*akcja dzieje się około księżyc temu*
Puchata kulka, która sama siebie nazywała „Pierzynką”, okazała się nie być wcale w takim złym stanie, skoro nadal potrafiła zasypywać Bucka gradem pytań. Kocur większość po prostu ignorował, czekając, aż szczeniaka zaintryguje coś innego i zapomni, że o coś zapytał. Taktyka była dosyć skuteczna, biorąc pod uwagę, że kotce pyszczek nie zamykał się prawie wcale. Raz nawet lekko się wystraszył, gdy pręgowana urwała w pół zdania i zamilkła. Odwrócił się, sprawdzając, czy wszystko w porządku, ale okazało się, że po prostu zaniemówiła na widok kolorowego motyla i zupełnie pochłonięta obserwacją zapomniała, że w ogóle coś mówiła. Buck westchnął tylko i ruszył dalej.
I z jakiegoś niepojętego dla niego powodu postanowiła go polubić.
Robił wszystko, by dała mu spokój - ignorował ją, na pytania odwarkiwał nie zawsze artykułowane dźwięki, traktował ją jak wszystkie koty - z góry, z odrobiną drwiny i pogardy - a ona mimo wszystko nie chciała dać mu spokoju, ani nawet się obrazić.
Raz jej się zdarzyło, gdy nazwał ją irytującym rzepem na ogonie (nie był pewien, czy zrozumiała, co to znaczy), ale nie uszli daleko, gdy usłyszał: ,,To daleko jeszcze?” co sugerowało, że foch się skończył, a z nim jego chwile spokoju.
Nie przyznałby tego nawet przed sobą, ale w głębi cieszył się, że nie jest sam. Pierzynka była idealną towarzyszką - wszystko przyjmowała jako naturalne, zdając się całkowicie go rozumieć i akceptować to, jaki jest. Nie zniechęcały go jego humory, naśmiewanie się z nieraz naiwnych pytań ani droczenie się. Tak, jej obecność sprawiała, że nie był w stanie myśleć o niczym innym, niż jak poradzić sobie z kolejnymi pytaniami i bez uszczerbku na zdrowiu znaleźć burą kocicę, której tak malowniczo przedstawił wcześniej swój życiorys.
Tak, ta kula furta była jego jedynym tropem i to jej śladem podążali. A gdy już ją odnajdzie, pozbędzie się upierdliwego balastu, który przecież też szukał kogoś z Klanu Wilka.
Gdy spali, a on czuł ciepło puchatego ciałka, tuż obok swojego i słuchał równego, spokojnego oddechu, był w stanie patrzeć w gwiazdy, szukając tam swojej Rodziny, bez rozpaczy rozdzierającej jego serce.
Po kolejnym księżycu ich wędrówki złapał się nawet na tym, że patrząc na trajkoczącą koteczkę, czuje dziwny rodzaj ciepła i ma ochotę się uśmiechnąć. Otrząsnął się jednak szybko, odburkując coś niemiłego na jej pytanie.
W końcu dotarli.
Byli bardzo blisko, czuł to. Zapach był intensywny. Po wcześniejszym zapoznaniu się z okolicą znalazł miejsce, w którym kazał czekać koteczce („Ale wrócisz, prawda?”), a sam wybrał się na spotkanie buraski.
Może robił się sentymentalny, ale przypomniało mu się ich rozstanie i w razie walki wolałby, żeby szczeniaka nie było w pobliżu.
Westchnął i ruszył przed siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz