— Koniec, wracamy — rzuciła jedynie nonszalancko i odwróciła, krocząc w stronę obozu. Krucza Łapa westchnął i podążył za mentorką.
— Nikła Gwiazda aż tak wchodzi ci za skórę, co? — spytał, prychając lekko. Matka spojrzała na niego karcąco.
— To twój lider — zauważyła, jednak sama najwidoczniej nie miała zamiaru go bronić dalej. Czasami zdawało się mu, jakby nie była zadowolona z pozycji zastępcy. Od początku się wypierała, proponowała partnerkę na to miejsce, ale nie udało się jej uciec przed zostaniem wybraną. Krucza Łapa sam nie był zadowolony z kandydatury Nikłej Gwiazdy. Coś mu w nim śmierdziało, jednak nie wiedział co. Może i okazywał mu należyty szacunek, jak każdemu silniejszemu lub równie silnemu kotu, jednak nadal nie był w stanie mu zaufać. Chciał się jednak wkupić w jego łaski, jak miał być szczery. Kto by nie chciał? Dobre kontakty z liderem są bardzo przydatne. Rozmyślanie nad tym wszystkim trochę mu zajęło, bo zdążyli już dotrzeć do obozu. Kocur spojrzał jedynie na matkę, która bez słowa odeszła w stronę sterty zwierzyny, aby potem wybrać coś do siebie i usadowić się przy Mrocznej Wizji. Czasami zastanawiał się, jak to jest zakochać się jak jego matki. Pomimo ich trochę zbieżnych charakterów potrafiły się bardzo dobrze dogadywać, co zazwyczaj go dziwiło. Czy sam byłby w stanie zrobić to samo? Raczej nie, jeśli ma być już szczery. Nie może znieść kotów, które promieniują radością, jakby nie miały zmartwień w życiu, a tak właśnie żyły koty poza Klanem Wilka. Nie wierzyli w Mroczną Puszczę, wierzyli w według Kruka przereklamowany Klan Gwiazdy. No bo co niby mieliby dla niego zrobić jacyś słabi przodkowie, którzy co najwyżej byliby w stanie mu podrzucić pod łapy listek do własnej interpretacji, a jednak jakimś cudem inne koty potrafiły się oddać tej wierze i podążać za tymi pajacami. Może takie koty potrafią się zakochać? Takie, które wierzą w to, czego nie dostrzegają, jednak mają na to dowód od na przykład medyków? Choć jaki jest sens takiej wiary, takiej miłości? Potrząsnął głową i spojrzał w stronę żłobka. Futro stanęło mu dęba, gdy zauważył Kocankę wyglądającą zza wyjścia z niego. Patrzyła swoimi lodowatymi ślepiami wprost na niego. Jak tak jasna, wyglądająca niewinnie kotka potrafiła tak namieszać w jego głowie? Spać nie mógł, wyobrażając sobie te mroźne oczy. Potrząsnął głową i wybrał ze sterty zwierzyny wronę, aby zanieść ją do karmicielek. Gdy wszedł do żłobka, zalał go zapach mleka i małych kociąt. W środku od zawsze było ciepło, ale za jego przebywania tam było na pewno i ciszej. Pszczółka I pajęczynka właśnie rzucały się nawzajem po ziemi, walcząc, prawdopodobnie udając wojowników. Jednak nie dla nich tu przyszedł. Niedbale zamienił słowo z karmicielką, oddając jej zdobycz ze sterty. Odwrócił się po tym w stronę Kocanki, która czyściła futro, jednak kątem oka nadal na niego patrzyła. Podszedł do niej i usiadł przed nią. Najlepszym sposobem na podejście jej była konfrontacja.
— Patrzysz na mnie. Strasznie często, wręcz cały czas. Nie uważasz? — spytał kotkę, czujnie patrząc na nią, jakby próbując wyłapać coś z jej oczu, jakieś zwątpienie, może chwilę niepewności, jednak to ona wysysała z niego całą energię. Tak więc czekał na odpowiedź.
<Kocanko?>
[594 słowa]
[przyznano 12%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz