BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 maja 2024

Od Cisowej Łapy DO Mrocznej Wizji

Kolejny dzień - kolejni chorzy. Na początku do ich pięknego legowiska zawitała Bielicze Pióro, która ewidentnie nie wyspała się dobrze. Zaranna Zjawa kazała jej przynieść czarne ziarenka, które podobno były makiem. W tym samym czasie Naparstnicowa Kołysanka kazała jej przynieść niebieskie jagody jałowca dla Płonącej Duszy, a jeszcze chwile potem musiała przynieść aksamitkę na ból stawu Kukułczego Gniazda. Od kiedy trafiła tutaj kilka wschodów słońca temu, ciągle tylko słyszała „Cisowa Łapo podaj mi zioło zielarskie, to taki zielony liść, o tam!”. Miała już tego powoli dość. Wolała już umieć przynajmniej wyjmować kolce z łapy. Ale jak na razie tylko tłukła nudną teorię. Kiedy chorzy przestali tak szybko przychodzić do legowiska medyka poszła coś zjeść. Wzięła pierwsze lepsze zwierzę ze stosu zdobyczy i zaczęła jeść. Nadal pamiętała swój egzamin na medyka, lecz nie zamierzała się głodzić, by uratować jakieś marne myszy. Jako że nie widziała nikogo znajomego, z kim mogłaby zjeść, zaczęła myśleć. Musi wreszcie się przełamać i powiedzieć Zarannej Zjawie, że chciałaby móc również walczyć i polować, lecz teraz nie mogła. Była zajęta wychowywaniem kociąt i leczeniem chorych. A ona sama była zajęta podawaniem wszelakich jagód i liści medyczkom. Pomyślała sobie też, że może powinna ćwiczyć inne rzeczy na przykład manipulację i chowanie uczuć jak uczyła ją matka. Tylko kto mógłby ją uczyć? Na pewno kultysta. Innym mogło wydać się to dziwne i podejrzane. Więc kiedy zobaczyła Mroczną Wizję - kultystkę i dość młodą Mistrzynię - uznała, że trafiła idealnie. W końcu, jeżeli została mistrzynią w takim wieku, to musiała się znać też na manipulacji, gdyż zazwyczaj mistrzowie są wyśmienici w tych umiejętnościach. Podeszła więc do niej.
- Witaj Mroczna Wizjo - powiedziała, kłaniając się. - Mogłabyś mnie czegoś nauczyć? - zapytała szeptem.

Wyleczeni: Bielicze Pióro, Płonaca Dusza, Kukułcze Gniazdo

<Mroczna Wizjo?>
[277 słów trening med] 
[przyznano 6%]

Od Lwa

 retrospekcje

Była noc. Kolejny okropny dzień minął. Dwunożny go uderzył. Znowu. I jeszcze to idiotyczne imię. “Lewek”. Dlaczego? Nie mogą go normalnie nazwać? Lewek miał już dość. Kark go bolał od częstego bicia, miał katar od przebywania w zimnym pomieszczeniu, nie miał posłania, był zamykany w jakimś małym ciasnym pomieszczeniu. Nie da rady już tak dłużej żyć. Musi zobaczyć życie poza płotem, może kiedyś mu się poszczęści i uda uciec. Siedział jak zazwyczaj w tym wilgotnym, zimnym, brudnym i ciasnym pomieszczeniu. Jedynym źródłem światła było niewielkie okno na wysokości odpowiadającej mniej więcej trzem długością ogona. Lew ułożył się na twardym posłaniu, i próbował zasnąć ale warunki mu to uniemożliwiały. Wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. pragnął się z tego wydostać ale wątpił że uda mu się przemknąć przez drzwi, a do okna próbował doskoczyć wiele razy, ale nigdy mu się to nie udało. Spróbuje jeszcze raz. Wziął lekki rozbieg, taki na jaki pozwalała mu wielkość pomieszczenia, i spróbował skoczyć. Nie udało się. I jeszcze raz. I jeszcze raz… Próbował wiele razy, nie pozwalał sobie na przerwy. Albo teraz, albo nigdy. Nie wytrzyma dłużej w tym okropnym miejscu. Wykonał ostatni rozpaczliwy skok, i już myślał że opadnie na ziemię jak przy każdej poprzedniej próbie, ale jego łapy opadły na drewniany parapet, wbił w niego mocno pazury i wierzgając tylnymi nogami starał się dosięgnąć parapetu. gdy wreszcie mu się to udało zaczął badać swoją drogę ucieczki. Na jego szczęście okno było uchylone. Co prawda szpara znajdowała się u góry, ale to nie był problem. Wysunął się przez nią i wylądował z drugiej strony, od razu ześlizgując się z parapetu i wpadając w biały puch na dole. Śnieg. Przebrnął jakoś do płota, przecisnął przez przerwę w ogrodzeniu i był po drugiej stronie. 
- Jestem wolny!!! - Krzyknął uradowany. - I od teraz nie nazywam się Lewek. Od teraz, nazywam się Lew. - oświadczył z zadowoleniem wypinając dumnie pierś.
pognał przed siebie w nieznaną stronę. znalazł się na pustej ośnieżonej przestrzeni. Stał tam jakiś kot. Może mu pomoże?
- Dzień dobry Panu!!!
- Spadaj gnojku to nie miejsce dla pieszczoszków. - Parsknął i splunął w jego stronę pogardliwie, po czym zamachnął się na niego uderzając go w bok i przewracając. 
Lew przerażony pognał w nieznanym sobie kierunku przed siebie byle by z dala od tego kota. Wbiegł pod jakiś kontener, skulił się i zasnął.
Nie wiedział co przyniesie mu przyszłość, ale głęboko w sercu liczył na to że świat będzie mu bardziej przychylny, choć wiedział że życie nie będzie takie łatwe jakby tego pragnął.

***

Lew wstał i się przeciągnął. Jego kochany dom. Był nawet lepszy od jego starego parku. Musiał go wreszcie obejrzeć dokładnie, ale najpierw powinien się nauczyć chodzić po dachach jak to postanowił jakiś czas temu. Wyszedł ze swojego legowiska z plandeki rozłożonej na deskach opartych na jakiejś starej drewnianej skrzynce. Najpierw znajdzie sobie jakiś mały domek, a potem powspina się na kamieniczki. Jak się tego wreszcie nauczy. Udał się w stronę południowego krańca miasta, by znaleźć sobie jakiś uroczy mały domek. Gdy wreszcie wybrał zastanowił się jak do tego podejść. Jest drzewo, może po nim wejść. Ale nie zawsze będzie miał drzewo. Przyjrzał się budynkowi. z dachu schodziło długie coś jakby pień drzewa. To się chyba nazywało rynna. Może po niej wejdzie? Podszedł do rynny i chwytając ją łapami próbował wejść wyżej, ale się za każdym razem się ześlizgiwał. Może spróbuje wchodzić na to jak na drzewo? Kształt jak drzewo, grubość odpowiednia, co prawda tekstura pod łapami czuć że inna ale raczej powinno się wchodzić tak samo. Zaczął się piąć wyżej i wyżej po rynnie do góry, aż wszedł na dach. Stanął na nim, wbijając pazury w nawierzchnię i balansując starał się iść do przodu. Chwiał się trochę, i parę razy ześlizgnął, ale w końcu udało mu się dojść na koniec, po drodze przeskakując komin. Potem zawrócił kawałek i usiadł na środku dachu starając się utrzymać w pionie. Rozejrzał się po okolicy. Domki, drzewa, krzewy, siedlisko dwunożnych, rzeka w oddali, droga grzmotu którą ledwo widać. Gdzieś tam daleko za nią jest teraz jego przyjaciel, Pochmurny Płomień. Wstał, i skierował się w stronę końca dachu dalej trochę chwiejąc się na łapach, ale poszło mu znacznie lepiej niż wcześniej. Zsunął zeskoczył na drzewo, a z niego parę gałęzi w dół i na ziemię. Teraz powinien coś zjeść a potem zabierze się za coś trudniejszego. Lew udał się na pole i zapolował. Udało mu się złapać więcej niż jest w stanie zjeść, więc postanowił że myszy które mu zostaną zostawi gdzieś może jacyś samotnicy miejscy którzy nie pozwalają sobie tak często jak on na przechadzki poza miastem się lepiej pożywią. Wrócił do miasta, i udał się w okolice placu gdzie często chodzą różne koty. Schował się za ścianą i rzucił parę myszy w stronę środka. Nie minęła chwila, gdy z zaułków, zza ścian i wszystkiego za czym dało się schować wypadło parę kotów. Kłębiąca się i bijąca o parę myszy kupa futra i kości rzucała się po placu aż się kurzyło. W końcu zadowoleni zwycięzcy chociażby kawałka zdobyczy triumfalnie odbiegli ub pomaszerowali zostawiając przegranych bez jedzenia. Tak to już jest w mieście, raz się je a raz czyści ziemię i jęczy chodząc o pustym brzuchu. A on chodzi polować za miasto zamiast tłuc się o resztki więc nie ma takiego dylematu. Odszedł już bez jedzenia i udał się w stronę domu. Tam przyjrzał się jak mógłby wejść na dach. Przy ścianie stoi kontener na śmieci, obok niego jakieś pudło. Wszedł po pudle na kontener a z kontenera na rynnę i po niej wszedł wyżej. Usiadł na dachu. Lubi obserwować wszystko siedząc na czymś wysokim, na drzewie, wzgórzu, teraz też na dachu. Z pewnością będzie wchodził na dach częściej bo jest tu dobry widok i tak właściwie jest to dosyć przyjemne i fajne. Wstał i zaczął iść po kolejnych dachach. Tu chodzi się wygodniej, jest więcej płaskich dachów nie musi się męczyć z utrzymaniem równowagi. Pospacerował jeszcze trochę i zawrócił. Zszedł na dół i wrócił do swojego tradycyjnego włóczenia się po mieście i okolicach.

***
Wszedł na dach. Była ciepła wiosenna noc, niebo było czyste, chmur było na nim niewiele. Było widać na nim setki, tysiące gwiazd. Czy to prawda? Czy przodkowie siedzą tam na górze i ich obserwują?Położył się na grzbiecie. Jedna gwiazda, druga, trzecia… Ile było już tych wielkich kotów, które zasłużyły na pamięć swoimi bohaterskimi czynami? On raczej do nich nie dołączy. Jest tylko zwykłym samotnikiem który nawet nie ma szans na chociażby ujrzenie ich przez krótką chwilę, chociażby przez sekundę móc usłyszeć, wyczuć kota  Klanu Gwiazdy. Nie jest nawet w klanie by sobie na to zasłużyć. Przecież co. Wojownicy mogą w pełni przestrzegać kodeksu wojownika, on nie. Wojownicy są w klanie, a on nie. Pewnie jest dla nich tylko jednym z setek niepotrzebnych kotów spoza klanów. Ale to nie przeszkadza mu by wierzyć. Oglądając gwiazdy zasnął. Miał nadzieję że Klan Gwiazdy ma go teraz w swojej opiece, jak koty z klanów Bo chyba wszystkie wierne koty ma, prawda?

[1152 słów + chodzenie po dachach]
[przyznano 23%+5%]

Od Tuptającej Gęsi Do Muszelki (Muszlowej Łapy)

*Gdy Muszelka była w Klanie Nocy*


 Gęś utknęła w żłobku, co nigdy nie było jej marzeniem. Niby mogła oddać swe córki w łapy Kotewkowego Powiewu, która była jej siostrą, jednak nie chciała tego zrobić. Co, jeśli i ona spiskowała z Topikową Głębiną? Nie wiedziała, co siedziało w głowie tej kotki, ale na pewno nie było to coś dobrego. Nie mogła stracić ponownie swojego kocięcia. Po prostu nie mogła. Już sama strata Łabędzia była dla niej dużym ciosem, z którym dalej nie mogła się pogodzić. Ten czekoladowy potwór postanowił posunąć się do takiego czynu. Jednak gorsza myśl krążyła w jej głowie. Czemu jej mama nie ukarała medyka za jego okrutne czyny? Zrobił to specjalnie, to była tylko jego sprawka, a dalej chodził spokojnie po klanie. Jak teraz ona miała się czuć bezpiecznie?! A co jeśli ponownie będzie próbował pozbawić życia jej dzieci?
 Z jej myśli wyrwał ją cichy głosik. Spojrzała w kierunku źródła dźwięku, aby zobaczyć, że jej niebieskie kocię się obudziło. Mała kocica postanowiła przenieść się między łapy zastępczyni i wbić w nią swoje niebieskie ślepia. Mimo iż Muszelka nie była czarna, to i tak w oczach Tuptającej Gęsi, wpisywała się w kotkę idealną. Samo to, że posiadała jej krew, czyniło ją lepszą od innych, a za tym szły oczekiwania, o których przypominała im na każdym kroku Gęś. Obie kotki miały być idealne, zachowywać się jak przystało na damę, a najważniejsze, nie sprzeciwiać się matce. Nie chciała, aby jej pociechy wyrosły na kogoś takiego jak Wirująca Lotka, bądź Kotewkowy Powiew. Obie kocice poszły na dno, a przynajmniej tak uważała zastępczyni. Kotewka nawet nie mogła ukończyć szkolenia na wojownika, co mówiło samo za siebie, a Wir odeszła od nauk ich matki uważając, iż czekoladowe koty powinny być stawiane na tym samym poziomie, co reszta. Odeszła chyba od zmysłów. Może to przez medyka, który od pewnego czasu zaczął kręcić się przy jej siostrze. Zamieszał jej pewnie w głowie i dlatego zeszła z prawidłowej drogi.
 - Co tak na mnie patrzysz Muszelko? - Spytała kocica, układając językiem futro mniejszej kotki. Mimo iż od samego początku wiedziała, że to właśnie Muszelka pójdzie do Klanu Wilka, to coś w środku mówiło jej, aby młodej nigdy nie oddawać do tych krwiożerców. By kocica została w Klanie Nocy i została wychowana na następcę zastępczyni. Nie mogła jednak tak zrobić, z prostego powodu. Matka by ją zabiła, a tego Gęś nie chciała. - Mimo iż wymagam od Ciebie i od twej siostry dużo, to kocham was obie, pamiętaj o tym. Cokolwiek się nie stanie, ja zawsze przyjmę was z otwartymi łapami. Mama zawsze będzie obok i zawsze pomoże. - Przejechała językiem po poliku kociaka. - Jeśli będziesz chciała, to możemy pójść z Różą zobaczyć dziś zachód słońca. Znam idealne miejsce w obozie, gdzie można obserwować zachodzące słońce. Jestem przekonana, iż ten widok, mimo bycia tym samym zjawiskiem, będzie się różnił od poprzedniego, bo przecież nic nie jest takie samo. Co ty na to Muszelko?

<Muszelko?>

Od Syczka do Zalotki

Nadeszła beztroska pora zielonych liści, dając wilczakom (i nie tylko!) odrobinę wytchnienia. W czasie, kiedy większość kotów grzała się na słońcu, Syczek wolał za to kryć się w cieniu drzew przy leżącej nieopodal Stokrotkowej Polanie. Obserwował z oddali wojowników, którzy wykładali się tam, gdzie promienie przebijały się przez zbite sosny i świerki, tworząc na ziemi w obozie ekscentryczny wzór. Nikt nie mógł się oprzeć wygodnej słonecznej kąpieli! No... prawie. Kocurek zerknął z ukosa na swoje zbite futro. Zrzucał go naprawdę sporo, nieustannie znajdował to w swoim, to w czymś legowisku szare i złote włosy, lecz nadal było mu gorąco. Nie żeby była to dla niego ogromna przeszkoda – nie biegał dookoła obozu, nie skakał i nie rzucał się ciągle mchem, by dotkliwie odczuć konsekwencje upału. Nie był on jednak zbyt przyjemny.
Przeniósł wzrok na jedną z uczennic, która przeciągała się między resztą wylegujących się w najlepsze kotów. Widocznie gapił się na nią za długo bez zdania sobie z tego sprawy, ponieważ ta w końcu zauważyła go i zgromiła spojrzeniem. Syczek delikatnie położył po sobie zaniepokojony uszy, gdy ta zaczęła iść w jego stronę.
— A ty? Co się lampisz, kociaku? — zapytała aroganckim tonem Ognista Łapa. Niebieski tylko trzykrotnie zamrugał i pozostawił ją bez odpowiedzi. "Lampił" się? Czy było to coś złego? Zawsze był przekonany, że stworzenia posiadały oczy właśnie po to, by się "lampić" na innych. Niewiele rozumiał.
— Języka w gębie ci zabrakło? — dodała jeszcze, grymasząc. Zwykle w sytuacjach, kiedy ktoś koniecznie chciał z nim porozmawiać, wzywał mamę czy którąś z "ciotek", jak lubił nazywać bliskie jej kotki. W tej chwili Stokrotka zdawała się jednak rozpłynąć (lub po prostu akurat przez chwilę nie słuchała kociąt), a obok niego leżała jedynie Zalotka. Próbował ją przywołać cichym odgłosem, który przypominał nieco syknięcie. Szylkretka zwróciła ku niemu brązowe oczy, nieco zdezorientowana. Łeb Syczka obracał się, raz w stronę stojącej nad nim uczennicy i raz w stronę siostry.
Ognista Łapa patrzyła się na tą dwójkę jak na parkę wariatów.

<Zalotko?>

01 maja 2024

Od Lwiej Paszczy

 — Na własne oczy mieliście okazję się przekonać się do czego są zdolni nierudzi. O tym wam mówiłam od pierwszych chwil waszego życia!
Miała nadzieję, że jej kocięta wyciągną cenną lekcję, z tego czego byli świadkami. Jawnej niesprawiedliwości i hipokryzji Różanej Przełęczy, która wady potrafiła dostrzec tylko u jej bliskich. Szkoda, że względem Tropiącego Szlaku była aż nadto wyrozumiała, jak i również wobec swojego syna.
Czy Płomienna Łapa zabił jakiegoś kota, bądź omal nie doprowadził do upadku sojuszu? Nie. Zamiast tego najzwyczajniej w świecie dbał jedynie o dobro swoich bliskich i przyszłość klanu, w przeciwieństwie do reszty pustych wojowników, którym jedynie zależało na przeżyciu w spokoju życia bez zbędnego zamartwiania się przyszłością.
Spoglądała na czwórkę z piątki swoich kociąt, będąc zawiedziona ich postawą. Zamiast się za nią wstawić i bronić swojego brata, przyglądali się sytuacji, tak jak reszta kotów. Zawiodła się na nich. Myślała, że nauki którymi ich raczyła od narodzin miały jakieś znaczenie. Że rodzina jest najważniejsza i powinni zawsze się wspierać, nawet jeśli nie zawsze żyją w zgodzie. Tak w końcu było z nią i Piaszczystą Zamiecią, który ją co prawda zawodził na każdym kroku, ale był jej bratem.
— Ale Płomiennej Łapie nic nie będzie, w końcu Obserwująca Żmija to nasza babcia… — podjęła w pewnej chwili niepewnym tonem uczennica medyka
Wojowniczka zrobiła krok na przód, zbliżając się do Margaretkowej Łapy, która nie mogąc utrzymać kontaktu wzrokowego z matką, niepewnie opuściła głowę w dół. Ledwo potrafiła się utrzymać na trzęsących się łapach.
— Jeśli jeszcze raz nazwiesz tę przybłędę “waszą babcią” w mojej obecności to zadbam o to, aby już żaden dźwięk nie wydobył się z twojego pyska. Tyczy się to również waszej trójki. — zwróciła się do Nagietkowego Wschodu, Liliowej Łapy i Stokrotkowej Łapy — Obserwująca Żmija nie jest waszą babcią, nigdy nie była i nigdy nie będzie. W szczególności po tym czego się dopuściła. Jedyną kotką, którą macie prawo nazywać babcią jest Ziębi Trel. To ona była przy mnie, gdy byłam w ciąży i pilnowała, aby nikt nie zagroził mojemu, jak i waszemu życiu, gdy reszta wojowników nieudolnie poszukiwała mordercy waszej ciotki. Z resztą do tej pory nie został odnaleziony… — rzuciła z przekąsem, w końcu o tym, że to martwy bury wojownik okazał się być mordercą wiedzieli tylko ona, Piaszczysta Zamieć, Różana Przełęcz i Sójczy Szczyt. — To może być większy spisek niż zakładałam. — miauknęła sama do siebie, niż do uczniów, w których i tak udało jej się zasiać ziarno niepewności. — Macie kategoryczny zakaz zbliżania się do Obserwującej Żmii, czy to jasne? To dla waszego bezpieczeństwa. — Ostatnie zdanie powiedziała łagodniejszym tonem, przyglądającym się z troską swoim głupim, naiwnym kociakom, które kochała nad życie (Margaretki nie). Miała nadzieję, że kiedyś zrozumieją jej zachowanie. Być może, jak sami założą rodziny.

***
 
— Ciekawe jak będziesz się czuć, jak twoje kocięta zostaną ci zabrane. Może przestaniesz się tak głupio uśmiechać, udawać słodką idiotkę i wreszcie przejrzysz na oczy… — prychnęła, po tym jak wygarnęła cętkowanej kotce, że zamiast na zachodzeniu w ciążę, powinna się skupić na doprowadzeniu treningu jej ukochanej Stokrotkowej Łapy do końca. Jednak Brzęczkowy Trel była nieruda, cóż się dziwić, że zamiast skupić się na swoich obowiązkach, wolała iść na łatwiznę i zaszyć się w kociarni na osiem księżyców, gdzie będzie miała wszystko podawane pod nos. Wątpiła nawet w to, że była samotniczka była w stanie czegokolwiek nauczyć jej kociaka. Gdyby nie Lew, jej córka skończyłaby najpewniej tak jak cynamonowa - bez podstawowej wiedzy, jak powinna o siebie zadbać.
Właściwie, ruda z przyjemnością obserwowała by rozpacz cynamonowej kotki, gdyby musiała doświadczyć tego co ona, gdy została zmuszona do oddania dziecka pod opiekę tej zdradzieckiej Żmii. 
— Ale naprawdę Brzęczko? — zagadnęła ignorując puste słowa, w których cynamonowa ją przepraszała.  — Ze wszystkich kotów zdecydowałaś się założyć rodzinę z Malwowym Rozkwitem? — Wykrzywiła pysk, dając kotce jasno do zrozumienia co myśli o jej związku z kocurem, który mógłby być na dobrą sprawę jej ojcem, gdyby zdecydował się założyć rodzinę o wiele wcześniej w młodości. Co innego gdyby była w nim zauroczona, podziwiała go jakimś cudem, ale żeby od razu decydować się na kocięta? Najwidoczniej zależało jej na urodzeniu słabych i chorych kociąt, które zamiast wzmocnić to osłabią jeszcze bardziej Klan Burzy. — Pewnie zaraz umrze, taki stary jest, a ty zostaniesz całkowicie sama… Pusty Łeb o wiele lepiej by do ciebie pasował, bo obojgu z was pająki zasnuły umysł już dawno temu. Wstyd mi, że uważałam cię za przyjaciółkę…
Niemiłe słowa padające z pyska potomkini Piaskowej Gwiazdy doprowadziły ciężarną kotkę do płaczu, które na trzęsących się łapach wróciła z powrotem do kociarni. A Lew? Nie nabrała się na wymuszoną chęć wzbudzenia u niej współczucia. Nie obchodziły jej obce koty, które pośrednio i bezpośrednio przyczyniły się do krzywdzenia jej bliskich. Wciąż czuła złość, że żadna inna kotka, a przede wszystkim kotka, która sama była matką, bądź w niedługim czasie miała nią zostać, nie stanęła w jej obronie i jej syna. Czuła złość i gorycz sercu, która z każdym kolejnym dniem jeszcze bardziej przybierała na sile. Z trudem powstrzymała przed wysłaniem na tamten świat liderki, której rządy zamiast wzmocnić klan to go jeszcze bardziej osłabiały.
Walki w tunelach i kopanie tuneli? Na co to Burzakom, którzy powinni trenować na otwartym terenie, w końcu ich budowa ciała była przede wszystkim do tego stworzona, aby polować na zajęczaki na zielonych łąkach, a nie do przeciskania się w ciasnych tunelach, gdzie czekała na nich rychła śmierć. Widać, jak Różana Przełęcz ceniła sobie historię i kulturę ich społeczności, jednak czego można było się spodziewać po Przeklętym Kocięciu. 
— Obiecałeś mi, że zawsze będziesz przy mnie dziadku, więc… dlaczego pozwalasz na krzywdzenie swoich bliskich? — Ledwo słyszalne pytanie zostało porwane przez wiatr, pozostawiając wojowniczkę bez odpowiedzi 

WIRUJĄCA LOTKA URODZIŁA!

 Wirująca Lotka urodziła aż cztery silne córeczki! Po ciężkim porodzie jest jednak wycieńczona i potrzebuje czasu na regenerację...

Od Północnej Łapy(Bijącej Północy)

Czerpała jak najwięcej z ciepłych dni, podczas których słońce otulało jej futro swymi jasnymi promykami. Nie potrzebowała ładnej pogody, by mieć dobre nastawienie do życia, ale zdecydowanie wszechobecna jasność dodawała jej energii.
Niecierpliwie przebierała łapami w miejscu, obserwując zbliżającą się w jej stronę mentorkę. Delikatna Bryza powitała ją jak zwykle uśmiechem, po czym strzepnęła uchem, odganiając od siebie uciążliwie brzęczącą muchę. Następnie ogonem dała Północy znak do wymarszu.
Przechodząc pod wodospadem, czarna pozwoliła sobie na zmoczenie, chociaż fragmentu grzbietu. Polubiła się z wodą od ostatnich nauk pływania, jakie zapewniła jej koleżanka z Klanu Nocy. Co prawda po tamtym spotkaniu mentorka zerkała na nią dosyć podejrzliwie, jednak Północ uznawała to za niejasne znaki wynikające z jej własnego przewrażliwienie, a nie powód do stresu.
— Co planujesz na dzisiejszy trening? — zagadnęła szylkretkę, żwawo krocząc u jej boku. Było dosyć wcześnie, dzięki czemu ich spacerowi towarzyszył śpiew ptaków. Rozglądała się po mijanych drzewa, wypatrując uskrzydlonych stworzeń.
— Potrenujesz wspinaczkę — odparła swobodnie.
Północ zmrużyła w zamyśle oczy.
— Przecież umiem wchodzić na drzewa. Każdy kot to umie — zauważyła. To w końcu domena Klifiaków, aby byli mistrzami we włażeniu na różne, wysokie miejsca.
— Ostatnio ledwo co wlazłaś do połowy...
— Ciii. Mam wrażenie, że czepiasz się szczegółów — przerwała jej w żarcie, chociaż owa sytuacja rzeczywiście miała miejsca. Nikt prócz ich dwójki nie musiał jednak o tym wiedzieć.
W końcu otaczały je już tylko kory. Znalazły się w centrum lasu umiejscowionego nad klifem, a towarzysząca jej wojowniczka wypatrzyła jej zdaniem najlepsze drzewo do nauki, przy którym przystanęły.
— Oprzyj w pierwszej kolejności łapy, o, gdzieś na tej wysokości — zaprezentowała i spojrzała na nią wyczekująco. Północ powtórzyła jej ruch, krzywiąc się lekko, gdy chropowata struktura styknęła się ze spodem jej łap. — Teraz najważniejszy moment. Wzrok w górę. Upatrz sobie realne miejsce, do którego będziesz w stanie doskoczyć i wybij się z tylnych łap. Wtedy wczepiasz się tam, gdzie doleciałaś, a następnie standardowo, podciągasz się przednimi łapami i odpychasz tylnymi. Jasne? — spytała.
Północ energicznie pokiwała głową.
— Jak słońce!
Trening okazał się dla niej całkiem przyjemny. Wejście, pomimo jej małej siły w łapach, okazało się możliwe. Z początku bała się zejść, ale gdy już raz wyszło jej (nie licząc faktu, że od połowy pnia to bardziej przypominało nieświadome zjechanie, ciągnięta ciężarem tyłka w dół), to polubiła to bardziej niż wspinanie się.

***

Obóz tętnił życiem. Nie wiedziała dokładnie, co się stało, dopóki siostra nie sprzedała jej lekkiego kuksańca w bok i nie zasugerowała skupić się na tym, co będzie miało zaraz miejsce.
Przystanęła bliżej szylkretki, po czym próbowała ustać na tylnych łapach, starając dostrzec się coś więcej ponad głowami innych wojowników. Harmider wywołany przez rozmawiające między sobą koty ucichł w momencie, w którym Srokoszowa Gwiazda wyczłapał się ze swojego legowiska, po czym wspiął się na mównicę. Wszelkie szepty ucichły, a spojrzenie zebranych spoczęło na szarawym kocurze.
Łapy jej zmiękły, gdy wzrok ojca skierował się wprost na nią. Skinął głową i głośno odchrząknął.
— Północna Łapo, wystąp.
Szczęka niemalże jej nie odpadła. Czy oto właśnie nadszedł tak długo wyczekiwany przez nią moment? Końcówka ogona zadrżała jej z ekscytacji i gdyby nie reakcja Czar, która lekko i niezauważalnie pacnęła ją w bok, stałaby tam dalej jak głupia, zamiast podejść do przodu.
Czuła, jak rozpiera ją duma, gdy w końcu znalazła się przy skale. Wyobrażała sobie jednak, że tego dnia, ojciec spojrzy na nią pogodniej, z zadowoleniem, że jego córka w końcu pozbywa się uczniowskiego miana. On jednak, jak to było dla niego typowe, miał minę dosyć nietęgą.
— Ja, Srokoszowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Północna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Nieznacznie się skrzywiła. To "za cenę życia" brzmiało dosyć strasznie. Każdy się jednak zawsze na to zgadzał, więc nie zamierzała być wyjątkiem i kłócić się z tym stwierdzeniem.
— Przysięgam — odparła, mając na uwadze, że to było jej ostatnie słowo, zanim nie będzie zmuszona zamilknąć na całą noc, jak tego wymagała ceremonia.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Północna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Bijąca Północ. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i odwagę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu.
Zastrzygła uchem. Jej imię brzmiało dosyć... nietypowo. Nie została, jak się spodziewała, Północnym czymś, tylko nagle była Bijąca. Założyła momentalnie, że chodzić mogło o jakiś wiatr nachodzący z północy, co bije w drzewa. Gdy tak sobie to wytłumaczyła, nowe miano zaczęło jej się całkiem podobać.

[761 słów + wspinaczka na drzewa]
[przyznano 15% + 5%]

Od Stokrotki (Stokrotkowej Łapy) CD. Lwiej Paszczy

*Jak Stokrotka była kociakiem*

Mama dalej go trzymała, co jakiś czas liżąc po głowie. Stokrotce jednak to nie pomagało. Bało się, tak bardzo.
- Przy mnie jesteś bezpieczna. I tak zawsze będziesz, wystarczy, że będziesz się mnie słuchać. Nie dopuszczę, aby coś złego mogło ci się stać – powiedziała Lwia Paszcza. Stokrotka jednak dalej się bało. Powinno być idealne. Dlaczego więc nie wychodzi? Dlaczego nie potrafi się do tego przełamać? Dlaczego musi tak odstawać od reszty? Dlaczego teraz nie powiedziało prawdy?
 
***
 
*Przed tą całą akcją z Płomyczkiem, kilka dni po rozmowie ze Żmiją*
 
Od rozmowy z Obserwującą Żmiją minęło tylko kilka dni, a od tamtego czasu Stokrotka zastanawiało się, dlaczego mama nie powiedziała im o ich, w pewnym sensie, pokrewieństwie. Czy specjalnie chciała to zataić? A może po prostu nie było okazji? Nie miało już pojęcia.
- Może tak wyszło? – powiedziała Margaretka, dalej grzebiąc w ziołach – Może naprawdę nie miała czasu wam powiedzieć. W końcu wasze mianowanie tak szybko nadeszło!
- Może masz rację... Ale dalej to brzmi dość dziwnie. Nie powiedziała nam o babci. Nawet nie wiesz, jak się czułam, gdy powiedziała, że jest waszą babcią! – odparło Stokrotka, schylając głowę.
- Głowa do góry Stokrotko. Obserwująca Żmija zrozumiała, że mama wam nie powiedziała, więc nie jest zła. Będzie dobrze.
- Ale naprawdę chce się dowiedzieć, dlaczego nie powiedziała!
- Może się zapytaj? – zaproponowała Margaretkowa Łapa, przenosząc wzrok na swoją siostrę – Powinna ci powiedzieć.
- Chyba masz rację. Dziękuję Margaretko! Jesteś najlepsza! – powiedziało Stokrotkowa Łapa i wyszło z legowiska medyka. Jak ono się cieszyło, że ma siostrę mieszańca! Dzięki temu mogło z nią jakoś normalnie pogadać, bez udawania zbędnej damy. Rozejrzała się po obozie w poszukiwaniu Lwiej Paszczy. Chciała się zapytać już teraz! W końcu ta sprawa nie mogła czekać dłużej. Po chwili zauważyła Lew wychodzącą z legowiska wojowników. Podbiegła do niej.
- Cześć mamo!
- Witaj Stokrotkowa Łapo – przywitała się wojowniczka.
- Mogę z tobą porozmawiać? Czy jesteś bardzo zajęta? – zapytała uczennica.
- Oczywiście, że możesz Stokrotko, zawsze możesz. O co chodzi?
- Wiesz... Ostatnio rozmawiałam z pierwszą mentorką Płomyczka. Musiałam jej zanieść jedzenie i tak jakoś wyszło – zaczęła ruda, starając się przy tym odgadnąć wyraz twarzy mamy – I okazało się, że jest babcią Margaretki i Nagietka, czyli naszą trochę też... Dlaczego nam więc o niej nie powiedziałaś?

<Mamo?>
[350 słów]
[przyznano 7%]

Od Bluszczu

*Pora Nowych Liści, przed zaczęciem pracy przez Jafara*

Szli przez miasto w całkowitej ciszy. Bluszcz rozglądał się co chwilę, niepewny, dokąd go zabierają. Nawet jeśli wcześniej mu powiedzieli, gdzie idą, kocurek zdążył zapomnieć. Od rana był nieprzytomny, w nocy też dobrze nie spał, a jego głowę i tak zajmowały inne myśli.
Oddalali się coraz bardziej od Kołowrotu, a Bluszcz coraz bardziej się niepokoił. "Czy musiałem zapomnieć?" - zastanawiał się. Po chwili przebiegli przez jedną z ulic i skręcili w pierwszą alejkę. Szli pomiędzy budynkami i wtedy arlekin się zatrzymał. Kiedyś już widział to miejsce. Pamiętał je. Potrząsnął jednak szybko głową, nie mógł się rozpraszać. Po chwili dogonił koty Białozora i poszli dalej. Przeskoczyli przez płot i przebiegli przez ogród jakiejś Wyprostowanej. Dziurą w ogrodzeniu się wydostali, a po chwili znów przekroczyli Drogę Grzmotu. Ostry odór drogi doleciał do nozdrzy Bluszcza, aż ten się skrzywił.
- Po co tym Wyprostowanym takie coś? Biega tylko po tej drodze i poluje... Nawet na nich! Chcą być zjedzeni?
- Ciszej – rozkazał jeden z samotników, na co uczeń od razu zamilkł. Schylił się, tak jak pozostali. Szybko schowali się za sporym śmietnikiem. Po chwili wyszli zza śmietnika i znów ruszyli wzdłuż ulicy. Szli dość szybko, a arlekin dalej się rozglądał. Nagle znowu zobaczył znajome okolice. Był tu kiedyś na treningu. Znajomych miejsc było tylko coraz więcej. Bluszcz był już całkiem zmieszany. Co się tu działo? Dlaczego w ogóle szedł on, a nie Betelgeza? Gdzie szli? Znowu znajome budynki, ulice i to drzewo, jedno z nielicznych w okolicy. Dalej przemieszczali się wzdłuż ulicy, a syn Jafara nie mógł przestać się rozglądać. Coraz większe zdziwienie, pomieszane ze szczęściem, pojawiało się na jego pysku. Oczy otwierały się coraz szerzej, a serce biło tylko szybciej.
- Możecie mi przypomnieć gdzie idzi... – zaczął i nagle urwał. Zatrzymał się, a wzrok pełen szczęścia i tęsknoty wbił w dom. Jego dom. Miejsce, w którym mieszkał od małego. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach, a uśmiech pojawił się na jego twarzy.
- Dom... – powiedział cicho i biegiem ruszył w jego stronę – Tak! Dom! To on! To tu! – krzyczał zadowolony, aż w końcu dobiegł do ogrodzenia. Starannie obejrzał płot, upewniając się, że to właściwe miejsce. Tak! To to! Potem ruszył w stronę drzwi i zrobił dokładnie to samo. To był ten dom! Jego dom!
- To tu! – krzyczał dalej. Reszta samotników przez chwilę mu się przyglądała, a potem zaczęli szukać wejścia.
- Chodź – rozkazał w końcu jeden z nich. Arlekin ruszył za nimi, mając nadzieję, że nie zabiorą go w żadne inne miejsce. Chciał już tu zostać. W domu. Nie musieć wracać do Kołowrotu. Chciał, by wszystko wróciło do normy. By było jak dawniej...
Po chwili znaleźli się w środku. Bluszcz rozpromienił się jeszcze bardziej na widok wnętrza.
- To naprawdę tu! – powiedział i szybko zaczął odwiedzać poszczególne pokoje. Jednak prędko się zatrzymał, ponieważ znalazł się w pokoju, w którym to mieszkał. W którym spędzał większość czasu. Łzy, które przed chwilą go opuściły, znowu się pojawiły, gdy kocur powoli chodził po pomieszczeniu. Wspomnienia zaczęły pojawiać się w jego głowie. Jak gonił się z Betelgezą, leczył Klamerkę, bawił się z Izydą, czy słuchał wypowiedzi matki. Zatrzymał się przy firance, prowadzącej na parapet. Dalej była dziurawa od pazurów. Uśmiechnął się lekko. W końcu zaczął szukać swojej małej skrytki z ziołami. Oczywiście była pusta. Wtedy zauważył, że w całym domu było brudno i brakowało niektórych rzeczy.
- Gdzie jest ta starsza Wyprostowana? – zapytał samego siebie. Wyszedł z pokoju. Nie widział jej nigdzie. Wszedł do innego pomieszczenia, tam też jej nie było. W kolejnym tak samo i kolejnym i kolejnym. Nie było jej w całym domu, który powoli przypominał opuszczony. Przeszedł go dreszcz. Skoro nigdzie jej nie ma, dom jest brudny, a na kanapie dalej leży talerz z niedokończoną kanapką... Coś musiało się jej stać.
- O nie... – powiedział tylko cicho i usiadł na ziemi. Jak to możliwe? Czy ona już nie...
- Gdzie jest piwnica? – zapytał jeden z samotników. Syn Księżniczki wstał i zaprowadził ich do miejsca, którego szukają, nie zadając zbędnych pytań. Gdy tylko znaleźli się w piwnicy, ich oczom ukazały się skrzynki.
- Musimy je przenieść – oznajmił ten sam kot, który pytał o drogę.
 
***
 
Była to dość ciężka robota, dobrze, że nie niósł tego sam. Bluszcz tak strasznie żałował, że nie może zostać w domu. Nie chciał wracać do Kołowrotu! Ale musiał pomóc ojcu, razem z rodzeństwem i matką. Gdy byli już obok Kołowrotu, przyszło więcej kotów Azora i zabrali skrzynki, również od niego. Usiadł na chwilę, dysząc. To naprawdę nie było takie lekkie. Dobrze, że zabrali od nich już te skrzynki. Po chwili wstał i rozejrzał się. Nie chciał jeszcze wracać. Skierował się w stronę ulicy i zaczął iść wzdłuż niej. Nie minęło dużo czasu, a się o coś potknął. Syknął coś cicho i się podniósł. Spojrzał na rzecz, która spowodowała ten upadek. Był to pluszowy miś. Zabawka jakiegoś dziecka. Był trochę porwany i nie miał jednego oka, a drugie było guzikiem, ale jednak wyglądał dość przyjaźnie. Trochę brudny i niewielkich rozmiarów, tak, że kocurek bez większego problemu mógł go wziąć. Rozejrzał się jeszcze. Nikogo nie zauważył.
- Cześć – powiedział do zabawki – Pewnie jesteś samotny... Wezmę cię ze sobą! Sam też często jestem sam. A tak to będziemy mieć siebie nawzajem – oznajmił i złapał misia za łapę. Nigdy jeszcze nie widział takiego czegoś, ale wyglądało trochę jak poduszki w jego domu.
- Tylko jak cię nazwać...

[870 słów, trening wojownika]
[przyznano 17%]

Od Stokrotkowej Łapy DO Cisowej Łapy

To zgromadzenie było super! Przynajmniej dla Stokrotkowej Łapy. Nigdy nie myślało, że spotka takie fajne koty i nawet kogoś o tym samym imieniu! To było bardzo ciekawe doświadczenie. I mogło być sobą! Tylko dlatego, że Lwia Paszcza nie poszła. Ale jednak! Nie musiało udawać ten ideał, co wszędzie dookoła w Klanie Burzy. To była prawdziwa wolność. Lecz teraz zniknęła. Znów było jak dawniej. No... Prawie, bo Płomienna Łapa znów stał się kociakiem. Za swoje zachowanie został zdegradowany do tej roli. Może przynajmniej nieco się zmieni. Jednak Lwia Paszcza bardzo się tym zdenerwowała. Zakazała im spotykania się z Obserwującą Żmiją. Wyglądała, jakby była obrażona na cały świat.
- Stokrotko? – nagle usłyszało głos swojej siostry – Słuchasz mnie?
- Oj... Przepraszam Liliowa Łapo. Zamyśliłam się trochę – odparło cicho Stokrotka.
- Dość często tak masz – powiedziała ruda. Stokrotkowa Łapa pokiwała głową. Lilia miała rację. Ale takie siedzenie w swojej głowie jest lepsze niż dogryzanie nierudym. Nagle obie kotki usłyszały wołanie, a z legowiska wojowników wyszła Mała Koszatniczka, mentorka Liliowej Łapy.
- Muszę iść na trening – oznajmiła ruda kotka i pożegnała się z siostrą. Stokrotka obserwowało, jak odchodzi i po chwili zostało same. Rozejrzała się i wtedy zdało sobie sprawę, że nie licząc rodziny, nie ma w klanie żadnych przyjaciół. Nikogo w jego wieku. Westchnęło cicho. Może to przez to, że Klan Burzy tak się różnił od Klanu Wilka? Przez tę durną nierówność, że rudzi lepsi... Przez jego zachowanie względem nierudych w obozie? Pod tym względem Klan Wilka wydawał się całkiem fajny. Tam nikt nie jest inaczej traktowany. "Bierze się pod uwagę charakter i umiejętności" - pomyślało, przypominając sobie słowa zastępczyni sąsiedniego klanu. Szybko jednak pokręciło głową. "Tu jest mój dom i moja rodzina!" - powiedziało sobie w myślach. Może i Klan Burzy nie był idealny, ale to był jej dom. Na pewno kiedyś się zmieni, zwłaszcza, że Różana Przełęcz ukarała Płomyczka. Czyli nie uznaje, że rudy zawsze jest bezkarny! A sobą może być w samotności poza obozem, lub na zgromadzeniu. Wtedy do głowy wpadł jej pewien pomysł. Może przecież wyjść z obozu. Nie musi tu tkwić cały dzień! Od pomysłu szybko przeszła do jego realizacji i już po chwili znalazła się przy wyjściu z obozu. Pokonała tunel i znalazła się na wrzosowisku. Było tam tak ładnie! Pora Nowych Liści już minęła, a wraz z nią te wszystkie ulewy. Słońce grzało, a na ziemi nawet pojawiło się więcej kwiatów! Córka Lwiej Paszczy od razu ruszyła w stronę tych pięknych roślin, zrywając niektóre.
- Zaniosę je mamie, na poprawę humoru – oznajmiła cicho. Miało nadzieję, że mamie się prezent spodoba. Już po chwili w pysku miało pełno kolorowych kwiatów. Ruszyło dalej, rozglądając się dookoła. Naprawdę pogoda była cudowna. Szła tak przed siebie, w głowie układając jakąś historię z zauważonych dookoła roślin i różnych rzeczy. Nie przejmowała się za bardzo, dokąd idzie. W końcu minęła Kamiennych Strażników i postanowiło, że w drodze powrotnej chwilę tak posiedzi. W końcu Brzęczkowy Trel mówiła, że to miejsce jest magiczne! Zbliżała się do granicy z Klanem Wilka. Gdy była już bardzo blisko, postanowiła, że zawróci, jednak wtedy poczuła, jak coś chodzi jej po nosie. Jakby coś ją łaskotało. Od razu upuściło kwiaty, łapami starając się zrzucić robaka, który z roślin, przeszedł na jego nos. Potrząsało głową i machało łapami. Pewnie wyglądało to dość zabawnie, ze strony innego kota. W końcu udało mu się zrzucić małe zwierzątko. Odetchnęło z ulgą, ale wtedy zdało sobie sprawę, że mogło trochę zdeptać zebrane dla mamy kwiaty. Od razu spojrzało w ziemię. Niektóre kwiaty naprawdę były podeptane, jednak nie wszystkie. Szybko zaczęło zbierać te całe, gdy nagle zobaczyło przy granicy jakąś kotkę, która mu się przygląda. Momentalnie się podniosło, trzymając w pysku kilka, nieco zepsutych kwiatów. Nie spodziewało się spotkać tu jakiegoś kota. Miało nadzieję, że nieznajoma dopiero przyszła i nie widziała prób zrzucenia robaka z nosa. Po chwili zdało sobie sprawę z tej dość podejrzanej ciszy, więc postanowiło się odezwać.
- Ja... Nie mam złych zamiarów! Po prostu przechodziłam – powiedziało pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy, dalej trzymając kilka kwiatów – Już sobie idę.

<Nieznajoma kotko z Klanu Wilka?>
[651 słów]
[przyznano 13%]