TW! Mowa o samobójstwie!
Spojrzała, zblazowana i zmęczona, w iskierkę wuja. Odchyliła łeb w bok.
— Niech odpoczywa... — szepnęła, nie odrywając od niego swoich pustych ślepiów. — Damy radę — powiedziała, ale w jej głosie nie było niczego, co mogłoby przekonać jakiegoś kota. A na pewno nie Judaszowca.
— Oczywiście, że damy. Klan Klifu jest silny, mamy dobrze medyczki. Nie ważne co przygotowali dla nas Przodkowie, skończy się dobrze. Klan Gwiazdy się nie myli. — Jego głos był głęboki, przebijał się aż do serca srebrnej. Przez moment poczuła się tak, jak kiedy dopiero zaczynała trening, kiedy kierowała się troską i wiarą w lepszą przyszłość...
— Prawda... Nie myli. — To było ostatnie, co powiedziała do kocura. Chwile jeszcze siedzieli obok siebie, ale w końcu czekoladowy wstał; skinął do niej łbem z grzeczności i pewnego szacunku, nawet jeśli nie była w stanie tego zobaczyć. Samotność była niczym ciepłe promienie słońca, cisza niczym słodki śpiew ptaków... A niezakłócony niczyim zapachem aromat ziół był piękniejszy niż to, co przynosi morska bryza w trakcie pierwszego ciepłego dnia. Odetchnęła z ulgą.
Nie ruszyła się ze swojego miejsca aż do przybycia Wiecznego Zaćmienia. Dopiero wtedy, wraz z siostrą, zjadła kolację i wymieniła się językami. Potem, z nieudanym jak zwykle skutkiem, próbowała zapaść w sen, przynajmniej na momencik.
* * *
Dwa wschody słońca temu
Stała z boku. Ilość kotów, która znajdowała się w tym momencie w legowisku, sprawiała, że było jej niedobrze. Miała zawroty głowy, czuła ścisk, a smród śmierci wciąż źle na nią działał. Słyszała zawodzenie Pokrzywowych Zarośli; dźwięk był paskudny, mrożący krew w żyłach; nie umiała go wytrzymać. Bolała ją głowa, dreszcze przebiegały przez ciało.
Dwie iskry zgasły tej nocy. Zapowiedzią było nieustające kasłanie, które wydobywało się z legowiska medyczek od kilku wschodów. Wszyscy spodziewali się, że Paprociowy Zagajnik odejdzie z tego świata, ale nikt nie myślał, że zabierze ze sobą siostrę. Chociaż oboje kierowali się nieustannie w stronę Klanu Gwiazdy, kotka była w zdecydowanie lepszym stanie fizycznym, chociaż... To wszystko, co się ostatnio wydarzyło... Musiała to bardzo przeżywać, nawet jeśli nie można było tego wyczytać z jej pyska. Od kiedy Pokrzywowe Zarośla przestał odwiedzać siostrę, nie miał kto jej odprowadzać, aby chociaż ona mogła spędzić czas z Taniec. Tęskniła za nią; nie udało jej się zapełnić tej pustki, nadrobić tego straconego czasu... Dodatkowo oskarżenia, które padały na jej syna w sprawie nagłej, niespodziewanej śmierci Melodyjnego Trelu... To było zbyt wiele. Liliowy zamknął się w sobie; nie chciał spędzać czasu z rodzicielką, która była... zwyczajnie zbyt samotna, aby racjonalnie myśleć. Ciągle przesiadywała przy chorym bracie, aż w końcu... sama stała się ofiarą kaszlu, a ostatecznie i śmierci.
Okazało się, że jej nowy niewidzialny... towarzysz? Nie przepadał za wizerunkiem śmierci, więc gdzieś... zniknął. Przynajmniej to miała z głowy. Wiedział o plotkach, które szerzą się między kotami, wie o szeptach, o teoriach na swój temat. Nie miała nic do powiedzenia na ich temat. Jedyne co ją interesowało to to, co sama wie, że musi zrobić.
Koty były przygotowane akurat na tę stratę. Ale Pokrzywek... Był całkowicie rozsypany. Po kolei tracił ważne dla niego koty; cały klan był przeciwko mu... Wielu go nienawidziło, obarczało śmiercią Melodyjki; na czele tej grupy stała Pietruszkowa Błyskawica, której wrogość można było wyczuć z odległości kilku lisich susów. Wzrok miała tak zimny, tak parszywy, że ciężko było go wytrzymać. Większy, starszy, bardziej doświadczony wojownik kulił się, kiedy tylko przez moment skrzyżował z nią spojrzenie. Bał się sypiać z obawy, że ta coś mu zrobi. Często sam zgłaszał się do trzymania warty; i tak nie zmrużyłby oka, a więc mógł przydać się inaczej.
Ćmi Księżyc nie mogła już tego słuchać. Była kompletnie przebodźcowana. Wstała i przepchnęła się przez koty, które okrążały zmarłych. Rozpoznała iskierkę babci. Polizała jej bark, a bura od razu zwróciła na nią uwagę, schylając łebek.
— Słucham cię? — zapytała liderka.
— Pogrzeb... — przypomniała. Chciała, żeby koty opuściły jej ostoję, jej azyl... Miała dość ich zapachu, ich głosów i blasku ich iskrzących żyć. Potrzebowała wyjść, potrzebowała spokoju, ciszy i odpoczynku.
— Ah, tak, tak... Idzie burza, wiatr się wzmaga, trzeba wyznaczyć... Judaszowcowy Pocałunku! — Liściasta Gwiazda zawołała syna, który również usiadła z daleka od zamieszania. Kiedy matka wypowiedziała jego imię, od razu zrozumiał, o co chodzi. Nie marnował ani chwili.
— Gąsienicowy Ogryzek, Złota Droga, Pikująca Jaskółka i Miedziany Kieł pójdą przodem, aby wykopać dwa doły. Mroźny Wichrze, Rozświetlona Skóro i Mamrok, wy weźmiecie ciała. Reszta pójdzie za nimi — zadecydował, a koty powoli zaczęły odchodzić od starszych. Kocur dodał jeszcze: — Kto pozostanie w obozie?
— Ja pozostanę — odezwał się Dzwonkowy Szmer, a zaraz obok niego pojawiła się Gasnący Promyk, kiwając głową. Zastępca skinął w ich stronę.
— Ja również mogę zostać — dodał Jerzykowa Werwa.
— J-ja chce zostać — wyszeptał ledwo słyszalnie Pokrzywowe Zarośla. Zdziwione koty odwróciły się w jego kierunku; nikt nic nie powiedział. Reszta Klanu Klifu, w tym Wieczne Zaćmienie, ruszyła pożegnać zmarłych. Ćmi Księżyc została, podobnie jej wuj.
Odczekała chwilę, aby nie natknąć się jeszcze na jakąś spóźnioną zgubę, a następnie złapała w kły jeden z mchów, na którym leżała Srebrna Szadź. Pogoda była paskudna i z każdą chwilą robiła się jeszcze gorsza. W oddali słychać było nawet pioruny; ale to w okolicach Klanu Nocy. Wiatr się wzmagał, deszcze zacinał. Mech, który niosła w pysku, szybko nasiąknął wodą i zrobił się dosyć ciężki. Z trudem doniosła go do wodospadu. Zostawiła go tak, aby uczniowie wynieśli go dalej. Odwróciła się, aby wrócić po drugi. Zapach nadciągającego sztormu wypełnił jej nozdrza tak, że nie poczuła Delikatnej Bryzy, która w pośpiechu wychodziła z obozu. Medyczka uderzyła łbem w jej puchatą kryzę. Wojowniczka prychnęła, widocznie zdenerwowana i poruszona.
— Ćmi Księżycu, uważaj, jak chodzisz! To, żeś ślepa nie znaczy, że musisz się pchać pod łapy — prychnęła. Większość była już przyzwyczajona do chłodu, który od jakiegoś czasu ciągnął się za jej słowami. Ale teraz... Brakowało tego dumnego, przemądrzałego i ostrego tonu. Głos starszej wojowniczki był wątły, wręcz przestraszony. Drgał tak mocno, że Ćma zdawała się czuć jego brzmienie poduszkami łap.
— Idzie burza — mruknęła srebrna.
— I co? Przecież jest pogrzeb... Tak... IDE na pogrzeb... — wydukała szylkretka, wymijając młodszą. Asystentka siedziała chwilę i wpatrywała się w iskierkę Bryzy, która zniknęła, kierując się w stronę zejścia z klifów. W kierunku morza, które uderzało w nie z dzikim szałem.
"Nie dobrze..." — pomyślała, a dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. "Muszę znaleźć wuja..."
Pierwszy raz od kiedy pamiętała, faktycznie się czymś przejęła. Coś bylo bardzo nie tak, coś się wydarzy. Rozpoznała zapach zastępcy i pobiegła prosto do niego. Kocur rozmawiał z Jerzykową Werwą; najpewniej planowali jutrzejszy patrol. Obok nich, nie chcąc być całkowicie samemu, siedział zgarbiony Pokrzywowe Zarośla. Kiedy trójka usłyszała tupot łap medyczki, której biegnąca postać była widokiem tak rzadkim, że od razu postawiła ichh wszystkich na równe łapy.
— B-bryza, poszła w dół... Mo-morze. — Wysiłek nie był konikiem Ćmy, a więc nawet krótka przebieżka była wykańczająca. Judaszowcowy Pocałunek zdołał zrozumieć, o co jej chodzi i wymienił porozumiewawcze spojrzenie z wojownikami. Jerzykowa Werwa uderzył liliowego ogonem w ucho, aby zmusić go do wstania. Oboje popędzili za starszą kotką, którą łapy poniosły już niemal na krawędź morza.
Dwie iskry zgasły tej nocy. Zapowiedzią było nieustające kasłanie, które wydobywało się z legowiska medyczek od kilku wschodów. Wszyscy spodziewali się, że Paprociowy Zagajnik odejdzie z tego świata, ale nikt nie myślał, że zabierze ze sobą siostrę. Chociaż oboje kierowali się nieustannie w stronę Klanu Gwiazdy, kotka była w zdecydowanie lepszym stanie fizycznym, chociaż... To wszystko, co się ostatnio wydarzyło... Musiała to bardzo przeżywać, nawet jeśli nie można było tego wyczytać z jej pyska. Od kiedy Pokrzywowe Zarośla przestał odwiedzać siostrę, nie miał kto jej odprowadzać, aby chociaż ona mogła spędzić czas z Taniec. Tęskniła za nią; nie udało jej się zapełnić tej pustki, nadrobić tego straconego czasu... Dodatkowo oskarżenia, które padały na jej syna w sprawie nagłej, niespodziewanej śmierci Melodyjnego Trelu... To było zbyt wiele. Liliowy zamknął się w sobie; nie chciał spędzać czasu z rodzicielką, która była... zwyczajnie zbyt samotna, aby racjonalnie myśleć. Ciągle przesiadywała przy chorym bracie, aż w końcu... sama stała się ofiarą kaszlu, a ostatecznie i śmierci.
Okazało się, że jej nowy niewidzialny... towarzysz? Nie przepadał za wizerunkiem śmierci, więc gdzieś... zniknął. Przynajmniej to miała z głowy. Wiedział o plotkach, które szerzą się między kotami, wie o szeptach, o teoriach na swój temat. Nie miała nic do powiedzenia na ich temat. Jedyne co ją interesowało to to, co sama wie, że musi zrobić.
Koty były przygotowane akurat na tę stratę. Ale Pokrzywek... Był całkowicie rozsypany. Po kolei tracił ważne dla niego koty; cały klan był przeciwko mu... Wielu go nienawidziło, obarczało śmiercią Melodyjki; na czele tej grupy stała Pietruszkowa Błyskawica, której wrogość można było wyczuć z odległości kilku lisich susów. Wzrok miała tak zimny, tak parszywy, że ciężko było go wytrzymać. Większy, starszy, bardziej doświadczony wojownik kulił się, kiedy tylko przez moment skrzyżował z nią spojrzenie. Bał się sypiać z obawy, że ta coś mu zrobi. Często sam zgłaszał się do trzymania warty; i tak nie zmrużyłby oka, a więc mógł przydać się inaczej.
Ćmi Księżyc nie mogła już tego słuchać. Była kompletnie przebodźcowana. Wstała i przepchnęła się przez koty, które okrążały zmarłych. Rozpoznała iskierkę babci. Polizała jej bark, a bura od razu zwróciła na nią uwagę, schylając łebek.
— Słucham cię? — zapytała liderka.
— Pogrzeb... — przypomniała. Chciała, żeby koty opuściły jej ostoję, jej azyl... Miała dość ich zapachu, ich głosów i blasku ich iskrzących żyć. Potrzebowała wyjść, potrzebowała spokoju, ciszy i odpoczynku.
— Ah, tak, tak... Idzie burza, wiatr się wzmaga, trzeba wyznaczyć... Judaszowcowy Pocałunku! — Liściasta Gwiazda zawołała syna, który również usiadła z daleka od zamieszania. Kiedy matka wypowiedziała jego imię, od razu zrozumiał, o co chodzi. Nie marnował ani chwili.
— Gąsienicowy Ogryzek, Złota Droga, Pikująca Jaskółka i Miedziany Kieł pójdą przodem, aby wykopać dwa doły. Mroźny Wichrze, Rozświetlona Skóro i Mamrok, wy weźmiecie ciała. Reszta pójdzie za nimi — zadecydował, a koty powoli zaczęły odchodzić od starszych. Kocur dodał jeszcze: — Kto pozostanie w obozie?
— Ja pozostanę — odezwał się Dzwonkowy Szmer, a zaraz obok niego pojawiła się Gasnący Promyk, kiwając głową. Zastępca skinął w ich stronę.
— Ja również mogę zostać — dodał Jerzykowa Werwa.
— J-ja chce zostać — wyszeptał ledwo słyszalnie Pokrzywowe Zarośla. Zdziwione koty odwróciły się w jego kierunku; nikt nic nie powiedział. Reszta Klanu Klifu, w tym Wieczne Zaćmienie, ruszyła pożegnać zmarłych. Ćmi Księżyc została, podobnie jej wuj.
Odczekała chwilę, aby nie natknąć się jeszcze na jakąś spóźnioną zgubę, a następnie złapała w kły jeden z mchów, na którym leżała Srebrna Szadź. Pogoda była paskudna i z każdą chwilą robiła się jeszcze gorsza. W oddali słychać było nawet pioruny; ale to w okolicach Klanu Nocy. Wiatr się wzmagał, deszcze zacinał. Mech, który niosła w pysku, szybko nasiąknął wodą i zrobił się dosyć ciężki. Z trudem doniosła go do wodospadu. Zostawiła go tak, aby uczniowie wynieśli go dalej. Odwróciła się, aby wrócić po drugi. Zapach nadciągającego sztormu wypełnił jej nozdrza tak, że nie poczuła Delikatnej Bryzy, która w pośpiechu wychodziła z obozu. Medyczka uderzyła łbem w jej puchatą kryzę. Wojowniczka prychnęła, widocznie zdenerwowana i poruszona.
— Ćmi Księżycu, uważaj, jak chodzisz! To, żeś ślepa nie znaczy, że musisz się pchać pod łapy — prychnęła. Większość była już przyzwyczajona do chłodu, który od jakiegoś czasu ciągnął się za jej słowami. Ale teraz... Brakowało tego dumnego, przemądrzałego i ostrego tonu. Głos starszej wojowniczki był wątły, wręcz przestraszony. Drgał tak mocno, że Ćma zdawała się czuć jego brzmienie poduszkami łap.
— Idzie burza — mruknęła srebrna.
— I co? Przecież jest pogrzeb... Tak... IDE na pogrzeb... — wydukała szylkretka, wymijając młodszą. Asystentka siedziała chwilę i wpatrywała się w iskierkę Bryzy, która zniknęła, kierując się w stronę zejścia z klifów. W kierunku morza, które uderzało w nie z dzikim szałem.
"Nie dobrze..." — pomyślała, a dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. "Muszę znaleźć wuja..."
Pierwszy raz od kiedy pamiętała, faktycznie się czymś przejęła. Coś bylo bardzo nie tak, coś się wydarzy. Rozpoznała zapach zastępcy i pobiegła prosto do niego. Kocur rozmawiał z Jerzykową Werwą; najpewniej planowali jutrzejszy patrol. Obok nich, nie chcąc być całkowicie samemu, siedział zgarbiony Pokrzywowe Zarośla. Kiedy trójka usłyszała tupot łap medyczki, której biegnąca postać była widokiem tak rzadkim, że od razu postawiła ichh wszystkich na równe łapy.
— B-bryza, poszła w dół... Mo-morze. — Wysiłek nie był konikiem Ćmy, a więc nawet krótka przebieżka była wykańczająca. Judaszowcowy Pocałunek zdołał zrozumieć, o co jej chodzi i wymienił porozumiewawcze spojrzenie z wojownikami. Jerzykowa Werwa uderzył liliowego ogonem w ucho, aby zmusić go do wstania. Oboje popędzili za starszą kotką, którą łapy poniosły już niemal na krawędź morza.
Wiatr dął, deszcz zacinał, a fale uderzał w piasek, podmywając drobne łapy kocicy, która zdawała się być nieruchoma, statyczna... Aż w końcu... Zabrał ją nurt. Jej bezczynne ciało poddało się falom; było spokojne, wiotkie, niczym alga.
Medyczka, wciąż zdyszana i drżąca, spoglądała ślepo w oblicze wuja. Najeżyła się na samą myśl, co mogło się dziać. Gdzie była Czereśniowa Gałązka, gdzie była Liściaste Futro...
— Ciemko... — szepnął kocur, kładąc jej ogon na barku. Kotka odskoczyła. Klan Gwiazdy... Tak bardzo chciałaby porozmawiać z Klanem Gwiazdy...
— Prze-przeklęty czas... — wymamrotała. — Coś idzie, ktoś idzie... — jęczała żałośnie, cała rozdygotana, rozsypana na kawałki. Poczuła chłód, do którego zdążyła się już przyzwyczaić. Łuna, kocia postać zamigotała. Zaczynała być szczerze zadowolona, że w końcu nie jest pochłonięta przez całkowitą ciemność, którą rozjaśniają jedynie iskierki kocich żyć. Spoglądała tępo w górę na Lotka, to przed siebie na wuja. —
"Przyjdzie rozwiązanie, przyjdą i kłopoty... Kogoś do czysta obmyję, kogoś krwią zbruka. Ktoś wystąpi z szeregu, ktoś wroga sprowadzi. Wszystko to z rzeki wytopione... Wszystko z rzeki wyniesiono" — Głos rozbrzmiał, aż ślepe oczy rozszerzyły się wpatrzone w niebo. Dech w piersi kotki zastygł, aż w końcu jęknęła, krzyknęła wręcz, padając na ziemie. Zakryła uszy łapami; nie była to Morskie Oko. Morskie Oko była delikatna, ciepła i opiekuńcza; teraz miała wrażenie, że przenikają ją słowa wszystkich dusz. Zimny dreszcz przedarł się przez całe jej ciało; odebrał jej siłę i odwagę.
<Judaszowcowocu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz