BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 listopada 2024

Od Modliszkowej Ciszy

Roślinność powoli słabła, drzewa traciły liście, kwiaty znikały, nawet trawy wydawały się mniej jaskrawe. Jednak Modliszce najbardziej przeszkadzały chowające się owady. Kremowy kocur obudził się dziś cały obolały, po wczorajszym zgromadzeniu na, którym jego ojciec upadł wprost na niego. Pomimo bólu kocur uznał, że nie pójdzie do medyka, co najwyżej stanie się bardziej odporny na to okropne uczucie. Jako że dzisiaj kocur nie miał żadnych przypisanych patroli i polowań, uznał, że przechadzka może być dobrym pomysłem. W ciszy wyszedł z obozu z nadzieją na znalezienie owadów, które nie pogrążyły się zimowym śnie. Nie zamierzał się oddalać od obozu, gdyż jego obolałe łapy mogły nie pozwolić mu wrócić. Wciąż nie wydając, najmniejszego dźwięku przewracał kamyki i liście leżące na ziemi, zapomniane przez innych, lecz nie przez to, co znajdowało się pod nimi. Nawet najmniejszy kamień był schronieniem dla jeszcze mniejszej istoty. Modliszka oglądał jak izopody oraz inne bezkręgowce po odkryciu kryjówki, zdesperowane szukały nowego miejsca. Po jakimś czasie instynktownie zaczął wywracać kamyki, powstrzymało go zauważenie czegoś owadopodobnego leżącego na jednym z szarych bryłach. Podszedł bliżej, powoli, by nie wystraszyć owada. Lecz jego podkradanie się było zbędne, owady był już martwy. Wojownik wbił w niego swe zielone ślepia, w próbie identyfikacji ciała, był pewny, iż była to ćma. Wcale nie jakaś wyjątkowa, była rozmiaru łapy, o burych kolorach z żółtymi akcentami, których kolor przypominał mu oczy jego matki. Ćma była prawie nienaruszona, jedynym indykatorem minionego czasu było lekko ukruszone skrzydło i czułki. Modliszkowa Cisza chwycił go w swe kły, najdelikatniej jak potrafiłby nie naruszyć okazu. Uznał, że to znak, żeby zakończyć poszukiwania i wrócić do obozu.

Gdy dotarł do legowiska wojowników, podszedł do swej kolekcji martwych owadów i ułożył obok ćmę, przyglądając się jej czy aby jego zęby nie przebiły żadnego ze skrzydeł, odetchnął z ulgą, gdy stworzenie wygląda tak samo, jak wcześniej. Ułożył ją w swojej kolekcji, patrząc na jej rozmiar, lubił, gdy okazy były ułożone malejąco, położył ją między jakimś chrabąszczem a trzmielem.

Od Miodka (Miodowej Łapy)

Kocur nie mógł się doczekać, aż w końcu zostanie uczniem, jednak musiał najpierw przeżyć noc w lesie. W końcu nie było to łatwe zadanie, w każdej chwili coś mogło się na niego rzucić i zabić, więc nie ułatwiało mu to zadania, zwłaszcza, że jego siostra, Lament straszyła go, iż jakiś wielki ptak go pożre, co nie było czymś pozytywnym. Chciał jej coś powiedzieć, ale wolał nie być złośliwym. Gdy tylko wszedł do żłobka, Topielcowy Lament zaczął rozmawiać z jego siostrą, więc poszedł do babci i usiadł w pozycji chlebka.
– Czy myślisz babciu, że naprawdę zje mnie jakiś wielki ptak i nie wrócę już nigdy do obozu?
Bowiem nie chciał ani nie wrócić do domu, ani zostać zjedzonym. Babcia popatrzyła na niego, po czym polizała go po główce.
– Oczywiście, że nie, Miodku, nie słuchaj swojej siostry. Zapewniam cię, że zanim się obejrzysz, twój test szybko minie, a ty w mgnieniu oka wrócisz do obozu oraz zostaniesz mianowany na ucznia, tak, jak twoja siostra. – Powiedziała starsza, przemawiając przekonująco i to na tyle, że sam kocurek uwierzył w jej słowa.
– Dzięki, babciu, obiecuję, że wytrzymam całą noc w lesie, by potem do was wrócić jako nowy uczeń klanu wilka!
Aż sobie wyobrażał, jak skandują jego nowe imię, podczas mianowania. Miodowa Łapa jako imię brzmiało dobrze, choć nie groźnie, ale mu to nie przeszkadzało. Nagle Olszowa Kora uśmiechnęła się do wnuka, nie wątpiąc w to, co mówił.
– Mam nadzieję, Miodku, a teraz musisz już iść na próbę, bo jest już pora. Niech Mroczna Puszcza ma cię w opiece!
Miodek był dość zdziwiony, prawie zapomniał, że już zbliża się noc, tak więc gdy tylko babcia obudziła lament, to ten otarł się o nią na pożegnanie, po czym szybko wyszedł ze żłobka.
Gdy tylko już się rozdzielili z siostrą w obozie, to wyznaczyli im koty, które miały ich zanieść w różne zakątki lasu. Lament nosiła Wilcza Tajga, a jego Topielcowy Lament. Słońce powoli zachodziło, a on był trzymany przez swego ojca, gdy tylko się zatrzymali w jakimś losowym miejscu w lesie to ojciec go postawił na ziemię i popatrzył na niego przenikliwie.
– Teraz będziesz musiał tu przeżyć całą noc synu, najlepiej zostań w miejscu, w którym cię postawiłem i nie wracaj do obozu, bo dobrze wiesz, co czeka tych, co wracają.
Cóż, Miodek słyszał o tym nie raz, co się dzieje z tchórzliwym kociakami, dostają karne imię i przymusowe prace, a najgorsze jest to, że nie mogą wychodzić z obozu. Dlatego Miodek musiał raz, a dobrze zdać, żeby nie być pośmiewiskiem dla rodziny.
– Jasne, tato, a co będzie z Lament?
Spytał, jednak mimo tego, że siostra była dla niego wredna, to trochę się o nią martwił, zwłaszcza, że w lesie, w nocy, nie było kolorowo. Jego ojciec zastanowił się szybko, po czym odpowiedział na jego pytanie.
– Z Lament wszystko będzie dobrze, a teraz skup się na sobie, powodzenia na próbie. – Życzył swojemu synowi, po czym zniknął w krzakach.
Kocur patrzył, jak zachodzi słońce, a na horyzoncie wyłania się księżyc. Było już ciemno, gdy Miodek szukał miejsca do spania, żeby coś go nie zjadło, tak więc szukał w pobliskich krzakach i drzewach, aż nagle znalazł, pod drzewem, pokryte liśćmi zagłębienie. Odkrył je, a następnie tam wszedł, po czym skulił się w kłębek, próbując zasnąć, jednak dźwięki wokół niego nie pozwalały mu na to. Raz huczała sowa, raz wyły wilki i było tego więcej! Kocur nie mógł w spokoju spać, wręcz czuł cały czas zmęczenie. Po dłuższym czasie Miodek wykończony tym wszystkim zasnął. Nastał w końcu poranek, lecz kocur nie czuł się wyspany, lecz zmęczony, nawet miał problem ze stanięciem na łapach i wydostaniu się z norki. Ziewał, czekając tylko na to, aż Topielcowy Lament odbierze go z tego lasu, bo już miał dosyć! Był w złym humorze, jednak na szczęście z krzaków wylazł jego ojciec, jakby wręcz czytał w jego myślach. Ojciec wziął go za kark, po czym poszedł z nim do obozu. Słońce nie było litosne dla Miodka, gdy kocur na chwile mrużył oczy, to od razu promienie słońca świeciły w jego stronę, co było denerwujące. Ale na szczęście szybko dotarli do obozu. Niestety kocur nie widział Lament. Co z nią? Był pierwszy?
– Tato, a gdzie jest Lament? – Zapytał zaspanym głosem co chwilę zamykając oczy.
– Wilcza Tajga po nią poszła, więc niedługo powinna do nas wrócić.
Gdy tylko mistrz spojrzał na kociaka, ten skulił się i uciął sobie drzemkę. Gdy spał, jego siostra przyszła, więc Wieczorna Gwiazda, widząc, że obaj doszli, zwołała zebranie, a Miodek został obudzony przez ojca.
– Wstawaj, Miodku! Nie możesz w końcu przespać mianowania.
Miodek obudził się lekko nieprzytomny, jednak do pionu ustawił go głos Wieczornej Gwiazdy, która mianowała jego siostrę na ucznia Klanu Wilka. Jego siostra dostała jako mentora ich ojca, który był jednym z lepszych wojowników. Aż w duchu Miodek jej tego zazdrościł, w końcu ich ojciec był mistrzem, a to była jedna z najwyższych rang, jaką można było zdobyć! Spojrzał na skałę i spotkał się z tajemniczym spojrzeniem Wieczornej Gwiazdy. Przywódczyni przemówiła:
– Miodku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Miodowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Borsucza Puszcza. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Kotka popatrzyła na masywną wojowniczkę.
– Borsuczo Puszczo, jesteś gotowa, aby przyjąć ucznia. Zostaniesz mentorką Miodowej łapy. Okazałaś się wojowniczką lojalną i silną. Na pewno przekażesz temu młodemu uczniowi całą swoją wiedzę.
Kocur podszedł do swojej mentorki i jak było w zwyczaju, Miodowa Łapa, bowiem Miodkiem już nie był, dotknął nosa swojej mentorki, po czym wrócił na miejsce, a wszystkie koty, w tym jego ojciec i siostra, skandowały jego nowe imię. Kocur był ucieszony, lecz jego nowa mentorka patrzyła na niego oschle, jakby dostała śmiecia za ucznia. Wieczorna Gwiazda skończyła zebranie, a koty się rozeszły, za to on czuł dumę, że jest teraz uczniem i ma więcej możliwości.

[965 słów]

[przyznano 19%]

25 listopada 2024

Zimowe dolegliwości!

 Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią kolejne dolegliwości!

POGODA

 Mimo gęstej, białej pierzyny, która przykryła tereny klanów już w pierwszym dniu Pory Nagich Drzew, pogoda jest wyjątkowo lekka. Słońce często wychodzi zza bladych obłoków, a choć jego promienie nie są wystarczająco silne, by roztopić śnieg, to nadal pomagają kotom w tym ciężkim dla nich czasie, przyjemnie grzejąc grzbiety i zachęcając zwierzynę do częstszego opuszczania kryjówek. Niestety, ma to też swoje wady. Oświetlane, bezkresne zaspy, potrafią swym blaskiem łatwo oślepić nieostrożnego kota. Dużo wojowników powracających z patroli skarży się na bolące od wpatrywania się w nieskończoną biel oczy. Wiatr jest umiarkowany i rzadko mierzwi futro na kocich karkach.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Obserwująca Gwiazda - katar
Skowroni Odłamek - gorączka
Króliczy Nos - ból zęba
Płomienny Ryk - biały kaszel
Przepiórczy Puch - zatrucie pokarmowe

Klanu Klifu:
 
Gasnący Promyk - odmrożone poduszki łap
Melodyjny Trel - zranienie przedniej łapy
Bożodrzewny Kaprys - gorączka
Gąsiorkowa Łata - infekcja oka
Ćmi Księżyc - ból głowy
Pokrzywowe Zarośla - infekcja gardła
Półślepy Świstak - biały kaszel

Klanu Nocy:

Pchli Nos - ból zęba
Bratkowe Futro - wybicie barku
Biedronkowe Pole - niestrawność
Rysia Łapa - przewianie
Perełka - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Jabłoniowy Sad - bezsenność
Pokrzywowy Wąs - swędząca infekcja
Rysia Łapa - infekcja oka
Iskrząca Łapa - wymioty
Chryzantemowa Krew - ból stawu

Owocowego Lasu:
 
Migotka - kolec w łapie
Przepiórka - kłopoty z oddychaniem
Czernidłak - ugryzienie przez szczura
Skałka - biały kaszel
Ambrowiec - infekcja ucha

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Wisteria - katar
Marionetka - szkło w łapie

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w II lub III stadium. Dotyczy to kotów z :

Klanu Burzy:
 
Barszczowa Łodyga - ból zęba > zepsucie zęba
Ostowy Pęd - kłopoty z oddychaniem > duszności

Klanu Klifu:

Wszyscy wyleczeni! (najlepsi medycy)

Klanu Nocy:

Kruczy Szpon - infekcja ucha > tymczasowa głuchota
Algowa Struga - bezsenność > halucynacje
Plusk - ból głowy > osłabienie
 
Klanu Wilka:

Sosnowa Gwiazda - infekcja oka > tymczasowa ślepota > stała ślepota na jedno oko
Jabłoniowy Sad - kolec w przedniej łapie > infekcja
Kalafior - przewianie > katar > kłopoty z oddychaniem > duszności > astma

Owocowego Lasu:

Ślimak - wybicie barku > sztywność kończyny
Cierń - zranienie tylnej łapy > infekcja

Samotnicy i Pieszczochy:

Glonik - szkło w łapie > infekcja > niemożność stawania na łapę > gnicie kończyny
Klamerka - popękane poduszki łap > krwawienie > niemożność chodu > infekcja
Murmur - ból stawu > odrętwienie kończyny
Cykoriowy Pyłek - zwichnięcie ogona > zwyrodnienie
Poranek - ugryzienie przez szczura > infekcja

 
Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Nowy członek Pustki!


LAZURYT
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Morderstwo

Odszedł do Pustki!

Od Syczkowego Szeptu CD. Zalotnej Krasopani

Wpatrywał się w swoją siostrę dłużej, niż powinien. Nawet nie był pewny na co czekał. Gratulacje? Choć jedno ciepłe słowo, którym był nadal obdarowywany przez współklanowców? Odsunął się gwałtownie, gdy zauważył zmarszczone brwi swojej siostry, a także jej wyrywający w ziemi ślady krok, gdy zaczęła nagle zmierzać w jego stronę.
— Czego chcesz? — warknęła, przystając w miejscu. Skandy ucichły, a Syczkowy Szept nie wiedział, co powinien zrobić. Nie odrywał wzroku od szylkretki, ale kątem oka widział jak wszyscy, którzy przed chwilą gratulowali mu nowej pozycji, wpatrują się w niego z oczekiwaniem. Wywracało to jego żołądek na lewą stronę. Łapy, które przed chwilą pokonały w starciu swojego przeciwnika, teraz drżały, robiąc się miękkie, jakby wypełnione pierzem. Musiał coś odpowiedzieć. Musiał.
Gdy już otwierał pysk, wciąż zaczerwieniony od krwi Prążkowanej Łapy, do Zalotnej Krasopani podszedł jej partner. Trudno było mu chodzić, a z części jego ran nadal sączyły się cienkie, szkarłatne strużki. Powinien skierować się do Cisowego Tchnienia, pomyślał sobie w jednej chwili Syczek, przełykając głośno ślinę. Napiął już swoje mięśnie, spodziewając się chęci wyrównania przez przegranego rachunków.
— Zalotko, to bez sensu — miauknął ciepło do wojowniczki, lecz ta ani drgnęła. Wyglądała, jakby zupełnie go nie usłyszała, choć Prążek stał zaraz obok niej.
Wtedy Syczkowy Szept zetknął się z jego wzrokiem. Nie zauważył w nim choćby małej kropli złości, pretensji czy zazdrości. Kontrastował z przymrużonymi gniewnie ślepiami Zalotnej Krasopani, która sama powstrzymywała się przed zrobieniem czegoś innego, niż rzucaniem wściekłych spojrzeń. Poza nią ani Syczek, ani Prążek, nie chcieli konfliktu. A zdecydowanie nie na klanowym forum.
Złoty westchnął głośno.
— Nic — odparł w końcu po długiej ciszy. — Nic nie chcę.
Odwrócił się, odchodząc w stronę legowiska wojowników. Nie potrzebował przeglądu od Cisowego Tchnienia, w przeciwieństwie do Prążkowanej Łapy, a nie chciał się tam z nim spotkać. Słyszał jeszcze za sobą rozmowę dwójki, jednak nie słuchał jej na tyle dobrze, by zapamiętać, co mówili.
Skłamał, mówiąc, że nic od niej nie chciał. Chciał spokoju. Ciepłego uśmiechu, przytulenia i gratulacji, że w końcu udało mu się zostać prawdziwym wojownikiem. Okazania mu tej samej miłości i wsparcia co w żłobku, co jako młodzi uczniowie. Poza tym nic nie było mu w tej chwili potrzebne.

***

Od ostatniego księżyca, Syczkowy Szept wypełniał niepokój. Miał wrażenie, jakby z boku obserwował coś niesamowitego, lecz w jednym z najgorszych znaczeń. Nagła śmierć Wieczornej Gwiazdy, dziwne zachowanie ich nowej przywódczyni, masakra i kompletne poniżenie Skarabeuszowej, czy też teraz Głupiej, Łapy... To wszystko wydarzyło się tak szybko. Syczek nie miał żadnych dobrych przeczuć. Od lustra nosa po sam koniuszek ogona, czuł jeżący futro stres. Nie opuszczało go wrażenie, że to, co teraz widzieli, było jedyniem początkiem. Początkiem czegoś, czego wkrótce pożałuje cały Klan Wilka, a nie tylko jedna, lekkomyślna uczennica.
Wraz ze śmiercią Wieczornej Gwiazdy, nastąpiły zmiany – kilkoro uczniów zdobyło w końcu wojownicze imiona, zmieniły się koty wyższych rang, lecz co do kultu... W końcu potomkowie kultystów mogli do niego dołączyć. Wszystko ruszyło na nowo, a Syczek był nie tyle, co tym przestraszony, co... szczerze przerażony.
Tak długo odpychał to od siebie. Unikał. Trząsł głową za każdym razem, gdy pojawiła się w niej myśl o tym, że w końcu nadejdzie dzień rozpoczęcia się jego służby. Jeszcze parę, paręnaście księżyców temu, to wydawało się daleką przyszłością, przed którą mógł swobodnie uciekać. Teraz było na to już za późno.

***

Nieubłaganie zbliżała się Pora Nagich Drzew. Można było to zobaczyć – jedyne liście, jakie można było zobaczyć, to te podgniłe, leżące na wilgotnej ziemi. Gałęzie sosen i świerków dumnie prezentowały swoje twarde, niewzruszone na temperatury igły, w czasie gdy nieliczne dęby, topole i brzozy świeciły pustkami. Oprócz wichru, który szczypał po nosie i oczach, puszcza była tajemniczo cicha. Zupełnie tak, jakby ten jeden raz, całe życie zasnęło... lub pomarło. Teraz gdy zamiast słońca na niebie świecił tylko szponiasty księżyc, chłód był szczególnie dotkliwy. Nie tylko dla krótkofutrych kotów, ale i tych o gęstszej sierści. Mimo wszystko grupa wojowników szła przed siebie, prosto w czarną noc.
Idąc przez ciemny las, nie opuszczała go nerwowość. W każdym cieniu widział przeciwnika, świście wiatru syk, a w zginających się ku niemu iglakach pazury, które sięgały po jego duszę. Gęsta mgła nie pomagała wcale w utrzymaniu spokoju – był pewien, że skrywa w sobie coś, czego widzieć nie chcieli.
Syczkowy Szept wiedział, że nie powinien był pokazywać po sobie strachu. Podnosił wysoko głowę i uporczywie wpatrywał się w drogę przed nim z cichą nadzieją, że inne koty nie wyczują niepokoju, który dudnił w jego sercu. Zerknął w stronę swojej towarzyszki, która szła parę odległości wąsów od niego. Kiedy tylko ta również spojrzała w stronę wojownika, Syczek czym prędzej wbił spojrzenie w wydeptaną ścieżkę, wstrzymując wręcz oddech. Nie chciał narażać się po raz kolejny na wściekłość swojej siostry. Od swojego mianowania nie zamienili ze sobą więcej niż paru słów. Widywał ją jedynie na patrolach, w obozie (wyłącznie w obecności Prążkowanej Kity) oraz w leżu wojowników. Po zmianie rang po raz pierwszy sypiali po dwóch różnych stronach legowiska, co było dla niego... Wręcz nienaturalne. Nie miał już jednej siostry, teraz powoli tracił drugą. Kto miał być następny? Zaranna Zjawa?
— Na osty i ciernie — zawarczała Olszowa Kora, wyciągając łapę z błotnistej kałuży. To rozwiało natłok myśli złotego. Przynajmniej na chwilę. Wziął głęboki wdech, starając się zachować spokój tak, jak uczył się wiele księżyców temu. To był tylko jego obowiązek. Tylko obowiązek. Tylko obowiązek...
— Łeb do góry, Syczkowy Szepcie. — Został szturchnięty w akompaniamencie znajomego głosu swojej mentorki. Odwrócił nagle głowę, posłusznie ją podnosząc. Na dnie serca cieszył się, że z kotów, które teraz mogły do niego podejść, była to akurat Mroczna Wizja. Mógł dzięki temu odejść od Zalotki, co przyniosło mu trochę ulgi. — To wyjątkowy moment.
— Wiem — odparł szybko i widocznie nieco nerwowo, bo mistrzyni zapewniła go:
— Poradzisz sobie.
— Wiem — powtórzył, lecz bez pewności w głosie. Musiał sobie poradzić. To nie był trening, w którym mógł się pomylić i na następny dzień spróbować jeszcze raz. Teraz nie było następnego dnia. To wszystko musiało wydarzyć się dzisiaj, a nie było miejsca na żadne pomyłki. Chyba że chciał skończyć jak wyrzutek...
— To nic wielkiego. Każdy z nas to przechodził — wyszeptała Mrok, zupełnie tak, jakby rozmawiali o sprawnościowym teście. Nie o... czymś tak strasznym. To słowo nie chciało przejść mu przez głowę, a co dopiero gardło. Uspokajał się, biorąc głęboki wdech. Parę godzin, a to wszystko będzie już za nim. Ta myśl pocieszała go najbardziej.
— Tak, rozumiem — wymamrotał, przyspieszając kroku za wiodącą ich grupie Sosnową Gwiazdą. Zdawało się, że zbliżali się do celu.
A był nim... potok. Wylewały się z niego wartkie strumienie, zasilane częstym deszczem. To było... dziwne miejsce. Nie samo w sobie, lecz jako wybór do inicjacji na kultystę. Może to była tylko przerwa?
— Granice naszych terenów często przekraczane są przez obcych. To z nich ofiary oczekują bezgwiezdni. A szczególnie od tych, którzy z tą nocą mają stać się nowymi ich wyznawcami...
Złoty przełknął gorzko ślinę. Wszyscy zgromadzeni milczeli, czekając na kolejne słowa ich przywódczyni.
— Zalotna Krasopani i Syczkowy Szepcie, macie za zadanie odnaleźć samotnika. Bez względu na to, czy zrobicie to mową, czy siłą, macie sprowadzić ich do tego miejsca. Samotnie — dodała na koniec, przez co serce zaciężyło mu w piersi.
— Zwykle odbywa się to w parach — zauważyła Zaranna Zjawa, przez co Sosna łupnęła na nią zirytowanym okiem.
— Jeśli twoje latorośle są gotowe na przystąpienie do takiego zaszczytu, są na tyle inteligentne i silne, by umieć uprowadzić włóczęgę — odparła Sosna, przez co Wielka Kapłanka umilkła. "Próbowałam", Syczek mógł wyczytać z posłanego przez nią spojrzenia. "Wiem, że próbowałaś. Lecz 'przepraszam' klanu nie karmi..." odparł jej bezgłośnie w myślach.
Kocur spotkał się wzrokiem ze swoją siostrą. Próbował wyczytać coś z jej oczu, lecz zanim mógł im się przyjrzeć, Zalotka odwróciła się i prędko zniknęła w cieniu iglaków. Czym prędzej poszedł w jej ślady. Nie chciał marnować cennego czasu. Przez chwilę lawirował tak między pniami drzew, próbując wyczuć choćby wątły zapach swojej ofiary. To słowo brzmiało teraz w jego głowie tak nienaturalnie, zważając na to, że nie tropił ordynarnej zwierzyny, a... drugiego kota. Przeszły go pod futrem ciarki.
Szelest. Ktokolwiek tu z nim był, nie zachowywał odpowiedniej ostrożności. Syczkowy Szept zebrał się do tego, by powłóczyć łapami w stronę dźwięku. Bezgłośnie przeszedł po wilgotnej ściółce, by zajrzeć między drzewa... I zobaczyć samotnego gryzonia, który pomykał, korzystając z osłony nocy. Za dnia skusiłby się na tak łatwy kąsek, lecz teraz był on na nic. Równie cicho, jak się pojawił, tak i Syczek zniknął między iglakami w poszukiwaniu odpowiedniej zdobyczy.
Odnosił wrażenie, jakby krążył po puszczy godzinami, choć minęło zaledwie kilkanaście minut. Widział identyczne drzewa, deptał po identycznej ziemi, słyszał identyczny szum muskanych przez wiatr igieł. Oddalał się coraz bardziej, a mimo to czuł się, jakby chodził w kółko. Wokół nie było nic. Żadnego, nawet najbardziej zwietrzałego śladu.
Chyba że..?
W jego nozdrza uderzyła silna woń krwi. Kociej krwi. Źrenice Syczkowego Szeptu zwróciły się momentalnie ku kierunkowi, z którego dochodził zapach. Pobiegł między drzewami, starając się zachować lekkość swoich kroków. I w końcu, chowając się za jednym z bezlistnych krzewów, zobaczył... samotnika.
Nie wyglądał na silnego. Przypominał zagubione młode, które odłączyło się od matki. To wrażenie potęgowała jego pogrążona w kompletnym chaosie sierść i rany, w szczególności ta na grzbiecie, która krwawiła najmocniej. Kocur śmierdział borsukiem. Widocznie to jego ofiarą padł, natrafiając na jedną z nor na obrzeżach klanu. Nie wiedział nawet, że uprzednia walka z drapieżnikiem nie była ostatnią i najgorszą rzeczą, jaką miał tej nocy doświadczyć.
Syczek wahał się. To był dziecinnie prosty przeciwnik, którego mógł pokonać jednym ciosem. Dobrze to wiedział. Kiwnięcie pazura, a ten samotnik skończyłby martwy... Lecz za każdym razem, gdy wojownik chciał podnieść łapę i wyskoczyć ze swojej kryjówki, coś wewnątrz go zatrzymywało. Jakby między nim a przechodzącym przez las włóczęgą, była niewidzialna bariera. Biło mu mocno serce. Tak bardzo nie chciał tego robić. Jego ciało odmawiało zrobienia następnego kroku, jakby próbowało przeciwstawić się umysłowi, który chciał przeć do przodu. Tym razem Syczkowy Szept musiał się go posłuchać. To był tylko obowiązek...
Nie spodziewał się, że zostanie zauważony. Zdębiał, gdy wbiły się w niego przenikliwe, błękitne ślepia drugiego kocura. Oboje znieruchomieli, a złoty zdawał sobie sprawę, że nie miał wiele czasu przed tym, jak samotnik weźmie nogi za pas.
— Nie idź — powiedział cicho Syczkowy Szept, lecz zdecydowanie, widząc unoszoną przez niego łapę. Miał wrażenie, jakby czas na chwilę się zatrzymał. — Pomogę ci. Jeśli tylko mi pozwolisz — dodał po chwili, nawet nie mrugając. Choć kłamstwo kłuło go w język, po cichu błagał, by ten uwierzył w jego słowa. Nie znalazłby drugiego takiego jak on. Być może nie znalazłby drugiego wcale. Rozpaczliwie potrzebował ofiary, którą na szczęście zdawało się, że... ranny mu zapewnił.
Pomimo nieufności w spojrzeniu i naprężonym, gotowym do biegu mięśniom, srebrny nie uciekał. Wpatrywał się jedynie w wilczaka, stojąc na zgiętych łapach. W końcu, po paru długich uderzeniach serca w niepewności, powolnie skinął głową. Syczkowy Szept przełknął głośno ślinę. Miał to.
— Znam zioła. To borsuk, prawda? — spytał, gdy zaczęli razem iść. Pomimo braku otrzymanej odpowiedzi, mówił dalej: — Musimy pójść do mojej... rodziny. Tam ci pomożemy. Możesz... M-możesz się o mnie oprzeć — wydukał, zauważając skrzywiony krok kocura. Choć ten przez chwilę stał nieruchomo, w końcu przyjął propozycję obcego. Całe ciało Syczkowego Szeptu spięło się z chwilą, w której poczuł na swoim boku ciężar drugiego kota. Czuł na sobie także jego miarowo podnoszącą się klatkę piersiową, a nawet... przyspieszone bicie serca. Co ja, na Klan Gwiazdy, robię? — zapytał siebie w myślach, choć znał odpowiedź. Przyspieszył mu oddech. Próbował uciec od natłoku myśli, odpychając je od siebie, lecz ten, jak irytująca mucha, ciągle wracał.
Im bardziej zbliżali się do miejsca, w którym czekali na niego kultyści, tym bardziej niespokojny zdawał się samotnik. Jakby z każdym kolejnym krokiem domyślał się prawdziwych celów prowadzącego go kocura. Gdy srebrny odsunął się delikatnie od boku, na którym przed chwilą się opierał, Syczkowy Szept już wiedział. Z uderzeniem serca, w którym włóczęga rzucił się do ucieczki, wojownik złapał go za szyję i przybił do ziemi. Trzymał, aż nie zamknęły się jego przerażone oczy. Jedyne, co miał od tamtej chwili w głowie, gdy ciągnął kocura po ziemi, było stale powtarzane jak mara "przepraszam".

Kiedy dotarł na miejsce, czekała tam na niego Zalotna Krasopani, trzymając pod łapą jasnofutrego, przerażonego kota. Okazała się od niego szybsza, co wcale go nie zdziwiło. Nawet nie był pewien, czy kotka patrzyła się na niego, ponieważ bardzo szybko wbił wzrok w ziemię. Widząc wracającego z łupem przyszłego kultystę, Sosnowa Gwiazda wygięła pysk w grymasie.
— Może nie sprecyzowałam. Miał być ŻYWY — wypluła ze śliną.
— Jest żywy. Jedynie nieprzytomny — odbąknął, nie podnosząc na kocicę wzroku. Ta wydała z siebie tylko głośnie "Hmpf!" i straciła kotem zainteresowanie.
— Czyli to ty będziesz pierwsza, Zalotna Krasopani — zwróciła się w stronę jego siostry, która przytaknęła jej głową. Inne koty zaczęły formować koło, zostawiając w nim szylkretkę i jej ofiarę. A to, co miała zrobić, było już jasne.
Spuścił głowę. Gdyby tylko mógł, zatkałby także i uszy, by nie słyszeć pisków bólu i innych odgłosów walki. Ku jego uldze, nie trwało to długo. Gdy podniósł łeb, jego oczom ukazał się leżący już na ziemi, martwy samotnik. Zaranna Zjawa przeprowadzała jej ceremonię z pełną powagą, jakby robiła to już tysiące razy. Syczek nawet nie zauważył, jak szybko kapłanka skończyła przemowę i też... jak szybko kawałek ucha szylkretowej kotki skończył, leżąc na ziemi.
Po skończonych owacjach Syczkowy Szept zrozumiał, że nadchodziła pora na niego. Dobrze, bo w tamtej chwili zdezorientowany włóczęga zaczynał się budzić i rozumieć, co wokół niego się odgrywało. Gdy złoty wkroczył do kręgu i wypuścił z pazurów swą ofiarę, ta starała się uciec. Szukała szczeliny w murze kotów, lecz nie była w stanie znaleźć żadnej. W końcu stanął z nim pyskiem w pysk. Byle prędko było już po wszystkim...
Jak podejrzewał, uprowadzony przez niego kocur był słaby i niezdolny do obrony. W starciu z wyszkolonym wojownikiem nie miał żadnych szans. Syczkowy Szept nie musiał nawet stosować techniki męczenia przeciwnika, ponieważ ten od początku nie miał sił na starcie. Tak szybko, jak tylko był w stanie, wojownik wycelował w jego gardło. Niewinni nie zasługiwał na długą, bolesną śmierć.
Zaciskając szczęki na krtani kota, coś wewnątrz niego kazało mu się zatrzymać. Zastanowić. Karmelowe ślepia wojownika nagle zalśniły, a on sam mimowolnie zatrzymał się. Pod zębami szybko kurczyła i rozkurczała się samotnicza krtań, a nad uchem mógł usłyszeć chaotyczne, przerażone dyszenie. Bał się śmierci. Nie chciał wcale umierać. Złoty zadrżał, nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu. Wśród kultystów już zaczynały się roznosić ciche, niezadowolone szepty, jednak w uszach wojownika słychać było tylko sapanie i pisk przepływającej przez nie krwi.
Nie miał innego wyboru. Przeklinał wszystko, co w tej chwili zmuszało go do zatopienia zębów w szyi bezbronnego przeciwnika. To, co wybrało Klan Wilka na jego dom. To, co kazało mu obrać ścieżkę, od której nie było odwrotu. Z powoli cichnącym sykiem, powieki srebrzystego kocura zamykały się. Z jego gardzieli tryskała mocno czerwona krew, która zaraz wsiąkała w mokrą ściółkę.
Zrobił to. Zabił.
Zauważył pewne wytchnienie na pysku swojej matki, gdy odwrócił się w jej stronę. Chociaż nie mogła tego pokazać, wydawała się dumna, że podołał. Czy wcześniej wątpiła? Syczkowy Szept zdziwiłby się, gdyby nie. Sam nie był tego taki pewien.
— Kultyści, spójrzcie w stronę tego kota, który dostąpił godności inicjacji! — zaczęła przemawiać, gromiąc wszystkie przyciszone rozmowy. — Wykazał się wielką odwagą i sprytem, a także i uporem, przez wiele długich księżyców przygotowując się do tej chwili. Ja, Zaranna Zjawa, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotów przyjąć na siebie naszę znamię jako dowód inicjacji?
Syczek wyprostował się. Jego wzrok przeniósł się na chwilę na oberwane, lewe ucho swojej matki. Już tak naprawdę najgorsze było za nim.
— Tak — odparł beznamiętnie.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu — oznajmiła Zaranna Zjawa i podeszła blisko swojego syna. Ten skłonił głowę, pozwalając jej na łatwiejsze oderwanie swojego ucha. Po zaciśnięciu zębów i wysunięciu pazurów... Już było po wszystkim. Strzępek wisiał w zębach burej kotki, która czym prędzej cisnęła go na ziemię.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — dodała, maczając łapę w głębokiej ranie, którą zadał samotnikowi Syczkowy Szept. Następnie przyłożyła ją do jego skroni, tworząc na czole kocura szkarłatny ślad, z którego strużki spływały wolno wzdłuż grzbietu jego nosa.
Był chwalony. Jego imię skandowali wszyscy, zupełnie tak jak Zalotnej Krasopani parę chwil wcześniej. Syczek nie potrafił jednak czuć z tego powodu żadnej radości. Nawet nie był pewien, o czym w tej chwili myślał. Czuł się, jakby w jego głowie nie było nic poza głuchym szumem.
— To nie jest jednak ostatnia rzecz, jaką musicie wykonać, zanim wrócimy do obozowiska. Zostało jeszcze oddanie prawowitego hołdu naszemu największemu przywódcy — powiedziała donośnie Wielka Kapłanka. Powoli opuszczały go już siły. Podszedł bliżej Zalotnej Krasopani, gdy cała grupa ruszyła w stronę Ciernistego Drzewa. Spojrzał na nią, próbując wyczytać jej emocję. Czy czuła to samo? Może nie czuła nic? Jak to wszystko widziała? Chciał zapytać, lecz ani to nie było na to dobre miejsce, ani on sam nie tyle pewny, by to zrobić. Zostało mu więc jedynie wpatrywanie się w idącą za resztą kultystów siostrę w nadziei, że zdoła dowiedzieć się choćby drobnego, nieistotnego szczegółu.

<Zalotko?>

24 listopada 2024

Od Mżącego Przelotu CD. Zroszonej Łapy

Pokiwała głową z uśmiechem.
— Tak, to ja — miauknęła przyjaźnie — Nie musisz dziękować, cieszę się, że nic ci się nie stało. I nie przejmuj się Syrenką- Znaczy, Syrenim Lamentem. Tą wojowniczką, która sprowadziła wczoraj Sroczą Gwiazdę. Nie była zbyt miła, ale mówię ci, przejdzie jej. Jest naprawdę świetną przyjaciółką.
Wschód słońca wcześniej, po przetransportowaniu nieprzytomnej Rosy do obozu, Srocza Gwiazda zamieniła z nią parę słów. Będąc szczera, nie pamiętała zbyt wiele, zbyt przejęta samym faktem rozmowy z liderką. Ale zrozumiała swoje główne zadanie – miała pomóc nowej przystosować się do życia w klanie. Wytłumaczyć panujące tu zasady, przedstawić nowe obowiązki, i tak dalej.
— Dobrze… Zaczniemy może od paru zasad? Pewnie nie znasz kodeksu wojownika, prawda?
Oczy kremowej odrobinę się rozszerzyły, ale zaprzeczyła. Mżawka usiadła obok jej posłania i owinęła łapy ogonem.
— W takim razie mamy dużo do przerobienia — westchnęła — Ale nie martw się, medyczki pewnie chcą cię tu jeszcze przetrzymać trochę, więc czasu też mamy sporo. Poradzisz sobie. No to tak- Jak poczujesz się lepiej, to zaczniesz trening. Jesteś teraz uczennicą, i jak każdy dostałaś mentora. Pewnie go jeszcze nie widziałaś, bo cały dzień siedzi u swojej partnerki w żłobku… Ehh, jest nim Dryfująca Bulwa. Towarzyszył mi, kiedy cię znaleźliśmy. Jest nawet fajny, chodź teraz ma bzika na punkcie żony i dzieci. Jest mężem Baśniowej Stokrotki, mojej przyjaciółki. Dogadacie się. Może.
Jak zwykle, jej pyszczek się nie zamykał. Zbaczała trochę z tematu, ale Zroszonej Łapy albo to nie obchodziło, albo nie chciała niezręcznie przerywać jej monologu. Oparła głowę na łapach i przysłuchiwała się słowom niebieskiej.
— Dobrze, no to parę zasad. Musisz bronić klanu Nocy, i być mu wierna. Co oznacza – żadnych romansów z obcoklanowcami, czy samotnikami. W teorii żadnych znajomości nie powinno się zawierać… Ale taka przyjaźń nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Przynajmniej nie mi.
— Masz przyjaciół w innych klanach? — wąsy uczennicy zadrżały.
— Tak, można tak uznać — mruknęła zmieszana, w myślach prosząc młodszą, aby zniżyła ton głosu. Jeszcze Różana Woń coś usłyszy, przekręci i napapla reszcie — Znam medyczkę klanu Klifu. Rozmawiamy na zgromadzeniach. Odbywają się one każdego księżyca w czasie pełni, panuje wtedy wszechobecny pokój. A przynajmniej powinien, ale jestem na tym świecie za krótko, aby podać Ci przykład, kiedy tak nie było. Wracając, mamy cztery klany. Może to już wiesz, pewnie spotkałaś kiedyś jakiś patrol. Poza nami, jest jeszcze klan Klifu, Wilka i Burzy. No i Owocowy Las. Musisz pamiętać, aby szanować granice. Nie ma wchodzenia na terytorium innego klanu, bo zwierzyna Ci uciekła. Takie koty są karane, a konfrontacje z innymi liderami nie byłyby przyjemne. Jakieś pytania?
Zroszona Łapa podniosła głowę, zamyślając się na chwilę. Dymna uznała, że chyba łatwo jej idzie spamiętywanie zasad. Mówiła o nich dość chaotycznie, ale kotka nie wyglądała na niekumatą.
— Czego konkretnie będę się tu uczyć? — zapytała, rzucając spojrzenie w bok, na kręcącą się w pobliżu Zimorodkową Łapę — Wy- Jecie ryby, prawda?
— Tak — uśmiechnęła się — Nauczymy cię polować… Chociaż, to już pewnie opanowałaś? — zyskała kiwnięcie głową — No i świetnie. W takim razie, przed tobą łowienie ryb, pewnie wspinacza na drzewa i walka, no, i pływanie.
Rosa uśmiechnęła się nerwowo, a końcówka jej ogona zadrżała.
— Czy pływanie jest obowiązkowe? Nie ma innej drogi, którą można by byłoby przejść, nawet jeśli jest dłuższa? Z pewnością musicie mieć coś takiego na wypadek, gdyby woda postanowiła pożreć obóz, prawda?
— Nie, dlatego właśnie każdy musi umieć pływać — westchnęła — Woda jest niebezpiecznym żywiołem, ale nauczyliśmy się z nią współpracować. Już za kociaka niektórzy brodzą po brzuchy w strumyku za żłobkiem, właśnie dla takich ewentualności.
Kotka nie wyglądała na pocieszoną, a jej uszy położyły się lekko.
— Nie martw się, wszystko pójdzie jak z płatka. Będziesz śmigać w wodzie jak urodzony nocniak, tak jak ja. Wiem, że może to być straszne, ale dasz radę. Wierzę w to.


*teraz*


Szturchnęła bok Mewiej Łapy, który odwrócił się z piskiem. Liść pod łapą ucznia chrupnął, a łaciata mordka wygięła się w podkówkę. Podniósł kończynę do góry, wpychając jej ją prosto w twarz.
— Mamo! — cofnęła się o krok, a łaciaty spojrzał na resztki pomarańczowej rośliny przyklejone do ciemnej poduszki — Pan Listek!
Westchnęła. Wzięła łapę syna i strzepnęła drobinki na ziemię, a żółte oczy z żalem za nimi podążyły.
— Znajdziemy nowego — obiecała — Pan Listek nie może iść z nami na patrol, pamiętasz? Przerabialiśmy to. Musi zostawać w legowisku, albo takie rzeczy się dzieją.
— Ale byłby samotny!
— Mewo- Popatrz na niego. Teraz jest w kawałkach, a to chyba gorzej.
— Bagietko! Nie Mewo!
— Mewo! Proszę cię, to też przerabialiśmy-
Wymianę zdań przerwał podchodzący do dwójki Dryfująca Bulwa. Nawet i dobrze, bo zaczynała zbaczać ona na ostre tory. Mżawka zdecydowanie wstała rano lewą łapą, niewyspana po kolejnej rundzie nieciekawych snów na jawie.
— Gotowi? — zapytał bury, zyskując dwa kiwnięcia głową — Świetnie. Zroszona Łapa zaraz przyjdzie, i będziemy wychodzić.
Próbowała wyciszyć paplaninę Mewy, wypatrując kemowej kotki w obozie. Spędzały ze sobą znaczną ilość czasu, podczas którego dymna starała oswoić uczennicę z nowym otoczeniem. Szło im to całkiem dobrze, Rosa szybko zaadaptowała się do towarzystwa. Z paru słów zamienionych z jej mentorem wynikało, że treningi także przebiegały gładko, wyłączając może aspekty pływania. Przeprawienie się na druga stronę ich terytoriów wymagało dłuższej chwili, a pierwsze eskapady skończyły się targaniem uczennicy na grzbiecie przez rzekę. Mżawka starała się jej nie krytykować, w końcu rozumiała, że jej wcześniejszy wypadek mógł zasiać zalążki strachu. Ale woda była przecież świetna!
— Już jestem! — o wilku mowa. Głos kremowej wyrwał ją z zamyślenia, a Dryfująca Bulwa wskazał ogonem w stronę wyjścia.
— W drogę — miauknął optymistycznie, wychodząc.
Zroszona Łapa podążyła za nim, a później kolejno Mewa i Mżawka. Popchnęła ucznia do przodu, liżąc go po czubku głowy. Westchnęła cicho i sama ruszyła w drogę. Stanęli przed brzegiem wody, a jej uczeń poszedł kawałek dalej, wodząc łapami w tej płytszej części. Trzymała na nim uważne spojrzenie, pilnując, aby nie odszedł za daleko. Jeszcze porwie go prąd, i co wtedy? Postawiła parę kroków do przodu, wzdrygając się na temperaturę wody. Mimo tylu księżyców spędzonych w otoczeniu wszelkiego rodzaju rzek, uczucie mokrych łap nadal przyprawiało ją o dyskomfort. Kątem oka spojrzała na starszego wojownika, który z uśmiechem na pysku zachęcał swoją uczennicę do przepłynięcia na drugą stronę. Rosa nie wyglądała na przekonaną do tego pomysłu, ale końcowo zamknęła oczy i trzymając się boku mentora przeprawiła przez fale, szybko uczepiając się pazurami piaszczystego brzegu. Wyciągnęła się na trawę i otrzepała futro z wody. Mżawka westchnęła i asekurując Mewią Łapę zanurzyła w chłodnej tafli. Gdy już wszyscy znaleźli się po drugiej stronie, Dryfująca Bulwa obrał kierunek starej łódki. Starsza z uczennic nie wydawała się entuzjastyczna, rozglądając się nerwowo i trzymając o dobrą lisią długość ogona od rzeki. Za to drugi uczeń podskakiwał przy każdym kroku, nie zamykając pyszczka i opowiadając – znowu – o mistycznej postaci Pana Listka. Dobrze, że ich głównym pożywieniem były ryby, bo swoją paplaniną wypłoszył pewnie wszystkie zwierzęta na ich drodze. Nie to, że ona była lepsza; też lubiła poplotkować i produkować się aż innym poodpadają uszy, ale przynajmniej robiła to w czasie wolnym. Zazwyczaj.
— Mżący Przelocie? — głos wojownika rozległ się między ptasim świergotem, a Mewia Łapa zamilkł na moment — Słyszysz to?
Wytężyła słuch, i rzeczywiście, po chwili ciszy dobiegły do niej ciche piski. Zwróciła spojrzenie w ich stronę – dobiegały z pomiędzy trzcin po drugiej stronie. Wbite w nią oczy wojownika tylko potwierdzały jej niepokój.
— Kociaki? — zasugerował, a pozostała dwójka podniosła uszy.
— Najprawdopodobniej — mruknęła, oglądając się na uczniów — Poczekajcie tu, zobaczymy co się stało.
Podążyła za Bulwą, ponowni wskakując do wody.
— Musimy uważać. Nie wiadomo, czy nie są z matką.
— Wiem — prychnęła — Ale raczej wtedy by ich uciszała. Kto wie, czy nie czają się tu jakieś lisy.
Szybko wyciągnęli się na brzeg, z uwagą węsząc między tyczkami trzcin i paprociami. Zapach przemokniętego futra szybko wypełnił ich nosy, ale brakowało mu typowej dla młodzików woni mleka. Spojrzeli po sobie, szybko dochodząc do tej samej konkluzji.
— Halo? Jest tu ktoś? — kocur nie uzyskał odpowiedzi. Rozchylili kępę gęsto posadzonych roślin, a ich oczom ukazała się para szylkretowych koteczek. Ich drobne łapki wczepione były w kłodę, która zahaczona o korzenie pobliskich drzew utknęła w miejscu. Mżawka z westchnieniem podniosła jedną z kotek za kark. Czarne futro kociaka było upstrzone rudymi kropeczkami, układającymi się w śmieszny, okrągły wzór. Młode zaczęło się szarpać i piszczeć, niemal wyrywając się i wpadając do wody.
— Spokojnie — zamruczała, dając Dryfującej Bulwie sygnał, aby zabrał drugie z dzieci — Gdzie jest wasza mama?
Na jej pytanie odpowiedziała jedynie cisza, a starszy wojownik szturchnął ją delikatnie w grzbiet.
— Zabierzmy je ze sobą — mruknął — Same tu nie przeżyją.
— Wiem o tym — przeszła parę kroków do przodu, schodząc niżej i brodząc łapami w wodzie — Nie zostawiłabym ich tutaj. Masz mnie za taką idiotkę?
— Nie- Oczywiście że nie — odparł zmieszany — Ja… Tak tylko mówię.
— Świetnie, to weź drugą i wracamy do reszty.
Już po chwili, gdy stanęli na brzegu, w dwójkę dzieci wbiły się spojrzenia uczniów. Mżawka poprawiła uchwyt na karku kocięcia i podniosła jedną z brwi.
— Znaleźliśmy je, bez matki — wytłumaczyła.
Bury kocur skinął głową.
— Ciesz się, że odchowałaś już całą gromadę — jego chichot był niewyraźny, zniekształcony przez kupę futra trzymaną w szczękach — Gdyby nie to, to dostałabyś pod opiekę też tą dwójkę!
Zgromiła wojownika wzrokiem, a Mewia Łapa uniósł głowę.
— Nie podzielę się mamą!
— Już się nią dzielisz! Zapomniałeś o Kijance i Ikrze? I, w sumie, to może Ryś też się zalicza..?
— Starczy już — mruknęła — wracamy do obozu.
Nadal konwersując, Dryfująca Bulwa wraz z Mewą wyrwali się do przodu. Zerknęła na Zroszoną Łapę u jej boku, której spojrzenie powędrowało na koteczkę przez nią trzymaną.
— Czasem to się zdarza — mruknęła — To nie pierwszy, i nie ostatni raz. Czasem kotki zostawiają swoje młode, z wyboru czy też nie. Wtedy naszym obowiązkiem jest zaopiekowanie się nimi, w końcu zostawienie nieporadnego kocięcia na wolę losu byłoby grzechem.
— Dużo kotów jest takiego pochodzenia? — zapytała kremowa.
— Znam parę — miauknęła — Na przykład Dryfująca Bulwa, i jego siostra. Bursztynowy Blask wraz z Zmierzchająca zatoką też. Moje dzieci i mnie też można by podpiąć… Chociaż ja się w trzcinach nie zaklinowałam — zachichotała.
— Nie urodziłaś się w klanie?
— Nie — westchnęła — Przyszłam tu wraz z moimi dziećmi. To znaczy, wtedy z Kijanką i Ikrą. Bagie- Mewa urodził się później, i przejęłam nad nim opiekę. To długa historia.

<Rosa?>

Od Czernidłaka

Powoli wkroczył do obozu, uderzając ogonem o swoje tylne łapy. Z ciemnego pyska zwiadowcy zwisała bezwładnie ryjówka, która chwilę później wylądowała na stosie zwierzyny. Czarno biały przycupnął przy pieńku, zabierając się za czyszczenie futra. Przejechał językiem po białej klatce piersiowej, po czym przekrzywił głowę, odrobinę wygładzając sierść na grzbiecie. Gdy kocur uznał, że jego dwubarwna okrywa jest już wystarczająco czysta, przeniósł wzrok na obóz, bez żadnych emocji wpatrując się w koty, krzątające się po koczowisku. Mgła powoli otulała łapy owocniaków, wraz z ostatnimi promieniami słońca goszcząc się na ziemi. Przez środek obozu przeszła Maślak wraz z Kajzerką, kierując się do legowiska medyka. Ogon młodszej kotki był nienaturalnie wykrzywiony, zaś matka koteczki była delikatnie skulona, jak gdyby doskwierał jej ból brzucha. Niebieskooki wstał z ziemi, powoli podchodząc do kotek, przechylając pytająco głowę.
— Wszystko w porządku? — Zapytał, poruszając uszami.
— Tak... Albo i nie. Właśnie idziemy do medyka, w każdym razie, nie potrzebujemy pomocy. — Odparła Kajzerka, uśmiechając się życzliwie i wchodząc do legowiska medyka.
Czernidłak dostrzegł jeszcze, jak Świergot żegna się z już wyleczoną Dereńką i podchodzi do uczennic, uważnie je oglądając. Z pyska szamanki wydobyły się jakieś słowa i starsza zniknęła w składziku z ziołami. Zwiadowca, machnąwszy ogonem, zawrócił, kierując się ku legowisku zwiadowców. Wzniósł oczy ku niebu. Ognista kula powoli znikała za horyzontem, barwiąc nieboskłon na rozmaite kolory.

Wyleczeni: Maślak, Kajzerka, Dereńka

Secret Santa!

SECRET SANTA!


W niektórych rejonach Polski spadł już pierwszy śnieg, w radiu coraz częściej słychać dzwoniące dżingle, a reklamy przepełniają zielono-czerwone barwy. To oznacza, że już czas najwyższy rozpocząć świętowanie, które na Warrior Cats: Nowa Era, jak co roku przybiera formę eventu Secret Santa!

Na czym polega Secret Santa?
Secret Santa (Sekretny Mikołaj) polega na zrobieniu świątecznego prezentu niespodzianki dla wylosowanej przez siebie osoby.
Forma prezentu jest dowolna! Może być to rysunek, wiersz, rzeźba, jak i każda inna forma sztuki. Najistotniejsze jest to, aby prezent przedstawiał postać (lub postacie) wylosowanej osoby (w mile widzianej, bożonarodzeniowej atmosferze).

Jak wziąć udział w evencie?
1. Aby wziąć udział w evencie, należy zgłosić się w komentarzu pod postem, podając przy tym nazwę na discordzie/gmaila oraz postaci, które mają wziąć udział w evencie.
Czas na zgłoszenie się do eventu kończy się 26.11 o godzinie 23:59.
W dniu 27.11 uczestnicy otrzymają wiadomość, komu mają zrobić prezent.

Do kogo i do kiedy należy odsyłać prace?
Czas na odesłanie prac na konto prega (dc) / prpregusek@gmail.com, kończy się 22.12 o godzinie 23:59, a prezenty zostaną ujawnione w dniu świąt, czyli 24.12!

Czym grozi nie odesłanie pracy w podanym terminie?
Osoby, które nie odeślą pracy na czas, otrzymują bana na branie udziału w przyszłych eventach i zostają z nich wykluczone aż do odwołania.
Zasada ta nie dotyczy osób, które z przyczyn prywatnych nie będą mogły wziąć udziału w evencie. W takiej sytuacji należy zgłosić to do administracji, przynajmniej 4 dni przed 22.12.

Powodzenia i dobrej zabawy!
Wszelkie pytania należy kierować do organizatora eventu - Pręgi

23 listopada 2024

Znajdki w Klanie Nocy!

 
Czereśnia

Kuna

Od Szafirkowej Łapy do Firletki

jakiś czas przed narodzinami kociąt
Ziemia wydawała suchy odgłos, gdy dwie kotki stawiały swoje kroki na polanie. Niebo było pochmurne i okazjonalnie można było wyczuć delikatny wiatr, przez który każdy, nawet najbardziej puchaty kot, mógł poczuć zbliżającą się Porę Nagich Drzew, która była już kilka księżyców stąd.
— Ale dzisiaj zimno… A to dopiero początek Pory Opadających Liści! — młodsza kotka zamruczała do swojej mentorki.
— Racja, na szczęście króliki kicają pomimo zimna.
Króliki? Szylkretka wiedziała, że jej klan znany jest z polowania na króliki, ale czemu akurat teraz Przepiórczy Puch postanowiła o nich wspomnieć? Kotki usiadły na polanie i rozejrzały się dookoła.
— Powąchaj powietrze Szafirko i powiedz mi co czujesz.
Uczennica otworzyła pyszczek i po chwili zrozumiała, czemu zielonooka postanowiła przed chwilą wspomnieć o królikach. Było ich tutaj pełno! Co prawda nie można było ich dostrzec, ale polana była pełna ich zapachu.
— Dzisiaj nauczysz się polować na króliki. Prawie każdy, jak nie każdy, kot w Klanie Burzy umie na nie polować, jest ich na naszych terenach najwięcej i zapewniają nam one wyżywienie przez wszystkie sezony.
Uczennica słuchała głosu Przepiórczego Puchu i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że kotka ma bardzo miły dla ucha głos. Nie zwracała na to wcześniej uwagi, ale głos Przepiórczego Puchu brzmiał jak śpiew ptaków niesiony przez wiatr. Uczennica nie przypominała też sobie, żeby słyszała chociaż raz, jak podnosi ona głos. Zdawała się idealnym materiałem na mamę. Ciekawiło ją, czy starsza kotka zdecyduje się jeszcze kiedyś na kocięta.
Uczennica szybko rozgoniła te myśli i skupiła się, na tym, co mówi i pokazuje jej mentorka. Musi się skupić!
— W taki sposób skradamy się do królika — miauknęła i pokazała kotce odpowiednią pozę łowiecką — Skradamy się, tak blisko, jak da radę … I następnie atakujemy. Króliki są dość szybkie, więc przygotuj się na bieg.
Szafirkowa Łapa przytaknęła i próbowała powtórzyć krok po kroku wszystko, co zrobiła wojowniczka.
— Pamiętaj, poruszaj się cichutko jak mysz. Króliki mają doskonały słuch.
— Słyszą lepiej od grupy kotów? — uczennica zapytała ciekawa.
— Zdecydowanie lepiej. Chodź, spróbujesz zapolować.
***
Po urodzeniu się kociąt Przepiórczego Puchu
Szafirka miała rację, jej mentorka urodziła dwie zdrowe koteczki. Była zdziwiona, że kotka zabierała ją na treningi w stanie błogosławieństwa Klanu Gwiazdy. Łapy ją parzyły, aby tylko je zobaczyć. To musi być piękny widok! Im bliżej jej było do wojownika, tym bardziej po głowie latała jej idea założenia rodziny, tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Uwielbiała kociaki! Były takie słodkie! Nieśmiało zajrzała do żłobka i zauważyła śpiącą Przepiórczy Puch. Musiała być zmęczona. Już chciała wychodzić, by nie przeszkadzać kotce, aż nagle zauważyła dwa maleńkie zielone oczka, które się na nią patrzyły nieśmiało spod ogona jej mamy. Uczennica zrobiła niepewny krok w przód, wchodząc do żłobka, a małe oczka co jakiś czas zerkały w bok, by zaraz po chwili znów na nią spojrzeć.
<Firletko?>
[446 słów + polowanie na króliki]

[przyznano 9% + 5%]