Zgromadzenie
Na nocne niebo zdążył już wzbić się księżyc. W obozie Klanu Wilka koty zaczęły już tłoczyć się przed wyjściem, czekając tylko na rozkaz ze strony Sosnowej Gwiazdy. Brukselkowa Łapa spojrzała w górę, obserwując jaśniejący, srebrny kształt. Tej nocy był on wyjątkowo okrąglutki, co oczywiście zwiastowało zgromadzenie, na które w dodatku liliowa kotka została wybrana! Pamiętała, że podczas poprzednich pełni udało jej się poznać kilka kotów, które należały do innej przynależności niż Klan Wilka. Zastanawiała się, czy tej nocy także uda jej się spotkać kogoś nowego, a może zagadać do znajomych już pysków. Każda opcja byłaby dla niej zadowalająca, ponieważ nawet lubiła ona zgromadzenia. Podobało jej się, że podczas nich może poczuć się jak… samotnik, żyjący w dużej grupie tolerujących się nawzajem kotów. Podobał jej się fakt, że wreszcie mogła na spokojnie porozmawiać z kotami, z którymi na co dzień nie ma okazji się widzieć. Gdy w końcu koty zaczęły przemieszczać się do przodu, liliowa śmiało ruszyła za nimi. Rozglądając się dookoła, nie dostrzegła, aby wśród tej gromady panoszył się gdzieś Syczkowy Szept. Odetchnęła z ulgą, przyspieszając kroku. Jej mentor miał pewnie teraz inne rzeczy na głowie, w końcu doczekał się bycia ojcem. Z tego, co Brukselka zdążyła się już dowiedzieć, że ma on mieć kocięta z jakąś wojowniczką z Klanu Nocy, aby odnowić ich sojusz. “Oby tylko jego dzieci nie trafiły do tego klanu! Niech krew tego brudasa pozostanie w Klanie Nocy” pomyślała. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się do góry. Futro uczennicy nieznacznie poruszało się na wietrze, podczas gdy ta maszerowała przed siebie w zbitej kupce.
Brukselkowa Łapa dumnie wkroczyła na śliski kamień, który przez klanowe koty zwany był Bursztynową Wyspą. Zastanawiało ją, jakim cudem tak ogromny głaz znalazł się pośrodku wody! Poza tym rozmyślała też nad tym, jak to jest, że podczas każdej pełni był on odsłaniany, aby wszyscy mieszkańcy pobliskich terenów mogli się tam bezpiecznie dostać. To było wspaniałe, niesamowite! Och, jak bardzo Brukselkowa Łapa chciałaby dowiedzieć się tylu rzeczy o otaczającym ją świecie! Czy jakby była samotniczką, to byłoby jej łatwiej zdobywać wiedzę? Nie miałaby wtedy żadnych ograniczeń ani tym podobnych. Teraz jednak nie myślała już tak często o ucieczce, gdyż zamiast tego jej głowę zajmowało coś innego. Coś, przez co czuła obowiązek pozostania wśród wilczaków, a przynajmniej do czasu. Teraz po prostu nie mogła uciec, nie mogła o tak zniknąć. Czuła w sercu, że ma jakąś ważną misję do wykonania, chociaż sama do końca nie wiedziała jaką. Miała tylko nadzieję, że tamten sen nie był tylko wymysłem jej mózgu, a naprawdę czymś stworzonym przez wyższe siły.
Uczennica szwendała się po gładkiej powierzchni wyspy, zastanawiając się, z jakim kotem mogłaby trochę pogawędzić. Najchętniej zagadałaby do kogoś, z kim jeszcze nie miała przyjemności rozmawiać, także swój wzrok skupiła na rudym, długowłosym kocurze z innego klanu. Wydawał się on ciekawym obiektem rozmów, ale szybko zniknął Brukselce z pola widzenia. Liliowa zmarszczyła brwi i zaczęła kręcić się po wyspie, próbując odnaleźć nieznajomego, jednak bezowocnie. W końcu zrezygnowana wycofała się z tłumu, przypadkowo zatrzymując się tuż przy szylkretowej kotce. Nie kojarzyła jej za bardzo, ale wiedziała, że ta należała do Klanu Wilka. “Gdzieś już ją widziałam” pomyślała, wpatrując się w bezruchu na kotkę, która w pewnym momencie przechyliła głowę z zaciekawienia. Ten niewielki ruch przywrócił Brukselkę do rzeczywistości. Odchrząknęła i polizała się kilka razy po piersi.
— Nooooo cześć! — przywitała się z entuzjazmem w głosie. Wojowniczka wyglądała na dosyć chłodną i poważną, ale to nie powstrzymało Brukselki od rozpoczęcia z nią rozmowy. Być może okaże się kimś godnym do przeprowadzenia konwersacji, a jeśli nie, to po prostu się z nią pożegna i pójdzie. Nic trudnego, co nie? Normalnie plan idealny.
— Och. Witaj. Brukselkowa Łapa, prawda? Jesteś uczennicą… Syczkowego Szeptu, jeśli dobrze pamiętam — odparła, owijając ogon wokół łap. Liliowa nie mogła ukryć zdziwienia, jakie wymalowało się na jej pysku. “Chwila, skąd ona mnie zna?” spytała samej siebie. Postanowiła jednak nad tym nie myśleć, uśmiechnęła się tylko i zaśmiała nerwowo pod nosem.
— Dokładnie! A ty jak się nazywasz? Jakoś wypadło mi to z głowy! — przyznała, uciekając wzrokiem gdzieś na bok. Trochę słabo, że wojowniczka tak dużo o niej wiedziała, a dla Brukselki była kimś zupełnie obcym. Z drugiej strony jej obowiązkiem nie było zapamiętywanie każdego napotkanego kota.
— Zalotna Krasopani. Jestem siostrą Syczka — przedstawiła się. Uczennica poczuła, jak nagle wszystko zaczyna się układać w spójną całość. Na pewno Syczkowy Szept opowiadał swojej siostrze o jego ukochanej uczennicy! Czyli pewnie liliowa była teraz okryta złą sławą w kręgach rodzinnych tego mysi bobka. “Trudno. Nie obchodzi mnie to” pomyślała.
— Aaa… to pewnie wiesz, że treningi świetnie nam idą! — zachichotała, po czym machnęła łapą i przewróciła oczami, jakby uważała swoje akcje za coś śmiesznego i niewinnego. Szylkretka jednak wciąż miała ten sam, kamienny wyraz twarzy, co trochę zaczęło Brukselkę niepokoić. W pewnym momencie się wyprostowała, czekając z niecierpliwością na odpowiedź Zalotki.
— Nie, dlaczego miałabym to wiedzieć? Właściwie z nim nie rozmawiam — mruknęła, na co uczennica podniosła brew – ale jak to nie rozmawiają? Czyli srokata kotka tak naprawdę nie słyszała o liliowej od swojego brata? To w takim razie skąd ją znała! Teraz to już się pogubiła, ale, hej, może po prostu Zalotna Krasopani słuchała na zebraniach klanu! Na pewno dużo się dało dowiedzieć z przemów Sosnowej Gwiazdy.
— To dobrze! Bo inaczej mogłabyś mieć mieszane opinie na mój temat — miauknęła, niby ton jej głosu wydawał się neutralny, ale gdzieś tam przebijała się w nim nutka dumy, jakby bardzo podobał jej się fakt, że w oczach Syczka była złem wcielonym, a przynajmniej tak jej się wydawało. Robiła wszystko, aby tak właśnie było!
— W sensie? — spytała Zalotka.
— W sensie… nieważne — mruknęła, zgrywając tajemniczą.
— Jak chcesz — szylkretka wzruszyła ramionami, na co Brukselka prychnęła. “Och, czyli tak chcesz się bawić!” pomyślała. Myślała, że wojowniczka będzie się domagała wyjaśnień, ale skoro sprawy potoczyły się inaczej, to będzie musiała wykombinować coś sama.
— Ale skoro nalegasz, to ci powiem! Właściwie to częściej się widuję z liderką niż z moim mentorem! Ugh, nie cierpię treningów z nim! Uczę się natomiast pod okiem różnych wojowników i uważam to za skuteczną metodę nauki. Wydaję mi się, że jestem całkiem dobrze wyszkolona, ale jeśli chcesz, możemy to sprawdzić! Chętnie pobiorę od ciebie jakieś nauki — zrobiła krok w stronę wojowniczki, uśmiechając się szeroko.
— Najpierw obrażasz mi brata, a potem prosisz mnie o przysługę? — spytała, na co Brukselkowa Łapa na chwilę zamilkła.
— Nie… nie, to nie tak! Ja wcale go nie obraziłam! — zaczęła się gorączkowo tłumaczyć, faktycznie, to co zrobiła, nie było zbyt mądre.
— Żartuję. Ja sama nie za bardzo się z nim lubię, więc myślę, że możemy się dogadać — uspokoiła ją. Uczennica poczuła, jak kamień spada jej z serca.
— To świetnie! Mogę jutro z rana zabrać się z tobą na trening, dobra? — zaproponowała.
— Jasne — mruknęła Zalotka. W takim razie były już umówione. Doskonale! Być może siostra Sraczkowego Szeptu okaże się lepsza niż on sam? W każdym razie teraz już temat się wyczerpał, co było równoznaczne z tym, iż liliowa powinna się już zwijać.
— To ja już będę spadać — pożegnała się z pstrokatą towarzyszką i przeciskając się przez zgromadzone koty, przedostała się bliżej kamienia, na którym szczycie rysowały się sylwetki kilku kotów. Największą uwagę Brukselki przykuli oczywiście liderzy klanów. Rozpoznała jedynie Sosnową Gwiazdę, a także Spienioną Gwiazdę, która przedstawiła się przed chwilą innym kotom. Oprócz nich na górze widniały jeszcze dwie jednostki, których Brukselka nie kojarzyła z imienia. Jedną z nich była ciemna, szylkretowa kocica, która przewodziła Klanowi Klifu. Drugim był natomiast czarny, dymny kocur, który zapewne był przywódcą Klanu Burzy.
***
Tym razem niebo nie było już tak czyste i przejrzyste jak te kilka godzin temu. Księżyc został spowity chmurami, które zesłał im sam… Klan Gwiazdy. Chyba. Wciąż trochę dziwne jej się żyło z myślą, że bardziej od Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wierzy teraz w jego kompletne przeciwieństwo. “Gdyby tylko Pokrzywowy Wąs się dowie-” pomyślała, ale nie skończyła swojej własnej myśli, ponieważ jej łapa napotkała na swojej drodze korzeń. Brukselka się zachwiała, o mało nie upadając na pysk. Z tyłu usłyszała kilka cichych chichotów.
— Kurka! — burknęła pod nosem i przyspieszyła, omijając koty na swojej drodze. Chciała wyjść na przód, odcinając się od tamtych pobratymców, którzy byli świadkami jej wypadku. Liliowa zrównała się krokiem z Lodową Sałatą.
— Hej! Jak tam u ciebie? — spytała Brukselka. Starsza od niej kotka rzuciła na nią wzrokiem, w którym z początku widać było coś na kształt “Czego chcesz, dzieciaku?”. Potem jednak czarno-biała kotka przybrała nieco poważniejszy i neutralny wyraz pyska.
— A nic ciekawego. W ogóle to, co sądzisz o tych wydarzeniach na zgromadzeniu? — mruknęła, unosząc brwi. Brukselka przez chwilę zaprzestała wpatrywania się w Sałatę, skupiła się na drodze, jednocześnie rozmyślając.
— Nie wiem. Było dosyć dziwnie, w końcu wcale nie tak często… niebo zachodzi się chmurami, prawda? Przodkowie naprawdę musieli się na nas zezłościć — przyznała, na co wojowniczka pokiwała głową. Na moment pomiędzy kotkami zapadła cisza.
— Nie dziwię się im. To jedyny moment, w którym wszystkie klany mogą się spotkać w pokoju i wymienić się nowościami! Ci liderzy chyba nie wiedzą jak się zachować, roztrząsając takie ważne sprawy na zgromadzeniach. Może powinni wymyślić sobie jakieś własne zgromadzenia, zamiast niszczyć je nam? — kontynuowała. Mówiła bardzo cicho i ostrożnie, obawiając się o to, że jeszcze Sosnowa Gwiazda ją usłyszy i spotka ją ten sam los co Głupią Łapę albo… jej piękną Rysią Łapę – biedna, przecież nie zrobiła nic wielkiego! Jak zwykle liderka musiała mieć o coś ból zadka, co było codziennością.
— No, w sumie racja. Udało mi się dziś zagadać do jakiegoś kota z Owocowego Lasu, ta cała sprzeczka przerwała mi z nim konwersację! Chociaż nie był on najciekawszym kotem do rozmów. Ciągle się jąkał, był dziwny, no ale cóż, lepsze to niż nic — miauknęła, na co uczennica pokiwała głową.
— Trochę współczuję owocniakom! Biedni, muszą nie rozumieć co dzieje się na tych zgromadzeniach, bo oni chyba nie wierzą w Klan Gwiazdy ani Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, co nie? — zaczęła się zastanawiać. Czy ona kiedykolwiek miała okazję porozmawiać z jakimś kotem z Owocowego Lasu? Nie kojarzyła nic takiego, ale może już pamięć ją zawodziła. Uczennica spojrzała się na Sałatkę z błyskiem w oku, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
— Skąd mam to wiedzieć? Nie pytałam się go o wiarę, nie interesowało mnie to — stwierdziła. Brukselkowa Łapa otworzyła pysk, aby się odezwać, ale w tym momencie zauważyła, iż grupa dociera już do obozu. Porzuciła rozmowę ze starszą koleżanką i wysunęła się na sam przód. Do jej uszu szybko dotarły różne szmery, a nawet i płacze, lamenty.
Położyła po sobie uszy, niepewnie stawiając kroki do przodu. Co się stało? Czy obóz został zaatakowany przez psy? Może lisy? Borsuki? Nie, nic z tych rzeczy. Od razu na wejściu powitał ją Pokrzywowy Wąs. Wyglądał dosyć słabo, a także przygnębiająco. Jego pysk nie ukazywał żadnej szczególnej emocji, ale można się było domyślić, iż jego serce ściskał teraz smutek. Koło niebieskiego kocura stała mama Brukselki – Kwitnący Kalafior.
— Co się stało? — spytała niepewnie, bardzo cichym i delikatnym, wręcz obcym dla niej tonem. Stała w bezruchu, ostrożnie dobierając słowa, a także planując swoje ruchy. Miała wrażenie, że jej ojciec w każdej chwili mógłby po prostu wybuchnąć! Liliowa nie doczekała się odpowiedzi słownej od wojownika, ten jedynie oczami naprowadził ją na środek obozowej polany, na której znajdywały się skłębione koty. Wyglądały teraz jak sępy, które właśnie zleciały się po śmierci ofiary. Z początku uczennica nie miała pojęcia, co ją czeka, nieśmiało przecisnęła głowę przez zgromadzonych, a wtedy ujrzała… martwe ciało. Zmrużyła oczy, najpierw nie pojęła, że to właśnie jej babcia leży teraz nieżywa na samym środku obozu, dopiero po jakimś czasie zaczęło to do niej dochodzić. Wycofała się z tłumu, przy okazji przypadkowo uderzając w swojego ojca.
— Babcia… nie żyje? Dlaczego zmarła? Czy umierała samotnie? — wycedziła na jednym wdechu.
— Nie wiem. Nie chcę wiedzieć — odparł, bez żadnych większych emocji. Brukselka opuściła głowę.
— Jak się z tym czujesz? Co z dziadkiem? — spytała, lecz w odpowiedzi uzyskała jedynie ciszę, a przynajmniej na jakiś czas. Dopiero potem Pokrzywowy Wąs westchnął i otworzył pysk.
— A jak mam się czuć? Była moją matką, ale nie ma co, w końcu jesteśmy tylko kotami. Umieramy, tak jak każde inne zwierzę — westchnął, na co uczennica mruknęła coś pod nosem. Nie miała już więcej pytań, zresztą nawet nie chciała ich zadawać, bo nie chciała przytłoczyć nimi wojownika. Na pewno potrzebował on teraz ciszy i spokoju, a takie kłapiące ozorem dziecko tylko by go zirytowało. Kotka ponownie przybliżyła się do grupy kotów, aby wraz z nimi ostatni raz pożegnać Płonącą Duszę. Nie znała jej co prawda zbyt dobrze, ale oni wciąż byli rodziną – powinna uszanować szylkretkę.
— Co się stało? — spytała niepewnie, bardzo cichym i delikatnym, wręcz obcym dla niej tonem. Stała w bezruchu, ostrożnie dobierając słowa, a także planując swoje ruchy. Miała wrażenie, że jej ojciec w każdej chwili mógłby po prostu wybuchnąć! Liliowa nie doczekała się odpowiedzi słownej od wojownika, ten jedynie oczami naprowadził ją na środek obozowej polany, na której znajdywały się skłębione koty. Wyglądały teraz jak sępy, które właśnie zleciały się po śmierci ofiary. Z początku uczennica nie miała pojęcia, co ją czeka, nieśmiało przecisnęła głowę przez zgromadzonych, a wtedy ujrzała… martwe ciało. Zmrużyła oczy, najpierw nie pojęła, że to właśnie jej babcia leży teraz nieżywa na samym środku obozu, dopiero po jakimś czasie zaczęło to do niej dochodzić. Wycofała się z tłumu, przy okazji przypadkowo uderzając w swojego ojca.
— Babcia… nie żyje? Dlaczego zmarła? Czy umierała samotnie? — wycedziła na jednym wdechu.
— Nie wiem. Nie chcę wiedzieć — odparł, bez żadnych większych emocji. Brukselka opuściła głowę.
— Jak się z tym czujesz? Co z dziadkiem? — spytała, lecz w odpowiedzi uzyskała jedynie ciszę, a przynajmniej na jakiś czas. Dopiero potem Pokrzywowy Wąs westchnął i otworzył pysk.
— A jak mam się czuć? Była moją matką, ale nie ma co, w końcu jesteśmy tylko kotami. Umieramy, tak jak każde inne zwierzę — westchnął, na co uczennica mruknęła coś pod nosem. Nie miała już więcej pytań, zresztą nawet nie chciała ich zadawać, bo nie chciała przytłoczyć nimi wojownika. Na pewno potrzebował on teraz ciszy i spokoju, a takie kłapiące ozorem dziecko tylko by go zirytowało. Kotka ponownie przybliżyła się do grupy kotów, aby wraz z nimi ostatni raz pożegnać Płonącą Duszę. Nie znała jej co prawda zbyt dobrze, ale oni wciąż byli rodziną – powinna uszanować szylkretkę.
<Zalotko?>
[2054 słów]
[przyznano 41%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz