— Wiciokrzewie! Pora wstać! — usłyszał nagle głos swojego mentora. Otworzył sennie oczy, a wtedy dostrzegł ciemny pysk Rokitnika tuż przed sobą. Zjeżył się i aż podskoczył, przestraszony tak niespodziewanym spotkaniem z kocurem. Na chwilę jego oddech przyspieszył, a serce zabiło mocniej. Uczeń jednak prędko się uspokoił, wiedział, że Rokitnik nie przepadał za słabiakami. Wiciokrzew polizał się kilka razy po piersi, aby wygładzić swoje futro.
— Prze-przepraszam, trochę się p-przestraszyłem — mruknął niepewnie. Bury kocur przewrócił oczami i bez słowa, zgrabnie zaczął schodzić w dół drzewa. Liliowy uczeń wyjrzał ze swojego posłania, obserwując Rokitnika, który po krótkiej chwili już postawił łapy na ziemi.
— Na co ty czekasz! — zawołał. Wiciokrzew nagle jakby się ocknął. Wygramolił się gorączkowo ze swojego posłania i zdecydowanie mniej zgrabnie niż swój mentor zaczął schodzić w dół. Przy okazji obił się kilka razy o jakąś gałąź, czy poharatał o korę. Finalnie trochę niefortunnie upadł na glebę i delikatnie się zachwiał, ale mimo wszystko nie upadł, nie chcąc upokorzyć się przed Rokitnikiem. Trochę zabolała go prawa łapa, ale zignorował ten ból, mówiąc sobie, że na pewno za chwilkę przejdzie. Przecież tylko źle stanął, prawda? Nie zastanawiając się już dłużej, ruszył za swoim mentorem, zaciekawiony tym, co przyniesie mu dzisiejszy trening. Liczył tylko na to, że znowu nie powie niczego głupiego albo nie wykaże się wyjątkową miernotą. Jego kondycja nie poprawiła się nawet ociupinkę, a na jego łapach wcale nie rysowały się mięśnie. Wciąż wyglądał na tak samo mizernego, jak te kilka księżyców temu. Najwidoczniej ścieżka wojownika nie była mu dana.
— Wiesz, że wciąż wspinasz się na drzewa jak niedołężna wiewiórka? — stwierdził jego mentor, gdy dreptali wśród drzew. Wiciokrzew westchnął i odwrócił wzrok od swojego mentora.
— Halo, mówię do ciebie — dodał Rokitnik, zwalniając i zrównując się ze swoim uczniem. Liliowy kocur spojrzał się na niego i przytaknął, po czym spuścił wzrok na swoje łapy. Dobrze wiedział, że nie szło mu za dobrze w tych wszystkich wspinaczkach, biegach, walkach, jego mentor wcale nie musiał mu o tym przypominać!
— To dobrze, że wiesz, ale niedobrze, że nie umiesz się wspinać na drzewa! Jesteś z Owocowego Lasu, wspinaczka na drzewa tutaj to podstawa! Ja nie mam pojęcia, jak ty w ogóle śpisz w nocy, skoro tak słabo ci to idzie. Ja nie wiem, może ktoś ci pomaga wejść do własnego posłania? — zakpił. Miejsce, w którym Wiciokrzew spał, wcale nie było jakoś najniżej, ale nie było też najwyżej. Liliowy uczeń spojrzał przed siebie i zaczął się zastanawiać nad tym, jak mu się tam udaje wdrapać. Być może to zmęczenie po całym dniu samo już steruje jego łapami, kierując go ku górze.
— Znowu będziesz siedział cicho? Dobrze wiesz, że nie czytam ci w myślach! Chyba już to ustaliliśmy, co nie? — miauknął niezadowolony i pokręcił głową. Uczeń nie odpowiedział na słowa Rokitnika. Razem kontynuowali dreptanie w ciszy, przerywanej jedynie szumem wiatru.
***
W końcu oba koty dotarły do Owocowego Lasku, gdzie Rokitnik stanowczo stanął w miejscu. Wiciokrzew zatrzymał się kilka kroków dalej niż buras, zaskoczony tak nagłym postojem.
— Co-coś się stało? — zapytał nerwowym głosem. Jego końcówka ogona zadrżała.
— A czemu miałoby się coś stać? To czas na trening, nie będziemy chodzić bez celu aż do zachodu słońca! To nie czas na żadne spacerki! Ja tu muszę wojownika wyszkolić, a nie marzyciela — burknął w odpowiedzi. Uczeń przytaknął na słowa swojego mentora. Rokitnik zaczął chodzić od drzewa do drzewa, rzucając się na nie z łapami, podczas gdy liliowy kocur stał i go obserwował. Co on wyprawiał? Może czegoś szukał? Sprawdzał coś? Wiciokrzew nie miał jednak odwagi pytać, bo to pewnie było coś oczywistego, za co Rokitnik by go wyśmiał.
— Pomożesz mi? Czy będziesz tu stał jak jakiś pień — burknął pod nosem. Wiciokrzew przechylił głowę, wciąż wpatrując się w poczynania swojego mentora. Chciałby mu pomóc, chciałby się do czegoś przydać, ale naprawdę nie wiedział, jak ma tego dokonać. Niepewnie ruszył się z miejsca i podszedł do Rokitnika.
— A… a co m-my tak właściwie ro-robimy? — zapytał zmieszanym głosem. Bury kocur westchnął i szepnął coś pod nosem, ale Wiciokrzew nie potrafił rozszyfrować jego słów.
— Muszę znaleźć odpowiednie drzewo, na którym nawet taka niedorajda jak ty się czegoś nauczy — przyznał po jakimś czasie namysłu.
— Acha — odpowiedział Wiciokrzew, na co jego mentor po prostu prychnął i zaczął ponownie wić się wśród drzew, w poszukiwaniu tego… idealnego, jakkolwiek głupio to brzmiało. Najwyraźniej Rokitnik miał swoje metody i przekonania, ale to nic złego! Zresztą Wiciokrzew i tak będzie się go słuchał i za nim podążał, był jego uczniem, nie miał innego wyboru. Nie miał na tyle odwagi, aby się mu sprzeciwić, aby się z nim wykłócać. Poza tym wiązałaby się z tym kara od jego matki, która przecież kolegowała się z Rokitnikiem. Na pewno buras o wszystkim by jej powiedział, pewnie już to robi. W pewnym momencie mentor kocura przystanął przy jednym drzewie, a na jego licu zagościł uśmiech.
— Myślę, że możesz już tu przyjść. Nie możemy marnować więcej czasu na głupoty. Nie daruję ci, jeśli wrócisz do obozu, wciąż nie potrafiąc się wspiąć na zwykłe drzewo — zawołał. Wiciokrzew posłusznie do niego podszedł. Drzewo, które wybrał Rokitnik, było raczej niewielkie, to znaczy dosyć niskie. Kocur skrzywił się nieco. To trochę smutne, że każdy zawsze widział go jako tego słabego, niezdolnego do zrobienia… czegokolwiek. Może jest w tym trochę sensu, prawy?
— No, to co? Pokaż mi to, czego już się nauczyłeś — zażądał. Wiciokrzew spojrzał w górę, na drzewo, po którym miał się wspiąć. Nie miało zbyt wielu gałęzi… najwidoczniej Rokitnik nie do końca wiedział, na jakie drzewa da się najłatwiej wspiąć. Liliowy kocur wiedział jednak, że nie może się wycofać ani sprzeciwić swojemu mentorowi, bo to poskutkowałoby jakąś kłótnią, albo przynajmniej wyzwiskami ze strony burasa. Uczeń niechętnie wysunął pazury i skoczył, zaczepiając się nimi o korę drzewa. Nie miał za dużo czasu na myślenie, podczas gdy wisiał na pniu. Wzrokiem zaczął szukać najbliższej gałęzi, a gdy już ją odnalazł, zaczął podciągać się w jej stronę. Złapał się jej jedną łapą, a następnie do niej podciągnął. Gdy na niej usiadł, ta się lekko zachwiała. Wiciokrzew stracił równowagę i o mało z niej nie spadł!
— To tyle? Błagam cię, ledwo co nogi oderwałeś od ziemi! Musisz się wspiąć WYŻEJ — warknął Rokitnik. Liliowy kocur zacisnął zęby.
“A co jeśli ja nie chcę wyżej?” pomyślał. Oczy mu się zaszkliły, ale odwrócił głowę od swojego mentora, aby nie pokazywać przed nim swoich słabości. Ponownie zaczął wspinać się ku górze i szło mu to nawet dobrze, lepiej niż wcześniej. Z każdym kolejnym wbiciem pazurów w korę czuł, jak łzy coraz bardziej domagają się ujrzenia światła dziennego. Wiciokrzew zmrużył ślepia, co w tym przypadku było ogromnym błędem. Stracił w tym momencie kontrolę nad sytuacją, oderwał jedną z łap od pnia. Nie byłoby to nic wielkiego, gdyby nie fakt, że od razu poczuł ogarniający go strach. Przyczepił łapę z powrotem do drzewa i mocno się do niego przytulił. Otwierając oczy, dostrzegł, jak wysoko nad ziemią jest, chociaż… raczej to tylko jego umysł płatał mu figle, bo wcale nie był aż tak wysoko, jak mu się wydawało!
— Dalej! Wyżej! Wyżej — słyszał niewyraźne słowa swojego mentora. Nie mógł już dalej, nie mógł wyżej. Zaczął powoli zsuwać się w dół, nie potrafił się zatrzymać, nie potrafił ponownie przyczepić się do pnia, aby móc znowu wspiąć się do góry, zresztą nawet nie próbował. Dał się grzecznie odprowadzić na ziemię, gdzie czekał na niego jego naburmuszony mentor.
— Mówiłem coś do ciebie? Nawet do połowy tego drzewa nie dotarłeś! — burknął.
— Jesteś tchórzem i nieudacznikiem! Ja nie wiem, jak ktoś taki jak ty może być synem Cierń. Chyba zaczniemy wspólnie prosić Wszechmatkę o to, aby jej następny miot okazał się bardziej udany — dodał. Wiciokrzew odwrócił od niego wzrok. No tak, jego mama była teraz królową, znowu przeniosła się do żłobka. Tym razem ojcem, a właściwie to matką była Żmija. Kotka wydawała się miła, chociaż liliowy kocur jeszcze nie miał za bardzo okazji z nią porozmawiać.
— Powinieneś ją przeprosić — stwierdził Rokitnik, ale jego uczeń trochę przestał go słuchać, a zaczął skupiać się na swojej rodzinie. Może faktycznie powinien odwiedzić Cierń i spytać się jak tam u niej? Może powinien upolować jej jakąś zwierzynę, aby jej pokazać, jak pilnie się uczy? Przy okazji powinien zagadać do tej Żmii… w końcu teraz była też i jego przybraną mamą? Chyba, przynajmniej tak mu się wydawało. No i w dodatku za niedługo będzie miał rodzeństwo! Czy to nie brzmi fajnie? Będzie mógł się z nimi bawić i się nimi opiekować! Nie mógł się już doczekać bycia starszym bratem, chociaż gdzieś w głębi serca rosły w nim obawy. Bał się, że Cierń po prostu go zastąpi, zapomni o nim. Bał się, że wyrzuci go już ze swojego serca, a na jego miejsce wstąpią jej nowe kocięta. Chociaż może to i lepiej. Łysa kotka zasługiwała na równie dzielnie, odważne i waleczne potomstwo co ona!
— Widzę, że przestałeś już mnie słuchać — miauknął Rokitnik, na co Wiciokrzew się wzdrygnął, odrzucając swoje przemyślenia na bok.
— Ale trening jeszcze nie jest skończony, bo nie udowodniłeś mi, że potrafisz się wspinać na drzewa jak przykładny członek Owocowego Lasu — dodał. Liliowy kocur i buras ponownie ruszyli przed siebie, aby znaleźć jakieś nowe miejsce do treningu.
***
— Robię się już głodny, więc lepiej się pośpiesz z tą wspinaczką. Nie będziemy już szukać żadnego specjalnego drzewa, idź i wespnij się na jakieś pierwsze lepsze — nakazał.
— D-dobrze — mruknął Wiciokrzew. Tym oto sposobem znalazł się przy jednym z drzew, które na pierwszy rzut oka wyglądało porządnie, znośnie. On też już był trochę głodny… faktycznie powinien się tym razem przyłożyć. Wysunął więc pazury i znowu wybił z tylnych łap, aby przyczepić się do kory.
— No, a teraz lecisz do góry! Wcześniej… nawet… ci wychodziło, ale potem spaliłeś — wydusił z siebie. Uczeń zauważył, że Rokitnik nie rzucał pochwałami na prawo i lewo, więc to już było coś. Uśmiechnął się i zaczął się wspinać coraz wyżej i wyżej, nawet nie zatrzymując się na dłuższy czas na gałęziach. Zależało mu na tym, aby pokazać się przed mentorem z jak najlepszej strony i w końcu udowodnić mu, że jednak potrafi to, co każdy owocniak powinien – poruszać się sprawnie po drzewach. Ciekawe, dlaczego aż tak bardzo zależało im na tej umiejętności, czy było tu aż tak dużo drzew? Wiciokrzewowi nie wydawało się, że tereny Owocowego Lasu są jakoś gęsto zalesione. Liliowy kocur po jakimś czasie przysiadł na jednej z wyższych gałęzi, zmęczony wspinaczką. W dole dostrzegł swojego mentora, ale nie słyszał jego słów, jeśli w ogóle je teraz wypowiadał. Uczeń ciężko dyszał, próbując złapać oddech. Znowu poczuł ból w swojej prawej łapie, najwidoczniej trochę ją nadwyrężył.
***
Rokitnik i Wiciokrzew zjawili się w obozie, liliowy kocur lekko kuśtykał, gdyż ból wciąż nie opuścił jego łapy. Uczeń spojrzał na legowisko, w którym przebywała teraz Świergot i zaczął iść w jego stronę, dopóki buras nie stanął na jego drodze.
— Halo, halo, a gdzie ty się niby wybierasz? — uniósł jedną brew. Wiciokrzew zrobił kilka kroków w tył, kładąc po sobie uszy.
— D-do Świergot… łapa mnie b-boli — miauknął pod nosem. Rokitnik pokręcił głową, wyglądał na niezadowolonego.
— Naprawdę chcesz męczyć ją jakimiś swoimi urojeniami? Nic ci nie jest. Wracaj do legowiska i nie przeszkadzaj innym — odparł. Nieprzyjemne kłucie w łapie było ciężkie do zniesienia, ale kocur nie miał ochoty dyskutować ze swoim mentorem. Po prostu przyznał mu rację i zrezygnował z wizyty u szamanki. Pewnie miała teraz inne, ważniejsze rzeczy na głowie. Może przyjdzie do niej później, jeśli ból nie ustąpi, albo wcale nie przyjdzie, aby nie zawieść swojego mentora? Musiał być przecież silny, prawda? Dla niego i dla własnej mamy. Musiał być silny i twardy jak prawdziwy wojownik, a nie jak jakiś słabiak. Wiciokrzew trochę zmęczony treningiem wspiął się niezgrabnie po pniu, a następnie ułożył wygodnie na własnym posłaniu. Ból w łapie mu dokuczał, uniemożliwiając mu odpoczynek. Kocur przekręcał się z boku na bok, ale nic nie przynosiło żadnych efektów. W końcu przestał się po prostu wierzgać i zasnął, licząc na to, że wieczorem jak się obudzi, to łapa już nie będzie go tak boleć.
[2200 słów + wspinaczka na drzewa]
[przyznano 44% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz