była spokojna i opanowana, jednak trochę zirytowana i przerażona zachowaniem wojownika.
— I tak będziesz musiał mu dać luz. Wiciokrzew zwichnął sobie łapę i musi spędzić jakiś czas w legowisku medyka. Jeśli za szybko wznowisz trening, ból może powrócić — kontynuowała. Buras przez krótką chwilę wyglądał, jakby żałował swoich słów. W rzeczywistości wcale tak nie było. Ponownie się rozjuszył.
— Brednie! Ból to tylko jakiś wymysł słabiaków. Wiciokrzew, idziemy stąd — warknął, podchodząc do swojego ucznia i łapiąc go zębami za kark. Świergot chciała ich od siebie rozdzielić, ale jej naznaczone zębem czasu ciało jej na to nie pozwoliło. Syknęła, widząc, jak oba kocury znikają w wyjściu z legowiska medyków.
— Rokitniku, poczekaj! Nie możesz tak robić! Wiciokrzew potrzebuje odpoczynku! — krzyknęła za nimi. Żaden z nich jednak nie zareagował.
Wyleczeni: Bryza
[2686 słów – trening medyka i wojownika jednocześnie (mam pozwolenie) + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]
[przyznano 27% + 27% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz