Poranek po zgromadzeniu
Lulkowa Łapa był przerażony. Zupełnie, od czubków paluszków aż do szczytu frędzli zdobiących jego uszy, wypełniał go lęk. Przez całą noc nie zmrużył oka — ciągle widział przed sobą koszmarny obraz tego, co zdarzyło się podczas zgromadzenia. Drżał na samo wspomnienie tego. Obrzydlistwo. I dodatkowo wszystko, co mogło, poszło nie tak! Pokłócił się ze Żmijowcem (nic nowego) i pobił (za dużo powiedziane, raczej został pobity…) z Juniorką! Rodzeństwo, co prawda, chyba mu wybaczyło… Nie mógł tego samego powiedzieć jednak o zastępczyni Klanu Nocy. Spojrzenie, którym ich obdarzyła, kiedy starała się zatrzymać tę bezsensowną bójkę — nie można było tego opisać słowami! Mroziło krew w żyłach, wyrażało pełen wachlarz negatywnych emocji. Rozczarowanie, irytację, wściekłość, zawód — przynajmniej tak zdawało się Lulkowej Łapie, a to wystarczyło, aby cały dzień rozmyślał tylko o tym i stresował się karą, jaką zapewne chciała im wymierzyć. Przynieśli całemu klanowi wstyd na zgromadzeniu! Ośmieszyli go w oczach reszty! Zaprezentowali się od najgorszej możliwej strony, jak rasowi rozbójnicy, agresywni, niekontrolujący się, niedbający o własną opinię… Och! A do tego jeszcze ten potworny koniec nocy… Po czymś takim humor Mandarynkowego Pióra musiał być jeszcze gorszy niż bez tego! Czy planowała ich wygnać? Osadzić na wyspie więziennej? Wydawało mu się, że dramatyzował, ale jednocześnie nie potrafił się powstrzymać przed wymyślaniem najgorszych scenariuszy. Przez całą drogę powrotną do obozu unikał kontaktu wzrokowego ze starszą kocicą — co było niezwykle trudne, bo kotka w jej trakcie rozmawiała z ich matką, która nakazała całej gromadce iść obok niej, aby już nic więcej nie nawywijali. Lulek wgapiał się więc albo w niebo (potykając o każdy korzeń lub kamień, który znalazł się na jego drodze), albo w ziemię (co jakiś czas wpadając na kota idącego przed nim, zazwyczaj Żmijowca lub Tojad, którzy hojnie obdarowywali go zirytowanym sykiem). Chciał jej unikać także w obozie, ale to szybko okazało się bezsensowne. Któż by się spodziewał, huh? Nie mógł się wszak ukrywać przed zastępczynią w nieskończoność — do tego wniosku doszedł po mniej więcej kilku godzinach przewracania się z boku na bok w legowisku. Nie było nawet takiej opcji — a gdyby fizycznie istniała to, tak czy siak, wykończyłby się psychicznie prędzej, niż nadeszłaby następna pora nowych liści! Musiał się z tym więc, prędzej czy później, zmierzyć.Dlatego też chodził obecnie po obozie jak zagubione cielę, z ładnymi kwiatami w pyszczku, rozglądając się dookoła, wzrokiem poszukując Mandarynkowego Pióra. Miał zamiar szczerze ją przeprosić — i z całego serca liczył, że uda mu się ją udobruchać. W końcu w kąciku oka zauważył jej srebrne futerko. Odwrócił się w jej stronę i — najbardziej naturalnie, jak tylko mógł — pomaszerował w tym kierunku, starając się nie wyglądać na bardzo nerwowego. Średnio mu to wychodziło, ale hej, przecież liczyły się chęci!
Delikatnie trącił nosem bok wojowniczki, silniej zaciskając kły na łodyżkach kwiatów. Westchnął cicho, po czym odłożył roślinki na ziemię, przy swoich łapkach, unikając jej wzroku.
— Dzień dobry, proszę pani… — zaczął niepewnie, kreśląc łapką bliżej niezidentyfikowane kształty w piaszczystym podłożu — Chciałem przeprosić…
< Mandarynko? >
[słowa: 482]
[przyznano 10%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz