Z wyczekiwaniem wpatrywał się w Pierzastą Kołysankę. Po niesamowicie długich kilkunastu uderzeniach serca (które ciągnęły się mu w nieskończoność…) i dokładnym obejrzeniu okazów przez księżniczkę, ta odwróciła się w stronę Lulkowej Łapy. Delikatnie pokiwała głową, uznając zadanie za odpowiednio wykonane. Młodziak uśmiechnął się delikatnie i z ekscytacją potuptał łapkami w miejscu. Kamień spadł mu z serca! Udało mi się. I to za pierwszym razem! Przynajmniej to mu wychodziło! Z ukontentowaniem wgapiał się w leżące na ziemi owoce. Traktował to jako swój obecny największy sukces. Jak bardzo chciałby się tym pochwalić! Mógłby się puszyć jak Tojad! Ale, cóż, nie miał komu — matka i rodzeństwo prędzej by go wyśmiali, niż to docenili… Może poza Rosiczką, ale obecnie rzadko ją widywał. Wiedział zresztą, że nie był to wyczyn na poziomie tych Wężyny, której talent był niezaprzeczalny, czy Żmijowca który swoimi oratorskimi zdolnościami potrafił owinąć sobie wokół palca niemal każdego, kto nie poznał się jeszcze na jego zwodniczym uroku. Westchnął więc jedynie cicho, odchodząc od sadzonki i dreptając za srebrną kocicą, czekając na kolejne zlecenie.
Pierzasta Kołysanka bez słowa podała mu zawiniątko z dębowych liści, po czym delikatnie szturchnęła go końcówką ogona w bok.
— Zanieś to, proszę, do legowiska medyków. Różana Woń prosiła o uzupełnienie zapasów w magazynie — powiedziała, po czym sama skierowała się w drugą stronę, prawdopodobnie aby zająć się resztą roślin.
Lulkowa Łapa posłusznie pokiwał głową, nie oponując w żaden sposób. Wziął medykamenty i powoli zanurzył się w rzece — której wody stawały się coraz zimniejsze i mniej przyjemne, brr! — i popłynął w kierunku głównej wyspy. Wyszedł na ląd i otrzepał się, chcąc pozbyć się irytującej wilgoci z wewnętrznej warstwy futra. Następnie wszedł do obozu, nucąc sobie coś pod nosem. Było tam dość spokojnie i niespodziewanie cicho — nie to, żeby mu to przeszkadzało, wręcz przeciwnie. W pewnym momencie poczuł delikatne szarpnięcie. Jakiś nieznany mu osobnik pociągnął go za ogon. Biało-czarny odwrócił się więc, chcąc zobaczyć sprawcę tego zamieszania. Ku jego zdziwieniu, jego oczom ukazała się młoda, liliowa szylkretka, którą pamiętał jeszcze z czasu spędzonego w kociarni — chociaż nie wchodził z nią wtedy przesadnie w interakcje. Prędko jednak zauważył, co mogło skłonić ją do zatrzymania go — jej oko było zaczerwienione i łzawiło, a sierść je otaczająca sklejona była przez żółtawą ropę.
— Strasznie boli mnie oczko! Krewetka powiedziała, żebym poszła do medyczki, ale Różana Woń rozmawia o czymś ze Spienioną Gwiazdą i nie można jej przeszkadzać, a Gąbczasta Łapa gdzieś poszła… — powiedziała z przejęciem, a jej ogonek drgał nerwowo, podkreślając jej zdenerwowanie — Ale Rosiczka powiedziała, że ty możesz pomóc!
Lulkowa Łapa pokiwał głową. Odłożył zawiniątko na kamień, po czym zaczął wypytywać Ćmią Łapę o dokładne objawy, jednocześnie zmierzając do legowiska medyka. Przedstawione przez nią symptomy pasowały idealnie do infekcji oka — był więc przekonany, że wzywanie lepiej wyszkolonych medycznie kotów nie było potrzebne, a jedynie zmarnowałoby ich czas. Przeszukał zasobnik w poszukiwaniu glistnika i wyciągnął lekarstwo. Przeżuł roślinkę na papkę — niemiłosiernie się przy tym krzywiąc — po czym delikatnie nałożył specyfik na chore oko.
***
Po zastosowaniu kuracji, Lulkowa Łapa opuścił legowisko. No… prawie po. Dał sobie krótką chwilę, aby zobaczyć czy zupełnym przypadkiem nie podał kotce śmiertelnej trucizny. Albo czegoś, co tylko pogorszy sprawę. Liliowa narzekała na przedłużający się pobyt w lecznicy, a on musiał wymyślać kolejne wymówki na to, czemu nie pozwolił jej wyjść. Nie uspokoił go nawet powrót i zapewnienia Gąbczastej Łapy, którą poprosił o konsultację. Dopiero, gdy znudzona Ćma stwierdziła, że oko przestało ją boleć, pozwolił się wyrzucić dymnej uczennicy z legowiska. Odetchnął z ulgą, rozluźniając się i siadając u wejścia. W tym momencie poczuł dziwne ukłucie wewnątrz i prędko zdębiał, przypominając sobie o właściwym powodzie swojej wizyty w obozie. Czym prędzej pobiegł do miejsca, w którym zostawił zioła i z przerażeniem odkrył ich brak.— Pierzasta Kołysanka mnie zabije! Różana Woń obedrze mnie z futra… — zamartwiał się, chodząc po terenie obozu i rozpaczliwie rozglądając się za swoją zgubą.
W końcu w kąciku oka zauważył ruch. Mała kotka z ciekawością bawiła się zawiniątkiem.
< Trzcina? >
[słowa: 729] + [wyleczenie łatwej choroby]
[przyznano 15% + 5%]
Wyleczeni: Ćmia Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz