Mgła leżała nisko nad ziemią, leniwie przetaczając się między kępami traw i ostrych trzcin. Dźwięki świata były przytłumione, jakby ktoś otulił wszystko wilgotnym kocem — nawet własny oddech zdawał się jej dziwnie obcy. Cicho westchnęła, postanawiając zmieść niepokój pod futro. Postanowiła, że pójdzie wzdłuż rzecznego koryta, aż do Zrujnowanego Mostu. Nie wiedzieć czemu to właśnie tam miała największe szczęście do łowienia ryb, zupełnie, jak gdyby coś szczególnego kryło się pomiędzy drewnianymi drągami, co dawało jej więcej pewności siebie.
Poruszała się spokojnie, w końcu miejsce to znała dobrze: miękka ziemia pod łapami, głębokie zagłębienia, gdzie zbierała się woda, a w niej — życie. Równocześnie starała się poruszać wzdłuż brzegu, w nadziei, iż uda jej się dostrzec jakąś mniejszą rybkę. I faktycznie, spostrzegła grupę płynących uklei. Ukleja — niewielka ryba o smukłym, wydłużonym ciele, którego powierzchnię pokrywają drobne, perłowo-srebrzyste łuski, migoczące w wodzie niczym rozproszone klejnoty — była najprostszą ofiarą, którą złapała za pomocą jednego, płynnego ruchu w wodzie. Kotka położyła ją blisko brzegu, po czym skorzystała z okazji, by móc dokładnie przypatrzeć się swojej zdobyczy. Głowa ofiary była subtelna, zakończona niewielkim pyszczkiem, w którym migotały drobne, czarne oczka teraz pozbawione życia, płetwy za to były wąskie, niemal eteryczne, pozwalając rybie na szybkie oraz zawrotne ruchy. Jednak nawet pomimo wszystkich tych korzyści, jakimi los obdarował te rybki, one wciąż nie potrafiły uniknąć złapania przez zarówno trenujących uczniów, jak i poszukujących prostej przekąski wojowników. Borówkowa Łapa pozwoliła sobie wykopać proste zagłębienie w wilgotnej ziemi, do którego wsadziła rybę. Po starannym okryciu zwierzyny wilgotną glebą podniosła się i pozwoliła sobie ruszyć dalej, w stronę swojego celu.
Woda znów przywitała ją ciszą — tą ciężką, żywą ciszą, jaką tylko wczesne rzeki potrafią w sobie nieść. Na krótki moment Borówkowa Łapa zatrzymała się tuż przy linii trzcin, pozwalając, by chłodne powietrze owinęło się wokół jej wilgotnego futra. Wciągnęła powietrze nosem — pachniało mułem, starymi korzeniami i czymś ostrzejszym, może czaplą, która przeszła tędy jakiś czas temu. Brzeg stawał się coraz bardziej stromy, gęściej porośnięty nie tylko trzciną, lecz także grubą darnią i omszonymi korzeniami wierzb, których gałęzie tworzyły nad wodą misterną sieć cieni. Tutaj światło ledwie przeciekało, rozpraszając się w wąskich smugach, łaskoczących mokrą ziemię i falującą powierzchnię wody.
Szła ostrożnie, stawiając łapy w miejscach, gdzie mech był gęstszy, a ziemia bardziej sprężysta. Gdzieniegdzie spod łap uciekały drobne stworzenia — chrząszcze, ślimaki, larwy — którymi nie raz bawiła się z bratem, jeszcze nim otrzymali uczniowskie tytuły. Otrząsnęła się, przypominając sobie, że powinna być skupiona. Jej ogon unosił się równo z grzbietem, oczy miała szeroko otwarte, wibrysy lekko drgały w powietrzu, wyłapując subtelne zmiany w ruchu powietrza i dźwiękach. Gdzieś w oddali zamruczał gołąb, a echo tego dźwięku odbiło się leniwie między koronami drzew. Rzeka oddychała wolno, ciężko, jakby sama była śpiącym stworzeniem, a Borówkowa Łapa — drobnym stworzeniem na jej grzbiecie.
Wtem, dostrzegła go — Zrujnowany Most. Potężne, drewniane bale, niby dryfujące w wodzie. Konstrukcja wyglądała jej na starą — z pewnością dużo starszą od niej — jednak solidną oraz mocną. Pamiętała, jak Szałwiowe Serce uczył ją balansować z kłody na kłodę, co szybko przerodziło się z niemal niewykonalnego zadania, w przyjemną zabawę, pokazującą koordynacje oraz zwinność uczennicy Klanu Nocy. Gdy pierwszy raz udało jej się przejść na drugą stronę używając mostu, była strasznie dumna. Po powrocie dręczyła Rozpromienioną Łapę swoimi przechwałkami, a on próbował delikatnie spławić ją, przy tym rzucając "błyskotliwymi" dowcipami. To było kilka księżyców temu i teraz było jedynie słodkim wspomnieniem, przeplatającym się w głowie kotki, tak samo, jak wszystkie inne dobre chwile spędzone w towarzystwie jej rodziny i bliskich.
Nachyliła się kilka długości ogona od Zrujnowanego Mostu. Woda płynęła wolniej, ale niebezpiecznie cicho, gromadząc między korzeniami stare drzewa i zatopione liście. To właśnie tu, w półcieniu jednego z drzew, ukrywały się większe ryby — nie te drobne, które można złapać odruchowo, lecz silniejsze, mądrzejsze, niosące w sobie pełnię smaku i sprawdzian umiejętności. Stanęła nieruchomo przy wilgotnym brzegu... Jej białe futro kontrastowało z mchem i ciemnym błotem, ale ruchy miała tak spokojne, że nawet świetliki, unoszące się nad wodą, nie przerwały tańca. Powietrze pachniało głęboko — wilgocią, ziemią i czymś ostrym, żelazistym. W oddali popiskiwała pliszka, ale biała uczennica słyszała tylko swój oddech i puls nurtu.
I wtedy ją dostrzegła.
Ryba była większa niż ukleja — bardziej krępa, poruszała się z ciężarem i spokojem, który nie należał do ofiary. Mogła to być płoć lub nawet młody karaś, o masie większej niż to, do czego Borówka była przyzwyczajona. Jej boki nie mieniły się aż tak ostro, ale każda łuska miała w sobie głęboki, metaliczny połysk — jakby ryba nosiła zbroję. Kotka napięła się. Tym razem nie chodziło o szybki ruch. Musiała wymierzyć go perfekcyjnie — uderzyć mocno, pewnie, z siłą, która przełamie opór wody i ciała.
Cień ryby zbliżył się do powierzchni.
Borówka ruszyła.
Zanurkowała przednimi łapami w wodę, wbijając pazury w jej bok. Ryba szarpnęła się gwałtownie — silniej niż się spodziewała. Jej mięśnie pulsowały jak napięte cięgna, próbując wyrwać się z uchwytu. Woda rozprysła się szerokim łukiem, a zimno przeniknęło przez futro Borówki aż do kręgosłupa. Ale nie puściła. Zamknęła zęby na karku zdobyczy i jednym, mocnym ruchem wyszarpnęła ją z nurtu. Ryba uderzyła kilka razy ogonem o wilgotną ziemię, zostawiając na sierści Borówki błotniste smugi, ale w końcu zwiotczała. Jej oczy, jeszcze przed chwilą czujne i błyszczące, teraz były nieruchome, pozbawione tego światła, które niosło życie. Borówkowa Łapa stała przez moment bez ruchu, z pyskiem zaciśniętym na grubej szyi ryby. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak szybko bije jej serce, jak bardzo jej oddech przepełniony jest strachem i jak bardzo pragnęła, by udało jej się złowić upragnioną zdobycz.
Pozwoliła sobie rozluźnić mięśnie oraz rozejrzeć się za czymś jeszcze, co mogłaby złowić. Zastanawiało ją, czy nie złapać czegoś w leśnym podszyciu, a jednak czuła ten dziwny ucisk, jak gdyby mózg pragnął dalej działać, szukać, polować, jednak każda, nawet najdrobniejsza kończyna odmawiała dalszego działania. "Czy powinnam już wrócić? Złowiłam sporą rybę, a jeszcze wcześniej ukleje. Czuję, że potrzebuję zaczerpnąć sił, ale… Powinnam się wykazać. Krzycząca Makrela i Zimorodkowe Życzenie z pewnością ucieszą się, gdy przyniosę im gołębia bądź kosa…" — Pomyślała i nim się obejrzała, wędrowała w stronę zalesionej części terenów jej klanu. Wkrótce pod łapami czuła miękkie i wilgotne od porannej rosy podłoże. Ściółkę pokrywała gruba warstwa opadłych liści, paproci i mchu. Między wysokimi pniami drzew światło słoneczne sączyło się wąskimi smugami, tworząc złote plamy na ziemi. Powietrze było chłodne i nasycone zapachem mokrej kory, ziemi i ziół. Tu i ówdzie wystawały omszałe korzenie, a wśród zarośli przemykały cienkie nitki pajęczyn.
Jej futro, gładko przygładzone i przyciemnione rosą, zdawało się odstawać na tle ciemnej, leśnej ściółki. Nie miała jednak wypływu na barwę swojego futra, musiała się więc modlić o to, by żadna myszka nie wypatrzyła jej przypadkiem, skrytej wśród wysokiej trawy i krzewów bylicy, które musiały być wystarczającym kamuflażem. Uszy miała ustawione w przód, skupione, każdy mięsień pod skórą napięty niczym żyłka zaraz przed zerwaniem. Zatrzymała się, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach — świeży, wyraźny, jeszcze ciepły — ptaka, który musiał niedawno osiadać na ściółce.
Jej oczy, szerokie i błyszczące jak poranne kałuże, natychmiast wypatrzyły źródło dźwięku: drozd — plamiasty, z zadziornym, żółtym dziobem — przeskakiwał z jednej kępki trawy na drugą, raz po raz zerkając czujnie wokół, dziobem przekopując ziemię w poszukiwaniu robaka. Borówkowa Łapa nie drgnęła, zamierając w idealnym bezruchu, jakby sama stała się częścią runa leśnego. Czekała, czując bicie własnego serca aż w łapach, ale nie pozwoliła mu zakłócić rytmu — każde uderzenie wpasowywała w ciszę, jakby ćwiczyła to tysiąc razy.
Kiedy ptak podskoczył bliżej, zaledwie kilka długości ogona od niej, zgięła łapy w sprężystym ruchu, wyczekując idealnego momentu. Świat wokół niej zamilkł – nie było już lasu, nie było poranka, nie było nic prócz ptaka i napięcia w jej ciele. I wtedy, w jednej bezszelestnej chwili, wystrzeliła z ukrycia, niczym napięta strzała pędząca prosto do celu. Drozd zerwał się z krzykiem, a jego skrzydła łopotały z paniką, ale było już za późno — jej łapa dosięgła go w locie, przygniotła do ziemi z precyzją, której nauczyła się przez niezliczone treningi.
Poczuła, jak zalewa ją słodka fala spełnienia, zmieszana z nutą dumy oraz poczucia wyższości. Była szczęśliwa, bo wiedziała, iż pomimo kipiącego pod jej futrem i osadzającego się na opuszkach jej łap zmęczenia, podjęła dobrą decyzję, postanawiając złapać coś ekstra. Teraz mogła wrócić do obozowiska z uniesioną głową oraz błyskiem w oku, a co najważniejsze — bez poczucia winy. Uczennica przeciągnęła się leniwie, po czym ruszyła po poprzednie zdobycze.
Jakiś czas po powrocie do obozowiska…
W obozie było cicho. Wojownicy przebywali na patrolach, a pozostali uczniowie trenowali gdzieś na południowym brzegu. To była ta krótka chwila pomiędzy ruchem a ciszą – gdy obóz oddychał powoli, głęboko, jakby przymknięty powiekami. Borówkowa Łapa zwróciła w stronę, gdzie wśród krzaków leszczyny i bylic znajdowało się leże starszych kotów – cienista, miękka przestrzeń, wyściełaną trawą, suchymi liśćmi i ziołami, których zapach był przyjemnie kojący, lecz podszyty nutą starości.
Krzycząca Makrela leżał na brzegu swojego posłania z ogonem owiniętym wokół boków, mrużąc oczy w stronę zachodzącego słońca. Jego futro, kiedyś błyszczące jak mokre srebro, było teraz matowe i rzadkie, a ucho poruszało się rytmicznie, jakby ciągle nasłuchiwał. Gdy Borówkowa Łapa zbliżyła się, kocur uniósł głowę, a jego zmęczone, ale bystre oczy błysnęły rozbawieniem.
— Ha! A cóż to niesiesz, Mała Pchełko? — mruknął Makrela, przeciągając się leniwie. Jego głos, choć ochrypły, wciąż nosił echo dawnej werwy, jakby w każdej chwili mogła znów rzucić się w bój — choć wszyscy wiedzieli, że jego łapy już dawno nie miały tej siły.
Borówkowa Łapa położyła drozda ostrożnie przed pręgowanym kocurem i usiadła, zawijając ogon wokół łap.
— Dla ciebie, Krzycząca Makrelo. Sama upolowałam. — Mimo że starała się brzmieć spokojnie, w głosie pobrzmiewała nuta dumy.
Starszy kot zmarszczył nos i pochylił się nad zdobyczą, wciągając jej zapach z cichym pomrukiem aprobaty.
— Zobaczcie no… Dobrze upierzony, bez śladu nadmiernego ugryzienia… Masz lekką łapę, kociaku. Chwaliłaś się już swojemu mentorowi?
Borówka pokiwała głową.
— Ach, ciekawe, co to za szczęściarz ciebie uczy… Jesteś po prostu małym ideałem. Lubisz wymieniać legowiska i zawsze przynosisz tu najlepsze kąski. Przy okazji, przekaż temu urwipołciu o kremowym futrze, że jeśli jeszcze raz rzuci jakąś nieśmieszną uwagę na temat mojego pyska, to oberwę go z futra!
Biała koteczka natychmiast domyśliła się, o kogo chodzi. Rozpromieniona Łapa czasami naprawdę przesadzał ze swoimi żartami, na pysku Krzyczącej Makreli nie dostrzegała jednak gniewu, ani nawet urazy. Starszy zdawał się nawet zadowolony, jak gdyby podobał mu się psotny charakterek jej brata. Nieco uspokoiło to Borówkę, która pozwoliła sobie na ciche parsknięcie.
Starszy skinięciem głowy pozwolił jej udać się do wyjścia. Popołudniowe słońce zawisło nisko nad koronami drzew, a jego ciepłe, złociste światło prześwitywało przez liście wąskimi smugami, które tańczyły na ziemi przy każdym podmuchu wiatru. Rzeka szemrała spokojnie wokół wyspy, leniwie muskając brzegi, a zapach wilgotnej ziemi zdawał mieszać się z fetorem leżących na stercie zdobyczy ryb. Borówkowa Łapa nie była do końca pewna, gdzie ma się udać. Mogłaby przejść się do żłobka, by odwiedzić córki Baśniowej Stokrotki, a jednak nie miała jakoś chęci, wtem, przed uczniowskim legowiskiem dostrzegła Rozpromienioną Łapę. Kremowy kocurek zdawał się jej przypatrywać już od dłuższej chwili, uznała więc, że podejdzie do niego, by porozmawiać.
Gdy kremowy spostrzegł, że Borówka zmierza w jego stronę, natychmiast się ożywił. W jego bursztynowych oczach błysnęło szczęście, zupełnie, jakby od jakiegoś czasu oczekiwał na spotkanie z siostrą.
— Cześć, Borówko! — miauknął, po czym wstał, by móc klepnąć siostrę w bark. — Co tam? Byłaś w legowisku starszych, hm? Coś zbyt często cię tam widzę… Ach, wiem, planujesz do nich dołączyć.
Borówka zastrzygła lekko uszami. Nie była pewna, czy powinna się oburzyć, czy roześmiać, przez kilka następnych uderzeń serca siedziała więc w ciszy, niby pozwalając ptasiemu śpiewu wedrzeć się w jej uszy.
— No, nie ukrywam, ciekawie byłoby mieć takiego Promyczka, co dzień przychodzącego z pyszną zdobyczą i świeżym mchem. — W końcu odpaliła kotka, nim usadowiła się przy wejściu do uczniowskiego legowiska. — Ale chyba sobie daruje. Z pewnością przynosiłby mi wtedy wyłącznie nieświeżą rybę i ciskałby we mnie nieśmieszne uwagi.
— Och, jak dobrze znasz tego całego Promyczka… — Kocurek usiadł przy niej, by ponownie klepnąć ją w bark, tym razem za pomocą ogona. — Jak się miewasz? Byłaś dziś na jakimś treningu?
— Nie. Dziś byłam na samotnym polowaniu. Dziwne, mam racje? Wiem, że wychodzi się na grupowe polowania i że czasem trenuje się łowy z mentorem, oczywiście, gdy jest się uczniem. Ale Szałwiowe Serce wysłał mnie w pojedynkę.
— Jejku! Mnie Czereśniowy Pocałunek ani razu nie wysłała na coś takiego! Ty to masz szczęście. Twój mentor musi naprawdę ci ufać, jeśli wysyła cię na jakieś tajemnicze misje łowieckie.
— Tyle że niewiele mi wiadomo o tej całej "samotnej misji łowieckiej". Zresztą, dużo lepiej byłoby, gdybyśmy mogli uczestniczyć w tej misji razem. Dość nieczęsto mamy wspólne treningi, a szkoda. Uważam, że całe to polowanie byłoby dużo lepsze, gdybyśmy mogli wykazać się pracą zespołową.
Zapanowała cisza. Rzeka szumiała dalej, a z oddali dobiegł dźwięk plusku — patrol wracający przez bród na drugą wyspę. Borówkowa Łapa wbiła wzrok w zachodzące słońce, jak gdyby doszukując się gdzieś w nim odpowiedzi na nurtujące ją pytania.
— Gdybyśmy poszli tam razem, nie byłaby to samotna misja. A może o to chodziło twojemu mentorowi? Byś udowodniła, że nie potrzebujesz czyichś porad czy pomocy, by wykazać się talentem łowieckim. Nie, żebym się na tym znał, ale przyznaj, brzmi to dość sensownie.
Borówkowa Łapa skinęła głową, czując, jak coś głębokiego i starego osiada w niej jak cień drzewa przy zachodzie słońca — cicho, ale nieusuwalnie.
— Może masz racje…
— Pomyśl, nie raz opowiadałaś mi, że boisz się, gdy ktoś patrzy na ciebie oceniającym wzrokiem. Wtedy byłaś sama, więc miałaś szanse udowodnić przed sobą, że jesteś dobra w tym, co robisz, bez wystawiania się przy tym na uwagi.
— Wiesz, myślę, że najlepiej będzie, jeśli porozmawiam o tym z Szałwiowym Sercem. Jeśli ktokolwiek powinien mi mówić, na czym polegało to “zadanie”, to tylko on. — Choć przemawiała spokojnie, w jej tonie odczuć się dało delikatny nacisk.
Wstała, po czym odeszła, ruszając na poszukiwanie srebrzystego kocura. W obozowisku ponownie błyszczało życie: kilka kotów wyszło, by móc pożywić się tym, co przyniósł patrol łowiecki, sami uczestnicy wspomnianego patrolu również siedzieli na polanie, gawędząc, rozmawiając, czerpiąc przyjemność z chwili odpoczynku.
— Tylko się nie dziw, jeśli się okażę, że miałem racje! — Za plecami usłyszała miauknięcie Rozpromienionej Łapy.
Uczennica poczuła, jak sierść jeży się na jej karku. Nie wiedzieć czemu czuła się zirytowana komentarzami brata. Być może chęć, by zachowywał się tak jak ona — poważnie, uprzejmie oraz odpowiedzialnie sprawiała, że przestała lubić go za to, jaki jest? Otrząsnęła się. Promyczka nie dało się nie lubić, nie ważne, ile głupot padłoby z jego pyszczka, zawsze chciałaby spędzać z nim czas. W końcu był jej najlepszym przyjacielem, bratem oraz powodem, dla którego zawsze pragnęła zdobywać nowe umiejętności, którymi mogłaby się przed nim popisać. Mruknęła pod nosem, a jej uszy poruszyły się nerwowo, gdy tylko dostrzegła znajomą sylwetkę wyłaniającą się spomiędzy tłumu.
Szałwiowe Serce zbliżał się ku niej lekkim, niemal bezszelestnym krokiem, jakby był tylko kolejnym cieniem przemieszczającym się po leśnym runie. Na jego pysku malował się uśmiech — delikatny, nienachalny, ale prawdziwy — taki, który zdradzał nie tyle radość, co głębokie zadowolenie i spokój ducha.
Borówkowa Łapa wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę, jej niebieskie oczy pełne były napięcia, które ledwie maskowała. Lustrowała go uważnym wzrokiem, starając się odnaleźć w jego postawie jakąkolwiek wskazówkę, wyjaśnienie, choćby cień niepokoju. Nic takiego jednak nie dostrzegła. Jego srebrzyste futro lśniło w promieniach zachodzącego słońca, mieniąc się ciepłymi barwami pomarańczu i złota. Morskie oczy wojownika błyszczały — nie zimnym chłodem, lecz żywą, ledwie wyczuwalną iskrą, przypominającą ukryty płomień w głębi spokojnego jeziora.
Borówkowa Łapa uniosła łeb, podeszła kilka kroków bliżej, gotowa zarzucić go pytaniami, lecz zanim zdążyła się odezwać, Szałwiowe Serce uniósł ogon w prostym, ale zdecydowanym geście. Nakazał ciszę.
— Cześć, Borówkowa Łapo! — zamruczał w końcu. Jego ton był lekki, niemal żartobliwy, jakby nie działo się absolutnie nic niezwykłego. — Dobrze, że jesteś. Usiądź, na spokojnie. Zaraz wszystkiego się dowiesz.
Niechętnie, ale posłusznie zajęła miejsce naprzeciwko niego. Ułożyła przednie łapki równo, niemal ceremonialnie, opierając je lekko o miękką ziemię. Czuła, jak pod futrem narasta gorąco – nie z powodu słońca, lecz z palącego ją od środka stresu, który niczym cierń utkwił w jej piersi. Choć wszystko wokół wydawało się spokojne – delikatny wietrzyk kołyszący trawy, odległy śpiew ptaków, nawet światło, które padało na ich futra miękkim, złotym blaskiem – w niej samej buzował chaos.
Zacisnęła łapy mocniej w ziemi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo była spięta. Wyprostowała się nieco, uniosła głowę, a uszy nadstawiła z przesadną uwagą, jakby próbując udowodnić, że jest gotowa na wszystko – choć jej serce waliło jak oszalałe, a myśli plątały się niczym liście w wichurze.
— To poranne polowanie... — zaczął cicho Szałwiowe Serce, przerywając ciszę jak łagodna fala rozbijająca się o brzeg. — To był twój test.
Kotka zamarła.
— Zdałaś. — dodał z uśmiechem, a jego oczy błysnęły ciepło. — Oznacza to, że już niedługo Klan Nocy powita cię w swoich szeregach jako pełnoprawną wojowniczkę. Gratulacje.
Ziewnął przeciągle, jakby właśnie zakończył zwykłą rozmowę o pogodzie, a nie ogłaszał najważniejszą wiadomość w życiu uczennicy. Potem uniósł się na łapach i zaczął spokojnie oddalać się w kierunku legowiska wojowników, zupełnie nieświadom tego, co działo się w głowie Borówkowej Łapy.
Słowa wypowiedziane przez jej mentora odbijały się echem w jej myślach, krążyły w niej jak spłoszone wróble, nie dając się uchwycić, nie pozwalając zrozumieć. Miała wrażenie, jakby nagle została rzucona w środek opowieści, której początku nigdy nie słyszała.
— Nie! — wyrwało jej się mimowolnie. Zerwała się z miejsca i pobiegła za wojownikiem, serce waliło jej tak głośno, że niemal zagłuszało szelest liści pod łapami. — To nie ma sensu! Nic z tego nie rozumiem! O jakim teście mówisz? To nie była jakaś misja specjalna?
Szałwiowe Serce zatrzymał się i spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem. Jego spojrzenie nie było jednak surowe — było raczej cierpliwe oraz spokojne.
— Hm? — mruknął cicho, przechylając lekko głowę. — Dobrze, postaram się to wytłumaczyć.
Usiadł ponownie, a jego ogon zawinął się wokół łap.
— Przed mianowaniem na wojownika, każdy uczeń przechodzi próbę — test, który pokazuje, czy naprawdę jest gotów. Może to być walka, samotna misja, wyprawa… albo zwykłe, pozornie codzienne zadanie. Zwykle uczeń dowiaduje się o wszystkim dopiero po fakcie. Chodzi o to, by zachował się naturalnie. Prawdziwie.
Borówkowa Łapa zamrugała. Jej napięcie powoli opadało, choć wciąż czuła się oszołomiona.
— Och... — wymamrotała. — No dobrze. Chyba już... rozumiem.
Spojrzała w stronę słońca, które właśnie znikało za horyzontem, zostawiając po sobie smugę światła przypominającą płonącą ścieżkę...
[3354 słowa]
[przyznano 67%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz