Jakiś czas temu
Było wcześnie i choć Zalotna Krasopani nie została przydzielona do żadnego z porannych patroli, maszerowała teraz równym krokiem wraz z Lodową Sałatą i Jaskółczym Zielem. Nawet cieszyła się z faktu, że Sosnowa Gwiazda przydzieliła ją do grupy kotów, które miały za zadanie odnaleźć Gronostaja. W końcu mogła się na coś przydać, ruszyć się z obozu, zrobić coś więcej, niż tylko upolować zwierzynę i sprawdzić granicę. Gdyby się okazało, że starszego zaatakowały lisy, psy lub inne groźne zwierzęta, może nawet udałoby jej się zyskać tytuł bohatera. Westchnęła, bo zdawała sobie sprawę z tego, że rudy zapewne opłakiwał tylko stratę partnerki, siedząc nad jej miejscem pochówku. Nie liczyła za bardzo na to, że spotka ją jakaś niesamowita przygoda, że trzy kotki dowiedzą się czegoś szokującego.
— A mógł się nie ruszać z tego legowiska, to by go nie trzeba było teraz szukać. Ach, ci starsi! — prychnęła w końcu Lodowa Sałata, przełamując wcześniej panująca ciszę. Zalotka wydała z siebie pomruk rozbawienia. Szylkretka podziwiała w wojowniczce to, że często mówiła z sensem, ale potrafiła też być bardzo śmieszną towarzyszką do rozmów.
— Spójrz na to z drugiej strony, przecież zmarła mu partnerka. Ja sama nie wiem, co bym zrobiła bez Prążkowanej Kity! — stwierdziła, spoglądając na Sałatę. Nie wyobrażała sobie stracić najważniejszego kota w jej życiu. Prążek był jedynym wojownikiem, przy którym chciałaby spędzić resztę swojego życia, nikt inny nie liczył się dla niej w takim stopniu jak on.
— Och, zakochani się znaleźli — przewróciła oczami, na co Zalotna Krasopani zachichotała.
— A czy ty przypadkiem nie zaczęłaś się ostatnio zadawać z tym wojownikiem z Klanu Nocy? — zapytała, rozbawionym głosem. Lodowa Sałatka jakby zastygła, nie spodziewając się takiego pytania ze strony wojowniczki. Jej wzrok mówił coś w stylu “chwila, ale skąd ty to wiesz?”. Wojowniczka na pysku miała wymalowane zdziwienie.
— Kijankowe Moczary…? Nie! W życiu! My wcale nie jesteśmy tak blisko, jak ci się wydaje! — zaczęła się tłumaczyć, ale Zalotka już wiedziała swoje. Nie chciała jednak przekomarzać się z Lodową Sałatą, mieli przecież misję do wykonania. Poza tym nie byli nawet blisko.
— Dobra, skupmy się na zadaniu. Najpierw musimy dotrzeć do miejsca, w którym pochowana została Płonąca Dusza. Pewnie tam znajdziemy jakiś trop, o ile Gronostajowy Taniec w ogóle tam dotarł. Istnieje szansa, że stracił się gdzieś po drodze — stwierdziła, na co Jaskółcze Ziele i Lodowa Sałata przytaknęły głowami. Grupka przyspieszyła kroku, wypatrując na swojej drodze niedawno usypany grób. Nie powinno być w tym nic trudnego, prawda?
Docierając do docelowego miejsca, żołądek Zalotnej Krasopani ścisnął się z nerwów. Nie było tu Gronostajowego Tańca, a jedynie jego unoszący się w powietrzu zapach. Oprócz tego można było też wyczuć woń niedawno rozkopanej gleby. Szylkretka zastanawiała się tylko, czy ten zapach był tu wyczuwalny od zakopania Płonącej Duszy, czy może ktoś inny postanowił trochę pobawić się w ziemi. Co, jeśli to jakiś pies próbował odnaleźć zwłoki martwego kota? Nie. Na pewno nie. Gleba była tu zbyt płaska, jak na to, że miałaby zostać rozkopana przez inne zwierzę.
— To, co teraz robimy? — zapytała reszty kotów. Znała jednak odpowiedź na to pytanie. Wiedziała, że ich obowiązkiem było znalezienie kocura, nieważne czy żywego, czy martwego. Przyniesienie go do obozu było ich obowiązkiem, który powierzyła im sama Sosnowa Gwiazda. Nie mogli jej przecież zawieść, prawda?
— Chyba musimy podążyć za jego tropem — odezwała się Jaskółcze Ziele. Nikt więcej się już nie odezwał, kotki bez słowa zaczęły iść za zapachem starszego. O dziwo prowadził on nawet za granicę, co było dosyć podejrzane. Dlaczego zwykły, klanowy kot miałby zapuszczać się aż tak daleko? Czy naprawdę spotkało go coś złego? Może dostał jakichś omamów, które sprawiły, że aż tak bardzo oddalił się od obozu? Zalotce wydawało się, że Gronostaj nigdy wcześniej nie zachowywał się jakoś niepokojąco. To wszystko było strasznie pogmatwane! Miała tylko nadzieję, że dzisiejszego dnia uda im się znaleźć prostą i jasną odpowiedź na każde pytanie.
Ślady łap, a także woń Gronostajowego Tańca doprowadziły patrol do Drogi Grzmotu, a także do… martwego ciała starszego. Trzy kotki stanęły jak wryte, przyglądając się z niepokojem temu znalezisku, o ile można było to tak nazwać. Ziemia wokół ciała była rozkopana, poszarpana, co mogło wskazywać na walkę. Czyżby Gronostaja faktycznie coś lub ktoś zaatakowało? Może to on sam szukał zaczepki? Zalotna Krasopani podeszła bliżej, zauważając, że kocur był pozbawiony oczu, a także posiadał ślady zębów na karku. Lodowa Sałata i Jaskółcze Ziele także zbliżyły się do zakrwawionego ciała.
— Och! Zobaczcie, w jego pysku i pomiędzy pazurami są jakieś skrawki futra! — krzyknęła Sałata. Zalotka spojrzała na łapy Gronostaja. Faktycznie, pomiędzy palcami znajdowały się drobne skrawki futra, które należały do… Płonącej Duszy.
— Chwila, czy to nie jest… — wyszeptała szylkretka, a jej źrenice zwęziły się do wielkości drobnych, sosnowych igieł. Futro na jej grzbiecie się najeżyło.
— To przecież futro Płonącej Duszy! Co ono tu robi! Przecież… ona jest martwa! Nie mogli się pobić! — stwierdziła Jaskółka. Przez chwilę cała grupka stała w szoku. Wszystko w tej sprawie było takie niejasne! Dlaczego choć raz Zalotce nie mogło przytrafić się coś… dobrego? Cały czas napotykała jedynie tragedie. W sercu cieszyła się jednak, ponieważ nie posiadała z Gronostajowym Tańcem żadnej relacji. Inaczej… chyba nie spałaby nocami, próbując rozgryźć, co stało się z tym staruszkiem. Wtedy na myśl nasunęła jej się pewna uczennica – Brukselkowa Łapa. “Czy przypadkiem to ona nie była wnuczką Płonącej Duszy i Gronostajowego Tańca? Ciekawe jak sobie radzi ze śmiercią babci… i jak sobie poradzi z odejściem dziadka. Jest jeszcze młoda, a już los pozbawia ją rodziny” pomyślała. Nie miała jednak czasu na współczucie. Musieli szybko wrócić do obozu i powiadomić Sosnową Gwiazdę o zaistniałej sytuacji.
***
Zalotna Krasopani wkroczyła do obozu wraz z dwoma pozostałymi kotkami. Koty przebywające w obozie od razu spojrzały się na grupę, która przecież miała wrócić do obozu z Gronostajowym Tańcem. Po kocurze nie było jednak ani śladu. Lodowa Sałata wysunęła się na przód, zmierzając w stronę legowiska przywódczyni.
— Powiadomię ją o tym, co znaleźliśmy! — oznajmiła. Zalotna Krasopani ani Jaskółcze Ziele nie protestowały, nie rwało im się do rozmawiania z przywódczynią na temat tego, co udało im się znaleźć. Czarno-biała kotka ruszyła do legowiska wojowników, Zalotka podążyła za nią. Miała ochotę położyć się w swoim własnym posłaniu i może porozmawiać trochę z Prążkowaną Kitą, aby się rozluźnić. Nie było jej jednak dane zanurzyć się w cieniu legowiska, gdyż na jej drodze stanęła liliowa kotka – Brukselkowa Łapa. Wojowniczka westchnęła. Spokój był tak blisko, a jednak tak daleko. Spojrzała najpierw na wejście do legowiska, a następnie przeniosła wzrok na uczennicę. Jeśli będzie szybko odpowiadać, to może uda jej się pozbyć z pola widzenia.
— Coś się stało? Wyglądacie na… eeee… zasmuconych — zapytała, omiatając wzrokiem Zalotną Krasopani. Wojowniczka polizała się kilka razy po piersi, wygładzając swoje zmierzwione futro. Może gdyby się bardziej postarała, to nie przykułaby uwagi kotki.
— Brukselkowa Łapo, nie czas na rozmowy — burknęła krótko, po czym westchnęła. Liliowa jednak chyba nie wzięła sobie do serca jej słów, nie odeszła. Stała tu jak pień.
— To mi chociaż powiedz, gdzie jest Gronostajowy Taniec! Tylko mi nie mów, że zaginął albo umarł! — zażądała. Zalotna Krasopani dostrzegła, że puchata końcówka ogona Brukselki drga nerwowo. Może naprawdę troszczyła się o swojego dziadka? Szylkretka odwróciła od niej na chwilę wzrok. Czy była w stanie wyznać jej prawdę?
— Cóż, nie będę cię okłamywać. Podczas patrolu dokonaliśmy dosyć tragicznego odkrycia, ale nie będę ci go dokładnie opisywać, nie wiem, czy mogę to zrobić. Może dowiesz się od samej Sosnowej Gwiazdy, o ile będzie na tyle łaskawa — przyznała. Brukselka nie wyglądała na usatysfakcjonowaną tą odpowiedzią. Nic dziwnego.
— No weź! To mój dziadek, on chciałby, żebym wiedziała, co się z nim stało! — jęknęła dramatycznie. Wojowniczka jednak nie planowała zdradzać kotce więcej szczegółów. Dowie się w swoim czasie.
— Nie ma co niepotrzebnie was wszystkich niepokoić, jasne? Ustalimy, co się tam stało i może dopiero wtedy poznasz całą prawdę, na razie jest to jednak zbyt bardzo pogmatwane dla twojego móżdżka — westchnęła. Przez chwilę pomiędzy kotkami zapanowała cisza. Zalotka domyślała się, że Brukselka chciałaby więcej i więcej, ale na razie nie mogła. Nie mogła mieć więcej, musiało jej wystarczyć to, co zostało jej dostarczone. Wojowniczka czuła, że liliowa próbuje wymyślić coś, co sprawi, że Zalotka wyjawi jej więcej informacji. W końcu się jednak poddała.
— Niech ci będzie — burknęła, w końcu odpuszczając. Uczennica zniknęła kotce z pola widzenia. Zalotka wypuściła powietrze z płuc i ciężkim krokiem ruszyła do przodu. Była zmęczona, choć był to dopiero początek dnia. Nie wiedziała, jak długo uda jej się jeszcze pociągnąć.
<Brukselkowa Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz