Przed powodzią w obozie Klanu Nocy
Było dość pochmurne popołudnie, a ostatnie promienie słońca, przebijały się przez ścianę chmur, które bardziej inspirowały swoim wyglądem, niż straszyły nagłym zerwaniem się deszczu. Koty zmęczone po całym dniu patrolów przesiadywały właśnie na polanie, dzieląc się leniwie językami, a druga część pochowała się po legowiskach, mrucząc do siebie nowe wieści. Trzcinka korzystała z ciepła, które grzało ją w plecki. Właśnie bawiła się w kąciku zabaw. Rzucała raz po raz kamyczki i muszelki do wody, patrząc z satysfakcją, jak one toną na płyciźnie. Uwielbiała to zajęcie. Szczególnie wtedy, kiedy łapki obmywała nagrzana po całym dniu woda.
Nagle zasłonił słońce wielki jeden cień. Ta odwróciła się, chcąc zobaczyć przyczynę, przez którą teraz nie będzie mogła czuć przyjemnego ciepełka na jej pleckach. Jej wzrokowi ukazał się Dryfująca Bulwa, którego sierść ociekała z wody. Oczywiście, ojciec wrócił dopiero co z patrolu.
— Witaj Trzcinko, widzę, że topisz kamienie, chcesz ze mną porzucać? — spytał ją, po czym dodał — Nauczę cię tak rzucać, że Kamyk kilkukrotnie odbije się od wody.
Pochwalił jej się, mógł jej przy okazji pokazać fajną umiejętność. Ta z ciekawością rozszerzyła oczka.
— Oczywiście! — odpowiedziała od razu.
Odeszła na bok i dała ojcu miejsce, by ten pokazał jej, jak się rzuca kamieniem w wodę. Szczerze sama nie wierzyła, że tak się da. Jak może kamień uderzyć kilka razy o taflę wody? One przecież od razu toną.
Dumny kocur wziął dość płaski otoczak. Zrobił sprawny rozruch łapą i rzucił nim w stronę wody. Kamień odbił się kilka razy od wody, zostawiając za sobą wiele, kółek, które rozchodziły się smętnie po tafli, po czym zatonął, dość daleko od brzegu.
— Widzisz, trzeba tylko rzucić pod odpowiednim kątem, chcesz spróbować?
— Oczywiście, że chcę spróbować! — ucieszyła się.
Wzięła jakiś pierwszy lepszy kamień i cisnęła nim w taflę wody. Jedynie co jej się udało zrobić, to spłoszyć kaczki, które dotychczas leniwie przebywały w zaroślach. Widząc, jak daleko odleciały, poczuła irytację. Przecież miała jej wyjść ta sztuczka! Wyglądała na bardzo łatwą!
— Pokażesz jeszcze raz? — poprosiła ojca, czując jak głupio jej z powodu nieudanego rzutu.
Tamten uśmiechnął się do niej, czochrając jej głowę łapą.
— Oczywiście mała! Tak cię nauczę, że będziesz najlepsza! — Wziął jakiś kamyk do łapy i go jej pokazał dokładniej — Bierzesz kamień, najlepiej płaski, a następnie robisz zamach i rzucasz od siebie, po czym patrzysz, jak się odbija!
Zrobił kilka rozmachów, po czym rzucił od siebie i kamyk znowu się odbił, tylko dwa razy, a następnie utopił się w wodzie.
"Poprzednim razem coś lepiej ci poszło, tato"
— Kiedyś mnie tego nauczyła moja siostra, Syreni Lament, jak byliśmy uczniami. Mam nadzieję, że jak będziesz starsza, to może będziesz kogoś uczyć tak rzucać kamieniami tak, jak ja teraz ciebie. Widząc, jak Dryfująca Bulwa rozmarzył się nad przyszłością, westchnęła przeciągle. Była jeszcze kociakiem! Sama nawet nie wyobrażała siebie jeszcze w roli matki, która uczy swoje dzieci tej sztuczki, którą właśnie próbował nauczyć ją ojciec. Chciała umieć, tak rzucać kamieniem, jak on, ale widziała, jaka jest różnica księżyców treningów pomiędzy nimi.
— Może kiedyś się nauczę...
Wzięła płaski kamień i znów rzuciła pod kątem do wody. Niestety efekt był taki sam jak przedtem. Otoczak wpadł z impetem do wody, rozbryzgując ją na wszystkie strony.
— Ugh... Chyba prędzej utopiłabym kota, niż zrobiła tę sztuczkę, która straszy kaczki — zastanowiła się przez chwilę, co właśnie jej ojciec powiedział i spojrzała na niego zaciekawiona. Nie znała tego imienia oraz nie widziała żadnego kota Klanu Nocy, który by zwracał się do drugiego taką ksywką — Syreni Lament? Kto to?
— To była kiedyś moja siostra, ale niestety zmarła z powodu choroby. To było przed waszymi narodzinami, tylko twoje starsze rodzeństwo ją pamięta.
Wydawał się być nagle smutny. Pewnie wspominał chwilę, jak jego siostra żyła. Trzcinka nie wiedziała co to za uczucie. Mimo tego, że Różyczka była coraz bardziej irytująca, jak dorastały, tak mimo wszystko ją kochała. Nie wyobrażała sobie, żyć bez niej. Chociaż chętnie i w nią rzuciłaby kamieniem, jak to robił Dryfująca Bulwa. Przynajmniej wtedy Trzcinka, nie musiałaby słuchać, jak to tamta zostałaby najlepszą uczennicą Klanu Nocy.
— Na pewno byście się dogadały — dodał ojciec.
Nie wiedząc, jak się zachować przez chwilę, położyła łapkę na jego dużej łapie.
— Pewnie musiała być super — zauważyła — Skoro to ona ciebie nauczyła, to może również uda mi się zrobić tę sztuczkę.
"Wtedy będę mogła celnie rzucać kamieniem w Wężynowy Splot." – pomyślała ucieszona.
To był szczytny cel. Nie podobało się jej, że kocica stała się tak szybko wojowniczką. Chociaż z plusów właśnie dostała z powrotem ojca.
Kolorowe pasma chmur, które mieniły się różnymi kolorami od zachodzącego słońca, zmieniły się w ciemne i ciężkie. Zasłoniły całe niebo, odcinając tym koty od ciepła. Trzcinka wyszła z wody, która wydawała się nagle cofnąć. Coś nie grało, jednak koteczka zignorowała dziwne sygnały. Wiatr stał się mocniejszy i porywisty. Kwiaty, które porastały sumaki, właśnie zostały zdmuchnięte, na jej oczach. Koteczka musiała odwrócić aż łepek, by oczka nie zaczęły jej łzawić od wiatru.
"Brrrrr… Pewnie zaraz się rozpada…"
Pusząc się przez nagłe oziębienie, spojrzała na ojca, przymykając przy tym oczka. Wibrysy fruwały jej we wszystkie strony, a w uszach aż jej gwizdało od wichury.
"Trzeba chyba się powoli zawijać do żłobka…" – pomyślała, patrząc na koty, jednak te, zamiast się chować, wręcz wychodziły z legowisk. – "Czemu wszyscy nagle są na polanie, akurat, kiedy trzeba się chować?"
Zdezorientowana spojrzała na Świteziankową Łapę, która wyglądała na przejętą czymś.
"O co chodzi?"
Nagle zasłonił słońce wielki jeden cień. Ta odwróciła się, chcąc zobaczyć przyczynę, przez którą teraz nie będzie mogła czuć przyjemnego ciepełka na jej pleckach. Jej wzrokowi ukazał się Dryfująca Bulwa, którego sierść ociekała z wody. Oczywiście, ojciec wrócił dopiero co z patrolu.
— Witaj Trzcinko, widzę, że topisz kamienie, chcesz ze mną porzucać? — spytał ją, po czym dodał — Nauczę cię tak rzucać, że Kamyk kilkukrotnie odbije się od wody.
Pochwalił jej się, mógł jej przy okazji pokazać fajną umiejętność. Ta z ciekawością rozszerzyła oczka.
— Oczywiście! — odpowiedziała od razu.
Odeszła na bok i dała ojcu miejsce, by ten pokazał jej, jak się rzuca kamieniem w wodę. Szczerze sama nie wierzyła, że tak się da. Jak może kamień uderzyć kilka razy o taflę wody? One przecież od razu toną.
Dumny kocur wziął dość płaski otoczak. Zrobił sprawny rozruch łapą i rzucił nim w stronę wody. Kamień odbił się kilka razy od wody, zostawiając za sobą wiele, kółek, które rozchodziły się smętnie po tafli, po czym zatonął, dość daleko od brzegu.
— Widzisz, trzeba tylko rzucić pod odpowiednim kątem, chcesz spróbować?
— Oczywiście, że chcę spróbować! — ucieszyła się.
Wzięła jakiś pierwszy lepszy kamień i cisnęła nim w taflę wody. Jedynie co jej się udało zrobić, to spłoszyć kaczki, które dotychczas leniwie przebywały w zaroślach. Widząc, jak daleko odleciały, poczuła irytację. Przecież miała jej wyjść ta sztuczka! Wyglądała na bardzo łatwą!
— Pokażesz jeszcze raz? — poprosiła ojca, czując jak głupio jej z powodu nieudanego rzutu.
Tamten uśmiechnął się do niej, czochrając jej głowę łapą.
— Oczywiście mała! Tak cię nauczę, że będziesz najlepsza! — Wziął jakiś kamyk do łapy i go jej pokazał dokładniej — Bierzesz kamień, najlepiej płaski, a następnie robisz zamach i rzucasz od siebie, po czym patrzysz, jak się odbija!
Zrobił kilka rozmachów, po czym rzucił od siebie i kamyk znowu się odbił, tylko dwa razy, a następnie utopił się w wodzie.
"Poprzednim razem coś lepiej ci poszło, tato"
— Kiedyś mnie tego nauczyła moja siostra, Syreni Lament, jak byliśmy uczniami. Mam nadzieję, że jak będziesz starsza, to może będziesz kogoś uczyć tak rzucać kamieniami tak, jak ja teraz ciebie. Widząc, jak Dryfująca Bulwa rozmarzył się nad przyszłością, westchnęła przeciągle. Była jeszcze kociakiem! Sama nawet nie wyobrażała siebie jeszcze w roli matki, która uczy swoje dzieci tej sztuczki, którą właśnie próbował nauczyć ją ojciec. Chciała umieć, tak rzucać kamieniem, jak on, ale widziała, jaka jest różnica księżyców treningów pomiędzy nimi.
— Może kiedyś się nauczę...
Wzięła płaski kamień i znów rzuciła pod kątem do wody. Niestety efekt był taki sam jak przedtem. Otoczak wpadł z impetem do wody, rozbryzgując ją na wszystkie strony.
— Ugh... Chyba prędzej utopiłabym kota, niż zrobiła tę sztuczkę, która straszy kaczki — zastanowiła się przez chwilę, co właśnie jej ojciec powiedział i spojrzała na niego zaciekawiona. Nie znała tego imienia oraz nie widziała żadnego kota Klanu Nocy, który by zwracał się do drugiego taką ksywką — Syreni Lament? Kto to?
— To była kiedyś moja siostra, ale niestety zmarła z powodu choroby. To było przed waszymi narodzinami, tylko twoje starsze rodzeństwo ją pamięta.
Wydawał się być nagle smutny. Pewnie wspominał chwilę, jak jego siostra żyła. Trzcinka nie wiedziała co to za uczucie. Mimo tego, że Różyczka była coraz bardziej irytująca, jak dorastały, tak mimo wszystko ją kochała. Nie wyobrażała sobie, żyć bez niej. Chociaż chętnie i w nią rzuciłaby kamieniem, jak to robił Dryfująca Bulwa. Przynajmniej wtedy Trzcinka, nie musiałaby słuchać, jak to tamta zostałaby najlepszą uczennicą Klanu Nocy.
— Na pewno byście się dogadały — dodał ojciec.
Nie wiedząc, jak się zachować przez chwilę, położyła łapkę na jego dużej łapie.
— Pewnie musiała być super — zauważyła — Skoro to ona ciebie nauczyła, to może również uda mi się zrobić tę sztuczkę.
"Wtedy będę mogła celnie rzucać kamieniem w Wężynowy Splot." – pomyślała ucieszona.
To był szczytny cel. Nie podobało się jej, że kocica stała się tak szybko wojowniczką. Chociaż z plusów właśnie dostała z powrotem ojca.
Kolorowe pasma chmur, które mieniły się różnymi kolorami od zachodzącego słońca, zmieniły się w ciemne i ciężkie. Zasłoniły całe niebo, odcinając tym koty od ciepła. Trzcinka wyszła z wody, która wydawała się nagle cofnąć. Coś nie grało, jednak koteczka zignorowała dziwne sygnały. Wiatr stał się mocniejszy i porywisty. Kwiaty, które porastały sumaki, właśnie zostały zdmuchnięte, na jej oczach. Koteczka musiała odwrócić aż łepek, by oczka nie zaczęły jej łzawić od wiatru.
"Brrrrr… Pewnie zaraz się rozpada…"
Pusząc się przez nagłe oziębienie, spojrzała na ojca, przymykając przy tym oczka. Wibrysy fruwały jej we wszystkie strony, a w uszach aż jej gwizdało od wichury.
"Trzeba chyba się powoli zawijać do żłobka…" – pomyślała, patrząc na koty, jednak te, zamiast się chować, wręcz wychodziły z legowisk. – "Czemu wszyscy nagle są na polanie, akurat, kiedy trzeba się chować?"
Zdezorientowana spojrzała na Świteziankową Łapę, która wyglądała na przejętą czymś.
"O co chodzi?"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz