W swym sercu wciąż starannie pielęgnował nadzieję, niczym maleńki płomień rozgrzewający jego ducha kawałek po kawałku; a mimo to wiedział, że jego myśl o powrocie Petuni wraz z Leto oraz Wisterią było tylko wierutnym kłamstwem. Podłym łgarstwem, którym codziennie sam siebie karmił, dla choć odrobiny otuchy, przebłysku radości w tych deszczowych dniach.
Przynajmniej miał Amfitrytę, czyż nie?... Na tę myśl odwrócił pysk, rzucając ciemnej kotce krótkie spojrzenie; jednak zamiast ujrzeć cudowną damę, jaką była Wisteria, dostrzegł małą, krwiożerczą bestię, ostrzącą swe białe niczym kość słoniowa pazury na kanapie dwunożnych. Nie… Zdecydowanie kocica nie była tym, czego w danym momencie potrzebował. Jego serce pragnęło czegoś zupełnie innego; czegoś tak mu bliskiego, a jednocześnie obcego. Marzył o powrocie wręcz idyllicznych dni, gdy to, jako ledwie wyrostek, wygrzewał się w blasku słońca, u boku czule liżącej go matki i słuchał jej historii… Gdy całą szóstką biesiadowali w ogrodzie, ciesząc się życiodajną pogodą oraz powabną wonią kwiecia róży, dobiegającą do ich nozdrzy.
Poprawił się na aksamitnej, wyszywanej różnymi wzorami poduszce i ziewnął przeciągle, wyginając grzbiet w łuk. Ostatni raz omiótł pokój wzrokiem i w zamyśleniu zeskoczył z fotela, kierując się do kuchni.
。゚•┈꒰ა ♡ ໒꒱┈• 。゚
Łapami ugniatał błękitny koc, mrużąc oczy pod wpływem promieni słońca, natarczywie padających na jego jasny pysk. Światłe szale z mocą uderzały o witraż, rozczepiając się na milion barwnych smug i tworząc pełen życia spektakl, rozgrywający się tuż obok Celestyna; na ścianie pomieszczenia. Języki czerwieni, zieleni, pomarańczy i błękitu na zmianę przeplatały się ze sobą, co jakiś czas ginąc w swych objęciach, a następnie ponownie wyłaniając się spod mieszaniny kolorów i na moment zastygając.
Celestyn rozprostował kończyny, wyciągając je mocno do przodu; w takiej pozycji leżał przez jakiś czas, aż kątem oka nie ujrzał Amfitryty; woląc nie ryzykować oberwaniem po zadku jak niegdyś Leto, czym prędzej dźwignął się na łapy, truchtem opuszczając pomieszczenie i kierując się do salonu. Napiął mięśnie i jednym, długim susem wskoczył na parapet, nieco niezdarnie lądując na czterech łapach. Przycupnął przy otwartym oknie, spoglądając w dal. Dopiero wtedy dostrzegł parę brązowych, szeroko otwartych ślepi, wpatrzonych w jego jasne oblicze. Zrobił gwałtowny krok w tył (omal nie spadając z półeczki) i ze świstem wypuszczając powietrze z płuc.
— Kim jesteś, zjawo? — Uniósł nieznacznie brew, po chwili zastanowienia ostrożnie zbliżając się do okna.
Istota nie odpowiedziała; wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt za plecami kocura, a gdy ten tylko odwrócił głowę, aby wzrokiem powędrować za jej spojrzeniem, w pomieszczeniu rozległ się dźwięk kocich łap. Kocica przekroczyła próg domu, lądując na jednej z komód.
Celestyn ze zdenerwowaniem rozejrzał się, ogonem smagając powietrze i wziął głęboki wdech.
— Po co przybyłaś? Jestem przekonany, iż moje domostwo nie jest odpowiednim miejscem dla takiej… — urwał, mierząc wzrokiem nieznajomą. — Intrygującej… Istoty.
<Ee, duchu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz