Dawno temu
— Mój poziom nauki ma się raczej dobrze, nic ci do tego — odparło krótko i zwięźle. — Robię, co mogę, ja również leczę koty. Plotki to plotki. Nie mają żadnego znaczenia — mruknęło, chociaż zaczęło łagodnie przestępować z łapy na łapę, zdenerwowane. Liliowa zachichotała, kpiąc z Koperkowej Łapy. — Potrzebujesz czegoś? Może na coś chorujesz? Mogę podać ci jakieś zioła lecznicze, ostatnio poznałom kilka nowych — odparło, usiłując być bardziej przyjazne. Brukselkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, ale sztucznie, tak bardzo, że aż jej pyszczek nienaturalnie się wykrzywił.
— Ach, tak? — zamruczała głosem przesiąkniętym słodką złośliwością. — Powątpiewam w to, że w ogóle uczysz się czegokolwiek na tych treningach. Chociaż może… leżenie na zadzie i patrzenie się w sufit to teraz nowa forma nauki? — Przechyliła głowę w bok, udając zatroskanie i ciekawość. Niewinnie mrugała swoimi oczętami, jakby naprawdę chciała dowiedzieć się więcej o trybie życia Koperkowej Łapy. — Powiedz mi, Koperku… — zaczęła znowu z przesadną uprzejmością, specjalnie nazywając jeno zdrobnieniem, którego nienawidziło. — Czy marnowanie miejsca w lecznicy naprawdę jest takie ciężkie, jak powiadają? Bo jak cię czasem widzę, to mam wrażenie, że samo istnienie to dla ciebie wysiłek ponad siły! — zakpiła. Uczeń usiadło, przymykając delikatnie swoje ślipka.
— Ja nie leżę bez sensu… — mruknęło spokojnie, zadzierając brodę. — Ja tylko odpoczywam. Nie mogę się przecież przemęczać, Cisowe Tchnienie mówi, że- — Brukselka prychnęła z politowaniem, nie dając Koperkowej Łapie dokończyć.
— Ta, jasne! Odpoczynek od czego? Od przekręcania się z boku na bok? Nie rozśmieszaj mnie nawet — warknęła przez zaciśnięte zęby. Liliowe uniosło lekko łapę i polizało się w nią kilka razy.
— Nie każdy musi biegać od świtu do zmierzchu jak ty. Może ktoś woli działać w swoim tempie, ale to nie znaczy, że jest gorszy. Może po prostu lepiej jest czasami się zatrzymać i posłuchać, niż gadać głupoty przez cały dzień… — podsunęło. Uczennica zmarszczyła nos i usiadła, gniewnie stukając ogonem o ziemię.
— Czyli chcesz mi powiedzieć, że jestem głupia? Zabawne, ale to o tobie latają plotki, żeś jest niedorajda. Ja jeszcze się trzymam w tym… trudnym środowisku, ale ty, jak widzę, zbierasz sobie tylko kolejnych wrogów — zaśmiała się złośliwie.
— Nie uważam, że jesteś głupia — odpowiedziało cicho, wysilając się na miły, przyjazny ton głosu. — Po prostu jesteś… głośna. I w dodatku zachowujesz się jak rzep na ogonie, zamiast zająć się swoimi sprawami. — Zerknęło na nią kątem oka i dodało:
— A to wyróżnia cię od reszty klanu — dodało, jakby desperacko starając się pogodzić ze swoją siostrą. Brukselka zaniemówiła na moment, ale szybko się otrząsnęła.
— Ugh! Przestań mi słodzić, bo zwymiotuję w twoje posłanie! — burknęła, wyciągając język w jego stronę. Jej pysk był przepełniony obrzydzeniem, jakby Koperkowa Łapa przyznało się właśnie do czegoś równie ohydnego, co zjedzenie zgniłej ryjówki. — Lepiej przyzwyczaj się do kolejnych takich wizyt! Może i jestem rzepem, ale za to znam twoje słabe punkty, co? — Nachyliła się nad nim, zgrzytając ząbkami. — Przygotuj się na więcej rozmów. Może następne nie będą już tak litościwe. Gdy tylko do moich uszu dotrze choćby jedno złe słówko o tobie, to wiedz, że ci nie odpuszczę! — mruknęła, spokojnie, jakby przechwalała się jakimś osiągnięciem na treningu. — Powodzenia. Lepiej miej się na uwadze — rzuciła, wstając i powoli odchodząc od swojego brata.
***
Tamte kłótnie z bratem to już przeszłość, a przynajmniej tak wydawało się Brukselkowej Zadrze. Dawniej każde ich spotkanie kończyło się dogryzaniem, obrażaniem i wzajemnym prychaniem, jakby walczyli o to, kto kogo bardziej urazi swoimi słowami. Ale teraz… teraz wszystko wydawało się zupełnie inne. Liliowa nie miała już siły na złość. W sercu nosiła tylko jedno uczucie – niepokój o zdrowie ich matki. Kwitnący Kalafior gasła z dnia na dzień, a Brukselka coraz częściej budziła się w nocy, czując, jakby coś ją dusiło. Ciężar strachu, że kiedyś wstanie i matki już nie będzie, nie odstępował jej na krok. Dlatego tego ranka, zanim wyszła z legowiska starszyzny, pochyliła się delikatnie i polizała Kalafior po czole, przymykając oczy. W tej krótkiej chwili istniała tylko ona i jej matka. Bez obowiązków, bez koszmarnych snów i chorób. Tylko czułość i matczyna miłość.
Wojowniczka wyszła na zewnątrz i zatrzymała się pośrodku obozu. Jej spojrzenie błądziło od jednego kociego grzbietu do drugiego, aż w końcu stanęło na pustym wejściu do lecznicy. To właśnie tam powinno przebywać ono – Roztargniony Koperek. Dawno z jeno nie rozmawiała. Właściwie… trudno było przypomnieć sobie ostatnią dłuższą rozmowę, w której nie rzucali w siebie obelgami. Cóż, mimo to wciąż był jej rodzeństwem, a teraz, gdy wszystko się sypało, miało to ogromne znaczenie. Westchnęła cicho i niechętnie podeszła do wejścia do legowiska medyków. Jej łapy cicho szurały po ziemi, jakby kotka wciąż wahała się, czy powinna. Nie potrafiła ukryć, że gdzieś w sercu czuła wstyd za tamte słowa, a może też i dziwną dumę? Wsunęła głowę do środka, odpychając te myśli na bok. Zachowywała się ostrożnie, jakby liczyła na to, że lada moment z półmroku wyskoczy Roztargniony Koperek, z wyrzutem wypominając jej o tym, co niegdyś mu nagadała.
— Koperk- To znaczy… Koprze? — rzuciła cicho, niemal szeptem. Głos zadrżał jej lekko, ale szybko spróbowała to ukryć, unosząc głowę wyżej. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do mroku w lecznicy. W powietrzu unosił się zapach ziół i… chorób. Było tu spokojnie, ale też smętnie. — Jesteś tu? — zapytała ponownie, tym razem nieco głośniej, robiąc krok do przodu. Ogon trzymała nisko przy ziemi. Nie wyglądała już na pewną siebie wojowniczkę, a raczej na zmartwione kocię, które zagubiło się gdzieś poza żłobkiem. Gdy jej słowa nie spotkały się z odpowiedzią, postanowiła ruszyć dalej. Przemierzała legowisko medyków w poszukiwaniu kota. Była na tyle skupiona na swoim celu, że nawet nie zauważyła, gdy jej łapa stanęła na suchym liściu, który pod jej ciężarem kompletnie się rozkruszył. “Oby nie było to nic przydatnego…” pomyślała, krzywiąc się w grymasie. Gdy podniosła wzrok, stało nad nią Roztargniony Koperek. W pierwszej chwili zjeżyła futro i odskoczyła do tyłu, jednak potem zrobiło jej się gorąco. Jej serce zaczęło bić szybciej, a ona sama próbowała jakoś to zatuszować, liżąc swoje futro na szyi. Gdy Koperek mlasnęło, przestała przesuwać językiem po swojej klatce piersiowej i spojrzała mu prosto w oczy.
— R-Roztargniony Koperku… — zawahała się na moment, aby potem przypomnieć sobie osłabione ciało jej matki. — Musimy porozmawiać o Kwitnącym Kalafiorze. Nie jest z nią najlepiej, dobrze o tym wiesz… Od kilku dni nieustannie proszę cię o ziarna maku, ale jeszcze nie mieliśmy okazji poważnie o tym porozmawiać — zaczęła, przestępując z łapy na łapę. — Ja… nie chcę, aby ona umarła. Nie teraz! Ma jeszcze tyle przed sobą… — jęknęła. — Czy masz jakieś podejrzenia, co może jej dolegać? To jakiś kaszel, infekcja? Mogę nawet… poszukać z tobą potrzebnych ziół! Tylko… błagam, pomóż jej jakoś. Nie mogę patrzeć na to, jak codziennie się męczy, Koprze… to także i twoja matka. Na pewno chcesz dla niej dobrze…
<Roztargniony Koperku? Ja... przepraszam>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz