*akcja dzieje się około księżyc temu*
Te same, doprowadzające go do szaleństwa cztery ściany. Te same zapachy, należące do kotów rozmawiających radośnie za drzwiami. Miał dość.
Nie miał żadnego zajęcia, które odciągnęłoby jego myśli od tego, co się stało.
Chciał biec. Przynajmniej na chwilę uciec od swoich myśli.
Fizycznie był już zupełnie zdrowy.
No, prawie, biorąc pod uwagę ranę na łapie, znów bolącą i owiniętą kawałkiem białego materiału. Ech, pozbędzie się go, gdy tylko będzie mógł…
O ucieczce myślał od dawna.
Koty coraz częściej podchodziły pod drzwi pokoju, w którym leżał, Dwunożna poświęcała mu coraz mniej uwagi. Z tego, co widział, nie mogła pojąć, dlaczego wciąż wstał z prowizorycznego legowiska i nie ciągnie do innych zwierząt. Chciał, żeby myślała, że dalej jest z nim źle (tak po prawdzie to było, tylko nie w ten sposób, w jaki myślała), chory będzie mógł pozwolić sobie na więcej, prawda?
Okazja nadarzyła się niedługo. Chcąc zachęcić go do wstania, Dwunożna otworzyła okno. Była w nim ochronna siatka, a przecież był taki chory...
Oczywiście, że dał sobie z nią radę.
I pierwsze co zrobił to zerwanie tego głupiego kawałka materiału z łapy.
Zdążył trochę poznać jej zwyczaje i wiedział, że nie wróci szybko, miał mnóstwo czasu na wydostanie się z pokoju, znalezienie drogi ucieczki z jej terenu i znalezienie się na tyle daleko, by go nie znalazła.
Lekko utykając, ruszył przed siebie.
I znowu kot.
Wilki na niebie, czy on nigdy się od nich nie uwolni?
Jeszcze trochę i pomyśli, że w okolicy żyją same koty i to w ilości większej, niż gdziekolwiek indziej…
Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i, po niewczasie, Buck gorąco by się z tym zgodził. Podążył tropem, trafiając w jakieś zarośla. Siedziała w nich mała, puchata kulka, z wielkimi, żółtymi ślepiami, które teraz, wielkie ze strachu, wpatrzone były w Bucka.
Szczeniak nie wyglądał na kogoś, kto przebywał tu z własnej woli. Na dodatek jedną z łap trzymał nienaturalnie, jakby chowając.
- Kim jesteś? - cieniutki głosik zdecydowanie był żeński. Coraz lepiej…
- Przyszedłeś z tamtymi kotami? - Pyszczek puchatej kulki rozświetlił nieśmiały uśmiech.
Jeszcze więcej kotów? Westchnął tylko.
Kotka wpatrywała się w niego, czekając na odpowiedź.
- Kiedy tu byli? - Raczej nie miał ochoty ich spotykać…
Pręgowana zamyśliła się, a przynajmniej na taką wyglądała. Buck powoli zaczynał przeklinać swoje szczęście, czy raczej jego brak.
- Wschód słońca temu. Albo dwa… Nie, raczej trzy… - kotka zrobiła rozbrajającą minę w stylu „nie pamiętam, nie bij mnie, proszę”.
Westchnął. Znowu.
- Ale obiecali, że po mnie wrócą! O, i był z nimi taki mniejszy… Nagietek! - W jej oczach odbiła się duma, że sobie przypomniała. - I mówili coś o… O takim miejscu, które ma tu teren… - kolejna pauza - O Klanie Wilka!
Jej uśmiechy były doprawdy rozbrajające. No, chyba że było się Buckiem. Wtedy były raczej irytujące.
Chociaż, z drugiej strony, dzięki niej dowiedział się czegoś przydatnego - że jest już na terenie Klanu Wilka i że należące do niego koty są gdzieś w okolicy.
- No nic mała, na mnie już pora. Miło się rozmawiało. - Odwrócił się, gotowy do dalszej drogi.
- Chcesz… chcesz mnie tu zostawić? - Spojrzała na niego błagalnie. - Bo ja… Ja się zgubiłam. A Nagietek… I jeszcze moja łapa - poruszyła łapką, krzywiąc się żałośnie.
Tylko nie to. Powinien teraz odwrócić się i odejść. Ktoś po tę kulę futra wróci, skoro jej obiecał (kogo ty próbujesz oszukać, Buck…), a jak nie, to znajdzie ją matka. Młoda poradzi sobie do tego czasu.
Krytycznie spojrzał na brudne, pręgowane futerko i trzęsące się pod nim ciałko.
Było jasne, że szczeniak sobie nie poradzi…
Dlaczego akurat jego to wszystko spotyka?
- Ech… Jesteś w stanie chodzić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz