Przeszłość
Kasztanek siedział w kącie, mierząc wzrokiem jasnofutrą koteczkę, którą przyniesiono do żłobka jakiś czas temu. Z jakiegoś powodu nie potrafił jej zaufać, mimo upływu czasu. Miał wrażenie, jakby ona była taka niewinna i słodka w oczach wszystkich tylko po to, żeby kiedyś ich oszukać i wszystkich skrzywdzić. I żadne słowa nie były w stanie udowodnić mu, że to nigdy się nie stanie. Żaden argument w jego oczach nie był wystarczająco przekonujący. Bok małej Lilii unosił się, a potem opadał spokojnie. Jego rodzeństwo, Werwa i Narcyz rozmawiali nieco dalej, przy jednej ze ścian kociarni. Na ich mordkach wymalowane było niezadowolenie. Ciekawe, o czym rozmawiali? Czy mogło być to związane z nim? Aksamitny podmuch wiatru zmierzwił dymne futerko, gdy Nocniak usiadł tuż obok niego. Jasny, łaciaty ogon otulił go, jakby próbując pomóc mu wyzbyć się wszelkich nerwów i stresów. Kocię uniosło pysk ku górze ze zdziwieniem, widząc kufę Złocistego Widlika. Piastun spozierał na kocurka z lekkim zmartwieniem.
— Kasztanku, chciałbyś się może pobawić ze Szkwałem albo Lawendą? — zagadnął, wskazując palcem na młodziaki, które biegały w najlepsze po kociarni. Kasztanek pokręcił głową. W żłobku, oprócz Lilii, pojawiły się kolejne nowości w formie trzech dodatkowych kulek futra. Piastun traktował je jak własne, z jednej strony patrzyło się na to miło, a z drugiej… dymny nie wiedział, na co tak naprawdę patrzy. Nie rozumiał, dlaczego kocur traktował je w ten sposób. On nie poznał nigdy swojego ojca, w dodatku jego mama nie okazywała mu tyle czułości, co pręgus swoim kociętom. Ciężko było mu to zrozumieć.
Kasztanek rozejrzał się po jamie. Jego oczom rzuciła się drobna koteczka, którą kojarzył z widzenia. Niebieska szylkretka, która odpoczywała teraz sama w jednym z legowisk. Często biegała ze swoim rodzeństwem, bawili się w berka czy masę innych zabaw, które brzmiały na kuszące, jednak Kasztanek zawsze karał się w myślach, gdy tylko wpadł na pomysł porozmawiania z nimi. Złocisty Widlik prędko przyuważył zaciekawienie dymnego.
— Chciałbym z nią porozmawiać — wymsknęło się z małego pyszczka. Był ciekaw niebieskookiej, naprawdę miał ochotę dowiedzieć się nieco więcej o reszcie kociąt ze żłobka. Szafirek była odrobinę młodsza od niego. Brązowooki ostatnio sporo myślał o tym, że powinien spędzać więcej czasu z innymi kociętami, tak jak mu radził Złocisty Widlik, a nie szukać wiecznie sposobów na to, żeby samemu jakoś zająć łapy, bo w grupie było podobno raźniej i lepiej.
— Śmiało — powiedział Złocisty Widlik, gdy dymny kocurek wrócił do starszego wzrokiem, jakby szukał u niego otuchy. Kasztanek westchnął, czując, jak zaczynają mu się trząść łapy, a nawet nie zdążył wstać.
Oparł się o ogon piastuna, stając na czterech łapkach. Zaczął powoli iść w stronę szylkretki, chwytając się podłoża pazurkami, żeby przypadkiem się nie przewrócić. Jego mobilność była znacznie utrudniona i różniła się od reszty kociąt. Upadał znacznie częściej, przez co czuł się też gorzej, ponieważ reszta nie doświadczała tego tak dotkliwie, jak on. Oni także się przewracali, jednak dużo mniej i jeśli już, to najczęściej specjalnie. Stanął wreszcie nad odpoczywającą koteczką. Szafirek jak na zawołanie uniosła jedną powiekę, ze zdziwieniem wpatrując się w sterczącego nad nią dymnego.
Kasztanek poczuł nagle nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. A co jeśli wszystko pójdzie nie tak? Jeśli zepsuje wszystko, powie coś nie tak, będzie wyglądał nie tak? Zaczął lizać się po piersi dość nerwowo, wyrywając przy tym parę włosków.
Szafirek przyglądała mu się w zamyśleniu, ale dość szybko się uśmiechnęła. Podniosła się gwałtownie i skoczyła na starszego kocurka.
— Ha! Wygrałam! Teraz mi się ładnie przedstawisz — rzuciła, niezbyt się przejmując naruszeniem przestrzeni kociaka.
Kasztanek w odpowiedzi pisnął, poczuwszy jej łapy na swojej klatce piersiowej. Koteczka zareagowała dużo szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Chyba u nikogo nie zaobserwował jeszcze takiej szybkości. A może po prostu nie bawił się z nikim i nie miał skąd wiedzieć, że koty jednak wcale nie są takie powolne, jak mu się mogło wydawać do tej pory? Uderzył plecami o aksamitny w dotyku, wysuszony mech. Kocięta przeturlały się po miękkiej ściółce, lądując z szelestem na jednym z szerszych posłań. Kasztanek nie był wcale taki ciężki, przewrócenie go było niesamowicie łatwe, szczególnie że jego równowaga była naprawdę kiepska. Wyślizgnął się spod jej łapek, próbując wstać i utrzymać się, jednak szybciutko runął na podłoże raz jeszcze, tym razem nie z winy Szafirek. Poczuł, jak oblatuje go gorąc, rozprzestrzeniający się po jego mordce. Co, jeśli szylkretka go przestała lubić przez te małe potknięcie? Może stracił w jej oczach przez to, że był trochę inny?
— Ja… — zająknął się, patrząc dużymi oczami na Nocniaczkę. — Jestem Kasztanek — powiedział tak cicho, że nie był pewny nawet, czy ta informacja doleciała do uszu koteczki. Mogło zdarzyć się tak, że wypowiedział to zbyt cicho.
— Ooo, to takie brązowo-zielone cośki o, których mówił mi tatuś? No wiesz te rośliny o dziwnych listkach? — spytała z ożywieniem w niebieskich oczkach. Podała łapkę kocurkowi. — Ja jestem Szafirek. Miło mi cię poznać, Kasztanku — wymruczała.
Kasztanek postawił uszy ze zdziwieniem. Szafirek wiedziała już w tym wieku, co to są kasztany? W dodatku stało się coś dużo bardziej nietypowego – nie wyśmiała go, nie napluła mu w wąsy, tak naprawdę nie zrobiła mu nic złego. A wręcz przeciwnie! Podobało jej się jego imię. Nie wyglądała też na zaniepokojoną czy obrzydzoną jego zachowaniem. Nie przekonywała go też do jedzenia biedronek czy robienia innych niezbyt rozważnych rzeczy, przynajmniej na razie. Po chwili pokiwał głową, jakby dopiero teraz dotarło do niego pytanie kotki. Nazywała się Szafirek. Posłał jej nieśmiały uśmiech, po czym schylił odrobinę łeb, nadal patrząc w jej stronę. Co powinien zrobić teraz? Pójść sobie? Zaproponować jakąś zabawę? Ale nie znał ich zbyt wielu, szczególnie takich, w których nie musiałby się martwić o swoją równowagę.
— Hej, położysz się ze mną i pogramy w kociabet? — zapytała, jakby czytając mu w myślach. Widząc jego zaskoczoną minę, roześmiała się uroczo. — No wiesz, ja mówię na przykład tata, a ty atak i ja kolejne słowo mówię na k — wymruczała z błyszczącymi oczkami.
Kasztanek pokiwał głową, nie zastanawiając się długo. Nigdy nie słyszał o takiej zabawie. W zasadzie nie miał nic lepszego do roboty, dlatego czemu by nie spróbować… w końcu nie dość, że prawdopodobnie nie będzie musiał za nią ganiać, to w dodatku jakoś zabije czas. Szafirek do tej pory traktowała go tylko dobrze. Może oprócz wystraszenia, chociaż zdążył już o tym zapomnieć, zajęty czymś zupełnie nowym. Szafirek ułożyła się wygodnie w posłaniu, czekając na kompana. Dymny podreptał za nią chwiejnym krokiem, kładąc się obok.
Szafirek wtuliła się lekko w bok Kasztanka, jakby było jej odrobinę zimno. Kocurek zastanawiał się, czy tak właśnie robiły inne kocięta. On chyba nigdy nie tulił się do swojej siostry czy brata. Może to wynikało z tego, że każdy był inny. Postanowił, że nie będzie głowić się nad tym zbyt długo, raczej nie stała za tym żadna większa filozofia. Może lepiej, jak pomyśli sobie, jakie słowo wypowiedzieć po niej, żeby nie przegrać w zabawie.
— Dobrze, zacznę — wymruczała. — Mech — palnęła pierwsze, co przyszło jej na myśl. Kasztanek rozejrzał się po kociarni, nie mogąc wymyślić niczego, co by mu pasowało do tego słowa. Nikt, kogo znał, nie nazywał się w ten sposób.
***
Teraźniejszość
Kasztanek teraz znany był jako Przypalona Łapa. Dzisiaj miał odbyć się jego pierwszy trening z mentorem, Zmierzchającą Falą. Dymny nie słyszał o kocurze tak naprawdę nic, nie znał go i widział go chyba drugi raz w życiu. Do jego uszu doleciały słowa, że uczył kiedyś Konwaliową Mieliznę, jednak oprócz tego absolutnie nic, co nie cieszyło go za bardzo. Mroźne podmuchy wiatru przemierzały jego chude ciałko, chwytając go za skórę w miejscach, gdzie miał ubytki futra lub tam, gdzie było ono uszkodzone. Przeklął siebie w myślach za błąd z przeszłości, który dalej się powtarzał, bo nie było łatwym zrezygnować z czegoś, co do tej pory najsprawniej cię uspokajało. Jego łapy zatrzęsły się z zimna, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz, niczym stado malutkich mrówek.
Dwa koty dotarły nad wodę, która nie była aż tak daleko, tak wydawało się Przypalonej Łapie. Mentor polecił dymnemu, żeby zanurzył łapy, co brązowooki zrobił, chociaż dość chwiejnie. Gdy zanurzył się w wodzie, próbował momentalnie wypłynąć, młócąc łapami desperacko. Jego serce zaczęło tłuc niczym dzięcioł o korę drzewa, gdy wynurzył pysk ponad wodę i zaczerpnął powietrza, chwytając się łapami trawy na brzegu. Wysunął pazury, czując, jak łapy zapadają mu się lekko pod mokrą ziemią.
— Spokojnie. Nie możesz wymachiwać łapami w losowe strony. Twoje ruchy muszą być przemyślane i pewne. Skup się na tym, żeby twój pysk był ponad wodą, a tylne łapy na przemian odpychały wodę. Spróbuj pochlapać przednimi łapami w ten sposób — polecił mu mentor, czego pręgus początkowo nie mógł za dobrze zrozumieć. W czym miało mu pomóc niby chlapanie? Myślał, że woda jest dużo bardziej płytka. Okazało się, że pomieściłaby przynajmniej ze dwa koty ustawione na sobie na dnie. Przypalona Łapa nawet nie był pewien, jak dokładnie wyglądało dno. Woda wlewała mu się do pyska, gdy próbował odepchnąć się tak, żeby wyjść z lekko ciągnącego go nurtu. Pazury nabierały coraz to więcej mułu, chwytając się każdej wystającej drobinki, byleby tylko go wyjąć z żywiołu.
— Wyjmij mnie stąd! — wrzasnął w stronę Zmierzchającej Fali, czując ból mięśni w okolicy tylnych łap. Z jakiegoś powodu były one słabsze od tych przednich albo przynajmniej tak mu się wydawało. Szybko się męczył, a nauczenie się względnie akceptowalnej równowagi zajęło mu chwilę. Mimo to nadal zdarzały mu się wpadki i potrafił przewrócić się w najmniej oczekiwanym momencie. W wodzie jednak wyglądało to zupełnie inaczej i obracanie się należało chyba do najtrudniejszych rzeczy. Nie potrafił także szybko skręcać czy długo utrzymać się w locie po skoku na coś. Poczuł, jak kocur chwyta go za kark, wyciągając wreszcie z wody. Przypalona Łapa zakasłał, wypluwając ciecz. Zgarbił się, wyginając grzbiet w łuk oraz zmarszczył nos z obrzydzeniem, gdy wyleciała mu z pyska ostatnia niepożądana kropelka. Kocur poklepał go parę razy po grzbiecie, jakby próbując dodać otuchy.
— Już dobrze? Chodź, wejdziemy razem. Pokażę ci, jak pływać — miauknął starszy zachęcająco. Dymny nie był wcale przekonany, jednak nie miał zbyt wielkiego wyboru, w końcu to mentor wybierał, czego dzisiaj go nauczy. Westchnął, próbując dawać mu pozory jedynie zirytowanego, a nie przerażonego wizją, że mógł utonąć, gdyby mu nie pomógł. Może wcale to nie wyglądało tak? Może by nie utonął, a starał się za mało? Spiął mięśnie boleśnie, słysząc chlupot. Zmierzchająca Fala zanurzył się, trzymając brzegu i czekając na swojego ucznia. Przypalona Łapa zanurzył jedną z łap, która zdążyła odrobinę wyschnąć, po czym cały wszedł do wody. Mroźna ciecz oplotła jego ciało niczym pająk swoją ofiarę, czuł pod łapami pustkę, przez co niepokój w jego sercu rósł.
— Zobacz, przednimi łapami musisz młócić w ten sposób — odsunął się od bezpiecznego trawiastego brzegu, płynąc teraz delikatnie dalej, oddalił się od Przypalonej Łapy, po chwili wracając do niego. — Tylnymi łapami robisz to samo, ale próbuj odpychać się mocniej. Woda cię nie oszczędzi, jeśli będziesz jej się dawał — polecił. Przypalona Łapa nie chciał wcale tego robić, jednak jako kot należący do Klanu Nocy, umiejętność pływania była wręcz niezbędna, tak mu się przynajmniej wydawało. Otaczała ich woda i z wodą mieli do czynienia codziennie. Nie dało się jej unikać.
Poczuł, jak jego łapy delikatnie ześlizgują się z gruntu, którego jeszcze uderzenie serca temu tak panicznie się trzymał.
— Spróbuj się do mnie odwrócić. Wierzę w ciebie, Przypalona Łapo! — usłyszał głos starszego kocura.
Zaczął młócić wodę ile sił w łapach, utrzymując się jako tako nad wodą. Co jakiś czas zdarzało mu się delikatnie zanurzyć, jednak nie było to tak dotkliwe, jak za pierwszym razem. Zatoczył dość szeroki łuk, próbując dopłynąć do mentora, co zmęczyło go podwójnie. Zdawało się, że Zmierzchająca Fala zauważył coś istotnego, w jego oczach zatańczyła pewna iskra, na którą Przypalona Łapa nie zwrócił tak szczególnej uwagi. Gdy wreszcie udało mu się dotrzeć do wojownika, oddychał dość ciężko, a musiał jeszcze wrócić na brzeg. Bursztynooki pokierował go spokojnie, wyglądał niczym wydra, znająca każdy zakamarek swojego wodnego tunelu. Gdy obydwa kocury wynurzyły się, Przypalona Łapa raz jeszcze z lekką pomocą ze strony Nocniaka, położył się w kłującej, suchej trawie, czując, jak lepią się do niego paprochy. Nie to było jednak jego obecnie największym zmartwieniem. Miał ochotę zasnąć tu i obudzić się dopiero jutro, ale musiał jeszcze wrócić do obozu.
— Na dzisiaj to tyle. Dobra robota, Przypalona Łapo. Będziemy jeszcze ćwiczyć, ale cieszę się, że zrozumiałeś mniej więcej podstawy pływania. Odpocznij sobie, jak wrócimy. Pamiętaj, żeby porządnie się wyspać, bo jutro kontynuujemy trening — doleciał do jego uszu głos mentora, gdy kierowali się spokojnym krokiem w stronę azylu Klanu Nocy. Dzisiejszy dzień był nawet udany. Męczący, ale udany.
[2044 słowa - nauka pływania]
[Przyznano 41% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz