— Ty-ty! — wysyczał z trudnościami.
— No co ja? — Wężynka podniosła jedną brewkę, dalej patrząc na niego z tą zwycięską iskierką w oku. — No śmiało. Chcesz mi w końcu coś powiedzieć, czy nie?
— Tobie by się psydały całe wieki snu! Ciągle się tylko wylizujes, łuskas i przeglądas w kałuzach, a nie widzis, ze te wsystkie staraia na nic, bo mas pysk ksywy jak Sałwiowe Serce! Ba! Gorsy jesce!— prychnął na siostrę, a kropelki śliny spadły jej na mordkę. Szylkretka zmrużyła oczy lekko obrzydzona, chciała coś odpowiedzieć, ale bury nie dał jej dojść do słowa. — Gdybyś jesce tylko miała coś innego do zaoferowania... Ale nie mas! Chces być ładna jak mama, ale nic z tego! Mądra tes nie jesteś jak ona, a co dopiero zdolna. Jedyne co cię ratuje psed katastrofą i wyzuceniem do zeki, to to, ze mas poządnego mentora! I tyle! Bez Dryfująsej Bulwy byłabys nikim! Nikim!— Odwrócił się na tylnych łapach i wparował do legowiska. Z głową wysoko podniesioną, a ogonem pionowo wzniesionym, niczym sosna, podszedł do swojego kawałka mchu i głośno klapnął na miękką wyściółkę. Obok niego spoczywała Borówkowa Łapa, ale ten nawet nie uraczył starszej terminatorki spojrzeniem, nie żeby się jakoś przyjaźnili. Wymienili ze sobą może kilka słów.
"Głupia Wężyna, głupia, najgłupsza! Czemu jest dla mnie taka okropna... Wszystko niszczy, wszystko uprzykrza! Nie dość, że nikt się nad nią nie pastwi, i że ma dobrego mentora, i że nie musi się użerać z tą paskudną sosnową witką na treningach... To jeszcze wyżywa się nade mną! Niech ją nurt porwie!" — myślał rozgoryczony Żmijowcowa Łapa, wciskając pysk między skrzyżowane łapy. Nacisk na nos bolał, ale chciał w ten sposób zmusić się do wstrzymania łez, które napływały mu do oczu. Ah! Jakże on był zły! Bezsilność ugrzęzła mu w przełyku, tworząc niemożliwy do usunięcia gulę. Nie ważne ile razy przełknął ślinę, ona dalej tam była, uwierała go i sprawiała, że co kilka uderzeń serca wydawał z siebie żałosny jęk; próbował robić to jak najciszej, aby leżąca nie na tyle daleko, jakby tego chciał Wężynowa Łap, nie zwróciła na niego uwagi. Ostatnie czego chciał, to żeby śmiała się z niego albo – co gorsza – czuła względem niego jakieś głupie, rodzinne współczucie. Nie potrzebował jej głupich słów, jej głupich przeprosin czy szyderstw; nie wiedział, co zirytowałoby go bardziej.
"Jakby się utopiła, to może ja bym dostał Dryfującą Bulwę na mentora. Wtedy nie czułby pustki, a Wzlatująca Uszatka i tak jest niezdolna do nauczenia mnie czegokolwiek, co nie jest milczeniem i irytującym patrzeniem się w dal... Paskudna, głupia, niekompetentna kupa czarnobiałego futra!" — Mocniej objął pysk w łapy, marszcząc jeszcze silniej powieki, nie pozwalając łzom spłynąć po mordce. Poczuł, że ktoś delikatnie szturcha go w grzbiet; gdyby nie był taki spięty i najeżony (o czym nawet nie wiedział), mógłby nawet tego nie dostrzec.
— Hej Żmi- — Głos siostry podziałał na niego niczym zimna fala wody. Na początku odwrócił tylko ucho; spodziewał się, że to tylko Lulek coś od niego chce, albo matka przyszła wypytać o jego dzień... Ale oczywiście... To musiała być Wężynka. Najeżył się jeszcze bardziej i jednym ruchem wygiął się do tyłu, a ich zielone ślepia się spotkały. Podniósł się na przednich łapach, aby wysyczeć:
— Nie widzis, ze spie! — Znów ją opluł; miał nadzieję, że kropelka śliny wleci jej do oka i że oślepnie na zawsze. Uszy mu drgały, podobnie nos i źrenice; cały tak naprawdę dygotał. Miał dość. Chciał po prostu, żeby cały świat spłonął, żeby woda zabrała cały obóz, żeby wszyscy potonęli, żeby pojawiła się jakaś wielka, głupia i bezmyślna ryba, która gustuję w takich samych głupich i bezmyślnych istotach i pożarła szylkretkę, która teraz stała za nim i zapewne nigdy nie wydawała się być taka zdziwiona, jak teraz. — Zostawis mnie kiedyś?! Dobze ci, jak tak psychodzis i się nade mną pastwis? Moze jesce mi opowies, co takiego super robiłas z Dryfującą Bulwą, co?! Zacnies się chwalić, co ty tam umies, a cego ja nie umiem, bo mam głupią mentorkę, która jest bardzej do nicego niż Lulek! — Syczał dziko. Nie zauważył nawet, kiedy nie udało mu się już zapanować nad emocjami, a łzy pociekły mu nieśmiale w dół pyszczka, skapując na bury grzbiet.
— Hej Żmi- — Głos siostry podziałał na niego niczym zimna fala wody. Na początku odwrócił tylko ucho; spodziewał się, że to tylko Lulek coś od niego chce, albo matka przyszła wypytać o jego dzień... Ale oczywiście... To musiała być Wężynka. Najeżył się jeszcze bardziej i jednym ruchem wygiął się do tyłu, a ich zielone ślepia się spotkały. Podniósł się na przednich łapach, aby wysyczeć:
— Nie widzis, ze spie! — Znów ją opluł; miał nadzieję, że kropelka śliny wleci jej do oka i że oślepnie na zawsze. Uszy mu drgały, podobnie nos i źrenice; cały tak naprawdę dygotał. Miał dość. Chciał po prostu, żeby cały świat spłonął, żeby woda zabrała cały obóz, żeby wszyscy potonęli, żeby pojawiła się jakaś wielka, głupia i bezmyślna ryba, która gustuję w takich samych głupich i bezmyślnych istotach i pożarła szylkretkę, która teraz stała za nim i zapewne nigdy nie wydawała się być taka zdziwiona, jak teraz. — Zostawis mnie kiedyś?! Dobze ci, jak tak psychodzis i się nade mną pastwis? Moze jesce mi opowies, co takiego super robiłas z Dryfującą Bulwą, co?! Zacnies się chwalić, co ty tam umies, a cego ja nie umiem, bo mam głupią mentorkę, która jest bardzej do nicego niż Lulek! — Syczał dziko. Nie zauważył nawet, kiedy nie udało mu się już zapanować nad emocjami, a łzy pociekły mu nieśmiale w dół pyszczka, skapując na bury grzbiet.
<Wężynka?>
[748 słowa]
[przyznano 15%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz