Jeszcze Porą Nagich Drzew…
Wiatr szalał poza ścianami legowiska. Ze swojego miejsca na jednym z posłań, wciśnięta pomiędzy mech a ogon Niedźwiedziówki, obserwować mogła białą zawieruchę… I niewiele poza nią.
Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz. Potarła ślipia łapką, następnie opierając ją o ściółkę i wciskając pod nią zmarznięty nosek. Zimno. Kątem oka zerknęła na matkę; jednak odwrócona do niej zadem kocica zdawała się drzemać… Albo udawać, aby dzieciaki nie zawracały jej głowy.
Od początku tak to wyglądało. Niedźwiedziówka była dobra w byciu mamą na pokaz – i na tym się kończyło. Wykarmiała ich, czyściła futerka, ogrzewała w zimne noce, wszystko pod czujnym okiem klanowych kotów. Jej słowa jednak były puste, sztucznie przesłodzone, a czułe liźnięcia w głowę jedynie takie się wydawały. Dla Werwy jednak była to norma. W końcu był to jej pierwszy raz na tym świecie, nie zaznała jeszcze innego traktowania.
Zmarszczyła brewki. Pierwszy raz. Tylko ona zdawała się tak uważać; słowa matki o tajemniczej, zmarłej ciotce, której dusza wręcz musiała zajmować ciało młodej Werwy, zdecydowanie mieszały jej w głowie. Nie rozumiała tego. Między ścianami czaszki miała jeden głos. W piersi jedno bicie serca. To ona decydowała o tym, kiedy chce jeść, kiedy pójdzie spać, kiedy będzie ganiać za którymś z braci – a nie jakiś śmierdzący duch! No, bo duchy były stare, martwe, to pewnie śmierdzące… Nieważne. Jeszcze raz spojrzała na Niedźwiedziówkę, a potem z powrotem na własne łapy.
Nuda.
Podniosła się z posłania, umykając niezauważona spod ogona matki. W żłobku rzadko znajdował się ktokolwiek poza starszą kocicą, jej potomstwem i jednym kremowym kocurem – Wildikiem, klanowym piastunem. Przyszło jej więc w zwyczaju szukać rozrywki u rodzeństwa.
Prędko znalazła kupę czarno-białego futra, w połowie schowaną między ścianą legowiska, a mchem. Narcyz… Narcyz, z jego zadufaną miną i założonymi jedna na drugą łapami. Imię chyba zobowiązuje, co nie?
Stanęła przed bratem, czekając, aż podniesie tę pustą głowę i się na nią spojrzy. Brak reakcji. Zmrużyła ślipia z niezadowoleniem. Zgubił się gdzieś tam w środku, czy co? Końcowo podniosła łapę i z pewnie zbyt dużą siłą trąciła go w nos.
— Ej!
Wywróciła oczami, widąc oburzony wyraz jego pyszczka.
— Ignorujesz mnie — miauknęła, marszcząc brwi. — Nudzi mi się. A ty siedzisz w kącie jak… Jakby Ci ktoś ci przykleił zad do ziemi.
<Narcyzie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz