Akcja dzieje się przed zalaniem obozu Klanu Nocy
Pogoda była piękna; wręcz idealna na długi, męczący, przepełniony wieloma wspaniałymi momentami dzielenia się wiedzą ze swoim pojętnym, chętnym, pełnym zapału uczniem. Tak mógłby pomyśleć każdy zdrowy na umyśle, na poważnie biorący swoje obowiązki, wojownik, któremu powierzono sprawowanie pieczy nad edukacją kwiatu młodzieży swojego klanu. Takim mentorem zdecydowanie nie była Wzlatująca Uszatka.
Kiedy Żmijowcowa Łapa zapytał ją, czy będą dzisiaj w końcu pływać, lub przynajmniej łowić ryby, powiedziała, że ma zaplanowane coś innego. A tym czymś było kolejne przejście granic, które bury znał już naprawdę bardzo dobrze. Często chodził z kotką na patrole, często wcześniej planowała już takie "atrakcję" na ich szkolenia. Kocur był, żeby łagodnie to ująć, wściekły.
Wrócił do obozu może i faktycznie zmęczony i głodny, tak jak powinien, gdyby robił coś pożytecznego, ale czuł się jak wypluta przez sowę kupka futra. Nie nauczył się niczego nowego. Równie dobrze mógłby zostać w legowisku, spać do późna, obserwować innych... Ale musiał maszerować za tą głupią witką i słuchać... no właśnie; niczego, kompletnej ciszy. Gdyby jeszcze wojowniczka uraczyła go jakąś ciekawą historią, jakąś niesamowicie błyskotliwą myślą, pomocną radą, gdyby zadawała mu pytanie, które pozwoliłyby mu odświeżyć sobie już zdobytą wiedzę. Ale nie. Dopóki sam o coś nie zapytał; ona była jak skała.
Bardzo wątła i wiotka skała.
Wchodząc, myślał jedynie o tym, że nie miał już więcej cierpliwości na nią i na jej metody wychowawcze. Chciał w końcu się czegoś nauczyć, czuć, że jest jakkolwiek przygotowany, aby zostać wojownikiem. Na ten moment zabiłaby go byle fala (foreshadowing). Miał nadzieje, że ta sama fala zabrałaby przynajmniej też Wzlatującą Uszatkę, żeby nie niszczyła już większej ilości żyć (foreshadowing); wtedy mógłby przynajmniej mieć spokój po śmierci, nieważne, gdzie by go zabrało po wyzionięciu ducha. Odrzucając na moment te wszystkie wzburzające jego emocje myśli, kocur odnalazł w obozowym tłumie na Mandarynkowe Piórko. Wiedział, że zastępczyni jest bliską, a może i nawet najlepszą, przyjaciółką jego matki, a w dodatku pamiętał dobrze wydarzenia z poprzedniego zgromadzenia... Ona była jedynym kotem, który jest w stanie go teraz uspokoić, a może i nawet zrobić coś, co zmieni jego życie, co uratuję nie tylko jego trening, ale i całą egzystencję od marności i katastrofy. Zamiast zaszyć się w legowisku uczniów, na co miał niesamowitą ochotę jeszcze kilka uderzeń serca temu, pokłusował w jej kierunku.
Kiedy Żmijowcowa Łapa zapytał ją, czy będą dzisiaj w końcu pływać, lub przynajmniej łowić ryby, powiedziała, że ma zaplanowane coś innego. A tym czymś było kolejne przejście granic, które bury znał już naprawdę bardzo dobrze. Często chodził z kotką na patrole, często wcześniej planowała już takie "atrakcję" na ich szkolenia. Kocur był, żeby łagodnie to ująć, wściekły.
Wrócił do obozu może i faktycznie zmęczony i głodny, tak jak powinien, gdyby robił coś pożytecznego, ale czuł się jak wypluta przez sowę kupka futra. Nie nauczył się niczego nowego. Równie dobrze mógłby zostać w legowisku, spać do późna, obserwować innych... Ale musiał maszerować za tą głupią witką i słuchać... no właśnie; niczego, kompletnej ciszy. Gdyby jeszcze wojowniczka uraczyła go jakąś ciekawą historią, jakąś niesamowicie błyskotliwą myślą, pomocną radą, gdyby zadawała mu pytanie, które pozwoliłyby mu odświeżyć sobie już zdobytą wiedzę. Ale nie. Dopóki sam o coś nie zapytał; ona była jak skała.
Bardzo wątła i wiotka skała.
Wchodząc, myślał jedynie o tym, że nie miał już więcej cierpliwości na nią i na jej metody wychowawcze. Chciał w końcu się czegoś nauczyć, czuć, że jest jakkolwiek przygotowany, aby zostać wojownikiem. Na ten moment zabiłaby go byle fala (foreshadowing). Miał nadzieje, że ta sama fala zabrałaby przynajmniej też Wzlatującą Uszatkę, żeby nie niszczyła już większej ilości żyć (foreshadowing); wtedy mógłby przynajmniej mieć spokój po śmierci, nieważne, gdzie by go zabrało po wyzionięciu ducha. Odrzucając na moment te wszystkie wzburzające jego emocje myśli, kocur odnalazł w obozowym tłumie na Mandarynkowe Piórko. Wiedział, że zastępczyni jest bliską, a może i nawet najlepszą, przyjaciółką jego matki, a w dodatku pamiętał dobrze wydarzenia z poprzedniego zgromadzenia... Ona była jedynym kotem, który jest w stanie go teraz uspokoić, a może i nawet zrobić coś, co zmieni jego życie, co uratuję nie tylko jego trening, ale i całą egzystencję od marności i katastrofy. Zamiast zaszyć się w legowisku uczniów, na co miał niesamowitą ochotę jeszcze kilka uderzeń serca temu, pokłusował w jej kierunku.
— Pani Mandarynkowe Piórko! Czy mógłbym zająć Pani jakiś czas, to sprawa niecierpiąca zwłoki; taka, od której zależy moje życie — zawołał, aby już z daleko kotka go usłyszała. Kilka kotów odwróciło się w ich stronę. W tym również i sama adresatka widocznie czymś urażona; ale Żmijowiec nie wiedział czym. Sama jednak zrobiła kilka kroków w jego kierunku.
— Pani Mandarynkowe Pióro, nie „Piórko” — skorygowała od razu ucznia — O co chodzi?
— Pani Mandarynkowe Pióro, nie „Piórko” — skorygowała od razu ucznia — O co chodzi?
Na chwile się zmieszał. No to dobrze zaczął... Przynajmniej wiedział, co zrobił źle i czego ma już unikać niczym ognia. Odchrząknął jeszcze zanim znalazł się bezpośrednio przed kotką, a następnie lekko skinął jej łbem.
— Jest taka sprawa, poważna, zwłaszcza dla mnie, ale to już mówiłem... Ale! Nie będę Pani oszukiwać i zwodzić, bo to bez sensu, a nie mam w żadnym interesie bronić kotki, o której będę mówić! — powiedział bardzo uroczyście. — Sprawa ma się tak, że składam oficjalną skargę na tą, która ma być moją mentorką, ale w rzeczywistości nie nauczyła mnie jeszcze ani jak się pływa, ani jak łowić ryby. Wzlatująca Uszatka jest niekompetentna i z każdym dniem tracę kolejną iskierkę, która mogłaby rozjaśniać mi przyszłość. — Miał tęgi wyraz pyska. Chciał sprawić, żeby te słowa wybrzmiały jeszcze mocniej, aby mu uwierzyła i wzięła go na poważnie. Nie jest przecież żadnym zakompleksionym, leniwym bąkiem, który po prostu chce wywołać zamieszanie i zdobyć kilka wolnych dni, kiedy Mandarynkowe Pióro będzie szukać mu nowego nauczyciela. Chciał faktycznie ruszyć do przodu. Nie chciał skończyć jak Lulkowa Łapa.
— Na początku potrzebuję, żebyś się trochę uspokoił. Czy masz jakieś dowody? — Zastępczyni nie wyglądała na szczególnie przejęta, a jej pytanie tylko jeszcze bardziej rozzłościło kocura. On ma się uspokoić?! Jak niby, skoro nawet ona zdaje się mu nie wierzyć...
— Na początku potrzebuję, żebyś się trochę uspokoił. Czy masz jakieś dowody? — Zastępczyni nie wyglądała na szczególnie przejęta, a jej pytanie tylko jeszcze bardziej rozzłościło kocura. On ma się uspokoić?! Jak niby, skoro nawet ona zdaje się mu nie wierzyć...
"Dowody?! Ja jestem żywym dowodem! Mój brak przygotowania był dowodem! Mam się faktycznie wrzucić do rzeki, albo lepiej do morza, żeby zrozumiała, że ta niepoważna witka nie nadaję się do niczego, a tym bardziej do szkolenia żywego, łaknącego wiedzę kota?! Skandal! Czy to możliwe, że nawet Mandarynkowe Pióro jest częścią spisku... Czy i ona nie chce pozwolić mu wykorzystać swój potencjał w całości? Czy sabotaż sięga tak głęboko..." — Pokręcił głową, aby odgonić natrętne myśli. To nie mogła być prawda; zastępczyni nie zrobiłaby mu tego. Takie coś byłoby ciosem dla całego Klanu Nocy, no i sprawiłoby, że Wężynie byłoby może nie tyle, co przykro, co czułaby zawód, a to również niezbyt miła emocja.
— Przepraszam za ton i bezpośredniość, ale niech mnie Pani wrzuci do rzeki, nawet bez nurtu i zobaczy Pani, że nie zostałem przeszkolony w nawet najmniejszym stopniu, i obiecuję, że to nie z mojej winy. Ja bym nigdy nie naraził mojej matki na wstyd za moją osobę! — oznajmił. Była to całkowita prawda! Wiedział, że dla jego mamy reputacja i to, jak może nosić swoje miano, jest niezwykle ważne. Nigdy nie splamiłby jej honoru, jej pięknego lica. Nie umiałby się podnieść, jeśli Wężyna czułaby względem niego wstyd i zawód. To byłby jego kategoryczny koniec. Wyczekująco wpatrywał się w Mandarynkowe Pióro.
— Zobaczę, co da się zrobić — powiedziała. Uśmiechnął się triumfująco. Wiedział, że mógł liczyć na kocicę, zwłaszcza w tak ważnej sprawię. Z ekscytacji aż zaczął skakać z jednej łapy na drugą. Jego mama miała dobrego nosa do znajomych. Ona zawsze wiedziała, jak się odnaleźć w życiu; jej znajomość z zastępczynią była niczym piękny motylek, który akurat wybrał jego nosek, aby sobie przysiąść... Tfu! Tak się ucieszył, że zaczął gadać i myśleć o robalach, jak Lulek.
— Zobaczę, co da się zrobić — powiedziała. Uśmiechnął się triumfująco. Wiedział, że mógł liczyć na kocicę, zwłaszcza w tak ważnej sprawię. Z ekscytacji aż zaczął skakać z jednej łapy na drugą. Jego mama miała dobrego nosa do znajomych. Ona zawsze wiedziała, jak się odnaleźć w życiu; jej znajomość z zastępczynią była niczym piękny motylek, który akurat wybrał jego nosek, aby sobie przysiąść... Tfu! Tak się ucieszył, że zaczął gadać i myśleć o robalach, jak Lulek.
— Ah! Dziękuje Pani bardzo, jest Pani niesamowitą kotką na takim niesamowitym stanowisku! — powiedział, ale szybko zdał sobie sprawę, że musi coś wymyślić, aby nie wyszło, że chciał tylko ją wykorzystać. Nie miał jednak zielonego pojęcia, co mógłby zrobić... O czym rozmawia się z kotkami, z zastępcami, ze starszymi od siebie?
— Czy~ — zaczął niepewnie. — Rozmawiała Pani może z moją mamą? Nie chce mówić o treningach, przynajmniej nie mi, i aż mnie ciekawość podgryza w ogon. Jest pani z nią tak blisko; na pewno dużo rozmawiacie, może i też na temat jej szkolenia... — zapytał, trochę niepewnie.
<Mamdarynka?>
[1042 słowa]
[przyznano 21%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz