BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 sierpnia 2023

Od Gęsiego Wrzasku do Pajęczego Splotu

 Na przodków… Jak mu się nie chciało. Liliowy kocur przeciągnął się leniwie, odwracając na drugi bok w swoim legowisku. Chłód już nie spał, czuł to po jego ruchach języka na policzku pointa. Czyżby się nie domył? Mało ważne… liczyło się tylko to, że mieli czas dla siebie a on bezczelnie mógł chować pysk w białym futrze tego szajbusa.
— Gęś… wstawaj… — szepnął mistrz, łaskocząc go końcówką ogona po nosie. Gęś obruszył się, zakrywając pysk łapami. Mistrz czy nie, nie będzie go tu jakiś burak budził. Też coś.
Czyste chamstwo w klanie wilka.
— Nie. Daj mi spokój. Idę spać dalej… — opierniczył go, na czym świat stoi, nim ostentacyjnie odwrócił się do partnera dupą. Ten jednak nie dał za wygraną, stanął nad nim, łapiąc młodszego kocura za ucho. 
Ten, totalnie zbity z tropu, drgnął zaskoczony. Ktoś z wojowników wydał z siebie odgłos wymiotów, miał jednak to gdzieś, dopóki inny frajer nie zaczął wrzeszczeć.
— Idźcie w krzaki! Nikt nie chce waszych zalotów oglądać!
— Po prostu przyznaj, że mi zazdrościsz, stara ropucho! — warknął w stronę Jaszczurki, która urażona, odwróciła pysk w drugą stronę.
I dobrze, to wręcz pewne, że im zazdrości.
— Wstawaj, wstawaj. Dzisiaj klan trenuje — zamruczał Chłód, ocierając się o jego policzek. Gęś stęknął niezadowolony, mimo wszystko ruszając się ze swojego legowiska. Był wczesny ranek, chciał jeszcze odpocząć, zamiast latać jak idiota i lać się po pyskach z innymi. 
Marne życie, oj marne.
Trochę im zajęło czasu zorganizowanie wszystko, czemu Gęś się tylko przejmował. To całe bycie mistrzem… to nie dla niego, cieszył się więc, że Szakal nie wpadła na genialny pomysł “ofiarowania” mu tego tytułu. Zdecydowanie za dużo roboty.
— Kogo mi dasz dzisiaj do wstępnego sparingu? — zamruczał, obserwując resztę wilczaków.
— Pajęczy Splot
Gęsi Wrzask utkwił swój wzrok w młodym wojowniku, marszcząc nos. Cóż, będzie ciekawie…

< Pajęczy Splocie? >

Od Gęsiego Wrzasku do Nocnej Łapy (Rozwydrzonej Łapy)

 Wracał ze zgromadzenia ostro wyprowadzony z równowagi. Miał nadzieję, że Chłód zabierze jego muszelkę, bo jak nie… gówniara dostanie porządne lanie i w zębach mu ją przyniesie. Jadowita Żmija również nie szczędziła sobie uszczypliwości względem uczennicy, której przyszłość… cóż, nie pisała się w zbyt kolorowych barwach.
Gęsi Wrzask już miał zamiar o to zadbać.
Gdy dotarli do obozu, młoda została wrzucona do legowiska uczniów, skąd nie pozwalali jej wyjść ani na krok, dopóki w obozie nie zjawiła się sama Szakal wraz z resztą klanu.
— Zaraz przyjdę, weź przypilnuj to coś — mruknął Gęsi, a Jad uniosła brew zaciekawiona. — Mam dla niej małą niespodziankę — zamruczał, oblizując pysk. Kocica szybko podłapała jego myśli, uśmiechając się paskudnie. Kiwnęła mu łbem, dając liliowemu wolną łapę do rozmowy z liderką.
— To znowu ja — zaczął, włażąc do jej legowiska bez dzień dobry czy cmoknij mnie w zad. — Znalazłem rozwiązanie twojego problemu. Daj mi tę wronią strawę pod opiekę a ja… już ją naprostuję.
Szakal milczała, lecz jej wyraz pyska zdradzał, że jest ostro zamyślona. No tak, kocica nie była idiotką, dobrze wiedziała, że Gęś sam z siebie by się nie zgodził do charytatywnej roboty. To nie było w jego stylu. MUSIAŁA być jakaś druga strona medalu.
— Tylko jej nie wykończ, potrzebujemy wyszkolonych wojowników — mruknęła spokojnie, zrzucając z siebie resztę nerwów tej parszywej nocy.
— Ależ moja droga… co najwyżej ząb wybiję — uśmiechnął się pod nosem. Szakal dobrze wiedziała, do czego pił, lecz tylko skinęła mu łbem, dając pozwolenie na wyjście z legowiska.

~*~

Plan zadziałał, dostał tę zapchloną niewdzięcznicę na ucznia. Zamierzał przemaglować Rozwydrzoną Łapę tak, że zapomni, jak się nazywa. Szakala Gwiazda zapewne wiedziała, jakich… metod nauczania kocur będzie używać, bo jednak sama z nim trenowała, jednakże ku uciesze liliowego, kazała mu po prostu jej nie zabić lub nie połamać łap.
— Rusz się. Zaspałaś — rzucił oschle, nawet nie mając zamiaru bawić się w jakieś urocze dzień dobry, czy też inne cholerstwo.
— Czekam przy wejściu do obozu. Masz dwa uderzenia serca, żeby się tam znaleźć.
Warknął, a jego ogon smagnął powietrze. Oj już on ją naprostuje. Rozwydrzona Łapa pociągnęła nosem, chowając pysk w łapach, lecz Gęś miał to gdzieś. Po prostu wyszedł, przypominając jej, że ostro oberwie, jeśli każe mu czekać.
Jego źrenice zwęziły się, gdy dostrzegł, jak kotka próbuje skręcić do legowiska Kuniej Norki. Na jej szczęście zrezygnowała z tego pomysłu i podreptała wprost do czekającego na nią wojownika.
— Co Szakala Gwiazda mówiła o kontakcie z Kuną?
— Ż-że jest z-zakazany…
— Chcesz mieć pysk obdrapany z drugiej strony?
— N-nie…
— Tak, jak myślałem. Rusz się, za mną.
Słyszał, jak kotka pociąga co jakiś czas nosem, co wskazywało na to, że płacze. Gęsi Wrzask miał to jednak w głębokim poważaniu, niech sobie ryczy. Zasłużyła na to, co ją spotkało, gdyby żyła za czasów Mrocznej Gwiazdy…
Szli wydeptaną ścieżką przez innych wojowników. Kocur szukał odpowiedniego miejsca, gdzie będzie chociaż trochę otwartego terenu. Między drzewami dostrzegł potworną przełęcz. Idealne miejsce do treningu.
— Pozycja łowiecka. Już — zażądał, gdy tylko postawili łapy na otwartym terenie. Kotka popatrzyła na niego, załzawionymi ślepiami wahając się. — Ojej… moja droga chyba nie chcesz, żeby Kuniej Norce zdarzył się mały… wypadek, prawda? — szepnął, owijając ciało uczennicy ogonem.
— N-nie… N-nie chcę! — pisnęła przerażona a Gęś miał niemalże pewność, że z jej oczu poleciały kolejne łzy. Uśmiechnął się zwycięsko. Zacmokał niepocieszony, łapiąc ją za pysk.
— Więc rób, co ci każę, inaczej ta stara wariatka dołączy do tych waszych gwiazdek. Rozumiemy się!? Pozycja łowiecka. Jazda!
Puścił ją, pozwalając odsunąć się od niego na kilka kroków. A niech spróbuje tylko uciec, to zobaczy, do czego jest zdolny. Skończy gorzej, niż wronia strawa, jeśli tylko się odważy.

< Rozwydrzona Łapo? >
[597 słów]
[Przyznano 11%]

Od Spienionej Łapy do Zajęczej Troski

 Pianka wystawiła język, smakując płatki śniegu. Gdyby ktoś parę księżyców temu opowiedział jej o widoku, który zobaczy dzisiejszego ranka, z trudnością by mu nie uwierzyła. Nawet teraz trudno było uwierzyć, kiedy małe, białe śnieżynki wirowały na wietrze. Niektóre z nich opadały na ziemię. Inne przyklejały się do futra. Uśmiechnęła się szeroko. Nagle fakt, że przez chłód zwiędła jej kolekcja kwiatków, przestał się liczyć. W końcu kto nie chciałby mieć lśniących kryształków w futrze? 
– Spieniona Łapo – usłyszała nieopodal znany jej już głos. Odwróciła głowę, by dostrzec Zajęczą Troskę zmierzającą w jej kierunku. Otrzepała futerko, by jakkolwiek się prezentować i uśmiechnęła się do starszej kotki. –  Długo na mnie czekałaś?
Pokręciła głową i odpowiedziała:
– Nie, dopiero teraz wyszłam z legowiska. Jestem tu wcześniej, bo nie chciałam spóźnić się na pierwszy trening.
Tak naprawdę nie mogła być pewna jak długo tu stała, gdyż przez cały ten czas wpatrzona była w śnieg. Nawet jeśli odmarzałby jej już nos, nie powiedziałaby o tym Zajęczej Trosce. Po pierwsze niebo było jeszcze czarne, a obóz ledwo widoczny. Miały spotkać się dopiero o pierwszych promieniach słońca, dlatego jej mentorka w żadnym wypadku się nie spóźniła. Była nawet chwilkę przed czasem. Dlatego nie czekała na nią per se, a na mrozie znajdowała się z własnej, nieprzymuszonej woli.
– No dobrze, skoro tak mówisz. W takim razie idziemy – powiedziała Zajęcza Troska, po dokładnym przyjrzeniu się swojej uczennicy. Nawet jeśli przejrzała przez jej słowa, to nijak tego nie skomentowała. Zamiast tego ruszyła już w kierunku wyjścia z obozu. Pianka wiernie dotrzymywała jej kroku, cały czas z pogodnym wyrazem pyska. Wątpiła, by ta mina mogła z niej zejść, nawet jeśli wyglądała głupio. Wreszcie zacznie swój trening! Trudno było opisać towarzyszące temu uczucia. Miała wrażenie, jakby niosły ją, kiedy podążała za mentorką. 
– Co będziemy dzisiaj robić? – spytała po dłuższej chwili milczenia. 
Cisza ta nie była niezręczna, nawet jeśli ciągnęła się za nimi aż od obozu. Pianka skupiła się na obserwowaniu otoczenia. Chłonęła wszystkie dźwięki, widoki, zapachy. Starała się zapamiętać każde drzewo i krzew. Każdą dziurę, wzniesienie, czy zamarzniętą kałużę. Wątpliwym było, czy faktycznie zapamięta każdą tą poszczególną rzecz. Jednak ona na to nie zważała. Wolała być krok do przodu przed losem. Co gdyby ktoś je zaatakował, a ona musiałaby powiadomić o tym kogoś z obozu? Znajomość drogi powrotnej mogła okazać się bardzo wartościowa. Albo gdyby któraś z jej sióstr się zgubiła? Z drugiej strony o tym akurat wolała nie myśleć.
Dla innych mogła na taką wyglądać, ale nie była głupia. Nasłuchała się nieprzyjemnych opowieści od wojowników, a jej mama parokrotnie zwracała uwagę na niebezpieczeństwa czyhające poza obozem. Mimo uśmiechu i rozmarzonego wzroku, jej uszy cały czas były postawione. Co nie zmienia faktu, że nawet gdyby usłyszała coś niepokojącego… cóż, chyba zrozumiałym jest, że pewnie nie rozpoznałaby niebezpieczeństwa. Świat zewnętrzny dla nowo mianowanej Spienionej Łapy był ciągle niezrozumiały.
– Przejdziemy się trochę po naszych terenach. Pokażę ci z kim graniczymy, najważniejsze miejsca do zapamiętania, może trochę poćwiczymy rozpoznawanie zapachów – odparła wojowniczka, cały czas nie zwalniając kroku. Po krótkim namyśle, dodała – w końcu wychowywała cię Sroczy Lot, pewnie sporo już umiesz, co?
Wymawiając to imię, jej pysk przeszył delikatny uśmiech, który rozpłynął się wraz z podmuchem wiatru. Był to pierwszy raz, kiedy Pianka zobaczyła jak się uśmiecha. Po kilku biciach serca nie była już pewna, czy jej się to nie przewidziało.
– Oh, tak. Mama jest bardzo mądra. Mówi dużo ciekawych rzeczy – potwierdziła od razu, kiwając z zapałem głową. Mimo jej pogodnego tonu głosu, poczuła małe ukłucie w serduszku. Wbrew słowom Zajęczej Troski, tak naprawdę mogła jedyne na palcach jednej łapy wyliczyć, ile razy na dłużej niż chwilę wpadła do nich mama. Będąc jej uczennicą, Kotewka na pewno spędzi z nią o wiele więcej czasu, niż Pianka kiedykolwiek.
Odrzuciła od siebie tę myśl. Była tutaj teraz ze swoją własną mentorką, która również była bardzo miła i na pewno była świetną wojowniczką. 
– W takim razie pewnie niektóre rzeczy będą dla ciebie tylko powtórką.
– Mam nadzieję – zaśmiała się cicho Pianka.
– W razie gdybyś czegoś nie wiedziała, zawsze możesz pytać. Jesteś tu po to, żeby zostać świetną wojowniczką i ja ci to umożliwię – dodała jeszcze szybko jej mentorka. 
Pianka pokiwała na to głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że sporo rzeczy nie wie i najpewniej o dużą ilość rzeczy będzie musiała się dopytać. Była przyzwyczajona do odzywania się kiedy o czymś nie wie, nawet jeśli Wzburzony Potok rzadko okazywała się pomocna. Jej cierpliwość danego dnia kończyła się często wraz z pierwszym świtaniem.
 – Okej. Zbliżamy się do jednej z granic – oznajmiła Zajęcza Troska parę długości lisa później. W pewnym momencie drzewa zaczęły się przerzedzać i aktualnie stały na otwartej przestrzeni. Wiatr przyjemnie smagał je po karkach.  – Widzisz może coś, co pozwoliłoby ci dowiedzieć się, z kim tutaj graniczymy? Albo czujesz? Jakieś zapachy?
Na jej pytanie zamknęła na chwilę oczy. Wciągnęła nosem powietrze i otworzyła pysk, chcąc je posmakować. Najbardziej wybijał się zapach drzew iglastych, a także ptaków. Jednak niewiele jej to mówiło. U nich również sporo było drzew i czasami na stosie widziała ptaki. Zmarszczyła brwi. Otworzyła oczy, licząc na to, że znajdzie jakąś odpowiedź. Długo nie musiała się rozglądać.
– Klan Klifu! – wypaliła na widok klifu w oddali. Był trudny do zobaczenia, ledwo widoczny za mgłą i opadającym śniegiem, ale mimo to znajdował się tuż przed nimi. Jednak teraz nie wiedziała jak mogła go na początku nie zauważyć. Jego kształt rysował się wyraźnie na tle białego nieba.
– Brawo, Spieniona Łapo! – Zajęcza Troska kiwnęła głową z aprobatą. Pianka uśmiechnęła się. Była to pierwsza pochwała od nowej mentorki, dlatego wiedziała, że zachowa ją w serduszku. – Ich zapachu nie można pomylić z niczym innym. W żadnym wypadku nie możesz pójść tam, gdzie będzie cię on otaczał z każdej strony. Wyryj go sobie w głowie i nigdy nie zapomnij. Sosny, ptaki, trochę śmierdzącej tchórzliwości, to właśnie Klifiacy. Chodź, jeszcze mamy sporo do zobaczenia.
Na te słowa ruszyła przed siebie, przedzierając się przez głęboki śnieg. Za to Pianka została, starając się zrobić dokładnie to, o co ją poprosiła. Dopiero kiedy była pewna, że zapach pozostał jej w głowie, przyspieszyła, by dogonić kotkę.
Reszta treningu przebiegła im sprawnie. Słońce dopiero zaczynało górować, a one już dawno zostawiały za sobą granicę z Klanem Burzy. Szły sobie spokojnie wzdłuż oblodzonego brzegu. Czasami pojawiała się między nimi nagła cisza, kiedy starsza kotka zdawała się czegoś (lub kogoś?) nasłuchiwać. Pianka jej nie przerywała, bo nie była chętna na osobiste spotkanie z jakimś niepożądanym gościem. Cisza jednak bardzo szybko się rozpływała. Zazwyczaj wypełniana była bardziej lub mniej ważnymi informacjami o życiu w klanie.
– …tak właśnie brzmi Kodeks Wojownika – tłumaczyła Zajęcza Troska, odgarniając na bok gałęzie i pozwalając swojej uczennicy przejść. – Ale nie martw się, jeszcze go powtórzymy. Na pewno go zapamiętasz.
– Zajęcza Trosko, naprawdę wiesz bardzo dużo rzeczy! Cieszę się, że zostałaś moją mentorką – wymamrotała Pianka. Dopiero po paru biciach serca zdała sobie sprawę z tego, jak pewnie śmiesznie zabrzmiała. Mimo tego chciała jej jakoś okazać swój podziw i nie wiedziała co innego zrobić, oprócz ubrania go w słowa. W tym była najlepsza.
– Oj, nie słodź mi tutaj. Do czegoś zobowiązuje tytuł wojowniczki – odparła jedynie, uśmiechając się krzywo pod nosem. Nagle o czymś jeszcze pomyślała i przewróciła oczami. – Chociaż… uwierz mi, mogłaś trafić o wiele gorzej. Na przykład na taki Sarni Tupot. Uh, kocury.
Pianka nijak tego nie skomentowała. Z natury nie była chętna do obgadywania współklanowiczów. A już na pewno nie wyższych rangą. Dlatego zamiast odpowiedzieć, skupiła się na otoczeniu. Szły wzdłuż zamarzniętej rzeki, porośniętej kępami trzciny. Szur, szur. Tylko je było tutaj słychać. Tafla wody lśniła w promieniach słońca, nieruchoma i cicha. Za nią rozciągało się jeszcze więcej drzew i krzewów. Pomiędzy nimi dostrzegła cienkie, białe pnie, bujające się na wietrze. Ledwo widoczne na tle śniegu.
– A tam, co tam jest? Nie czuję zapachu innych klanów – zagadnęła, wskazując w tamtym kierunku.

<Zajęcza Trosko?>
[1279 słów]
[Przyznano 40%]

Od Makowego Pola CD. Gąski (Tuptającej Łapy)

 Spojrzała z góry na kociaka, który na nią wpadł. Ostatnio jakoś tak jej właziły pod łapy te pijawki, które zmajstrowała sobie Sroczy Lot. Dalej nie wiedziała jak do tego doszło, a nikt nie chciał nawet tego wyjaśnić. Przecież głupia nie była, by uwierzyć wojowniczce na słowo, że to jej rodzone. Może i czarno-białe, ale gdy je przytargała były zdecydowanie za duże na bobasy. 
Słysząc komplement, napuszyła się dumnie, stając tak, aby jej blask był znacznie lepiej widoczny. Przejechała językiem parę razy po futrze, aby je wygładzić i uśmiechnęła się do kotki.
— Wiem. Cieszę się, że nawet taki kociak jak ty to dostrzega. Sekretem jest dokładne czyszczenie. Chociaż ja uważam, że piękno idzie w genach, a moja uroda darowana jest od samego Klanu Gwiazdy.
— Och, pani też lubi być czysta? Ja nie cierpię, gdy mam brudne futerko — powiedziała Gąska, siadając dumnie.
— O! Widzę, że wyrasta z ciebie prawdziwa dama. To dobrze. Chętnie podziele się swoją wiedzą na temat ułożenia sierści. — Uśmiechnęła się, ponieważ wychodziło na to, że młode pokolenie nie było spisane na straty. Klan Nocy potrzebował więcej takich maluchów jak ten szkrab. 
— Musze teraz jednak iść. Obowiązki wzywają — pożegnała się z Gąską i odeszła do swoich spraw. 

*** 
*przed zgromadzeniem*

Dostała uczennice, córkę zastępczyni i nie mogła wytrzymać z oburzenia. Jej imię godziło w dumę prawdziwej kotki. Przecież Gąska musiała tak cierpieć z powodu bycia jakąś Tuptającą Łapą! Brzmiało jak imię dla niedorajdy życiowej i pokraki pokroju Błotnistej Plamy - o zgrozo jej dawnej uczennicy. Czemu musiała zawsze dostawać pod swoje skrzydła takie jednostki? Czy Mglista Gwiazda pluła jej tym w pysk? To oburzające! Tyle w końcu robiła dla tego klanu, a on odwdzięczał się płci pięknej w taki sposób. 
Przybyła na miejsce zbiórki, oczekując na młodą dame. Liczyła, że się nie spóźni. Nie chciała mieć powtórki z zabawy i wytargać ją za uszy siłą, jak jej poprzednicznę. 
— Jestem! — usłyszała jej markotny głos.
Uniosła brew. Coś jej się nie podobało? No ciekawe co... Na razie jednak musiała dzieciakowi wyjaśnić pewną kwestie nim wyruszą na trening.
— Z takim nastawieniem to wojowniczką nie zostaniesz — skomentowała, marszcząc pysk. —  Co do twojego imienia... Liczę, że Mglista Gwiazda się ogarnie i ci je zmieni, bo wstyd na cały klan jak nic. Że też ci to uczyniła, to oburzające. Dlatego na naszych treningach będziesz Gęsią Łapą, tamto zdrobnienie nie przejdzie mi przez gardło. Brzmi jakby wymyśliła je nie nocniaczka, a ta cała Aksamitna Chmurka, odklejona zastępczyni z Klanu Klifu — prychnęła, ponieważ wiele rzeczy się nasłuchała o niej podczas ostatniego zgromadzenia. Miała czujne uszy, chociaż wydawało się, że jedyne czym się przejmuje w życiu to wygląd. 
— No chyba, że udowodnisz mi, że na nie zasługujesz, to zwracam honory. Moja ostatnia uczennica była takim beztalenciem, że nie dziwiłam się, że dostała takie paskudne imię jako uczeń, ale ty? Córka Sroczego Lotu? Żałosne. Współczuję ci bardzo kochana. Dobra. Koniec gadania. Idziemy — to powiedziawszy wstała i skierowała się z uczennicą na trening. 

<Gąsko?> 

[479 słów]
[Przyznano 9%]

Od Rumianku CD. Stokrotki

 Gdy tylko kociak dostrzegł to, jaki nieporządek panuje przy ich posłaniu, to nie mógł przejść obok tego obojętnie. Pióra rozwalone na około wraz z mchem, który służył im jako zabawki. Nie mógł więcej na to patrzeć, więc zabrał się za układanie. Starał się ułożyć wszystko tak, aby robiło to jakiś sens. Mech w jedno miejsce, a pióra w inne. Nie było to łatwe zadanie, jednak starał się wkładać w to wszystkie siły, jakie miał. Przez to, że był tak bardzo skupiony na zadaniu, to nie zauważył Stokrotki, która przyniosła mu pióro, które uciekło mu spod łap. Kiedy kocica zauważyła, że ten nie zareagował na jej przybycie, to postanowiła się odezwać.
 - Co robisz? - Głos kotki był czymś niespodziewanym i przestraszył Rumianka. Odskoczył, przy okazji rozwalając swoją pracę. Uspokoił się, kiedy dojrzał przed nim jego siostrę. Odetchnął z ulgą, a jego wzrok powędrował na pióra pod jego łapami. Teraz musiał zaczynać wszystko od nowa!
 - A raczej robiłam. - Powiedział kociak. - Układałam piórka i inne zabawki, jednak wystraszona wszystko zepsułam! I teraz muszę wszystko zaczynać od nowa. - Odsunął się od piórek, które teraz leżały porozwalane przed nim. Westchnął tylko cicho. - A ty, co tu robisz?
 - Znalazłam piórko, które Ci wypadło! - Po tych słowach kocica położyła przed nim piękne pióro, które znalazła niedaleko kocura. Dla niego było warte tego rozwalenia innych piór!
 - Dziękuje! - Krzyknął, powracając do układania piór. - Chcesz mi pomóc? Mogę Ci pokazać jak zrobić to dobrze!

<Stokrotko?>

Od Rumianku CD. Różanej Przełęczy

 Gdyby nie mama, to nigdy nie dotknąłby tego zimnego czegoś zwanego śniegiem. To był błąd i Rumianek bardzo tego żałował. Nie pomogła też scena, która pojawiła się w jego głowie przez mamę. Przestraszony pobiegł do taty i schował się między jego łapami. Tata, w przeciwieństwie do mamy, nie straszył ich krwią, a tym bardziej śmiercią.
 - Mama mnie straszy! - Pisnął ponownie kociak, aby Powiew zrozumiał, jak bardzo poważna jest ta sytuacja. Ten tylko polizał go po głowie, próbując go uspokoić.

***

 Biały puch znikł sprzed żłobka, co było dobrym znakiem. Już więcej nie będzie musiał widzieć tego białego czegoś, a przynajmniej miał taką nadzieję. Siedział teraz obok mamy, próbując się wgryźć się w jej puchaty ogon. Nagle, jego wzrok powędrował na wyjście ze żłobka, za którym mógł dostrzec Powiewa i Gradową Łapę zmierzających w stronę legowiska medyka. Zdziwił się bardzo. Dlaczego tata szedł z jakimś uczniem w stronę nieznanego mu legowiska?
 - Mamo, gdzie idzie tata? - Zapytał Rumianek, mając nadzieję, że mama wie, gdzie zmierza tata. Nie podobało mu się to ani trochę. Tata powinien być z nimi, a nie iść gdzieś z nieznanym mu kotem.
 - Zatruł się czymś. - Mruknęła Różana Przełęcz z miną niezbyt tym faktem zadowoloną, najpewniej od słuchania jojczenia kocura na ten temat od dłuższego czasu. - Idzie do Wiśniowej Iskry, żeby coś na to poradziła.
 - Ale przecież nie musi! - Odpowiedział szylkretowy kociak. - Nie potrzebuje. Tato przecież nie jest aż taki słaby, a tylko takie koty chodzą do medyka.
 - To nie zależy od słabości. - Mruknęła mechanicznie kocica. - Czasem zatrucie przeobraża się w coś większego i prowadzi do śmierci, a twój ojciec, wierz czy nie, ale nie jest zwolennikiem bólu pod żadną postacią.
 Kociak tylko burknął cicho coś pod nosem. Nie był zadowolony z tego, że tata musiał skorzystać z pomocy medyka. Uważał to za słabość, ale mama nie popierała jego zdania. Ponownie wgryzł się w ogon mamy, na co ta obdarzyła go swym niezadowolonym wzrokiem. Spojrzał na nią. Tak naprawdę, była to jedyna kocica, oprócz niego, w jego rodzinie, która posiadała w sobie trochę rudego w swym futrze. Powiew z resztą jego rodzeństwa, nie posiadali go wcale. Czemu? To było ważne pytanie. Nagle w jego głowie pojawiło się jeszcze ważniejsze pytanie. Czemu inne koty się zwracały na to uwagę? Czemu stanowiło to coś tak ważnego pośród innych kotów?
 - Mamo. Czemu inne koty zwracają tak wielką uwagę na kogoś wygląd? - Zapytał wreszcie kociak. - Znaczy, Lew mi mówiła, że koty, które posiadają trochę rudego w swym futrze, są lepsze od reszty. Dlaczego?
[Wyleczeni: Gradowa Łapa, Powiew]

<Mamo?>

02 sierpnia 2023

Od Turkucia (Turkuciowego Skrzydła) CD. Zajęczej Łapy (Zajęczej Troski)

 Zajęcza Troska była głupia! Głupia! Po prostu głupia! Odzywała się tak brzydko do jego mamy i jeszcze sądziła, że jest taka mądra! Chciałby być większy i mieć większe pazury, by móc jej przeorać ten brzydki pysk! Jak będzie duży, to na pewno da jej popalić! Ona będzie nikim, a on będzie na pewno super, bo Nastroszony go nauczył wielu rzeczy! Poddenerwowany zauważył, jak jego mama się do niego doczepia. Mogła już sobie odpuścić, był już za duży na to, by Daliowy Pąk się nim tak przejmowała!
- Na pewno nic ci nie jest? Nic cię nie boli? - pytała. Zamilkł i jedynie poszedł na mech, chcąc odpocząć. Wszyscy byli głupi… Wszyscy… Tylko nie Nastroszony.

***

Rozejrzał się, czy na pewno ma dobre warunki do ucieczki. Żłobek był nudny! Nie chciał tam być! Wolał przeżywać przygody, czuć adrenalinę i się jakoś fajnie pobawić! Wymknął się do obozu, próbując ukryć się gdzieś na obrzeżach, do momentu kiedy nie nadepnął na liliowy ogon. No niech to… Kotka podskoczyła, zaskoczona jego ruchem. 
- Oh, to znowu ty - powiedziała. - Niechciany numer dwa.
Zawarczał wściekły. Co?! Co ona znowu wygadywała?! Nawet nie zaczął, to ona od razu go obrażała! To było bardzo niemiłe i musiał później o tym powiedzieć mamie! Ta kotka była bardzo nieprzyjazna, dlatego mógł ją wyzywać do woli i jedynie zrzucić na nią winę. To mu odpowiadało.
- Jaki znowu niechciany?!?!? Każdy mnie chciał! To ty jesteś jakąś pomyłką!
- Każdy? - parsknęła. - To czemu twój kochany tatuś się do ciebie nie przyznaje? - spytała. Czemu musiała dotykać tak drażliwego tematu… Wolał nie rozmawiać o tym skurwibąku, bo był żałosny! Zresztą tak samo jak większość kotów w tym miejscu.
- Bo to gej. Wstydzi się tego, że poszedł w krzaki z kotką!
- Niesamowite, czyli jednak ciebie nie chciał - uznała, uśmiechając się. - No proszę, Niechciany Turkuć, masz już imię wojownicze na przyszłość.
- Zamknij się!- wrzasnął na nią wściekły. Jak śmiała w ogóle tak na niego mówić?!- Moja mama mnie chciała, a ciebie nikt!
- Oh, kto by mnie nie chciał. - przewróciła oczami. - Przecież nawet twój idol próbuje się nieudolnie do mnie dobrać.
Zawarczał. Kotka nie była nikomu potrzebna, a i tak sobie wmawiała, że każdy ją uwielbia! To  było niefajne i głupie! Bardzo głupie! Nastroszony zachowywał się tak tylko z jednego powodu i to nie wcale dlatego, bo ją lubił.
- Musi się do ciebie dobrać. Trzeba cię postawić do pionu!
- Nic nie trzeba ze mną robić. Jestem we właściwym miejscu - mruknęła ze spokojem. - Jeśli nadarzy się okazja, to ja "ustawie go do pionu" - rzekła, przedźeźniając go. On przecież tak nie piszczał, coś jej się w głowie pomieszało!
- To ciebie trzeba postawić! Bo jesteś głupia! Kotki się nadają tylko po to, by urodziły kociaki a nie podskakiwały kocurom!
- Oczywiście, wierz w to sobie, jak dorośniesz pojmiesz, jakie są realia świata - zapewniła, uderzając ogonem o ziemię blisko niego. - Dzieciństwo to najspokojniejszy okres w życiu, wykorzystuj go dobrze, a nie zajmujesz się głoszeniem obrzydliwych głupot.
- To nie są głupoty żadne obrzydliwe! To prawda, ale próbujesz udawać, że nie! Jeszcze zobaczysz, Nastroszony pójdzie z tobą w krzaki i zobaczysz jak to jest być prawdziwą kotką! A jeśli on tego nie zrobi, to ja się osobiście za to zajmę jak podrosnę!

<Zając?>

Od Skaczącej Łapy (Skaczusiącej Falusi)

*jakiś czas temu*
W ciemnościach słyszała własny oddech jak i bicie serca. Ale nie bała się. To był nie pierwszy w końcu raz, gdy mentor ją tu zabrał. Towarzyszyła im Srebrna Szadź, którą Skoczek zaprosiła na trening, by Śliwowa Ścieżka znów się nie wymigał albo nie wypoczywał w tunelach, podczas gdy ona by błądziła w mroku.
— Którędy teraz, Skacząca Łapo? – spytał jej mentor.
— W… — chwila zastanowienia. Wciągnęła powietrze w nozdrza – w prawo.
— Całkiem nieźle. Już prawie jesteśmy – stwierdził Śliwa – Macie może ochotę na małą…
— Nie – odpowiedziały zgodnie.
— No dobra, dobra. Niech wam będzie. Żadnych przerw — mimo, iż nie patrzyła na kocura, mogłaby przysiąc, że przewrócił oczyma.
W tamtym momencie do nosa Skaczącej Łapy dotarła woń trawy i świeżego powietrza.
— Czuję wyjście — miauknęła cicho, następnie przyspieszając podskoki.
Już po chwili zostali oślepieni przez promienie bladego, zimowego słońca. Skoczek przetarła przednią łapką swe ślipia. Ostatnimi czasy druga jakoś tak… nie ruszała się zbytnio. Wcześniej bolał ją bark…
Chyba to wszystko przez to, że nie poszła z tym wcześniej do Morskiego Oka… ale… ale zrobi to później. Tak. Na pewno ona ją wyleczy.
Szkoda iż kotka nie wiedziała, jaki zawód będzie czuć, gdy okaże się, że kończyna już nigdy nie powróci do dawnej sprawności.
Usiadła przed wejściem do Sekretnego Tunelu, by na chwilę odsapnąć. Gdy już wszyscy odpoczęli po błądzeniu między korytarzami, odezwała się:
— To co teraz? — przeniosła spojrzenie na swego mentora.
— Teraz wrócimy do obozu na zasłużony odpoczynek… — wymruczał, za co został zgromiony spojrzeniem przez obie kotki — Hej, spokojnie, to tylko taki… żart. Tak — powiedział, jakby żałując, że nie może wrócić na własne, ciepłe posłanie. — Sprawdzimy jeszcze, czy uda ci się otworzyć kraba i wtedy już na pewno wrócimy do domu — stwierdził stanowczo.
— Dobrze — odparła kotka, po czym wyruszyli na plażę.
***
Podważyła skorupę kraba łapą, dodatkowo tłukąc w nią kamieniem trzymanym w pysku, uważając, by broniące się zwierzę nie uszczypało jej swymi małymi narzędziami tortur.
Gdy trzask rozległ się w około kąciki ust niebieskiej uniosły się.
— Dobra robota. A teraz wracamy do…
— Tak, tak. Do obozu. Będziesz mógł spać resztę dnia. — mruknęła Skoczek, wywracając ślipiami. Mimo wszystko… nawet chyba go polubiła.
***
Rzuciła zabitego kraba na stos ze zwierzyną. Następnie wzięła sobie nornicę i usiadła zdyszana gdzieś z boku, czekając, aż jej oddech się uspokoi, by móc rozpocząć jedzenie. Chodzenie, gdy dodatkowo jedna z przednich łap jej nie działała… było jeszcze trudniejsze, bo musiała głównie przez to skakać, co mocno ją męczyło.
I wtedy właśnie, gdy już jadła zasłużony posiłek, po obozie rozległ się wrzask. Wszyscy spojrzeli w stronę, z której się wydobył.
A wydobył się z legowiska starszyzny.
Skoczek pędem pobiegła do Morskiego Oka, gdy ktoś zawołał pomocy z siedziby najstarszych członków klanu.
— Morskie Oko! — zawołała kocicę, która natychmiast przerwała pracę. Chyba już sama mina Skoczek ją przekonała, że to było ważne. — Coś się stało u starszyzny! Szybko, szybko! — zaczęła piszczeć. Morze natychmiast pobiegła z nią do poszkodowanych każąc jeszcze uprzednio Czereśniowej Gałązce zabrać potrzebne zioła ze składziku.
Ale było już za późno.
Złota Pręga i Perliczy Grzebień…
Nie żyły.
***
Ktoś pokusił się na życie starszych. Na życie kotów, które towarzyszyły jej od dzieciństwa i ją wspierały. Kotów, które postrzegała jako rodzinę. Nadal nie mogła uwierzyć, że Złota Pręga, ta zawadiacka, leniwa staruszka nie żyła. Tak samo jak Perliczka. Kochana, stara dobra Perliczka. Wrzos płakała po ukochanej rzewnie. Ktoś chciał zabić starszych.
Możliwe że radnych.
W tym jej ojca.
Złość na tego, kto się dopuścił czegoś takiego była ogromna w sercu Skoczek. I strach. Paraliżujący strach, że ktoś zabije jej ojca i inne koty, na których jej zależało.
Dlatego wdrożyła coś wraz ze Srebrną Szadzią.
Jako iż Śliwa uwielbiał wypoczywać, ustalili sobie, że będą wychodzić wieczorem, co córka Radnego uargumentowała mu tym, że po wysiłku lepiej się spało. Gdy nie była na treningu, czyli przez większość dnia, siedziała w legowisku starszych, sprawdzając, czy to, co im przynoszą koty nie jest zatrute, czy tego chcieli, czy nie – innymi słowy rozpruwała każdą piszczkę. Każdą. Każdego kosa, każdą nornicę. Wszystko. A gdy ona była na treningu, Srebrna Szadź zajmowała jej miejsce. Zaś jeśli wyznaczono ją na jakiś wieczorny patrol, odwoływała treningi ze Śliwą, co jemu samemu nie przeszkadzało i się nawet z tego cieszył.
Teraz również tam siedziała.
Gdy nagle zwołano zebranie.
Starsi wyszli, tak samo ona. Kotka spojrzała na Aksamitkę, która zwołała klan. Co takiego chciała im ogłosić? Coś gorszego, niż te przesłodkie imiona?
— Skaczusiąca Łapusiu, wystąp — zwołała ją uradowana liderka, aż promieniująca szczęściem. Zdziwiona kotka spojrzała po pyskach swych bliskich, po czym wystąpiła przed szereg.
— Ja, Aksamitna Gwiazdeczka, przywódczyni Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. — nie mogła uwierzyć, w to co słyszała. Była mianowana? Właśnie teraz? — Skaczusiąca Łapusiu, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Wryło ją.
Zostawała wojowniczką? Naprawdę?
Nie czuła się gotowa. Z drugiej jednak strony wiedziała, że wiele więcej nie mogła się już nauczyć. Rozpierała by ją duma i szczęście… i faktycznie tak było… ale… wiedziała że dostanie przesłodzone imię.
No trudno. Najważniejsze było, że zostanie wojowniczką. Po tak długim czasie i tak dużej ilości pracy jaką musiała w to włożyć.
— Przysięgam — miauknęła pewnie, donośnie.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Skaczusiąca Łapusio, od tej pory będziesz znana jako Skaczusiąca Falusia! — miauknęła szczęśliwa liderka — Klan Gwiazdy cieni twoją pracowitość i upór w dążeniu do celu, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu.
Za nią rozległy się wiwaty. Może i nie były tak głośne, jak u większości mianowanych. Ani nie było słychać takiej samej pewności w głosach większości kotów.
Ale ona była zadowolona.
To oznaczało, że na następne zgromadzenie…
Przyjdzie już jako pełnoprawna wojowniczka, jeśli zostanie wybrana.

[943 słowa]
[otwieranie krabów, nawigacja w tunelach]

Od Skaczącej Łapy (Skaczusiącej Łapusi)

*jakiś czas temu, dość dawno w sumie*
Chyba żaden z klifiaków nie spodziewał się, co miało nadejść tamtego dnia.
Skacząca Łapa rozmawiała sobie na uboczu spokojnie ze Srebrną Szadzią, gdy niespodziewanie ze swego legowiska wyszedł… Grzybowa Gwiazda.
Co on takiego robił? Czyżby jego stan się polepszył a on uznał, że pora wziąć się w garść?
Wtedy właśnie dostrzegła, iż szedł na miejsce przemówień. Zdziwiona uniosła brwi wskazując na do ruchem głowy Srebrnej Szadzi, która też zdziwiła się tym, co się działo. Lider wdrapał się na swoje miejsca, po czym powiódł zmęczonym wzrokiem po kotach. Wszyscy skupili na nim spojrzenie, włącznie z terminatorką i wojowniczką. Lider mruknął coś pokroju „Zbierzcie się” ale było to tak ciche, że Skoczek ledwie była w stanie usłyszeć jego słowa ze swojej pozycji. Co on najlepszego wyprawiał? — Zbierzcie się! — powtórzył głośniej Lśniący Księżyc, który przechodził obok i zdołał usłyszeć dokładniej mamrotanie kremowego truposza.
Koty otoczyły miejsce przemówień, czekając na to, co miał zamiar im ogłosić lider. Nawet rada była zdziwiona. Nikt nie wiedział, o co chodziło. Skoczek wbiła w podstarzałego przywódcę swe spojrzenie. Nie przewidziała, że wykaże jakąś inicjatywę. Co takiego się stało, iż zwlókł się z legowiska?
Zapadła cisza, która chyba każdemu się dłużyła.
— Chciałem ogłosić wam, że... rezygnuje. Rezygnuje z funkcji lidera.
Nie… ona się przesłyszała…
Prawda?
PRAWDA?!
— Mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze pełnienie obowiązków. Odejdę do starszyzny. Innymi kwestiami związanymi z moim odejściem zajmie się Rada. To tyle co chciałem ogłosić... — Skierował się w stronę zejścia ze skały.
Cały jej trud.
Próby postawienia go na nogi.
Postawienia Klanu Klifu na nogi.
Pokazania, że nadaje się na członka rady.
Cały jej wpływ jaki miała na lidera i na jego decyzje.
Zniknął.
To wszystko było na marne.
Nie dostanie…
Nic.
Miała ochotę krzyczeć na Grzybową Gwiazdę. Zaprzepaścił jej szansę. Jej starania. Aby pilnować by jadł poświęcała swój czas, wysłuchiwała jego żali, szukała rozwiązań, szpiegowała dla niego donosząc mu wiadomości…
A on ją zdradził.
I wtedy właśnie liderowi omsknęła się łapa, a jego ciało runęło na ziemię.
A jego łeb rozbił się o skałę.
Wszyscy zamarli, a już po chwili medyczki przypadły do kocura, udzielając mu pomocy mimo, iż widać było, że musiał stracić jedno ze swych żyć.
Skoczek jednak już to nie obchodziło. Odwróciła się, zmierzając do legowiska uczniów, a skroń jej pulsowała.
Wszystko. Na. Marne.
WSZYSTKO!

[378 słów]

Od Skaczącej Łapy (Skaczusiącej Łapusi)

*dawno temu, dzień po przedostatnim zgro*
Tamto zgromadzenie było okropne. Wypruło z niej mnóstwo energii i nerwów na głupotę lub wredotę innych kotów. Jednakże nie mogła zostawić tak po prostu tego, co widziała na tamtym zgromadzeniu. Musiała zdać raport Grzybowi, a co ważniejsze wyjaśnić kwestię tego ohydztwa, którego dopuścił się on z Mroczną Gwiazdą. Musiała wiedzieć, czy da się opanować zapędy lidera i wprowadzić na dobre tory ich politykę oraz klan. Bo jeśli nie to nawet jej służba i mówienie o podejrzanych rzeczach dziejących się w klanie nie pomoże.
Poza tym myśl, że ich przywódcą mógł być perfidnym zdrajcą…
Co najmniej ją przerażała.
Zebrała się na odwagę i weszła do legowiska. Przygotowywała się na tą rozmowę długo, również wyciszając się przed ich spotkaniem, by mieć czysty umysł.
Gdy tylko przekroczyła próg legowiska, zawołała:
— Grzybowa Gwiazdo? — po czym spojrzała na lidera. A ten znowu nieprzytomny? Minął już dzień od zgromadzenia, na Klan Gwiazdy! Nie dość, że się lizał z Wilczakiem i mu ulegał, to jeszcze nie pilnuje obowiązków jak już jest w obozie! Skandal!
Kocur uniósł zmęczone powieki i spojrzał na niebieską.
— Hm? O co chodzi, Skacząca Łapo? Coś się stało?
On się pytał, co się stało?! CO SIĘ STAŁO?!
— Nie udawaj, że do niczego na zgromadzeniu nie doszło — starała się zachować spokój, mimo, iż postanowiła zacząć od takiego trudnego tematu — Ja to widziałam. Za skałą. — powiedziała cicho. Niech on w końcu oprzytomnieje…
Na szczęście jej modły zostały wysłuchane, bo kremowy kocur przetarł pysk łapą, unosząc wyżej łeb.
— Och... Nie. Do niczego nie doszło. Brzydzę się Mroczną Gwiazdą, a on zachowuje się tak specjalnie. To nic nie znaczyło.
— Grzybowa Gwiazdo. Czy ty masz pojęcie, co by się stało, gdyby ktoś inny niż ja z Klanu Klifu to zobaczył? — spytała. — Że całujesz się z Mroczną Gwiazdą?
— Może głośniej? Zaraz wszyscy usłyszą i się dowiedzą. — Spojrzał na nią zimno. Nie mówiła wcale głośno! Chciał ją zbyć? Wymigać się? Nie ważne, kto zaczął – stało się i teraz mogli mieć przez to problemy! — Nie chciałem, aby do tego doszło. To nie wyszło ode mnie i nie będę się przed tobą tłumaczył, Skacząca Łapo. Jesteś tylko uczennicą, nie zrozumiesz polityki.
Przyskoczyła do niego na te słowa. Chyba musiała mu coś spokojnie wyjaśnić, bo nie widział, w jakim gównie się zagrzebał.
— Ja nie rozumiem polityki? Grzybowa Gwiazdo. Prawie że usnąłeś na zgromadzeniu. Dałeś się pocałować liderowi wilczaków, a potem zamiast go odepchnąć dalej z nim sobie gawędziłeś w dwuznacznej pozycji. Pozwalasz, by plotki rozchodziły się po klanie. Zaniedbujesz swój własny stan zdrowia. — wymieniła mu, po czym westchnęła, a w jej oczach odbiło się czyste zmartwienie. Bo była zmartwiona. Tym, że ich lider tak się zachowuje i zaniedbuje klan. Był bardziej nieporadny niż księżycowe kocię na pozycji lidera — Naprawdę, daj sobie pomóc. Nie wilczakowi, a komuś z własnego klanu. On pragnie tylko nas zniewolić. Sprowadzić na dno cały nasz klan jak i ciebie. Ja rozumiem, że to ciężkie. Ale to ma być rozwiązanie? Udawanie, że nie ma problemu? Że nie mam racji, gdy mówię, że klan nam się może zawalić? Że Mroczna Gwiazda chce nas zniewolić, jak to zrobił Klanowi Burzy?
— Chce pomóc. To nasz sojusznik. Bez niego nie mamy nikogo kto nas ochroni przed atakiem Klanu Nocy i Owocowego Lasu. Będzie po nas... — Położył po sobie uszy. — Robię to dla dobra klanu. Gdyby było inaczej... albo istniał inny sposób... wybrałbym inną drogę. Nie obawiaj się — westchnął głośno. — Nie zniewoli nas. Nie dałby rady kontrolować trzech klanów jednocześnie. Gdyby tak było już dawno by mnie zabił...
— Grzybowa Gwiazdo. On używa taktyki. Nie mówię, że ten sojusz nie ma sensu, ale nie może być na takich zasadach. Nie możemy polegać na innym klanie. Musimy się wzmocnić. Dowiedziałam się, co sprawia, że członkowie Klanu Wilka są tak silni. To może się sprawdzić też u nas, pomóc nam stać się bardziej niezależnymi. Machnął łapą.
— Wiem czego używa. Zdaje sobie z tego sprawę. Nie jestem głupi. Na pierwszym naszym spotkaniu to dostrzegłem — słysząc ostatnie jej słowa, jego uszy nastawiły się czujnie. — Co takiego odkryłaś?
Nareszcie może naprawdę skorzysta z jej rady.
— Zauważyłeś, jak dobrze zbudowani są wojownicy wilczaków? Jakie mają mięśnie?
— Tak... Zauważyłem. — Położył łeb na swoich łapach, patrząc na nią sennym wzrokiem.
Nie, niech on znowu nie usypia! Musiała szybko przejść do sedna tego, bo zaraz będzie jej chrapał!
— U nas trening kończy się, gdy zostajemy wojownikami. U nich nie — rzekła — Oni cały czas trenują. Nawet, gdy są po mianowaniu. Dzięki temu dzierżą siłę większą niż inne klany. To tak banalny a jednocześnie genialny sposób. Jeśli wprowadzimy to też u nas, nasz klan również stanie się silny. Będziemy im dorównywać. Mroczna Gwiazda dwa razy pomyśli, nim spróbuje nas zniewolić. Tak samo pozostałe klany pomyślą, nim nas zaatakują.
— Mhm... Rzeczywiście... To wzmocniłoby naszych wojowników — zgodził się z nią. — Porozmawiam o tym z Radą. Może to wprowadzimy.
Skinęła mu głową, nieco uspokojona.
— Sądzę też... że powinieneś wziąć mak od Morskiego Oka. Bez urazy, ale... już przed zgromadzeniem wyglądałeś, jakbyś miał paść na środku obozu. A do tego dopuścić nie można — stwierdziła — Musisz odpocząć. Zebrać siły. Wyspać się. Zjeść coś smacznego. — zaproponowała miło, uśmiechając się lekko do kocura.
Był zdrajcą. Ale mogła go wykorzystać do naprawy tego klanu. Wpłynąć na niego na tyle, na ile była w stanie, aby w końcu zrobił, co trzeba. A do tego musiał być w minimalnej formie.
— Nie jadłem nic od wczoraj... Nie wiem czy cokolwiek przełknę. Mak? Och... nie wpadłem na to. Przyniesiesz? — Zamknął oczy.
— Jasne — zgodziła się na to, po czym poszła do legowiska medyków.
Szybko wyjaśniła pokrótce Morskiemu Oku, dlaczego potrzebuje maku, a ta dała jej odpowiednią dawkę. Skoczek specjalnie polizała jedną ze swych przednich łapek, by nasionka przykleiły się do niej i nie spadły, bo po drodze miała zamiar wziąć też jakąś zdobycz dla głodzącego się nieomal Grzybowej Gwiazdy. Już niedługo później Skacząca Łapa wróciła do lidera z ptakiem w pysku. Ten znów spojrzał na nią tym swoim nieobecnym wzrokiem, krzywiąc nos, co jej się od razu mocno nie spodobało, co ukryła.
— Nie wiem czy zjem tyle...
— Zjesz, zjesz — zapewniła, podsuwając mu ptaka pod nos. Jeśli sytuacja stanie się podbramkowa, to będzie wpychać mu fragmenty tego ptaka na siłę.
Kocur po kilku uderzeniach serca liznął piszczkę z niesmakiem. Zwrócił łeb w stronę ziarenek maku i je połknął znacznie lepiej od mięsa.
— Może zjem jak się wyśpie...
— Dobrze — zgodziła się na takie rozwiązanie. W końcu po śnie koty były bardziej głodne, mogło to pomóc, bo mimo wszystko wizja męczenia się z wpychaniem mu tego do pyska nie była zbyt kolorowa. Córka radnego usiadła obok swego lidera, postanawiając, iż dotrzyma mu towarzystwa i dopilnuje, by zaraz po obudzeniu zjadł to, co mu przyniosła. Kocur już po chwili zamknął oczy i poszedł spać pod wpływem małych, czarnych ziarenek.
Siedziała przy nim już jakiś czas, gdy ten zaczął się trząść. Skoczek dostrzegła, iż kocurowi musiały się śnić koszmary, bo zaczął płakać przez sen. Czy ona wywoływała koszmary? Gdy Niedźwiedzia Siła spał w jej towarzystwie też miał koszmar. Nie mogła jednak obudzić lidera, tak jak to zrobiła z dawnym samotnikiem, ponieważ musiał on się wyspać. Przybliżyła się więc, stykając się z nim bokiem i zaczęła gładzić kocura swym ogonem. Ten jednak nie uspokajał się co mocno martwiło Skaczącą Łapę. Co mu się takiego śniło? Ten stan skończył się dopiero wraz z obudzeniem się kocura.
— Dzień dobry — srebrna przywitała się z kocurem od razu gdy ten odzyskał świadomość.
— Co tu robisz? — spytał ostro, co mocno wystraszyło Skoczek, że aż jej uszy poszły do tyłu. Po chwili kocur westchnął, ocierając pysk łapą. — Idź na trening. Twój mentor czeka.
— Mój mentor? — zaśmiała się. To było absurdalne. Śliwowa Ścieżka? On pewnie nawet nie zauważył, że jej nie ma, śpiąc w najlepsze! — On to nawet sam odwołuje treningi, byle móc spać albo leżeć na słońcu — stwierdziła — Pewnie nawet... mnie nie szuka — dodała ze smutkiem w głosie. Było jej nieco przykro, że nawet nie raczył jej poinformować, gdy miał zamiar spać zamiast trenować (co zdarzało się nieomal codziennie). Nawet nie sprawdził, czy nic jej się nie stało, skoro nie przyszła. Cieszył się pewnie nawet, że jej nie było. Dość! Nie myśl o tym. Grzyb jest ważniejszy w tym momencie, bo od niego zależy kondycja ich klanu. Szybko wróciła do normalnej Skoczkowatości i przysunęła pod łapy lidera ptaka, dając tym samym sygnał, by jadł.
— Co? To źle. Pogadam z nim. Jeżeli się nie zmieni dam ci kogoś innego — mruknął ignorując posiłek.
Ach, ignorował jej sugestię. Ale nie zamierzała mu odpuścić. Przecież po to tu zostawała, zamiast ściągać syna Złotej Pręgi z posłania.
— Grzybowa Gwiazdo, mój mentor nie jest tak ważny jak twoje zdrowie — miauknęła, przysuwając mu jeszcze bliżej ptaka. — Musisz jeść by mieć siłę przewodzić klanem.
— Nie wiem czy się do tego nadaje. — Kremowy położył po sobie uszy. — Jestem złym liderem. Nie tego chciałem... Ten ptak należy się kotom, które rzeczywiście coś robią...
— Grzybowa Gwiazdo. Nie jesteś złym liderem. Tylko zmęczonym liderem. Przytłoczonym liderem. Ale to da się naprawić. Możesz jeszcze pomóc Klanowi Klifu. Możesz zadbać o nas wszystkich. Ale najpierw musisz zadbać o siebie.
Kocur jeszcze mocniej przycisnął uszy do łba, który wydawał się być Skoczkowi coraz bardziej pusty. Powoli wziął gryza ptaka i zaczął niechętnie jeść. Terminatorka uśmiechnęła się na to, obserwując jak brat Lamparciego Ryku pochłania ptaka.
— Czujesz się już lepiej? Przynajmniej fizycznie? — zadała pytanie.
— Nie... — odpowiedział jej zgodnie z prawdą, zwieszając ciężko łeb. — Nie wyleczę tego w jeden dzień.
Cóż, miał rację. Ale myślała, że chociaż trochę pocieszy się tym, że było lepiej i to dostrzeże. Skinęła jednak głową.
— Chcesz zwołać radę dzisiaj? Jeśli tak, mogę ich przyprowadzić kiedy tylko będziesz chciał. Jeśli nie, możesz sobie tu odpocząć, albo wyjść na spacer. Świeże powietrze może pomóc się rozluźnić.
— Skacząca Łapo... Dziękuję za troskę. Wolę jednak zostać. Nie mam sił, aby wstać, a co dopiero iść na spacer. Głowy do Rady też nie mam. Jestem... zmęczony. Idź na trening. Zrób coś pożytecznego dla klanu — słowa Wieczornej Mary przypomniały jej się. Już nie była taka pewna, czy będzie pożyteczna tam, poza obozem… ale musiała przynajmniej próbować. Znów potwierdziła, iż rozumie, skinieniem szaro-srebrnego łebka.
— Postaram się coś dla ciebie upolować. Gdy wrócę, pewnie będziesz już głodny. — stwierdziła, po czym pożegnała się z nim i wyszła z legowiska. No, teraz Śliwa będzie musiał wstać.
***
Wróciła do obozu pod wieczór z jedną myszą, specjalnie dla Grzybowej Gwiazdy. Była dość zmęczona, ale i tak miała zamiar sprawdzić, co z Grzybem i dać mu coś do jedzenia. I oczywiście dopilnować żeby to faktycznie zjadł a nie odłożył na stertę zwierzyny. Poza tym, na szczęście nie będzie chyba się musiała za wiele ruszać, bo kremowy mało co wychodził z legowiska, dzięki czemu będzie mogła usiąść tam po prostu i go pilnować oraz z nim rozmawiać. A potem pójdzie w kimono.
Stanęła przed legowiskiem lidera, po czym odłożyła piszczkę na bok. Następnie usiadła przed legowiskiem lidera, aby spytać:
— Grzybowa Gwiazdo, mogę wejść?
Cisza. Po kolejnych uderzeniach serca uznała, że to podejrzane, więc wstała, po czym weszła powoli do środka by sprawdzić, czy lider żył czy może zdechł gdy jej nie było. Z jednej strony na stołku lidera nie siedziałby wątpliwy kot, który nawet nie radził sobie z władzą, a z drugiej… nie wiadomo, jaką liderką byłaby Aksamitna Chmurka, bo Skoczek dostrzegła odkąd wyszła ze żłobka, jak niepoprawną optymistką nie traktującą niczego poważnie była kotka.
— Halo? Wszystko dobrze? Grzybowa Gwiazdo? — zawołała ponownie do wnętrza pieczary. Weszła jeszcze głębiej i w końcu dostrzegła syna Firletkowego Płatka. Kocur leżał zwinięty w kłębek, skierowany do niej tyłem, ale widziała, że jego bok unosił się. Nierównomiernie, ale unosił. Wróciła się więc po mysz, którą zostawiła przed wejściem, a potem znów zatopiła się we wnętrze siedziby przywódcy Klifiaków. Podeszła do kocura, po czym położyła mysz na legowisko z mchu. Ten ponownie nie zareagował mimo, iż była dobrze słyszalna. Przyskoczyła więc bliżej, aby móc zobaczyć pysk kocura, by wiedzieć, czy był przytomny.
— Odejdź — odezwał się w końcu grobowym tonem, mając zamknięte oczy. Jego pysk był dziwnie wilgotny, jak płakał.
Na Klan Gwiazdy… cóż się znowu stało?!
— Grzybowa Gwiazdo — miauknęła zmartwionym głosem, choć coraz mniej obchodził ją lider jako osoba przez jego zachowanie, zdrady i nieogarnianie klanu, sprawiając, iż ten słabł — Co się stało?
Znów nie uzyskała słownej odpowiedzi, a arlekin odwrócił pysk w inną stronę. Kotka jednak nie dawała za wygraną. Chwyciła mysz w zęby, po czym położyła mu ją pod nosem, następnie siadając obok. Kocur nie tknął pożywienia, nadal milcząc. Ona jednak nie ustępowała, zostając na swoim miejscu, dając tym samym znać, że nie miała zamiaru się stąd ruszać póki nie dowie się co jest grane, a lider nie zje posiłku. Po dłuższej chwili postanowiła przerwać tę ciszę.
— Cokolwiek cię trapi, na pewno da się jakoś z tego wybrnąć. — wyszeptała.
— Nie da — odpowiedział Grzyb tak samo cicho.
— Jeśli nikomu o tym nie powiesz, to na pewno. To nie muszę być ja.
— Jeżeli powiem to i tak nic tego nie zmieni. To... Nie są sprawy, które da się rozwiązać. To... wyrok. Już nic mnie nie ocali...
Westchnęła. Ale dramatyzował… nic tylko albo narzekał, że wszyscy są przeciwko niemu, albo się użalał nad sobą.
— Grzybowa Gwiazdo. Proszę — miauknęła błagalnie — Klan Klifu cię potrzebuje. — a raczej kogoś kompetentnego, więc przynajmniej takiego udawaj do jasnej gwiazdy! — Oboje dobrze wiemy co szepczą. Jakie plotki powstają. Widzieli w końcu jak Mroczna Gwiazda na mnie wpadł na zgromadzeniu. Uważają mnie pewnie za zdrajcę.
Bo nim jesteś.
— To zmień to. Pokaż, jak bardzo ci zależy. Ustanów treningi. Wprowadź kolejne zmiany. Spraw, by Klan Klifu stał się silniejszy. Na następnym zgromadzeniu usiądź dalej od Mrocznej Gwiazdy, by Aksamitna Chmurka znów go nie zepchnęła na ciebie.
— Mh... Dobrze. Zwołam radę — rzekł tylko.
Nareszcie jakaś dobra odpowiedź… no. Trzeba szybko działać, zanim zmieni zdanie i znowu się podda.
— Jeśli chcesz, mogę po nich pójść. Widzę, że jesteś zmęczony. Przynajmniej tyle ci pomogę — zaproponowała. Ych. Nie jemu, tylko klanowi klifu pomoże, bo z takim liderem to zaraz ich ktoś zaatakuje.
— Idź... — szepnął, wracając do użalania się.
Od razu po jego słowach wyszła z legowiska, ruszając po radę.
Dość szybko dotarła do nich wszystkich. Najpierw poszła po tych, co siedzieli w starszyźnie, w tym swego ojca, potem po Morskie Oko a na koniec znalazła Aksamitną Chmurkę. Następnie zaprowadziła ich do co najmniej żałośnie wyglądającego lidera. Chwilę się im przysłuchiwała, bo nie wyganiali jej, ale gdy Grzyb w końcu podjął temat dodatkowych treningów uznała, iż nic tam po niej. Albo i w sumie byłoby korzystne, gdyby została – sprawiłaby, iż gdyby w przyszłości znalazła się na kolejnym spotkaniu rady nie byłoby to takie dziwne, jednak ostatecznie zmęczenie wzięło górę. Skoczek wróciła do legowiska uczniów, padając na mech i nie wstając z niego aż do następnego wschodu słońca, a może nawet dłużej.
***
Pojawiło się kilka nowych, pomniejszych plotek, więc skorzystała z okazji by sprawdzić co u Grzybowej Gwiazdy. Oby tylko znowu nie było jakiegoś problemu… co ona się oszukuje. Na pewno był. Aż na samą myśl czuła się zmęczona. Nie ona powinna ogarniać sprawy klanowe w tak młodym wieku! A zamiast tego robiła za niańkę dla dorosłego, ba, już podstarzałego kocura! Lidera w dodatku! LIDERA! Jak to świadczyło o ich klanie?!
Zwołała. Znowu cisza.
Wiedziała, że ostatniej nocy był na spacerze. Może jeszcze spał?
Cóż, chyba najwyższy czas byłoby go obudzić.
— G-grzybowa Gwiazdo? — miauknęła cicho wchodząc do środka. Klanie Gwiazdy, jeśli on kojtnął przez to zaniedbywanie się i wychodzenie na spacery po nocach, to ona chyba zrobi skok z klifu. Albo nie. Będzie tańczyć nad jego ciałem. Albo nie, bo Aksamitka potem przejmowała władzę i ona też nie była dobrym materiałem na lidera! Jasna cholera…
Ostatecznie już nie prosząc się weszła do środka, aby zobaczyć ponownie skuloną postać lidera odwróconą do niej zadem. Gdy tylko kocur usłyszał jej głos, starł coś widocznie z pyska łapą. No nie… co tym razem się stało?
— Nie mam aktualnie dla ciebie czasu — usłyszała jego zbolały głos.
— Sz-szanuję to. Ale... Cz-czy coś si-się stało, Grzybowa Gwiazdo? — spytała nieśmiało. Wewnętrznie krew ją zalewała od tego wszystkiego. KTO. GO. WYBRAŁ. NA. LIDERA. Nie wróć. KTO. POZWOLIŁ. MU. POZOSTAĆ. NA TYM CHOLERNYM STANOWISKU!
Kocur położył po sobie uszy.
— To nic... Co dotyczyłoby Klanu Klifu, ja... To moja prywatna sprawa — wyjaśnił nie wchodząc w szczegóły.
— Potrzebujesz czegoś? — zaoferowała swą pomoc, widząc, że przez tą „prywatną” sprawę kocur zaniedbuje, ponownie, swe obowiązki.
— Tak... Ale nie jesteś w stanie mi tego dać — zaczął na powrót chlipać, tym razem już tego nie kryjąc.
Matko na Srebrnej Skórze, dodaj jej cierpliwości…
Kotka podeszła bliżej, następnie gładząc go po grzbiecie, by się uspokoił.
— Jeśli tylko chcesz... mogę chociaż dać ci wsparcie, pozwalając, abyś to z siebie wyrzucił. — zaproponowała. Niech jej to powie, a ona już to załatwi. Za niego.
Znowu. Tak jak za niego przynosiła mu jedzenie i za niego zwoływała radę lub Aksamitkę, gdy ten jej do czegoś potrzebował.
Kocur pociągnął nosem, a z jego pyska uciekł szloch. Nagle Skoczek została przyciągnięta przez jego łapę i poczuła na swojej sierści gluty samego lidera, gdy ten użyczył jej jako mchu do wypłakania się. Pozwoliła mu, mimo absurdalności tej sytuacji, smarkać w siebie. Pocieszająco pogładziła go po głowie, ukradkiem przewracając oczyma. On naprawdę nie powinien być liderem, nie dość, że go to przerastało, to jeszcze zawalał i płakał.
Kim ona teraz w sumie była? Szpiegem, niańką i czym? Mchem?
Kremowy dalej przytulał ją do siebie, nie potrafiąc opanować łez. Zamiast miarowego uspokojenia, lider jakby pęknął bardziej ku rozpaczy niebieskiej i zaczął jeszcze rzewniej wylewać łzy.
— D-dlaczego m-mnie t-to spotyka... D-dlaczego...
— Już, już... — zamruczała, starając się go pocieszyć — Co takiego się stało, że aż tak to tobą wstrząsnęło?
Kremowy przełykał łzy, wycierając zasmarkany nos w jej sierść.
— O-on o-odszedł... O-odszedł... Odszedł... — powtarzał niczym w transie, mocniej wtulając pysk w Skoczek, nieświadomie sprawiając jej ból, bo coś ostatnio było z jej barkiem. Ale przestała się sobą przejmować. Mimo nauk Morskiego Oka przekładała dobro Klanu Klifu ponad siebie. Szkoda że nie wiedziała, co to przyniesie w przyszłości.
— Kto odszedł? — spytała, zdezorientowana.
Starszy załkał mocniej, po chwili dopiero się uspokajając.
— O-omen... O-odszedł, gdy... Gdy j-już wszystko się u-układało, g-gdy g-go w k-końcu do-doceniłem. Za-awsze uważałem g-go za w-wroga. By-yłem nieufny i go odrzucałem. A... A te-eraz... Gdy go nie ma... Te-eraz... Je-jestem sam... Tak jak wcześniej...
Gdy zrozumiała, o kim mówił, miała ochotę piszczeć z bezsilności i czuła, jak jej powieka chce znów podrygiwać, jak wtedy, na zgromadzeniu, gdy zobaczyła go całującego się z tym przeklętym Wilczakiem. Nie ukazała jednak swych emocji, czując, że potem będzie miała porządną sesję krzyczenia w mech… albo w futro Srebrnej Szadzi jak wyjdą z obozu. Oba równie tłumiły dźwięki, to drugie nawet bardziej.
— Przykro mi to słyszeć... — miauknęła, choć skrycie cieszyła się, że psychol kopnął w kalendarz — Ale on będzie w twoim sercu... — z jej pyszczka wyszły ckliwe słówka na pocieszenie, ścierając łapką jego łzy. — Ale nie jesteś sam. Masz jeszcze mnie i na pewno... kogoś z rady, prawda?
Kocur pokręcił łbem.
— N-nie... O-oni już mnie posłali na straty... Tak jak cały klan... To, że... Że ostatnio miałem siły do tego, by rządzić, by wprowadzić zmiany... T-to było dzięki niemu... Dał mi nadzieję, a teraz... Teraz już wszystko jawi się w czarnych barwach. J-jeszcze... Ona... Ona mnie nęka i nie chcę przestać. Mści się za to co jej zrobiłem — zadygotał.
TO BYŁO DZIĘKI NIEMU-
ONA TUTAJ WYPRUWA SOBIE ŻYŁY, SŁUCHA JEGO SZLOCHÓW NIE PIERWSZY RAZ, ROBI MU ZA MECH DO SMARKANIA…
Spokojnie… spokojnie… potem wywrzeszczysz się w futerko Szadzi, na pewno się zgodzi. A teraz trzeba się czegoś dowiedzieć…
— Kto... kto cię nęka? — spytała. — Ja cię nie skreśliłam. Na pewno nie tylko ja. — kłamała jak z nut. Oczywiście, że go już skreśliła. Starała się jednak zrobić tak, by na coś się przydał i spróbować go chociaż postawić na te cztery łapy.
— Nie wiem... Nie wiem kim jest — szepnął nagle przypominając sobie pewną bardzo ważną kwestię — Jesteś za młoda... aby słuchać mych żali. Wracaj trenować. Nie marnuj sobie życia przy mnie. Już i tak jest po mnie...
— Nie jest po tobie. Nie możesz stracić nadziei, Grzybowa Gwiazdo. Nie możesz przestać próbować. Spójrz na mnie. Urodziłam się z krótszymi łapami. Większość... chyba nawet ty, przynajmniej na początku, spisali mnie na straty. Na rangę medyka lub protektora. Ale zostałam uczennicą wojownika i sobie radzę. To nie zawsze jest proste. — do jej umysłu napłynęły wspomnienia z nocy zgromadzeniowej. Czy powinna mu dawać taki przykład? Opowiadać to, by podnieść go na duchu? Nie powinna. Ale mimowolna chęć pocieszenia tak żałosnej istoty, jaką był i dania mu przykładu, że można się nie poddawać zwyciężyła — Na zgromadzeniu... wyśmiewali mnie za to — ruszyła swoimi mniejszymi łapkami. — Było mi przykro i miałam ochotę przestać się starać. Ale zebrałam się w sobie i nie poddałam się. I dzięki temu jest coraz lepiej. — skłamała. Może i się spięła jeszcze bardziej w treningu, ale mało co to dawało z wiecznie śpiącym albo odpoczywającym Śliwą. Tylko dzięki Srebrnej Szadzi robiła większe postępy w nauce. Za to jej mentor? On ją namawiał do lenienia się i mówił nawet, że może powiedzieć Grzybowi, iż wszystko umie mimo, iż to nie była prawda i doprowadzić do jej mianowania, już teraz, zaraz. Ona się jednak na to uparcie nie zgadzała wiedząc, że to tak nie działało i że mogą zechcieć sprawdzić jej umiejętności ze względu na niepełnosprawność… chociaż w sumie czy Grzyba lub Aksamitkę to obchodziło? Pewnie nie. Ten ciągle ryczał i ledwie wstawał z legowiska, a druga latała w obłokach. Przyglądał się jej, gdy mówiła, a po chwili odezwał się.
— Jesteś dzielna, ale... Nigdy nie będziesz na poziomie zdrowego kota, tak jak i ja nie będę już w stanie wrócić do siebie sprzed bycia liderem. Mogę udawać, że nic mi nie jest, ale w głębi wciąż będzie mnie to prześladować. Zdaje sobie sprawę, że z klanem nie jest dobrze. Że moje decyzje były błędne. Nie mogę jednak nic z tym zrobić. Odebrałem sobie władzę, dając ją kotom, które nie były na nią gotowe. Tak jak... ja...
— Ale zawsze... możesz się starać na tyle, na ile tylko jesteś w stanie. I to się liczy, nie ważne, jak na ciebie lub na mnie patrzą inne koty. Nawet, jeśli to boli i sprawia problemy.
— Co mi dadzą starania, gdy już wszystko jest zaprzepaszczone? Jest za późno. Skacząca Łapo, ja... Ja niedługo umrę. Ona mnie wykończy. Już teraz nie myślę racjonalnie. W zasadzie... czuje się tak bardzo zmęczony, rozbity, a ona triumfuje. Chciałbym, aby zadała już ostateczny cios, lecz jest okrutna... Nie ulituje się i nie dobije raz a porządnie. Chce bym cierpiał...
— Niestety nie wiem, o kim mówisz... ale szanuję twoją prywatność. — stwierdziła, mimo, iż miała wielką ochotę wypytywać go o to, któż taki jeszcze bardziej wyniszczał ich klan i lidera, który już i tak był wrakiem — Skoro... ona nie daje ci spokoju... to zajmij się czymś innym. Na przykład nowymi treningami i nadzorowaniem ich. Zignoruj ją, na tyle, na ile się da. Pokaż jej, że jesteś ponad to i że się nie poddasz.
— Nie potrafię z nią walczyć. Nie umiem. Jest za silna...
— Więc nie walcz. Unikaj jej. Ignorują ją. Zatop się w treningach, w klanie. Powinno cię to trochę odciągnąć.
— Jej nie da się zignorować. Skacząca Łapo. Ja nie mam sił, aby się podnieść z posłania. Wysysa ze mnie energię. Jak mam doglądać klanu, gdy moje łapy odmawiają mi posłuszeństwa? Gdy ciało trawi choroba? To... To koniec. Przegrałem. — Zamknął oczy.
— Kiedy ostatnio jadłeś — spytała. Z doświadczenia ostatnich dni wiedziała, że im mniej jadł tym gorzej było.
— Wczoraj... — odmiauknął słabo, puszczając ją w końcu, a następnie zwinął się w kulkę.
No. To trzeba było go nakarmić… znowu robiła za niańkę.
Wyszła z legowiska lidera, po czym swoimi skokami dostała się do sterty zwierzyny, aby chwycić jedną z piszczek w pysk i szybko wrócić do Grzybowej Gwiazdy z dużym, soczystym ptakiem. Odstawiła jedzenie na posłanie.
— Musisz jeść. Inaczej ułatwisz jej zadanie.
Uparty kocur pokręcił jednak łbem, niezbyt chętny na spróbowanie mięsa.
— Grzybowa Gwiazdo... proszę. Jeśli nie dla siebie... zrób to dla Klanu Klifu. I by postawić się tej jędzy, która cię dręczy. — bo ta która to robiła musiała być faktycznie okropną jędzą. Nie tylko wyniszczała psychikę Grzyba, ale także ich klan od środka. Jak mogła być tak niewierna ich klanowi, skoro musiała być jego członkinią!
Kremowy po momencie zwrócił na nią zmęczony wzrok. Chwilę milczał, po czym skinął wolno głową, patrząc z niesmakiem na posiłek. Widząc, iż dalej nie rozpoczął konsumpcji, niebieska podsunęła mu ptaka bliżej pod łapy. Kocur rozpoczął niezbyt chętne skubanie zwierzyny, a ona czuła, jakby osiągnęła niemożliwe. Czekała aż zje do końca, jednak ten zostawił większość zwierzyny, choć zjadł kawałek, który byłby uznany za jeden gryz, po czym odwrócił łeb.
— Nie mogę już więcej...
— Spróbuj chociaż do połowy. Wyobraź sobie... że to ona i że możesz jej się odpłacić. — na jej słowa starszy wziął malutkiego gryza i rozpoczął memlanie go w pysku, co trwało dłuższy czas nim w końcu przełknął porcję. Tymczasem ona obserwowała go uważnie z przyjaznym uśmiechem na pysku, dając mu znać, że wyplucie i schowanie pod futrem nie przejdzie. Po przełknięciu kocur położył po sobie uszy, spoglądając na resztę zwierzyny. — Już mi starczy.
— Nie jadłeś od wczoraj, Grzybowa Gwiazdo. W takim tempie nie będziesz mógł nawet unieść głowy z legowiska za niedługo. — uświadomiła to mu.
— Mam... życia od przodków. Jak umrę to wrócę... — miauknął gorzko, urywając większy kawałek.
— Więc chcesz zmarnować tak cenny dar? — spytała go — To, że masz czegoś więcej, nie oznacza, że nie jest to tak samo cenne, jak jest dla innych.
Lider spojrzał na nią przestraszony. Spiął się, po czym zaczął kręcić głową.
— Nie. Wybacz... Obiecałem im już ich nie marnować... Znów o tym przypominają... Przepraszam...
— Nic się nie stało, Grzybowa Gwiazdo. Nie musisz przepraszać za to, że ktoś cię do czegoś takiego doprowadził. — stwierdziła — To nie jest twoja wina. — Po chwilizdała sobie sprawę z pewnego znaczenia jego słów... — Jak to... znowu...?
Arlekin jednak wrócił jedzenia ptaka, jakby nic się nie stało, a ją ogarnęło czyste przerażenie na myśl, co mógł kocur zrobić.
— I-ile... ile ich już straciłeś... — wypowiedziała szeptem, zszokowana.
— Mało... — przyznał ostatecznie dość niechętnie. — Chciałem odpocząć od ziemskich trosk, zostawić wszystko za sobą, ale... Te życia przeszkadzają — westchnął. — Nie chcę jednak denerwować Klanu Gwiazdy... Chociaż chętnie bym oddał im te życia za możliwość spokojnej śmierci...
Marnować życia… to było nie do pomyślenia…
I wtedy wpadła na pewien pomysł.
— A może... spróbuj się dowiedzieć, czy mógłbyś je oddać innym kotom? Skoro... i tak ich nie chcesz... tylko mi się potem nie zrzuć z klifu, dobrze? — poprosiła go.
— Zastanowię się nad tym... — odparł, zwijając się bardziej w kłębek. — Potrzebuje spokoju. Wracaj do swoich spraw — oddelegował ją.
— Dobrze. Odwiedzę cię jeszcze później — miauknęła, po czym pożegnała się i wyszła.
Następnie znalazła Srebrną Szadź i poprosiła ją o możliwość wykrzyczenia się w jej futro. Na szczęście ta nie zadawała zbędnych pytań i wyszła z nią z obozu, pozwalając Skoczek wyrzucić to wszystko w swoją większości białą sierść poprzez wrzaski.

[4416 słów]